fot. Ashwin Vaswani/unsplash.com
Czy będzie beatyfikacja papieża Franciszka? Odpowiada o. Alfonso Bruno
Czy chodzi o osobistą opinię czy realny krok proceduralny? O. Alfonso Bruno, włoski duchowny, dziennikarz i watykanista, redaktor naczelny magazynu "Mediafighter - La sfida dei media", tłumaczy w wywiadzie dla Stacji7, że jego słowa poparcia dla formalnego rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego to duchowa i moralna ocena pontyfikatu Franciszka
W ostatnich dniach włoskie media, a w ślad za nimi także liczne redakcje zagraniczne, szeroko pisały o słowach włoskiego zakonnika o. Alfonso Bruno na temat ewentualnego wszczęcia procesu beatyfikacyjnego zmarłego w ubiegłym roku papieża Franciszka. Sprawę podjęły m.in. Catholic Online i LifeSiteNews, a we Włoszech także Rai News i „Il Giornale”. Wypowiedź zakonnika szybko stała się elementem debaty o dziedzictwie Franciszka oraz o pytaniu, czy i kiedy mogłaby zostać podjęta kwestia jego beatyfikacji.
Stacja7: W mediach pojawiła się informacja, że poparł Ojciec rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego papieża Franciszka. Co dokładnie oznacza ta inicjatywa: jest to osobista opinia, apel środowisk katolickich czy też realny krok proceduralny w kierunku formalnego wniosku?
Za pośrednictwem tego wywiadu pozwólcie mi najpierw pozdrowić polskich czytelników i podziękować tym, którzy dają mi możliwość wyjaśnienia i pogłębienia sensu mojego swobodnie wyrażonego stanowiska jako człowieka i katolickiego kapłana. To, co, jak widzę, zwróciło uwagę, jest duchowym i dziennikarskim stwierdzeniem tego samego rodzaju, co te, które wielu wypowiadało o Janie Pawle II, gdy jeszcze żył, o Matce Teresie, gdy opiekowała się umierającymi w Kalkucie, czy o księdzu Milanim, gdy nauczał w Barbianie.
ZOBACZ TAKŻE >>> Testament Franciszka. Dziesięć darów dwunastoletniego pontyfikatu
O. Bruno: Świętość rozpoznaje się, zanim zostanie poświadczona
Świętość w tradycji katolickiej rozpoznaje się, zanim zostanie poświadczona. Ja uczyniłem to publicznie i pokojowo w pierwszą rocznicę śmierci papieża Franciszka, znając go osobiście i śledząc jego drogę jako odpowiedzialnego za magisterium Kościoła. Trzeba jednak zachować precyzję, a precyzja jest tutaj aktem szacunku wobec papieża Franciszka, wobec Kościoła i wobec wiernych.
Przeczytaj również
W prawie kanonicznym proces beatyfikacyjny nie może zostać rozpoczęty przed upływem pięciu lat od śmierci, chyba że zostanie udzielona wyraźna papieska dyspensa. To, co wyraziłem, nie jest więc aktem prawnym, nie jest jeszcze procedurą kanoniczną: jest wyrazem woli, oczekiwania, nadziei ze strony środowisk kościelnych, które przeżywały pontyfikat Franciszka jako nadzwyczajną łaskę. Mylenie tych dwóch poziomów, czyli pragnienia i formalnej procedury, jest błędem, którego należy starannie unikać. Sam wyraźnie je rozróżniam: stwierdzenie, że Franciszek zasługuje na to, by być rozważanym w kontekście procesu, jest oceną duchową i moralną; formalne rozpoczęcie sprawy to coś zupełnie innego, co wymaga czasu przewidzianego przez prawo kanoniczne, kompetentnych podmiotów i rygorystycznego dochodzenia.
Także w przypadku Jana Pawła II wydarzyło się coś podobnego: okrzyk tłumów „Santo subito” podczas pogrzebu w 2005 roku był głosem serca, a nie petycją kanoniczną. A jednak ten głos ludu z czasem przybrał poważną formę instytucjonalną. Istota rzeczy polega na tym, że okrzyk i procedura są dwoma odrębnymi momentami, a ich mieszanie nie służy nikomu.
Czy istnieje już konkretny podmiot, który zamierza złożyć wniosek o rozpoczęcie procesu?
O ile mi wiadomo, nie, jeszcze nie, i byłoby to kanonicznie przedwczesne. Podmiotem kompetentnym do rozpoczęcia sprawy pozostaje diecezja zmarłego, w tym przypadku Rzym, poprzez swojego biskupa diecezjalnego, którym dziś jest urzędujący papież Leon XIV, albo wtórnie zgromadzenie zakonne, jeśli kandydat do niego należał. Franciszek był jezuitą i biskupem Rzymu, zatem podstawowa kompetencja należałaby do diecezji rzymskiej. Na tym etapie nie istnieją jednak żadne formalne akty i nie mogłoby być inaczej. Ktokolwiek twierdzi coś przeciwnego, albo nie zna procedur kanonicznych, albo chce podnosić kwestię, która na płaszczyźnie prawnej nie jest jeszcze otwarta.
Warto przypomnieć, że także w przypadku Jana Pawła II formalny proces został rozpoczęty dopiero w kwietniu 2005 roku, zaledwie kilka tygodni po śmierci, ale dzięki wyraźnej dyspensie udzielonej przez Benedykta XVI, który uchylił wymóg pięciu lat. Ta dyspensa była decyzją wyjątkową i, jak wszystkie wyjątki, powinna być oceniana w swoim konkretnym kontekście, a nie przekształcana w automatyczną regułę. Gdyby coś podobnego miało się wydarzyć także w przypadku papieża Franciszka, pozostaje to jedynie hipotezą, która wykracza poza moją wiedzę i kompetencje.
W prawie kościelnym dotyczącym spraw beatyfikacyjnych liczy się przede wszystkim fama sanctitatis, czyli trwała opinia o świętości wśród wiernych. Czy zdaniem Księdza w przypadku papieża Franciszka mamy do czynienia już z takim zjawiskiem?
To najpoważniejsze pytanie i trzeba się z nim zmierzyć z całą uczciwością, na jaką zasługuje. Fama sanctitatis nie jest “popularnością”, nie jest średnią medialnych opinii, nie jest socjologiczną aprobatą mierzoną sondażami. Jest czymś bardziej specyficznym i bardziej wymagającym: trwałą, spontaniczną i szeroko rozpowszechnionym przekonaniem wśród wiernych, że dana osoba żyła w głębokiej jedności z Bogiem, cnotami heroicznymi, ze świętością rozpoznawalną w konkretach życia. Otóż w wielu środowiskach, na peryferiach świata, wśród ubogich, we wspólnotach, które czuły się zmarginalizowane, wśród młodych, którzy się oddalili i znów poczuli się wezwani, takie przekonanie istnieje i jest autentyczne.
Istnieje jednak także bardzo odmienne postrzeganie w innych środowiskach katolickich, które przeżywały ten pontyfikat z niepokojem, a czasem z cierpieniem. Ta polaryzacja sama w sobie nie jest przeszkodą kanoniczną: także św. Pius IX był uznawany przez część środowisk za postać kontrowersyjną, a sam Jan Paweł II również nie był pozbawiony surowych krytyków, zarówno po lewej, jak i po prawej stronie kościelnego pejzażu. A jednak dziś jest świętym. Taka polaryzacja wymaga poważnego i niespiesznego dochodzenia, zdolnego wysłuchać wszystkich głosów.
ZOBACZ KSIĄŻKĘ KS. PRZEMYSŁAWA ŚLIWIŃSKIEGO „KONKLAWE. TAJEMNICE WYBORÓW PAPIESKICH”
O. Bruno o beatyfikacji Franciszka: cierpliwość jest niezbędnym warunkiem wiarygodności
Czy rok od śmierci nie jest zbyt wczesnym momentem na taką inicjatywę? Także w przypadku Jana Pawła II, podczas pogrzebu którego wołano „Santo subito”, pojawiały się – i nadal pojawiają – głosy, że potrzeba czasu, nawet upływu całego pokolenia, aby świętość człowieka mogła się ujawnić i być rozpatrywana bez presji emocji, pamięci i bieżących kontrowersji.
Tempus lugendi, czas żałoby i rozeznania, jest integralną częścią kościelnej mądrości. Głosy, które także w przypadku Jana Pawła II domagały się ostrożności, nie były głosami wrogimi: przypominały Kościołowi, że świętość potrzebuje czasu, musi osiąść, objawić się, uwolniona od emocjonalnych projekcji chwili. W przypadku Karola Wojtyły proces został rozpoczęty szybko dzięki wyraźnej dyspensie, a droga doprowadziła do kanonizacji w 2014 roku, której dokonał właśnie papież Franciszek. Ale jeszcze dziś, i trzeba to powiedzieć z szacunkiem i bez ferowania wyroków, są tacy, którzy pytają, czy ta szybkość pozwoliła wystarczająco dogłębnie zbadać niektóre delikatne kwestie związane z pontyfikatem, jak choćby sposób zarządzania pewnymi przypadkami nadużyć.
Nie mówię tego po to, by rozdrapywać rany, lecz po to, by podkreślić, że powolność nie jest przeszkodą dla świętości: jest gwarancją wiarygodności dla całego Kościoła. Jeśli świętość jest prawdziwa, czas jej nie wymazuje, przeciwnie, umacnia ją i czyni bardziej świetlistą.
W informacjach o inicjatywie pojawiło się ciekawe stwierdzenie Ojca: świadectwo Franciszka nie było związane tyle z „konstrukcjami teoretycznymi”, lecz z „konkretną postawą ewangeliczną”. Czy za tymi słowami kryje się obawa, że w przypadku konieczności doktrynalnej oceny dziedzictwa Franciszka mogłoby dojść do opóźnienia lub nawet zablokowania decyzji o wyniesieniu na ołtarze?
Sformułowanie tego pytania jest przenikliwe i byłoby nieuczciwością tego nie uznać. Stwierdzenie, że Franciszek nie był związany z „konstrukcjami teoretycznymi”, lecz z „konkretną postawą ewangeliczną”, może sprawiać wrażenie, i w pewnych przypadkach rzeczywiście grozi takim skutkiem, że chodzi o ominięcie węzła doktrynalnego, o przesunięcie oceny na płaszczyznę, gdzie weryfikacja jest trudniejsza. Tego nie zaprzeczam.
Jest jednak także w pełni uzasadniony sens tego rozróżnienia: świętości nie mierzy się jakością produkcji teologicznej. Święty Józef Cottolengo nie był teologiem systematycznym; św. Teresa z Lisieux nie pozostawiła traktatów doktrynalnych, a jednak jest doktorem Kościoła. Świętość jest czymś innym. Powiedziawszy to, spory wokół Amoris Laetitia, Dubia kardynałów, napięcia wywołane przez Fiducia Supplicans są kwestiami realnymi i poważnymi, należącymi do historii tego pontyfikatu i nie mogą zostać po prostu wzięte w nawias. W ewentualnym dochodzeniu będą musiały zostać podjęte otwarcie, a nie pominięte za pomocą eleganckich formuł. Kanonizacja uzyskana przez obejście węzłów doktrynalnych byłaby kanonicznie krucha i duszpastersko dzieląca. Także w przypadku Jana Pawła II wewnętrzne napięcia doktrynalne jego pontyfikatu nie zostały zignorowane: zostały zbadane. Takie jest zadanie dochodzenia, a nie tworzenie hagiografii.
Nie można zatem oddzielić oceny świętości osoby od całościowej oceny pontyfikatu?
Historia pokazuje to bardzo wyraźnie. Sprawa dotyczy osoby, jej cnót teologalnych i kardynalnych, jej drogi duchowej, a nie każdej pojedynczej decyzji administracyjnej czy duszpasterskiej. Celestyn V został kanonizowany, mimo że jego rezygnacja z pontyfikatu została przez Dantego osądzona z najwyższą surowością. Pius IX jest błogosławionym, mimo kwestii rzymskiej, wyłomu Porta Pia i pontyfikatu naznaczonego ogromnymi napięciami w kwestii modernizmu. Jan Paweł II jest świętym, mimo złożoności niektórych spraw związanych z jego długim rządzeniem. Byłoby jednak naiwnością sądzić, że w przypadku papieża pontyfikat można po prostu wziąć w nawias: dla biskupa Rzymu życie było pontyfikatem, służba była urzędem. Tych dwóch płaszczyzn nie da się oddzielić chirurgicznie. Postulator będzie musiał zmierzyć się z tą złożonością inteligentnie i odważnie, a nie usuwać jej za pomocą zbyt wygodnego rozróżnienia. Świętość papieża weryfikuje się poprzez pontyfikat, a nie mimo niego.
Krytycy powiedzą: beatyfikacja papieża nie może być oceną jego popularności, oddziaływania medialnego, wrażliwości społecznej czy stylu komunikacji. Musi dotyczyć zjednoczenia z Bogiem, cnót heroicznych, wiary, nadziei i miłości.
To najmocniejszy ze wszystkich zarzutów i trzeba potraktować go poważnie, a nie zbywać jako wyraz tradycjonalistycznej wrogości czy argument „złej wiary”. Jego założenie jest prawdziwe: cnoty heroiczne nie mają nic wspólnego z nagłówkami gazet, okładkami świeckich magazynów czy aprobatą mierzoną socjologią. Ryzyko beatyfikacji zasadniczo „medialnej” jest realne i Kościół podejmował je już w innych okresach swojej historii. Właściwą odpowiedzią nie jest jednak zaprzeczenie temu zarzutowi, lecz przyjęcie jego przesłanki i odwrócenie wniosku: właśnie dlatego, że takie ryzyko istnieje, potrzebny jest proces rygorystyczny, powolny, bezkompromisowy co do teologicznej substancji.
Także tutaj warto przywołać porównanie z Janem Pawłem II: również o nim mówiono, i niektórzy mówią do dziś, że szybkość jego kanonizacji była pod wpływem ludowego przywiązania, symbolicznego ciężaru tamtego pontyfikatu w historii świata i woli dania pewnego sygnału. Czy to osłabiło sprawę? Nie. Ale pytanie jest zasadne, a sam fakt, że jest zasadne, powinien skłaniać do większej, a nie mniejszej ostrożności. Gesty Franciszka wobec migrantów i więźniów muszą być oceniane teologicznie, a nie komunikacyjnie.
O. Bruno o Franciszku: każdego dnia wybierał, by się nie wycofać, by nadal być obecnym
Dla wielu Franciszek był znakiem miłosierdzia, bliskości i Kościoła wychodzącego ku peryferiom; dla innych stał się symbolem zamętu, dwuznaczności i napięć. Czy właśnie dlatego ewentualny proces beatyfikacyjny nie powinien być szczególnie cierpliwy, przejrzysty i wolny od pośpiechu?
Zdecydowanie tak i ci, którzy popierają słuszność rozpoczęcia tej drogi, nie powinni mieć najmniejszej obawy, by powiedzieć to jasno: cierpliwość nie jest przeszkodą dla beatyfikacji Franciszka, lecz niezbędnym warunkiem wiarygodności dla całego Kościoła. Proces postrzegany jako emocjonalna reakcja na śmierć albo jako próba „przypieczętowania” kontrowersyjnego pontyfikatu, zanim czas wykona swoją pracę, wyrządziłby więcej szkody niż pożytku, zarówno pamięci papieża Franciszka, jak i jedności Kościoła. Również kanonizacja Jana Pawła II, dokonana razem z Janem XXIII podczas tego nadzwyczajnego podwójnego wydarzenia w 2014 roku, niosła w sobie pewien wymiar symboliczny i historyczny. Nie znaczy to, że zafałszowało to osąd, ale stworzyło pewne wrażenie, które niektórzy krytykowali. Przejrzystość dochodzenia, w tym uczciwe i odważne zebranie także świadectw krytycznych, wątpliwości i zastrzeżeń, nie jest aktem wrogości wobec kandydata: jest gwarancją, że na końcu procesu decyzja będzie wiarygodna dla wszystkich, a przynajmniej dla zdecydowanej większości wiernych.
ZOBACZ TAKŻE >>> O Papieżu Franciszku, który ustąpił miejsca Chrystusowi
Mówił Ojciec o spójności życia Franciszka „aż do końca” i o tym, że „spalał się jak świeca, dając wszystko”. Co było dla Księdza najmocniejszym znakiem tej spójności?
Najmocniejszym znakiem było dla mnie oglądanie człowieka fizycznie naznaczonego chorobą i wiekiem, który każdego dnia wybierał, by się nie wycofać, nie chronić siebie, nadal być obecnym, w podróżach, podczas audiencji, w gestach wobec najbardziej kruchych osób, ciągnąc za sobą ciało, które z trudem stawiało opór, na wózku inwalidzkim. Nie interpretuję tego jako uporu czy niechęci do ustąpienia miejsca, lecz jako wierność pewnej wizji posługi Piotrowej jako służby, która nie zna emerytury, która nie kieruje się logiką samozachowania. Również Jan Paweł II w ostatnich latach swego pontyfikatu dawał podobny obraz: człowieka, który publicznie ukazywał własną kruchość, nie ukrywał choroby i przemieniał fizyczne słabnięcie w milczące kazanie o godności cierpienia. Papież Franciszek uczynił coś podobnego, na swój własny sposób. Nie jest to automatyczny dowód świętości, są przecież papieże, którzy cieszyli się odpoczynkiem w dobrym zdrowiu. Ale w logice właśnie tego konkretnego życia ta końcowa wierność miała spójność, którą wielu rozpoznało jako autentyczną.
W argumentach za beatyfikacją powracają Lampedusa, migranci, więźniowie, Wielkie Czwartki celebrowane w więzieniach, gesty wobec ludzi z peryferii. Czy były to jedynie symbole pontyfikatu, czy także konkretne elementy pozwalające mówić o heroiczności cnót papieża Franciszka?
Jedno i drugie, i trzeba mieć odwagę powiedzieć to z całą potrzebną precyzją, bez upraszczania w żadną stronę. Były symbolami, bardzo mocnymi, świadomie budowanymi, komunikacyjnie skutecznymi, ale mogły też być wyrazem cnót rzeczywistych i głębokich. Te dwie rzeczy się nie wykluczają: także św. Franciszek z Asyżu był znakomitym komunikatorem swojej epoki, a jego gesty wobec trędowatych były zarazem aktami heroicznej miłości i znakami niezwykle czytelnymi dla średniowiecznego społeczeństwa. Problem pojawia się wtedy, gdy gest symboliczny zastępuje cnotę, zamiast ją wyrażać, kiedy staje się performansem zamiast świadectwem.
W dochodzeniu kanonicznym trzeba będzie to odróżnić z wielką starannością: czy podróż na Lampedusę, obmywanie nóg w więzieniach, obiady z bezdomnymi były wyrazem wewnętrznie przeżywanej miłości, utożsamienia z Chrystusem w ubogich, czy też przede wszystkim komunikatami kościelnymi i politycznymi? Uczciwa odpowiedź mogłaby brzmieć: „jednym i drugim zarazem”, i także to byłby poważny wynik poważnego dochodzenia. Jan Paweł II również miał gesty symboliczne o wielkiej sile, pocałunek ziemi przy każdym lądowaniu czy wizytę w więzieniu u swojego zamachowca, i nikogo nie dziwiło, że weszły one do oceny jego świętości.
Czy Ojca poparcie dla rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego papieża Franciszka jest także sposobem powiedzenia, że świętość nie oznacza nieomylności w rządzeniu, braku kontrowersji czy pełnego konsensusu wszystkich środowisk, lecz radykalne przeżywanie Ewangelii w konkretnych warunkach historii?
Tak i być może jest to najważniejszy wkład, jaki ta dyskusja, także w swojej ostrości, może wnieść do teologii świętości i do rozumienia, jakie Kościół ma o samym sobie. Kościół kanonizował ludzi, którzy popełniali błędy w ocenie, mieli trudne, czasem twarde charaktery, a nawet pozostawili rany w instytucjach, którymi kierowali. Świętość nie jest doskonałością zarządzania, nie jest jednomyślnością opinii, nie jest brakiem cieni. Jest zasadniczym kierunkiem życia, punktem, ku któremu człowiek zmierza całym sobą, także poprzez upadki, ograniczenia i sprzeczności. Jan Paweł II jest tego doskonałym przykładem: był człowiekiem świętym, a zarazem człowiekiem, który rządził Kościołem, w którym działy się rzeczy poważne, których być może nie dostrzegł lub nie dostrzegł dostatecznie. To nie zniszczyło jego sprawy ani nie powinno było jej zniszczyć. Najpoważniejszy i najuczciwszy tradycjonalizm doskonale potrafi dokonać tego rozróżnienia między osobą a jej rządzeniem, między łaską a ludzkimi ograniczeniami.
Kto natomiast twierdzi, że kandydat na ołtarze musi być nieskazitelny w każdej decyzji związanej z rządzeniem, że nigdy nie mógł wzbudzić wątpliwości ani podziałów, ten nie broni powagi procesu kanonicznego, lecz stosuje kryterium, które nigdy nie istniało w historii Kościoła i które, zastosowane konsekwentnie, uniemożliwiłoby kanonizację niemal każdemu, kto kiedykolwiek czymkolwiek rządził. Tymczasem to przekonanie ludu Bożego o świętości poprzedza dochodzenie, to fama sanctitatis daje początek sprawie, a nie odwrotnie. Ja osobiście rozpoznałem tę świętość. Peryferie egzystencjalne, o których mówił papież Franciszek, nie były sprawą straconą. I ta także nią nie jest.
rozmawiał: ks. Przemysław Śliwiński
O. Alfonso Bruno – Rektor międzynarodowego studentatu filozoficzno-teologicznego Franciszkanów Niepokalanej. Członek korespondent i wykładowca Papieskiej Międzynarodowej Akademii Maryjnej. Dziennikarz watykanista i dyrektor internetowego czasopisma „Mediafighter – La sfida dei media”









