Fot. Zwiastun filmu "JOHNNY"/ Youtube NEXTFILMPL

Film „Johnny” – żywot liberalnego świętego? [RECENZJA]

Na czym polega główna zagwozdka z filmem "Johnny"? Po wyjściu z kinowej sali nie wiemy, czy obejrzeliśmy po prostu film religijny inspirowany dziełem życia katolickiego księdza, czy raczej żywot liberalnego świętego z Jurkiem Owsiakiem w tle.

Reklama

Przyznaję, w trakcie długiej sceny otwierającej miałem szeroko otwarte oczy, a na mojej twarzy mimowolnie zarysował się równie szeroki uśmiech. No, bo jednak w ramach kinowej historii o życiu katolickiego księdza nie spodziewamy się raczej muzycznego podkładu od Kukona, gwiazdy polskiego rapu ostatnich lat, który słynie z tekstów o nadużywaniu narkotyków i alkoholu. A co najlepsze – Kukon świetnie do tej sceny pasował, doskonale wprowadzając nas w logikę historii.

Całość zmontowana w konwencji teledyskowej, oparta na dynamicznych przeskokach między dwoma planami. Na pierwszym ksiądz Kaczkowski – grany przejmująco przez Dawida Ogrodnika – wypowiadający słowa przeistoczenia. Scena nakręcona z namaszczeniem, nasycona pełnią barw, oddająca powagę liturgicznego rytuału oraz tajemnicę Eucharystii.

A na drugim planie dziejący się w tym samym czasie, co odprawiana Msza św. rabunek, pościg za złodziejami, wreszcie moment walki i krew na twarzy drugiego bohatera filmu, Patryka (rabującego, nie rabowanego), którego życiowe ścieżki już wkrótce przetną się z tytułowym „Johnnym”, jak sam kazał się nazywać ks. Kaczkowski.

Reklama
Reklama

CZYTAJ: Anna Dymna o filmie „Johnny”: każdy ksiądz powinien go zobaczyć, bo pokazuje jaką niezwykłą funkcję pełnią dla ludzi

Dlaczego tyle słów poświęcam na przedstawienie jednej tylko sceny? Bo oddaje ona jak w pigułce dwa oblicza filmu, jego zalety, jak i mankamenty. Reżyser Daniel Jaroszek starał się bowiem przez cały seans balansować pomiędzy konwencją nieco coachingowego obrazu dojrzewania Patryka, który w ramach resocjalizacji trafia do hospicjum prowadzonego przez ks. Jana, a kinem aspirującym do opowiadania rzeczy poważnych w sposób poważny, bez porozumiewawczego mrugania okiem do widza.

Reżyser Daniel Jaroszek starał się przez cały seans balansować pomiędzy konwencją nieco coachingowego obrazu dojrzewania Patryka, który w ramach resocjalizacji trafia do hospicjum prowadzonego przez ks. Jana, a kinem aspirującym do opowiadania rzeczy poważnych w sposób poważny, bez porozumiewawczego mrugania okiem do widza.

Reklama
Reklama

Zacznijmy od tego, co w filmie było odstręczające. Tak jak teledyskowość doskonale sprawdziła się w dynamicznym i niesztampowym otwarciu, tak później prowadziła do przesadnych skrótów w historii dojrzewania Patryka, przechodzącego z roli drobnego przestępcy, którego pierwszą odsiadką w wieku lat 12 chwalił się przed swoimi kolegami jego ojciec alkoholik, do roli pełnoprawnego pracownika hospicjum, kucharza, męża i ojca.

Ta część filmowej historii raziła przesadnym dydaktyzmem, zbytnią lukrowością, a przez te teledyskowe skróty życiowa transformacja Patryka Galewskiego (postać wzorowana na prawdziwym Patryku Galewskim) była nieco papierowa, traciła na wiarygodności. Celnie podsumował ten problem w swojej video-recenzji filmu Tomasz Samołyk, przytaczając określenie „crowd-pleaser”, czyli film na siłę starający się przypodobać publiczności.

ZOBACZ: „Johnny” podbił serca publiczności na festiwalu w Gdyni. „To film o zwycięstwie życia”

Reklama

No dobrze, a gdzie w tym wszystkim sam ks. Kaczkowski? Nie ma przypadku, że poświęciłem mu dotychczas tak mało miejsca, bo Johnny nie jest kinową biografią założyciela hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku, a raczej opowieścią o jego oddziaływaniu na innych ludzi. Na filmowym ekranie Patryka jest chyba nawet więcej niż postaci granej przez Dawida Ogrodnika.

Johnny nie jest kinową biografią założyciela hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku, a raczej opowieścią o jego oddziaływaniu na innych ludzi.

Reżyser Daniel Jaroszek pokazał nam ks. Kaczkowskiego nie tyle jako katolickiego księdza, co anty-systemowca, non-konformistę, pomysłodawcę i założyciela hospicjum. Dużo miejsca poświęca karykaturalnie wręcz przerysowanej postaci miejscowego arcybiskupa, który z niewyjaśnionych powodów rzuca ks. Kaczkowskiemu kłody pod nogi, aż ten w końcu niedwuznacznie sugeruje jego ekscelencji, że on nie interesuje się jego luksusowymi posiadłościami i nadużywanym alkoholem. Dostajemy więc filmową kliszę o złym carze i dobrych bojarach, skorumpowanych i moralnie zepsutych elitach Kościoła oraz tych pojedynczych zdeterminowanych kapłanach, którzy robią dobre rzeczy w kontrze do zblazowanych przełożonych.

Nie zmienia to faktu, że to właśnie sceny w hospicjum były w filmie najpiękniejsze, najbardziej poruszające i najbardziej wartościowe. W świecie, w którym ludzka śmierć jest albo redukowana do beznamiętnej statystyki („w zeszły weekend na polskich drogach życie straciło…”), albo przedstawiana w sposób groteskowy, prześmiewczy, wręcz pornograficzny, albo wreszcie odsuwana i spychana gdzieś na margines, na cmentarz poza miastem lub do nieludzko sterylnej przestrzeni krematoriów, Johnny jest jak haust świeżego powietrza.

Dostajemy bowiem bezpretensjonalny obraz towarzyszenia ludziom terminalnie chorym, swoistą sztukę dobrego umierania. Ksiądz Kaczkowski pokazuje nam, że śmierć owszem jest czymś realnym, czymś bolesnym, czymś doświadczanym ostatecznie w sposób intymny i samotny, lecz jednocześnie w pełni ludzkim.

CZYTAJ: „Dawid przyjeżdżał do biura w sutannie i mówił niemal identycznie, jak ks. Jan”. Jak powstawał film „Johnny”

Demaskuje ten pierwotny strach przed nieznanym, ale nie popada przy tym w fałszywą ckliwość. Woła, że umierający nie tyle potrzebują naszego płaczu i lamentu nad ich tragicznym losem, co naszej zwyczajnej, pokornej obecności. Bycia obok, towarzyszenia, dotyku, rozmowy. Jak w jednej ze scen, kiedy ks. Kaczkowski krzyczy do umierającego w konwulsjach mężczyzny, że go kocha i że jego życia miało sens i wartość.

Po seansie zostajemy z jeszcze jednym pytaniem: czy obejrzeliśmy właśnie film religijny? Dziwne pytanie, jak na kinowy obraz życia katolickiego księdza? No właśnie. I tutaj mamy problem. Poza pierwszą poruszającą sceną przeistoczenia i późniejszą rozmową ks. Kaczkowskiego z niewierzącym ojcem, kiedy mówi mu o swoim kapłańskim powołaniu (nie po prostu „zawodzie” księdza), religijne wątki pozostają głównie ornamentyką.

Momentami zadawałem sobie pytanie, czy nie oglądam raczej historii o upartym idealiście i społecznym działaczu, który pragnie nie tyle ludzkiego zbawienia, co po prostu „ludzkiego dobra”. Historię człowieka, który nosi koloratkę, ale pod jego opowieść można by podstawić równie dobrze kogoś innego, np. Janinę Ochojską. Zbyt często bowiem film Johnny przypominał żywoty świętego, ale nie tego katolickiego, ale raczej świętego liberalnego; film, gdzie to, co religijne znajduje się tak naprawdę na drugim planie.

Zbyt często bowiem film Johnny przypominał żywoty świętego, ale nie tego katolickiego, ale raczej świętego liberalnego; film, gdzie to, co religijne znajduje się tak naprawdę na drugim planie.

Być może jednak to po prostu maksimum, czego możemy dziś oczekiwać od kina głównego nurtu, wchodzącego w Polsce w fazę kina już post-religijnego, patrzącego z sympatią i przychylnością na te elementy katolickiej moralności, które pasują do doczesnej post-religijnej etyki. Ostatecznie jednak w Johnnym, w przeciwieństwie do Bożego Ciała, mieliśmy przynajmniej prawdziwego księdza, a nie domorosłego psychoterapeutę-przebierańca.


Posłuchaj także:


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę