Nasze projekty

Za zbrodnie na rdzennej ludności Kanady odpowiadają zarówno państwo, jak i katolickie oraz protestanckie szkoły

Państwo kanadyjskie, Kościół katolicki, Kościoły protestanckie. Wielu jest winowajców odpowiedzialnych za mrożące krew w żyłach zbrodnie dokonywane na dzieciach rdzennej ludności. Szukanie na siłę kozła ofiarnego – wskazywanie palcem czy to wyłącznie na katolików, czy protestantów, czy na kolonizatorów – przynosi szybką ulgę, dalekie jest jednak od uczciwego poszukiwania sprawiedliwości.

fot: BiblioArchives / LibraryArchives/ CC BY 2.0

Horror, który wydarzył się naprawdę

W maju media na całym świecie donosiły o odkryciu masowych grobów z ciałami 215 dzieci rdzennych mieszkańców w Kamloops w Kolumbii Brytyjskiej, w czerwcu zaś pod szkołą w prowincji Saskatchewan znaleziono 761 ciał. Zanim jednak oczy opinii publicznej zwróciły się na Kanadę z racji odkrycia kolejnych zbiorowych mogił przy dawnych szkołach dla rdzennej ludności, polska reportażystka, Joanna Gierak-Onaszko, napisała przejmujący reportaż zdający kompleksowo sprawę z ogromu wyrządzonego zła. W książce 27 śmierci Toby’ego Obeda opisane są praktycznie wszystkie scenariusze, które przypominają fabułę horroru: bicie, głodzenie, tortury, gwałty naprawcze i dyscyplinujące, szeroki zakres innego rodzaju przemocy seksualnej – wszystko to przy pełnej świadomości, aprobacie, a często nawet radości decydentów.

Jedną z najbardziej wstrząsających historii jest opis szkolnej akademii, w trakcie której uczeń poddawany jest elektrowstrząsom na krześle elektrycznym ku uciesze zgromadzonego na sali tłumu – kolegów ze szkolnych ławek i nauczycieli. Szefem ośrodka był ksiądz Jules Leguerrier. Nigdy nie usłyszał zarzutów, za to w 1964 r. otrzymał sakrę biskupią. Trudno uznać to wstrząsające wydarzenie za dowód anegdotyczny. Kanadyjska komisja ds. badania tych zbrodni przygotowywała swoje materiały, dotarła do przeszło 8 tys. zeznań świadków.

Co właściwie się wydarzyło?

System szkół z internatem, wokół którego toczy się cała burza medialna, powstał jako inicjatywa rządu kanadyjskiego. Kanadyjscy decydenci pod koniec XIX w. postanowili przeprowadzić masową akcję asymilacyjną rdzennej ludności. Jako że wieloletnie próby asymilacji dorosłych nie przynosiły odpowiednich efektów, przymusowej „reedukacji” postanowiono poddać dzieci. W tym celu wykorzystano świeżo wybudowane placówki edukacyjne kilku organizacji religijnych (przede wszystkim afiliowany przy Kościele katolickim zakon oblatów, ale także protestancki Zjednoczony Kościół Kanady oraz anglikanów). To właśnie w tych placówkach dochodziło do karygodnego traktowania rdzennej ludności Kanady.

Reklama
Reklama

Warto wspomnieć o fakcie, który często gubi się w relacjach z obecnej afery, gdzie co rusz słychać apele o to, żeby sprawę dokładnie zbadać. O ile nieoznaczone groby są nowym odkryciem, to system przemocy w szkołach kanadyjskich został bardzo dobrze udokumentowany w ciągu wieloletnich badań oficjalnej rządowej komisji, a kompleksowe raporty – zarówno syntezy, jak i wybrane zeznania świadków – można pobrać na jej stronie internetowej.

Wielu winnych i kilka twarzy Kościoła

Książka Gierak-Onaszko pokazuje całą złożoność sytuacji kanadyjskiej, która w obecnej spolaryzowanej dyskusji publicznej bardzo się gubi. W ostatnich dniach mogliśmy przeczytać chociażby tekst Piotra Szumlewicza, który sugeruje, że odkryte masowe groby to efekt bezpośredniego ludobójstwa dokonywanego przez katolickich duchownych. W kraju, gdzie wciąż żywy jest obraz grobów katyńskich, figura masowych grobów pomordowanych dzieci budzi jednoznaczne skojarzenia. Jest też ewidentną manipulacją, bo o ile kanadyjska komisja udokumentowała rzeczywiście tysiące dramatów dzieci i nadużyć, o tyle akurat masowych morderstw nie stwierdzono.

Jak widać, mamy aktualnie klimat, który sprzyja poszukiwaniu łatwych, jednoczynnikowych wyjaśnień. Stąd z jednej strony dla niektórych głównym winowajcą jest Kościół katolicki. Nie był on jedynym Kościołem, który prowadził szkoły z internatem – to szczegół, który również wyparował z tekstu Szumlewicza, bo kiepsko pasował do tezy – ale najnowsze odkrycia masowych grobów dotyczą akurat szkół prowadzonych przez Kościół katolicki, ponadto faktycznie był on największą organizacją religijną spośród wszystkich prowadzących placówki edukacyjne. Dla innych wina tkwi wyłącznie w kolonialnych działaniach rządów Kanady, które zaaprobowały program przymusowej asymilacji ludności tubylczej poprzez odbieranie dzieci rodzicom i wychowywanie ich w „cywilizowanych warunkach”. Tymczasem prawda nie leży ani tutaj, ani na skraju, ani pośrodku. Prawda jest wypadkową wszystkich czynników, które składały się na tę zbrodniczą sytuację.

Reklama
Reklama

Praprzyczyną całego wyrządzonego zła była tzw. doktryna odkrycia. Stanowiła nieformalną zasadą zapoczątkowaną papieską bullą Inter caetera, wydaną w 1493 r. Dawała ona moralne (a także, ze względu na rolę Kościoła w tamtym czasie, de facto polityczne) prawo europejskim mocarstwom do „odkrywania” (a realnie kolonizowania) lądów niezamieszkałych przez ludność chrześcijańską.

Przez lata stanowiła usprawiedliwienie dla agresywnej polityki kolonizacyjnej (zwłaszcza na odcinku amerykańskim, którego oficjalnie dotyczyła) i dostarczała rasistowskim działaniom quasi-religijnego uzasadnienia. Ludy tubylcze można było przesiedlać i mordować oficjalnie nie tylko ze względu na ich status etniczny, ale przede wszystkim dlatego, że nie znali Chrystusa. Pod tym względem działania rządu Kanady były, jak bardzo groteskowo by to nie zabrzmiało, cywilizowaną ewolucją tej zasady. Zamiast walczyć z tubylcami, należało ich przymusowo asymilować.

Temat ten ma również rzadko poruszany wątek polski. Gdy na Soborze w Konstancji dotykano tematu inwazji Krzyżaków na państwo polskie, strona polska próbowała argumentować przeciwko tego rodzaju praktykom, uzasadniała, że wolna wola jest niezbędnym składnikiem aktu przyjęcia wiary, a jedyną wojną dopuszczalną z punktu widzenia wiary chrześcijańskiej jest wojna obronna. Niestety stanowisko to – dużo bliższe przecież temu, co dzisiaj przyjmujemy jako kanon moralności chrześcijańskiej – przepadło ostatecznie w konflikcie z argumentacją wielkich kolonialnych mocarstw.

Reklama

Warto zdać sobie sprawę z tego, że wewnątrz samego Kościoła katolickiego pojawiały się również stanowiska przeciwne mentalności kolonialnej. Jednym ze znamiennych przykładów była chociażby wydana w 1537 r. encyklika Sublimus Dei, w której papież Paweł III explicite sprzeciwiał się traktowaniu ludności tubylczej jako osób gorszego sortu, których przeznaczeniem jest niewolnicza służba. Niestety tego typu głosy były przez kolonialne elity często ignorowane albo wygodnie interpretowane.

Kościół daje alibi moralne

Zbrodnie szkół z internatami nie byłyby możliwe, gdyby nie sojusz możnych tego świata. Państwo organizowało system, dawało bezkarność i współpracę ze strony aparatu przemocy. Kościoły chrześcijańskie zaś dostarczały moralnej legitymizacji, rozgrzeszały winy organizatorów i wykonawców tego procederu, a także nadawały owemu barbarzyństwu nimb misji zbawczej.

Zachodnie chrześcijaństwo ma zatem aktualnie dwa główne zadania: zadośćuczynić tym zbrodniom oraz zagwarantować, że sytuacja nigdy więcej się nie powtórzy, musi wyciągnąć odpowiednie wnioski. Jeśli ktoś bowiem twierdzi, że ów system przemocy wobec ludności tubylczej nie ma aktualnie obrońców, to niestety jest w błędzie. Nie dalej jak w tym tygodniu wpływowe pismo „The American Conservative” opublikowało tekst The Meaning Of The Native Graves, którego podtytuł brzmiał They’re good, actually.

Narracja, że można kogoś zbawić „na siłę”, wbrew jego woli, ma niestety bardzo długą tradycję i – jak widać na powyższym przykładzie – jest nadal żywa. Stojące za nią rasistowsko-wyższościowe stereotypy, zgodnie z którymi – jak w „doktrynie odkrycia” – ludy tubylcze są gorsze, bo nie miały dostępu do chrześcijaństwa, a sam dostęp to coś, za co powinny być nam, białym ludziom, wdzięczne, nadal mają się dobrze.

Co więcej, w niektórych kręgach konserwatywnych (zwłaszcza, o ironio, w USA i Kanadzie) istnieje wpływowy ruch postulujący ewangelizację siłą. Objawia się to dla przykładu w popieraniu sojuszu Kościoła z państwem, w którym służby państwowe będą przymuszać niewierzących do akceptowania prawd wiary (zazwyczaj dotyczy to tego wycinka, który jest aktualnie przedmiotem tzw. wojny kulturowej). Mimo tego, że Kościół oficjalnie rozliczył się z okresu krucjat, zakaz makiawelizmu jest trwale wpisany w nauczanie Magisterium, a zasada „zło dobrem zwyciężaj” jest zapisana w Ewangelii, nadal istnieje pokaźny ruch twierdzący, że jeśli ktoś tylko jest nominalnie chrześcijaninem, został ochrzczony i przestrzega zasad i rytuałów wiary, to można uznać, że jest to robione „dla jego dobra”, nawet jeśli wszystkie te czyny dokonywane są pod przymusem władzy państwowej. W kontekście wyżej cytowanego artykułu warto postawić pytanie, czy wychowankowie tych szkół naprawdę poznali Chrystusa, czy może jednak szatana, który Chrystusa udawał.

Potrzeba zadośćuczynienia ze strony Kościoła i państwa

W przypadku warstwy zadośćuczynienia również Kościół ma dużo na sumieniu. Znana z całego świata procedura ukrywania archiwów przed władzami państwowymi w celu krycia wizerunku Kościoła odbyła się również w Kanadzie. Przed państwową komisją ukrywano wszystkie szczegóły dotyczące wspomnianego powyżej i okrytego wyjątkowo złą sławą sierocińca św. Anny. Co więcej, tamtejszy Kościół katolicki, jako jedyna z instytucji religijnych, nie wpłacił zadeklarowanej sumy 25 mln dolarów na fundusz pomocy ofiarom. Zamiast tego wynajął prawnika, który za pomocą kruczków prawnych doprowadził do unieważnienia roszczenia (równolegle budowano nową katedrę za 28 mln, co spotkało się z ogniem krytyki). Mimo że tamtejsi biskupi przeprosili za zbrodnie Kościoła, wielu przedstawicieli ludów tubylczych domaga się stanowczych przeprosin i uznania winy ze strony głowy Kościoła. Papież Benedykt XVI ograniczył się do wyrażenia ubolewania, podobnie jak papież Franciszek, który jednak na kanwie najnowszych wydarzeń ma w grudniu spotkać się z reprezentacją rdzennej ludności Kanady.

Tutaj jednak dochodzimy do kwestii zadośćuczynienia ze strony państwa. Trudno uznać, że rząd Kanady naprawdę zadośćuczynił rdzennym ludom, których tożsamość przez lata niszczył. Akcje palenia Kościołów (nota bene dokonywane przez nieznanych sprawców, od których liderzy rdzennej ludności się odcinają) są pod tym względem wygodnym szukaniem kozła ofiarnego i zdejmowaniem odpowiedzialności z państwa. Kanada bowiem z jednej strony po latach zorganizowała wreszcie oficjalną komisję, przyznała się do odpowiedzialności za system szkół i wypłaciła odszkodowania. Z drugiej strony w sprawie, która finansowo jest dużo bardziej kosztowna – rurociągu, który Trudeau chce przeprowadzić przez tereny będące rdzennymi ziemiami lokalnych plemion – rząd konsekwentnie odmawia jakichkolwiek rozmów.

Na pewno można docenić to, że rządy (w przeciwieństwie do Kościoła katolickiego) potrafią lepiej dbać o swój PR. Dobrze, jeśli przy okazji tych działań posuwamy się w kierunku sprawiedliwości. Niedobrze, jeśli będzie to namiastka sprawiedliwości, której towarzyszyć będzie wskazywanie kozła ofiarnego, który poza niewątpliwymi grzechami i zaniedbaniami, o których mowa powyżej, po prostu mniej efektownie się broni.

Kościół musi zdecydowanie rozliczyć się ze swoich zaniedbań – zapewnić transparentność, przestać uciekać od finansowej odpowiedzialności, a wreszcie jasno zwalczać w swoich szeregach jakichkolwiek apologetów rasistowsko-kolonialnej mentalności zbawiania siłą rdzennych „podludzi”. Rozliczyć się również muszą jednak państwa, które chętnie zdobywają się na różne symboliczne gesty, ale zaczynają być dużo mniej hojne, gdy chodzi o realne, finansowo-instytucjonalne odszkodowania.

Zarówno Kanada, jak i USA wygłaszające frazesy o społecznej sprawiedliwości nadal nie oddały rdzennym mieszkańcom ich ziem. Nie mówimy tu o niepodległości, ale o realnej, daleko posuniętej autonomii. W walce z rasizmem coraz intensywniejsze symboliczne gesty maskują brak realnych działań kompensacyjnych ze strony rządu tam, gdzie koszty finansowe byłyby dotkliwe. Nadal, zwyczajnie jako ludzie, mamy tutaj dużo do zrobienia. Nie dajmy się zwieść iluzji, że dysponujący coraz lepszymi sztabami PR-owców politycy zostaną teraz pionierami publicznej moralności. Rozliczajmy wszystkich i nie dajmy się rozegrać w grze polegającej na poszukiwaniu kozła ofiarnego. Odpowiedzialność muszą wziąć na siebie wszyscy.

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronach Klubu Jagiellońskiego.

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę