Nasze projekty
Szymon Hołownia

Połnocne wybrzeże Papui Nowej Gwinei

Losy katastrof rozstrzygają się na długo przed tym jak się zdarzą. Wojny wygrywa się dużo wcześniej, niż padnie pierwsza salwa. Z walki duchowej jesteś w stanie wyjść cało, tylko jeśli także w czasie duchowego pokoju nie odpuszczałeś, stale pielęgnowałeś świadomość wybranego kierunku.

Reklama

Bazę Summer Institute of Linguistics w Wewak na północnym wybrzeżu PNG prowadzi amerykańskie małżeństwo, Gary i Denise. Z lotniska odbierają mnie jednak moi starzy  znajomi – Scott i Tummy Harmsowie. On to były nurek ratownik (elita elit, gdy idzie o poziom wytrenowania, gość który byłby pewnie w stanie na jednym oddechu pięć razy przepłynąć z Kołobrzegu na Bornholm i z powrotem), ona – emerytowany pilot śmigłowca ratunkowego amerykańskiej Navy. Od czterech lat w Papui.

 

Mówią o sobie, że są misjonarzami, choć żadne z nich nie głosi przecież kazań, nie pracują przy tłumaczeniach Biblii na lokalne języki. Scott pomaga misyjnym pilotom, waży ładunek, dba o samoloty, Tummy koordynuje ich pracę. W Stanach sprzedali wszystko, postawili na jedną kartę. Teraz okazuje się, że będą musieli wrócić tam na co najmniej rok, wynajęli dom w Montanie, będą jeździć po kościołach, opowiadać o swojej pracy i prosić o stałe wsparcie (wszyscy misjonarze pracujący z SIL są tu, gdy ktoś, jakiś Kościół, płaci na ich utrzymanie). Scott zarzeka się jednak, że o pieniądzach nie wspomni ani słowem. „ Jeśli ktoś znajdzie w sobie natchnienie, żeby dać pieniądze, chwała Panu. Bóg ma swój plan, On wie najlepiej, co mamy robić“.

Reklama
Reklama

Takie wyznanie w ustach dobiegającego pięćdziesiątki faceta, który mógł spokojnie relaksować się na wojskowej emeryturze, a pozbył się wszystkich ziemskich zabezpieczeń, planów, i nadal nie uważa za stosowne powiedzieć światu, że odwala za niego kawał roboty i dlatego zasługuje na wsparcie, robi wrażenie. Bardzo lubię Scotta. Jego witalność, to jak rozpromienia się, gdy opowiada, jak parę miesięcy temu nurkując zmagał się z jakąś wielką rybą, urządzając sobie z nią regularne zapasy. Imponuje mi tym, co większość otoczenia (i mojego i jego) uznaje pewnie za motywowane religijnie wariactwo. Jest w nim głęboka wiara, jest też jednak jakiś cień (smutek? mimo wszystko – niepewność?), który nadaje tej postaci ostre rysy.

 

Dostaję pokój na poddaszu, dzielę go z Jonathanem i Larsem, dwójką Anglików, przedstawicieli Kościołów wspierających pracującą na Wyspach Ninigo od dziesięciu lat Theresę Wilson. Za ścianą – trójka rodaków z Ustronia, którzy od samego początku wspierają drugą część tego duetu, Beatę Woźną. Jurek Marcol, Tadeusz i Iwona Recman z Biblijnego Stowarzyszenia Misyjnego (o nich będzie jeszcze dużo, bo to postaci więcej niż barwne, a nasze protestancko – katolickie debaty dostarczały wszystkim mnóstwo radości). Temperatura w pokoju zbliża się do 40. stopni. Wilgotność powietrza: 95 proc. Wiatrak działa, ale co chwila wyłączają prąd, miliony komarów. Idziemy na kolację.

Reklama
Reklama

Jej częścią jest „security briefing“ przed jutrzejszym lotem na Ninigo. Od wysp dzieli nas jakieś trzysta kilometrów Pacyfiku, ponad godzina lotu dziesięciomiejscowym Kodiakiem. Jego pilot, Chris Walker, pokazuje nam jak zakładać kamizelkę ratunkową, którą każdy z nas będzie musiał mieć wchodząc na pokład. „Gdy wysiądzie nam silnik, nie spadniemy jak kamień z nieba“ – tłumaczy Chris. „Spróbuję zrobić, co się da, żebyśmy ześlizgnęli się na wodę w miarę łagodnie. Gdy wydam wam komendę, musicie opuścić głowy na kolana, objąć je rękami i czekać na uderzenie. Pewnie połamiecie sobie palce, może ręce. Ale jeśli choć jedną będziecie mieli sprawną, gdy tylko samolot się zatrzyma – natychmiast połóżcie rękę na oparciu fotela za wami lub przed wami, w zależności od tego, gdzie jest najbliższe wyjście z samolotu. Później cierpliwie czekajcie aż samolot nabierze wody, jak będzie już nad czubkiem waszej głowy, to będzie moment by rozpiąć pasy i podążać za wyciągniętą ręką. Wtedy nie będziecie w stanie myśleć, to ona pokaże wam drogę do wyjścia. I pamiętajcie: grunt to spokój“.

 

Na twarzach jutrzejszych pasażerów przerażenie walczy o lepsze z chęcią rozładowania sytuacji jakimś dowcipem. Chris niby uspokaja, że statystyki są obiecujące i że gdyby co bylibyśmy pierwszymi ofiarami śmiertelnymi w historii lotów Kodiakiem, widać jednak, że tu nie lata się dla przyjemności i by wystartować, naprawdę trzeba mieć powód.

Reklama

 

Lądowanie Kodiaka na lądowisku na Papui-Nowej Gwinei

Następnego dnia, gdy o siódmej rano wlatywać będziemy nad ocean, w uszach będę miał modlitwę Chrisa jaką odmówił przed startem (wcale nie powtarzał Bogu, że lot ma być szczęśliwy albo bezpieczny, mówił: „Panie, pozwol bym pilotował dziś ten samolot w sposób jaki przyniesie Ci chwałę“).

 

W głowie – Chrisowe przykazanie: póki jesteś przytomny wyraźnie zaznacz drogę ratunku, mość się w życiu tak, żeby zawsze wiedzieć, gdzie jest droga do wyjścia. Gdy zaleje cię woda, dym odbierze wzrok, będziesz szedł za odruchem.

 

Losy katastrof rozstrzygają się na długo przed tym jak się zdarzą. Wojny wygrywa się dużo wcześniej, niż padnie pierwsza salwa. Z walki duchowej jesteś w stanie wyjść cało, tylko jeśli także w czasie duchowego pokoju nie odpuszczałeś, stale pielęgnowałeś świadomość wybranego kierunku. Wtedy – nawet jeśli wszyscy (z tobą na czele) będą ci mówili, że masz jechać na Ostrołękę, będziesz wiedział, że ocalenie to Radom.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite