Odrzucono “Humanae vitae”, nie zrozumiano Jana Pawła II, więc są problemy z rodziną

Duszpasterstwo rodziny musi się opierać na prawdzie – przypomina ks. prof. Livio Melina, przewodniczący Papieskiego Instytutu Jana Pawła II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną w kontekście przyszłego zgromadzenia Synodu Biskupów. Ten ustanowiony przez polskiego Papieża instytut aktywnie włącza się w przygotowania do obrad synodalnych, które odbędą się w październiku br.

Jego współzałożyciel kard. Carlo Caffarra jako pierwszy z kardynałów stanowczo sprzeciwił się postulatom zmiany nauczania Kościoła i uznania dorobku Jana Pawła II w tej dziedzinie za przedawniony. Podobnego zdania jest również ks. prof. Melina. Przypomina on, że Kościół jest siłą kulturotwórczą, która ma zmieniać obyczaje. Siły tej dowiódł w konfrontacji z kulturą starożytnego Rzymu. To samo może uczynić i dziś, jeśli będziemy mniejszością kreatywną, zdolną wywierać wpływ na procesy kulturowe – uważa prof. Melina.

Podkreśla on, że dokument roboczy synodu o rodzinie wskazuje na poważne braki w formacji, nie tylko wśród małżeństw, ale również u kapłanów. Wynika to z klimatu, jaki wytworzył się po odrzuceniu encykliki "Humanae vitae". W takiej sytuacji Kościół nie był wstanie zrozumieć bogactwa i nowości teologii ciała, jaką dał nam Jan Paweł II. I paradoksalnie, kiedy w całym świecie sprawy seksu coraz bardziej wychodziły na pierwszy plan, w Kościele nie podejmowano tego tematu, choć mieliśmy do dyspozycji teologię ciała Jana Pawła II, ujmującą te zagadnienia w sposób pozytywny i nowatorski, bliski ludzkiemu doświadczeniu. Zdaniem przewodniczącego Papieskiego Instytutu o Małżeństwie i Rodzinie takie pozytywne podejście jest też potrzebne na synodzie. Rodzina to bowiem nie problem, lecz bogactwo, główna droga do świętości.


RV / Rzym


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Włochy: kolejna tragedia z udziałem uchodźców

Trzeba pilnie otworzyć korytarze humanitarne, by położyć kres kolejnym tragediom. Ostatnio u wybrzeży Sycylii zatonęło 45 syryjskich i afrykańskich uchodźców, którzy płynęli przez morze ku lepszemu życiu. Na 20-metrowym stateczku było ponad 300 uchodźców.

„Włoska policja ocenia, że tylko na tym jednym transporcie handlarze żywym towarem zarobili prawie milion euro” – mówi Mario Affronti, lekarz, a zarazem dyrektor regionalny kościelnej Fundacji Migrantes na Sycylii.

„Warunki, w jakich ci nieszczęśnicy decydują się na podróż, z każdym dniem stają się coraz bardziej nieludzkie. Handlarze używają rozpadających się łodzi, za których sterami zasiadają przypadkowi ludzie, często są to ci, którzy sami uciekają przed wojną i głodem" – powiedział włoski działacz katolicki. Wyjaśnił, że dzieje się tak po to, aby uniemożliwić namierzenie sieci przemytników i aresztowanie ich, gdy dotrą do celu podróży.

"Cały czas apelujemy o otwarcie korytarzy humanitarnych z Egiptu i Libii, by umożliwić uchodźcom bezpieczne opuszczenie krajów, w których cierpią i są prześladowani. Byłoby to zarazem narzędzie wyrwania tych nieszczęśników z rąk organizacji kryminalnych zajmujących się ich przemytem. Nie możemy zapominać, że ci ludzie są zmuszeni do ucieczki z powodu warunków, w jakich żyją: wojny, biedę, prześladowania” – oświadczył M. Affronti.


(KAI/RV) / Palermo