Alfred Hitchcock. Katolik, który nauczył kino mówić o winie
Alfred Hitchcock był mistrzem suspensu, ale jego kino działa nie tylko na nerwy. W filmach autora „Psychozy”, „Zawrotu głowy” i „Wyznaję” powracają pytania o winę, grzech, karę, sumienie i prawdę, przed którą człowiek nie może uciec.
Alfred Hitchcock przeszedł do historii jako „mistrz suspensu”. Ale jego filmy są czymś więcej niż perfekcyjnie skonstruowanymi thrillerami. W ich centrum bardzo często stoi człowiek uwikłany w winę, lęk, grzech, fałszywe oskarżenie albo pragnienie kary. Wielu krytyków widzi w tym ślad katolickiego wychowania reżysera.
Hitchcock potrafił przestraszyć widza bez pokazywania potwora. Wystarczały mu schody, cień, spojrzenie, zamknięte drzwi, dzwoniący telefon albo ktoś, kto wie więcej, niż powinien. Jego kino nie działało tylko na nerwy. Działało na sumienie.
Bo w filmach Hitchcocka strach rzadko jest wyłącznie strachem przed śmiercią. Częściej jest strachem przed odkryciem prawdy. Przed winą, która wraca. Przed karą, która może nadejść. Przed tym, że człowiek nie jest tak niewinny, jak chciałby o sobie myśleć.
ZOBACZ TAKŻE >>> „Odyseja” wraca za sprawą Nolana. Papieże widzieli w niej coś więcej niż mit
Dlatego Hitchcocka można oglądać nie tylko jako mistrza techniki filmowej, ale także jako twórcę moralnego niepokoju. Reżysera, który pytał: co dzieje się z człowiekiem, gdy wchodzi w ciemność? Czy niewinny naprawdę jest niewinny? Czy winny może uciec przed sobą? I czy istnieje prawda, która kiedyś musi wyjść na jaw?
Przeczytaj również
Katolickie dzieciństwo Hitchcocka
Alfred Hitchcock urodził się w 1899 roku w Leytonstone, na przedmieściach Londynu, w katolickiej rodzinie. Uczył się w szkołach katolickich, a później w jezuickim St Ignatius College w Stamford Hill, znanym z surowej dyscypliny. Sam reżyser po latach przyznawał, że nie chce być nazywany „katolickim artystą”, ale dodawał, że wczesne wychowanie może wpływać na instynkt człowieka.
Ten instynkt widać w jego filmach bardzo mocno. Nie chodzi o proste „religijne przesłanie” ani o pobożne kino. Hitchcock nie kręcił filmów ewangelizacyjnych. Jego świat bywa chłodny, ironiczny, pełen przemocy, obsesji i dwuznaczności. A jednak pytania, które powracają w jego twórczości, są głęboko moralne.
Michał Oleszczyk w rozmowie dla „Teologii Politycznej” przypominał, że Éric Rohmer i Claude Chabrol pisali o Hitchcocku jako o wielkim moraliście i czytali go także w kluczu katolickim. Oleszczyk mówił wręcz, że katolicyzm Hitchcocka ma „kapitalne znaczenie” dla zrozumienia jego kina.
Wina, która nie daje spokoju
Jednym z najważniejszych motywów Hitchcocka jest wina. Czasem jest to wina prawdziwa. Czasem urojona. Czasem przeniesiona z jednej osoby na drugą. Czasem ktoś zostaje oskarżony niesłusznie, ale sama sytuacja zmusza go do wejścia w świat moralnego zagrożenia.
Ten motyw pojawia się w wielu jego filmach: od „Lokatora” przez „Urzeczoną”, „Nieznajomych z pociągu”, „Marnie”, „Zawrót głowy” aż po „Psychozę”. Bohaterowie Hitchcocka często są śledzeni, podejrzewani, kuszeni, szantażowani albo zmuszani do ukrywania prawdy. Widz nie tylko pyta: „kto zabił?”. Pyta także: „kto jest winny?” i „co w ogóle znaczy wina?”.
Autorzy analizujący twórczość Hitchcocka zwracają uwagę, że poczucie winy i impuls do spowiedzi powracają w jego filmach tak często, iż krytycy związani z „Cahiers du Cinéma” widzieli w tym ślad katolickiego dyskursu obecnego w jego kinie. To bardzo ważne. Bo Hitchcock nie traktuje winy jak prostego elementu fabuły.
Wina jest u niego siłą duchową i psychologiczną. Nie zawsze można ją udowodnić w sądzie, ale ona i tak działa w człowieku. Drąży go. Zmienia jego spojrzenie, decyzje, ciało, gesty.
„Wyznaję”: film o tajemnicy spowiedzi
Najbardziej bezpośrednio katolickim filmem Hitchcocka jest „Wyznaję” z 1953 roku. Głównym bohaterem jest ksiądz Michael Logan, który podczas spowiedzi słyszy wyznanie mordercy. Ponieważ obowiązuje go tajemnica spowiedzi, nie może ujawnić prawdy — nawet wtedy, gdy sam staje się podejrzanym.
To punkt wyjścia niemal niemożliwy do wymyślenia poza katolicką wyobraźnią. Dramat nie polega tu tylko na tym, że niewinny człowiek zostaje oskarżony. Dramat polega na tym, że kapłan zna prawdę, ale jest związany sakramentem. Nie milczy ze strachu. Milczy z wierności.
Dla współczesnego widza to film szczególnie ciekawy, bo pokazuje napięcie między prawem, moralnością, sumieniem i sakramentem. Hitchcock nie robi z kapłana papierowego świętego. Raczej pokazuje człowieka, który zostaje postawiony w sytuacji granicznej: czy da się zachować wierność Bogu, gdy wszystko wokół domaga się natychmiastowego wyjaśnienia?
Właśnie dlatego „Wyznaję” jest czymś więcej niż thrillerem. To film o cenie tajemnicy, o ciężarze sumienia i o tym, że prawda nie zawsze może zostać wypowiedziana w sposób prosty.
Niewinny oskarżony
Hitchcock bardzo często wracał do figury człowieka niesłusznie oskarżonego. W „39 krokach”, „Północ, północny zachód” czy „Niewłaściwym człowieku” bohater zostaje wplątany w sytuację, której nie rozumie, i musi uciekać, tłumaczyć się, szukać dowodów własnej niewinności.
Na pierwszy rzut oka to świetny mechanizm kina sensacyjnego. Ktoś niewinny zostaje wciągnięty w intrygę, a widz chce wiedzieć, czy uda mu się ocalić. Ale pod spodem jest coś głębszego: lęk przed światem, w którym człowiek może zostać osądzony, zanim ktokolwiek pozna prawdę.
To echo bardzo katolickiego pytania o sąd: kto naprawdę zna człowieka? Ludzie? Instytucje? Policja? Opinia publiczna? A może tylko Bóg widzi całość?
W „Niewłaściwym człowieku” Hitchcock poszedł szczególnie daleko, bo opowiedział historię opartą na prawdziwych wydarzeniach. Zwykły człowiek zostaje pomylony z przestępcą. Jego życie zaczyna się rozpadać. Nie ma tu efektownej zabawy suspensu. Jest niemal ascetyczny dramat człowieka zmiażdżonego przez pomyłkę, procedury i lęk.
Grzech nie jest abstrakcją
W filmach Hitchcocka zło rzadko przychodzi jako coś wielkiego. Częściej pojawia się w bardzo ludzkich sprawach: pożądaniu, zazdrości, lęku, obsesji, chęci kontroli, pragnieniu posiadania drugiej osoby.
W „Zawrocie głowy” miłość zostaje zatruta obsesją i pragnieniem stworzenia kobiety na nowo według własnego wyobrażenia. W „Oknie na podwórze” patrzenie staje się moralnie dwuznaczne: widz i bohater podglądają cudze życie, a jednocześnie odkrywają prawdę. W „Psychozie” groza wyrasta nie z potwora z zewnątrz, ale z pęknięcia wewnątrz człowieka. Jak grzech, który rodzi się w sercu, w spojrzeniu, w decyzji, w pragnieniu, które wymyka się prawdzie.
Hitchcock był mistrzem pokazywania, że człowiek może być elegancki, dowcipny, inteligentny i jednocześnie moralnie niebezpieczny. Zło nie zawsze ma twarz bandyty. Czasem nosi garnitur, mówi spokojnym głosem i zachowuje nienaganne maniery.
Kara, lęk i autorytet
Katolickie wychowanie Hitchcocka łączyło się także z doświadczeniem silnej dyscypliny. Wspomnienia o jezuickiej szkole często przywołują surowość i lęk przed karą. Sam Hitchcock mówił, że od jezuitów nauczył się organizacji, kontroli i analizy, ale zapamiętał też dyscyplinę.
Ten ślad widać w jego kinie. Władza, policja, sąd, ksiądz, matka, mąż, lekarz, spojrzenie innych — wszystko to może stać się u Hitchcocka źródłem presji. Człowiek jest obserwowany. Oceniany. Podejrzewany. Czasem sam siebie sądzi bardziej surowo niż inni.
Dlatego jego filmy tak mocno uruchamiają lęk widza. Nie tylko boimy się mordercy. Boimy się, że zostaniemy zdemaskowani. Że ktoś zobaczy coś, co ukrywamy. Że kara może przyjść nawet wtedy, gdy nie znamy jeszcze własnej winy.
Moralista w przebraniu cynika
Hitchcock lubił prowokować. Budował swój wizerunek z ironią, chłodem i czarnym humorem. Był mistrzem autopromocji, lubił kontrolę nad widzem, potrafił bawić się jego lękami. Dlatego łatwo zobaczyć w nim tylko cynicznego manipulatora. Ale to byłoby za proste.
Michał Oleszczyk w „Teologii Politycznej” zwraca uwagę, że Hitchcocka można czytać jako moralistę. Nie moralistę nudnego, który wygłasza pouczenia, ale moralistę kina: kogoś, kto układa fabułę tak, by widz sam poczuł ciężar winy, pokusy, strachu i odpowiedzialności.
Hitchcock nie mówi: „zobaczcie, jak wygląda grzech”. On sprawia, że widz zostaje wciągnięty w mechanizm grzechu. Podgląda razem z bohaterem. Podejrzewa niewinnego. Fascynuje się przestępcą. Czeka na karę. A potem musi zapytać sam siebie: dlaczego mnie to tak wciągnęło?
To jeden z powodów, dla których jego filmy się nie starzeją. One nie są tylko zagadkami kryminalnymi. Są pułapkami zastawionymi na sumienie widza.
ZOBACZ TAKŻE >>> „Dzień objawienia”. Nowy film Spielberga i tęsknota za Bogiem
Katolickie kino
Hitchcock pokazuje, że katolicka wyobraźnia w sztuce nie musi oznaczać filmów o świętych, księżach i kościołach. Może oznaczać głębokie przekonanie, że dobro i zło istnieją naprawdę. Że wina nie jest tylko społecznym konstruktem. Że człowiek nosi w sobie tajemnice, których nie da się rozwiązać samą psychologią. Że kara, przebaczenie i prawda należą do najpoważniejszych spraw życia.
Jego kino jest mroczne, czasem okrutne, niekiedy dwuznaczne. Ale właśnie dlatego tak mocno dotyka pytań o wiarę.
Alfred Hitchcock był reżyserem, który wiedział, jak długo potrzymać widza w napięciu. Ale za tym napięciem kryło się coś więcej: stara, bardzo ludzka prawda, że człowiek boi się nie tylko śmierci. Boi się także sądu. Boi się winy. Boi się prawdy o sobie.
I może dlatego, gdy oglądamy Hitchcocka, tak często czujemy nie tylko dreszcz strachu, ale także niepokój sumienia.
Źródła: Teologia Polityczna, Commonweal, Christianity Today, Cambridge University Press, America Magazine, Vanity Fair.








