video-jav.net

Co wspólnego ma Google Translator z drugim przykazaniem?

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w 99 proc. sytuacji, w których mówię o Panu Jezusie, kompletnie nie uświadamiam sobie, co mówię i co wyznaję. Że mówiąc to daję Mu prawo do siebie, władzę nad sobą.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pewien znajomy niezbyt biegle radzący sobie z językiem Szekspira, otrzymał polecenie przetłumaczenia listu do obcojęzycznego szefa, postanowił w akcie rozpaczy podeprzeć się tłumaczem Google. Każdy, kto korzystał z tego narzędzia wie jak podstępne potrafi ono być wobec tych, co nie znają choćby podstaw języka, na który tłumaczenie ma być dokonane (kto nie wie o czym mówię, niech weźmie z Internetu dowolny angielski tekst, wklei go do tłumacza Google każąc mu przełożyć to na polski, uprzednio przygotowawszy miękkie posłanie by nie skrzywdzić się gdy ogarną go paroskyzmy śmiechu). Tekst oryginalny brzmiał: „Drogi Panie, tak jak Pan prosił w załączniku przesyłam Panu plan współpracy“. Szef otrzymał zaś list, który zaczynał się tak: „Dear Lord, as the Lord asked the Lord attached the collaboration plan.“ Wszyscyśmy mieli dziś beczkę śmiechu, ale ja – znany z tego, że wszystko kojarzy mi się tylko z jednym – od razu zacząłem zastanawiać się nad tym dlaczego nas to śmieszy.

Durny automat użył zwrotu, który stosujemy tylko w okolicznościach religijnych. I to – mam wrażenie – najczęściej bezwiednie. Nie mając pewności, o co z tym Panem Jezusem chodzi, czy to bardziej – przechodząc znów na angielski – Mr. Jesus, czy Lord Jesus (gdybyśmy mieli tego świadomość, inaczej chyba akcentowalibyśmy ten zwrot, podobnie nierozumnie odczytujemy frazę „Abba, Ojcze“).

Tysiące razy wyjaśniano już nam, jak Adonai („Pan“ po hebrajsku“) stał się imieniem własnym boga Jahwe, którego świętego imienia nie wolno było wymawiać. Jak Kyrios („Pan“ po grecku) stał się synonimem Jezusa Chrystusa. Legendę zrobiłem z opowieści o moim oazowym animatorze, który nie chciał mnie puścić z fajnymi koleżankami na pobożne wakacje, dopóki nie odnotuję w stosownym formularzu: „przyjąłem Jezusa jako mojego Pana i Zbawiciela“. Teoretycznie wiem o co chodzi – do zbawienia wystarczy, że człowiek uzna, uwierzy w to, że Jezus jest Panem życia i śmierci, że jest Bogiem i Człowiekiem, który przyszedł naprawić błąd, który popełnił Adam. Dla chrześcijanina to jak podłączenie się do prądu, jak się nie podłączysz, trudno żebyś świecił, prąd nie wyjdzie z kontaktu i nie zaświeci cię na siłę. Ja nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że w 99 proc. sytuacji, w których mówię o Panu Jezusie, kompletnie nie uświadamiam sobie, co mówię i co wyznaję. Że mówiąc to daję Mu prawo do siebie, władzę nad sobą, robię to dobrowolnie, bo wiem, że nie jest tyranem, a kimś, komu zależy na tym, żebym był sobą – jak mawia młodzież – „na maksa“.

W „Bogu, Kasie…“ mówiłem o modlitwie Jezusowej, że w niej jest całe wyznanie wiary, cała teologia. Przecież ona zaczyna się od „Panie Jezu…“ właśnie. Chciałbym, żeby mój proboszcz zamiast podejmować przez godzinę w ramach Słowa Bożego dość rozpaczliwe próby zainteresowania mnie sposobem mocowania nowego żyrandola oraz jego kosztem, wyjaśnił mi co to znaczy gdy ganiamy za Jezusem chóralnie mówiąc mu: „Panie“. A może większym problemem, czymś co zagłusza nam tę całą sytuację niczym tort przyćmiewający smak wszystkich innych dań, jest słodkie zdrobnienie do „Jezu“? Dziś, na niedzielnej mszy u mnie w parafii ciąg dalszy betonowo – wylewkowo – tynkowego sprawozdania, będę miał więc dobre pół godziny by sobie nad tym pomyśleć…

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wywiad z Martą Kuligowską

Architektkami życia domowego są kobiety

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Marta Kuligowska w rozmowie z Judytą Syrek

Od kiedy mam dzieci, mój dzień jest zaplanowany co do 15 minut. Przestałam się spóźniać. Jestem naprawdę dobrze zorganizowaną kobietą….

Przy takiej pracy, przy dwójce dzieci, które jeszcze nie są samodzielne – to wszystko wymaga dobrego planowanie, prawie jak tabelki w Excelu, których nienawidzę.

Marta Kuligowska, dziennikarka tvn24 w rozmowie z Judytą Syrek opowiada o swojej pracy, kobiecości i pomysłach dla młodych ludzi. Wśród widzów ma opinię jednej z najbardziej lubianych dziennikarek. Kiedy poszła na urlop macierzyński, otrzymała wiele e-maili z wyrazami serdeczności i gratulacjami. Jak radzi sobie dzisiaj jako matka bliźniaków i wciąż aktywna zawodowo dziennikarka?

Codziennie od poniedziałku do piątku wstaje o 3:55 i jedzie do pracy, by prowadzić poranne serwisy w TVN24. Uprawia jogging, chodzi do lekarza z dziećmi i robi zakupy dla rodziny: Robię to, co większość matek po wyjściu z pracy – opowiada w naszej rozmowie. Swoją karierę zaczęła w 1997 roku: Zobaczyłam ogłoszenie w gazecie, że rusza Radio Pogoda w Warszawie. Krzysztof Materna i Wojciech Mann szukali ludzi. Zgłosiłam się, a razem ze mną 8 tysięcy osób. Zostało osiem, wśród nich ja – byłam szczęśliwie wybraną.

Jak wygląda życie rodzinne Marty Kuligowskiej? Czy rodzina nie zdezorganizowała jej życia?

architektkami życia domowego są zazwyczaj kobiety, i tak samo jest u mnie. Ja jestem od planowania, organizowania życia rodzinnego. Jestem takim dyrektorem domowym. Nie tyranem. Od kiedy mam dzieci, mój dzień jest zaplanowany co do 15 minut. Przestałam się spóźniać. Jestem naprawdę dobrze zorganizowaną kobietą. Inaczej wszystko by mi się rozeszło, nie umiałabym nad tym zapanować. Przy takiej pracy, przy dwójce dzieci, które jeszcze nie są samodzielne – to wymaga dobrego planowanie, prawie jak tabelki w Excelu, których nienawidzę.

Na pytanie, jaki styl życia doradziłaby dzisiaj tym, którzy przygotowują się do zawodowej kariery, Marta Kuligowska odpowiedziała:

Chciałabym, żeby młodzi ludzie nie czuli się w obowiązku pędzenia. Niech pracują nad sobą, niech czytają dużo książek, słuchają muzyki, włóczą się po teatrach, wystawach, parkach, niech wyjeżdżają, kupują bilety w tanich liniach za 70 złotych do różnych stolic europejskich, i nie tylko. Niech poświęcają ten czas na swój własny rozwój, rozwój ducha i ciała.

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >