Nasze projekty

Czego nauczył mnie Prymas?

Prymas Kościoła, w którym w pełnych świątyniach ludzie spijają każde słowo z ust księdza, miał też być Prymasem w czasach, gdy - często ci sami ludzie - na Kościół pluli ile wlezie, a księży traktowali jak upierdliwych talibów.

Reklama

Prymasa Glempa oceniają historycy, politycy, odpytujący ich dziennikarze męczą się, próbując wycisnąć najważniejszy cytat, najważniejsze wydarzenie, najważniejsze wspomnienie, całe zamknięte właśnie osiemdziesięcioletnie życie, próbując poszatkować i zamknąć w szufladach. Ja zastanawiam się, kim Prymas Glemp był dla mnie, co ze spotkania z nim, z przecięcia się naszych dróg będzie nadal we mnie żyło.

 

Bywało, że w środowisku ludzi piszących o polskim Kościele mówiliśmy o nim z lekkim przymrużeniem oka, cytując anegdoty o tym, jak na zajęciach z homiletyki dla studentów warszawskiego seminarium kazał im losować kartki z zagadnieniami na egzamin: "Kazanie na poświęcenie studni", "Kazanie na pogrzeb ciotki".

Reklama
Reklama
Czego nauczył mnie Prymas?
Fot. Piotr Drabik

Czasem irytował – gdy zdarzało mu się powiedzieć (a zdarzało) coś, co przez tydzień trzeba było wszystkim tłumaczyć, albo upierał się do granic rozsądku przy Świątyni Opatrzności Bożej.

 

Czasem zdumiewał stanowczością – jak wtedy, gdy przez swoją diecezję wprowadzał de facto do Polski komunię na rękę, wbrew wielu głosom – przy okazji debaty o Jedwabnem organizował w warszawskim kościele Wszystkich Świętych nabożeństwo ekspiacyjne albo zabierał głos w sprawie pewnego szefa pewnej rozgłośni.

Reklama
Reklama

 

Zadanie miał koszmarnie niełatwe: przeprowadzić Kościół przez czasy zniewolenia, a następnie nagle eksplodującej wolności.

 

Reklama

Prymas Kościoła, w którym w pełnych świątyniach ludzie spijają każde słowo z ust księdza miał też być Prymasem w czasach, gdy – często ci sami ludzie – na Kościół pluli ile wlezie, a księży traktowali jak upierdliwych talibów.

Był Prymasem, który powstrzymywał naród przed narodowym powstaniem, a dwie dekady poźniej Prymasem narodu, który zamiast o honorze musiał dyskutować o honorarium. Nie wiem jak z tą rolą poradziłby sobie kardynał Wyszyński, w którego czasach to wróg, a nie przyjaciel był wrogiem. Czy – z czysto teoretycznego puntu widzenia – Prymas Glemp mógł coś zrobić lepiej?  Z pewnością. Czy jednak ktokolwiek postawiony na jego miejscu w tych okolicznościach zrobiłby to lepiej niż on?

 

To, jak zapisze się w historii, niech oceniają spece od niej. We mnie spotkanie z nim zostawiło trzy wyraźne ślady człowieka, nie instytucji.

 

Primo – pamiętam do dziś, jak Prymas na Placu Piłsudskiego wyznawał (z pewnością inspirowany Janem Pawłem II) winy polskiego Kościoła, mówił też o swoim lęku, prosił o wybaczenie za to, że nie uratował życia księdza Popiełuszki. Wiadomo, że panowie mieli konflikt. Wiadomo, że dziś w niebie z pewnością go sobie wyjaśnili. Jasne, Prymas Glemp bywał uparty, ale gdy trzeba było, potrafił bez żadnych ceregieli i pompy po prostu powiedzieć: nie dałem rady, źle oceniłem, bałem się, przepraszam. Nie musiał tego robić, kościelna maszyna z wielką wprawą pierze takie "brudy" bez ujawniania ich na zewnątrz. Od niego naprawdę można było uczyć się pokory.

Widać ją też było w tym, jak pilnie uczył się od swoich dwóch wielkich "szefów": kardynała Wyszyńskiego i Jana Pawła II, który – zdaje się początkowo niechętny tej kandydaturze – później "adoptował" Prymasa Glempa i w wielu kwestiach mocno wpływał na jego myślenie (a często i zmianę zdania).

 

Kardynałowi Glempowi nie odbiła kościelna woda sodowa, nie udawał, że wraz z biskupią konsekracją został przeniesiony do kategorii półaniołów.

 

Imponowała mi nie tylko jego szczerość i prostolinijność, ale i cierpliwość.

Czego nauczył mnie Prymas?

Od dobrych kilkunastu lat widać było, że choruje. Początkowo chyba tylko na cukrzycę, zdarzało mu się nieraz, że w środku jakiejś wielkiej uroczystości zapadał w śpiączkę (co później bezwzględnie wykorzystywali fotoreporterzy). Później pojawił się nowotwór. Nie miałem z nim szczególnie bliskiego kontaktu, ilekroć jednak się spotykaliśmy, byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak te swoje krzyże niesie.

 

To pewnie nie był charyzmatyczny lider w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, nie był to wielki naukowiec czy ultragenialny duszpasterz. Prymas Glemp był po prostu dobrym człowiekiem i szlachetnym księdzem.

 

Pewnie nie będę zbyt często wracał do jego kazań, bywało, że słuchając jego bieżących komentarzy wpadałem w stan podgorączkowy, złościłem się nań za wybranie słabego projektu Świątyni Opatrzności, wciąż mieć jednak będę przed oczami człowieka, który doskonale wiedział, jak zostanie odebrane jego wezwanie do nieprzelewania polskiej krwi, a mimo to je wygłosił. Wiedział, że Kościół w czasach wolności będzie targany chęcią podziałów, a mimo to spokojnie i metodycznie im przeciwdziałał.

 

Pewnie jeszcze piętnaście lat temu nigdy bym tego nie powiedział, ale dziś – gdy napatrzyłem się już trochę na to, co w polskim Kościele czasem się dzieje – mówię to z pełnym przekonaniem: autentycznie mi go dziś brakuje.

 

Do zobaczenia, Księże Kardynale.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę