Gra o życie. Debata bez prowadzącego

O tym, co to znaczy "dobrze żyć" dyskutować będą dwaj znani krakowscy intelektualiści, niewierzący z wierzącym - prof. Jacek Filek i o. prof. Jan A. Kłoczowski OP

Czym jest "dobre życie"?Dowiesz się tego już dzisiaj w czasie debaty, na której będzie się toczyła Gra o Życie.

Posted by Stacja7.pl on Thursday, May 21, 2015

Zapraszamy na dyskusję rozpoczynającą cykl spotkań z religią i etyką w tle, współorganizowanych przez kierunek Etyka w Instytucie Filozofii UJ i stacja7.pl, przy wsparciu Tygodnika Powszechnego i Radia Kraków.

21 maja, o godz. 18:30 w sali Fontany (Restauracja Pod Gruszą, ul. Szczepańska 1)

Organizatorzy: Stacja7.pl, Etyka na Uniwersytecie Jagiellońskim

Patroni medialni: Tygodnik Powszechny, Radio Kraków


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Krew i kamień. 40-lecie SKS

40 lat temu w Krakowie w reakcji na zamordowanie studenta polonistyki, Stanisława Pyjasa, powstał pierwszy Studencki Komitet Solidarności. 15 maja 2017 roku w Kościele oo. Dominikanów została odprawiona Msza w intencji Polski i Europy, w której uczestniczyli założyciele SKS

15 maja 1977 roku ojciec Joachim Badeni w homilii w trakcie mszy w intencji nieżyjącego studenta polonistyki, mówił: to jest właśnie maj i młodość. Budzi się świat wbrew zimie, budzi się człowiek młody wbrew przyzwyczajeniom, wbrew obojętności, wbrew konwenansom, wbrew temu, co się ciągle, ciągle słyszy i mówi, wbrew wszystkiemu. Słowa tego kazania 40 lat później podczas mszy odprawianej w tym samym kościele przypomniał o. Jan Andrzej Kłoczowski OP.


Fragment rozdziału „Krew i kamień” z książki „Nie bój się żyć! Biografia ojca Joachima Badeniego”

7 maja 1977 roku w bramie kamienicy przy ulicy Szewskiej 7 w Krakowie znaleziono ciało pobitego studenta polonistyki Stanisława Pyjasa. Trudno policzyć, którą był ofiarą komunistycznej dyktatury…

Stanisław Pyjas urodził się 4 sierpnia 1953 roku w Gilowicach na Żywiecczyźnie. Maturę zdał w 1972 roku w tej samej szkole co kilkadziesiąt lat wcześniej Kazimierz Badeni. Ukończył liceum z wyróżnieniem. Miał talent pisarski i jak wielu młodych ludzi w każdym pokoleniu ogromne pragnienie wyrażania własnych przekonań.

(…)

Jego nagła i tragiczna śmierć mocno wstrząsnęła krakowskimi studentami… Władza komunistyczna chciała ukryć prawdę o tym wydarzeniu. Nie udało się. Przyjaciele Staszka nie tylko poruszyli cały Kraków, by zakomunikować, kto naprawdę stoi za morderstwem, ale też podróżnym na dworcu kolejowym rozdawali ulotki z informacją o śmierci kolegi i mszy żałobnej, która miała się odbyć 15 maja w kościele Dominikanów w Krakowie. Wieszali plakaty, rozdawali ulotki. Wieczorem 14 maja zorganizowali modlitwę w miejscu, gdzie znaleziono Pyjasa. Niespodziewanie dołączyli do nich inni, hucznie świętujący na ulicach Krakowa studenci – trwające wówczas juwenalia przeszły do historii pod nazwą czarnych.

Od kilku lat środowiska akademickie kształtował w Krakowie między innymi ojciec Tomasz Pawłowski, który w 1965 roku przyjechał z Poznania na prośbę kardynała Karola Wojtyły i ówczesnego przeora klasztoru Dominikanów ojca Walentego Potworowskiego, by zbudować duszpasterstwo „Beczka”. Wspierał go ojciec Jan Andrzej Kłoczowski, który po ukończeniu historii sztuki w Poznaniu pracował na KUL-u, a w 1964 roku wstąpił do zakonu dominikanów. Znał dobrze przyjaciół Staszka Pyjasa – to byli ludzie, z którymi zaczynał tworzyć krakowską Beczkę.

Krew i kamień

Msza żałobna była formą wsparcia, ale też manifestacją odwagi i wiary w zwycięstwo dobra nad złem. Ojciec Kłoczowski nie mógł być jednak na niej obecny. Musiałem schować się na chwilę u kamedułów na Bielanach. To było polecenie ojca Walentego Potworowskiego, który mnie chronił – wspomina. Do Krakowa w jego zastępstwie przyjechał ojciec Joachim. Miał wygłosić homilię (…).

Niektórzy studenci nie spali od kilku nocy, cały czas drukowali ulotki, szyli kiry i flagi. Msza w intencji zmarłego przyjaciela odbyła się w majowy niedzielny poranek. Rozpoczął ją ojciec Tomasz Pawłowski:

Ze śmiercią byłem blisko: jako żołnierz armii podziemnej, Armii Krajowej, jako powstaniec warszawski, jeniec obozu wojskowego, więzień celi śmierci. Ale ta śmierć Stanisława wstrząsnęła mną. Zastanawiam się dlaczego. Przecież nawet nie widziałem zwłok. Może te dwadzieścia cztery lata życia, wiosny, maja, nagle przecięte? Może to, że Stanisław był studentem piątego roku filologii polskiej? A ja jestem duszpasterzem, ojcem. Może ta śmierć wywołuje także wrażenie, bo on walczył o sprawiedliwość i ja także walczyłem. To wszystko głębiej zrozumiałem wczoraj wieczorem koło dziesiątej na ulicy Szewskiej, pod siódemką.

Brama domu, jakich setki w Krakowie. W sieni kwiaty, płonie światło. I tłum ludzi! Tłum ludzi tak jak tutaj w spokoju, w ciszy. (…) Gdzieś tam obok z juwenaliów… pajac, jakich wielu. Złote pagony, admirał floty… przebieraniec. I nagle ten z juwenaliów – przed chwilą może śpiewał, wrzeszczał taki zadowolony, że żyje! – i nagle on mówi: Ojcze nasz… Nie ja, ksiądz, tylko ktoś z was, z Ludu Bożego. Potem: Zdrowaś, Mario… i gitara ze śpiewem: „Dopóki nam Ziemia kręci się…”, tak się modlą na ulicy Szewskiej 7. I tutaj, w spokoju, w powadze, będziemy się modlić. Jaka różnica! Tam, na Szewskiej, gdy patrzę na te schody, gdy patrzę na tę ścianę z krzyżem, gdy czytam: „Zamordowany!”, ogarnia mnie lęk. Jestem porażony, nie przerażony, ale porażony zagrożeniem – własnym i innych. Jestem jakiś samotny, bezbronny. Tutaj jest nas tylu, ale nie o to chodzi. Tutaj, na ołtarzu, w czasie tej mszy świętej będzie Krew Chrystusa: już nie samotność, już nie lęk, ale zaufanie w moc zbawczą Tej Krwi, która została przelana za wolność, za tych, którzy są duszeni, niszczeni. To krew nie tylko człowieka. Każdy z nas, ludzi, za chwilę będzie wezwany do rachunku sumienia, każdy z nas jest zaplamiony, łącznie z tymi, którzy staną przy ołtarzu blisko. Człowiek jest splamiony, ale tu, w centrum liturgii, będzie oczyszczająca Krew Boga-Człowieka. Jezus odkupił, wyzwolił nas wszystkich.

Chciałbym, żeby ten krąg ludzi modlących się rozszerzał się, otwierał, nie tylko na bolesne miejsca w Polsce, ale i na cały świat, gdzie jest źle, gdzie trzeba sprawiedliwości. Chciałbym, żebyśmy tu umieli wytworzyć modlitwę. Przede wszystkim za Stanisława, bo nie wiemy, czy był przygotowany. Śmierć była nagła. I dlatego tak jest potrzebna nasza wspólna, braterska modlitwa. Dlatego proszę was, bracia: połączcie się tutaj przy ołtarzu, nie rozdzielajcie się, podajcie sobie ręce, bądźcie tu blisko, zamknijcie krąg. Potrzeba nam w tej chwili jedności wokół Chrystusa i Jego Ofiary. Jedności braterstwa, jedności narodu. Dlatego łączcie się, zamknijcie krąg. Podejdźcie trochę bliżej. Nie bójcie się. To jest dom Ojca. Stwórzcie taki żywy mur wokół ołtarza. Mur jedności, bo o pogłębienie jedności będziemy teraz prosić.

Krew i kamień

Ci, którzy byli w bazylice, nie wiedzieli jeszcze, że na zewnątrz stoi prawie ośmiotysięczny tłum studentów. Krąg się zacieśniał i łączył duchowo z inną wspólnotą, która o podobnej porze modliła się w Nowej Hucie – tam było sto tysięcy wiernych. Gromadzili się przy kościele, którego budowa odbywała się wbrew zakazom władzy państwowej. Wielu krakowian pomagało we wzniesieniu tam świątyni, również obecni u Dominikanów studenci, którzy przez wiele miesięcy organizowali się w grupy i razem z ojcem Kłoczowskim chodzili na budowę: nosili kamienie, cegły, pomagali murarzom. Konsekracji tamtego kościoła dokonał kardynał Karol Wojtyła.

Ojciec Badeni w kazaniu nawiązał do tego, co się działo w Nowej Hucie, i stworzył atmosferę, która pomogła duchowo połączyć te dwie Eucharystie, dwa wydarzenia.

Ojciec Tomasz wspomniał o krwi, oczywiście symbolu krwi, realnym symbolu krwi. To nie jest mit, to jest prawda. Z kolei podejmę drugi symbol – również żaden mit, tylko prawda. Konkret materii, który woła, a teraz konkret materii, który buduje. To jest kamień. I powiem tak, wczytując się w tekst Pisma Świętego, Apokalipsy świętego Jana, Księgi Objawienia, Księgi Objawienia się Kamieni, które budują (…). I to chyba mówi do nas Duch Święty: „Źródło Jego światła było podobne do kamienia drogocennego, jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu”. Dwa fakty – przeskakuję teraz – chyba nie jest trudno śledzić. Budowa kościoła w Nowej Hucie. W murach tego kościoła ponad dwa miliony kamieni przyniesionych przez ludzi. Bez nakazu, nie w ramach żadnych takich czy innych, może najlepszych czynów, po prostu przynieśli. To były i są kamienie żywe. Żywe kamienie wmurowane w kościół Najświętszej Marii Panny Królowej Polski w Nowej Hucie. Za godzinę będzie poświęcenie tego kościoła. Czego? Żywych kamieni. Dwa miliony. To jest potęga. Pozornie martwy kamień – wmurowany, nieruchomy, a jednak woła: Kto stanie w głębokim milczeniu, zasłucha się w głos krwi i w wołanie żywych kamieni. Czy trzeba to bardzo tłumaczyć? Chyba nie! To jest mit? Chyba nie – to jest prawda! To jest fakt! Realizm prawdy chrześcijańskiej: krew i kamień. (…) A teraz student Stanisław. Nie znałem go, nie byłem przy jego śmierci, nie byłem przy jego życiu. W tej chwili milczy. Ale chyba każdy powie, że głośno woła. Bardzo głośno! Do tego stopnia głośno woła, że tu, w tym kościele, jest pełno ludzi. Znacznie więcej niż w takie niedziele, kiedy on nie wołał. Znacznie więcej. To jest mur. Mur ludzi, żywy mur wokół ołtarza; o tym murze mówi się: mur drogocenny, mur z żywych kamieni, w którym każdy jest jakimś cennym kamieniem, bezcennym, unikatowym kamieniem, no, nie powiem: jubilerskim, ale czymś, co nie da się wyrazić; jaka jest wartość kamienia, którym jest żywy człowiek? Jako budulca, jako czegoś, co będzie budować? Ktoś powie: „Dobrze, cóż buduje kościół w Nowej Hucie, cóż buduje student Stanisław?”. Można powiedzieć: Po co się umiera? Po co to wszystko? Bądźmy trzeźwi, bądźmy raczej rozsądni, czyli obojętni, czyli spokojni, zajmujmy się tylko zabawą, zajmujmy się takimi czy innymi, skądinąd kiedy indziej bardzo pięknymi korowodami tradycyjnymi, tym się zajmujmy! Tym się chrońmy może przed prawdą. Przed kamieniem prawdy! To jest pierwszy aspekt. Jaki jest drugi? Drugi jest taki, że dla nas, wierzących, gdy człowiek umiera, staje się budowniczym życia. Paradoks! Dialektyka! Że człowiek im bardziej świadomie, im bardziej z przekonania umiera, tym bardziej swoją śmiercią buduje. Kogo? Nas! Tak było z Chrystusem. Śmiercią przyjętą z całym przekonaniem, z całą świadomością, swoją śmiercią na krzyżu zbudował Kościół, a myśmy zbudowali rękoma ludzkimi, żywymi kamieniami kościół w Nowej Hucie, by wokół niego i w nim się tam zbierać. (…) A co zbudował student Stanisław?

Chyba nie kościół w tym sensie gmachu kościelnego w Nowej Hucie. Zbudował coś innego. A co zbudował, można widzieć w tej chwili w was, w tym żywym Kościele na „dziewiątce” zebranym, i można było widzieć wczoraj w tych czy innych miejscach naszego miasta, gdzie stali ludzie młodzi, którzy prawem młodości – tak by się powiedziało – mogli się bawić, przebierać, szaleć; młodość! Maj! Wiosna! Ci ludzie jednak stali nieruchomo.

fot. zbiory IPN

Stanisław Pyjas

Mocą żywych kamieni zbudowani… śmiercią studenta Stanisława. Stali nieruchomo i głosili to, co było ich najgłębszym, osobistym, przez nikogo nie narzuconym przekonaniem. Kamienie mówiły wczoraj głośno! Kamienny spokój ludzi mówił głośno! (…) to był spokój kamienia w sensie: spokój odwagi, męstwa. (…)

To jest mówiący kamień. Mówiące kamienie – bo nie był jeden oczywiście – które zbudował student Stanisław. Bez swojej świadomej wiedzy! Swoją śmiercią! I w tej chwili dalej buduje, w tej chwili z nas tu obecnych wszystkich zbudował ten mur wokół ołtarza, potężny, zwarty, spokojny.

A więc budujmy, tak, budujmy, nie tylko to, co jest materialne, ale to, co jest w nas duchowe, a to jest męstwo, odwaga, wewnętrzna wolność. To budujemy. I to budujemy w Chrystusie, tą mszą świętą – swoją własną, wewnętrzną, chrześcijańską i polską wolność opartą na mocy przekonań religijnych i oczywiście polskich. Te rzeczy są ze sobą tak ściśle związane, że nie można wypreparować z mas polskich tych dwu milionów zaniesionych na kościół Nowej Huty. Możemy tylko budować mocą i prawdą, żywymi kamieniami, siłą własnych przekonań, naszą postawą. Może wbrew różnym osobom, które by na to patrzyły niechętnie, może wrogo.

To jest właśnie maj i młodość. Budzi się świat wbrew zimie, budzi się człowiek młody wbrew przyzwyczajeniom, wbrew obojętności, wbrew konwenansom, wbrew temu, co się ciągle, ciągle słyszy i mówi, wbrew wszystkiemu. Protest! Wielki protest! Bardzo spokojny! Milczący mową żywych kamieni i wołający krwią zabitego!

Słowa duszpasterzy dodały ogromnej siły młodym ludziom, którzy po zakończeniu mszy świętej wyszli z kościoła, uformowali pochód i nie zwracając uwagi na ORMO, przeszli przez Rynek na Szewską 7, niosąc w rękach czarne flagi.

W pochodzie szła studentka filologii polskiej Danuta Sotwin (obecnie Skóra). Dostaliśmy wsparcie od osób stojących przy ołtarzu – wspomina – a to było bardzo ważne dla nas. Nie chcę używać wielkich określeń, ale myślę, że słowa ojca Joachima były wezwaniem do rewolucji. Jestem przekonana, że gdyby nie jego homilia, która była pochwałą naszej aktywności i odwagi, na jaką się wtedy zdobyliśmy, nie stać by nas było na poranny marsz i ten wieczorny – już nie taki przyjemny, bo otaczały nas zwarte kordony milicji, zomowców, ORMO. Ale donieśliśmy tę naszą odwagę, którą pochwalił ojciec Joachim, pod Wawel i założyliśmy tam Studencki Komitet Solidarności. Każdy młody człowiek bardzo intensywnie czuje, kiedy ktoś jest odważny. Homilia ojca Badeniego to była ta nieskazitelna odwaga: prawdomówność i spójność między słowem i czynem.

Ojciec Pawłowski dzisiaj rzadko wspomina tamten czas. Siedzi w swojej zakonnej celi na ulubionym fotelu i chętniej opowiada, jak wprowadzał zmiany posoborowe w polskim Kościele. Obok fotela stoi stolik z różańcem, na nim brewiarz, dookoła puste półki, na których powinny stać książki, i łóżko – to wszystko, co posiada. Do tamtych wydarzeń dodaje tylko krótki komentarz: Były liczne pogróżki, telefony: „Zginiesz”, „Wykończymy cię”… To były takie „serdeczne” życzenia, które nie doszły do skutku. Udało się jakoś. A msza święta? Głównym twórcą był Chrystus, my tylko odtwarzaliśmy ten nastrój krwi przelanej za wolność, Staszka świętej pamięci.


Książka “Nie bój się żyć. Biografia Ojca Joachima Badeniego” autorstwa Judyty Syrek ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Potomek rycerza spod Grunwaldu i szwedzkiego pirata, oczko w głowie matki – Kazio Badeni. Był temperamentnym dzieckiem, guwernantki miały z nim wiele kłopotów. Podczas studiów w Krakowie, jak na arystokratę przystało, miał pieniądze, własny apartament, lokaja i samochód. A w tańcu uwodził niczym Fred Astaire.

Żył beztrosko i towarzysko. Aż do pewnego czerwcowego wieczoru, kiedy to poczuł na plecach łagodny dotyk. Pod jego wpływem zamiast do klubu nocnego, poszedł do kościoła. Kilka lat później wstąpił do dominikanów.

Z książki wyłania się czarujący arystokrata, zakonnik z ogromnym poczuciem humoru, fan Biblii i Tolkiena, ale też mistyk, który uzdrawiał przez telefon. Do końca życia kontrowersyjny i pełen sprzeczności, ale uwielbiany i szanowany.



Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas