Seks jest boski czy nie? O Kamasutrze, sonetach miłosnych i rewolucji Karola Wojtyły

Dlaczego katolicy nie napisali Kamasutry, a stworzyli w zamian sonety do Laury i innych pięknych pań? Skoro każda ludzka działalność ma swoją podszewkę religijną lub filozoficzną, dlaczego w kręgu chrześcijaństwa nie powstawały dzieła o miłości erotycznej? Czy oznacza to, że Kościół miał wrogi stosunek do seksu i swoimi restrykcjami sprawił, iż wszystko, co z nim związane zeszło do podziemia?

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Seks jest boski czy nie? O Kamasutrze, sonetach miłosnych i rewolucji Karola Wojtyły

“Adam i Ewa” – Lucas Cranach Starszy, Galleria Uffizi, Florencja

Odpowiedź na te pytania nie jest jednoznaczna, ale nie jest też tak czarna jak wieść gminna niesie. Obraz jest skomplikowany i trzeba szukać właściwych proporcji.

Z jednej strony Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, więc jego pomysł na ludzi zakładał, iż będą oni istotami współżyjącymi seksualnie. Jeżeli byłoby inaczej, to co miałoby znaczyć polecenie, by zaludniali ziemię? Żaden pobożny egzegeta nie mógł tego biblijnego przekazu zakwestionować. Nikt nie mógł i może też kwestionować, że Bóg po upadku pierwszych ludzi wcielił się w ciało człowieka, dzięki czemu dał nadzieję na nowe życie zepsutemu projektowi Stwórcy. Czy to są mocne argumenty? Bardzo mocne! Dlatego czytając tekst świętej Księgi Kościół uznał, że małżeństwo jest sakramentem, łaską daną ku uświęceniu na wspólnej drodze kobiety i mężczyzny, wraz z całym „bagażem” cielesności.

Skoro więc odpowiedzi są mocne i nauka tak jest ustawiona, to dlaczego katolicy nie pisali o sztuce miłości? Dlaczego przez wieki współżycie seksualne było skazane na banicję i szczelnie przemilczane?

Obraz się komplikuje, gdyż w czysty przekaz tego, co było na początku, wkradły się lęk i pogarda. Lęk przed żywiołem, jakim jest seksualizm i pogarda dla ciała, które więzi duszę (co zresztą nie jest pomysłem wyłącznie chrześcijańskim, bo twierdzili tak również niektórzy starożytni filozofowie).

Kto się bał i pogardzał cielesnością? Ci, którzy pragnęli bezpiecznie dobić do portu i poważnie przykładali się do swojego zbawienia. Takim był na przykład bardzo gorliwy, spragniony świętości osiemnastoletni Orygenes, który się samookaleczył, bo zbyt dosłownie odczytał Ewangelię o ucinaniu członków będących powodem zgorszenia. Tacy byli też manichejczycy, średniowieczni katarzy i albigensi, którzy uważali małżeństwo za wielką obrzydliwość, ustępstwo na rzecz szatana, alternatywnego stwórcę, który powołał do istnienia świat materialny.

Kościół zwalczał manichejczyków (niektórych nawet paląc na stosie), ale sam nie ustrzegł się podobnego lęku i pogardy, stąd brały się pochwały dziewictwa i peany na cześć czystości anielskiej, o której z zamiłowaniem pisali autorzy świętych żywotów. Donia Laura była istotą bezcielesną i daleką. Tak jak hiszpańskie królowe, o których mówiono, że nie mają nóg.

Seks jest boski czy nie? O Kamasutrze, sonetach miłosnych i rewolucji Karola Wojtyły


Ostatecznie w ciągu wieków utarła się opinia, że małżeństwo jest dla prokreacji i uśmierzenia pożądliwości, jest pewnym kompromisem, drogą ludzi słabszych. A co się tyczy ich zbawienia – należą do grupy podwyższonego ryzyka, gdyż świat to miejsce pokus oraz tysięcy zasadzek. Mimo, że małżeństwo szanowano jako sakrament i źródło życia, seks był tematem tabu, sferą, która kryła się w ciemności.  

W jaki więc sposób mówiono młodym ludziom o czystości i seksie? Podejście do tematu seksu nie było normalne: matki zawstydzone i spocone ze zdenerwowania, mówiły swoim córkom, co je czeka po ślubie. Z tego punktu widzenia Hindusi biją nas na głowę – w ich kulturze nie tylko mówi się o seksie otwartym teksem, ale podaje sporą ilość instrukcji z nim związanych.

Kościół nie zabraniał więc seksu, bo to byłoby sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Rzecz jasna, zabraniał seksu przed i pozamałżeńskiego. Natomiast ten małżeński obłożył wielką ilością przestróg, paragrafów oraz pouczeń. Warto jednak sobie uświadomić, że wychowywał ludzi do czystości, zachęcał do ćwiczenia się w męstwie i cnocie, uczył ludzi panowania nad zmysłami, pójścia za głosem rozumu i woli.

Złą stroną tej szkoły było to, że ludzie bali się radości, którą przewidział dla nich Stwórca. I, co gorsze, trudno im było spod tej warstwy odkryć piękno planu Boga. Ale to się zmieniło – w dużej mierze dzięki Karolowi Wojtyle, który jeszcze w Krakowie, będąc „wujkiem” i duszpasterzem młodych małżeństw, a potem wykładowcą na KUL, pisał w „Miłości i odpowiedzialności”, że mężczyzna i kobieta są obrazem Boga, gdyż stanowią komunię osób, a miłość oblubieńcza jest aktem uwielbienia.

Wojtyła bez pruderyjnych rumieńców pisał o przyjemności, związanej z aktem seksualnym i pokazał jego niezwykłą głębię, gdyż miłość fizyczna odzwierciedla życie wewnętrzne Boga, w Trójcy Świętej Jedynego.

Seks jest boski czy nie? O Kamasutrze, sonetach miłosnych i rewolucji Karola Wojtyły

A gdy został papieżem, niecały rok po wyborze, zaczął miastu i światu głosić katechezy o tym, co było na początku. O pierwotnym zamyśle Stwórcy, o oblubieńczym charakterze ludzkiego ciała, o komunii osób i dobru drugiej osoby, której nigdy, pod żadnym pozorem nie wolno traktować instrumentalnie.

Jako papież, Jan Paweł II spokojnie i pewnie odkrywał nowe horyzonty, likwidował zatęchłe komórki pruderii i rzucał na głębokie wody istnienia. Wyjaśniał, że akt seksualny to doskonały dar z siebie ofiarowany w wolności, liturgia, ofiarowanie, ukazywał małżeństwo jako szkołę przygotowującą do Królestwa Bożego, gdyż uczy składania tego doskonałego daru.

To tylko kilka myśli ze zbioru katechez, które korygują błędne myślenie, nadrabiają całe wieki zaniedbań, ale przede wszystkim, wprawiają w zachwyt. I wprowadzają fundamentalną zmianę, gdyż pomagają zrozumieć, że na to, co słusznie obwarowane było zakazem, można spojrzeć zupełnie inaczej – jak na pragnienie wyłączności wolnych osób – bycie dla Boga (gdy żyje się w celibacie) oraz dla drugiej osoby, gdy powołaniem jest małżeństwo.

Papieski biograf Goerge Weigel podkreślał jeszcze inną zasługę Jana Pawła, że wypędził z katolickiej teologii moralnej manichejskiego demona deprecjonującego płciowość człowieka. I jest przekonany, że cykl katechez o teologii ciała zostanie odkrytych w przyszłości i to dopiero będzie rewolucja seksualna.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Czy w przypadku wybierania jednego cudu, dokonanego przez osobę, co do której toczy się proces beatyfikacyjny bądź kanonizacyjny można mówić o kontrowersjach? Czy raczej o rozwiewaniu wątpliwości, wpisanym w procedury?

Urszula Rzepczak
Urszula
Rzepczak
zobacz artykuly tego autora >

Uznanie cudu stanowi jeden z dwóch kluczowych elementów procesu beatyfikacyjnego (obok uznania heroiczności cnót kandydata w toczącym się równolegle postępowaniu), ale w procesie kanonizacyjnym jest już tylko jedynym. Wyjątkiem jest wyniesienie na ołtarze kandydata, który został uznany za męczennika – cud nie jest wtedy potrzebny.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Papież, który ostatecznie jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych, przyspieszając procedury, może jednak zrezygnować z konieczności przeprowadzenia procesu w sprawie cudu.  Tak uczynił Franciszek w przypadku kanonizacji Jana XXIII.  Decyzja papieża Franciszka o dyspensie od proceduralnego uznania cudu wiązała się z obecnością wielu łask za wstawiennictwem Jana XXIII.

– Franciszek skorzystał z tzw. fama signorum, opinii znaków (łask szczególnych). To nie pierwszy taki przypadek w historii Kościoła – podkreśla postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II, ksiądz Sławomir Oder. Termin kanonizacji Jana XXIII, podobnie jak Jana Pawła II, ogłosi konsystorz, który zbiera się ostatniego dnia września 2013 roku.

Weryfikację cudu w przypadkach beatyfikacji i kanonizacji reguluje wydana przez papieża Jana Pawła II  25 stycznia 1983 roku konstytucja apostolska Divinus Perfectionis Magister. „Dochodzenie dotyczące stwierdzenia zaistniałych cudów winno być przeprowadzone oddzielnie od dochodzenia dotyczącego cnót, a także męczeństwa” – napisano w niej.

A zatem, choć powszechnie mówimy o procesie beatyfikacyjnym czy procesie kanonizacyjnym, to – zwłaszcza widać to w przypadku tego pierwszego – kwestia cudu rozpatrywana jest w osobnym procesie, stanowiącym integralną część procesu beatyfikacyjnego. W procesie kanonizacyjnym, inaczej niż w procesie beatyfikacyjnym, nie dowodzi się już heroiczności cnót kandydata na ołtarze (czyli tego, że jego życie było moralnie nieskazitelne i może stanowić dla wiernych bezwzględny przykład).

Jak Kościół weryfikuje cuda?

To Jan Paweł II chciał, i wyraził to we wspomnianym dokumencie, aby proces przeprowadzono sprawnie, ale rozważnie, postępując zgodnie z procedurami. Chętnie podkreślali to specjaliści już w czasie procesu beatyfikacyjny papieża Polaka, kiedy społeczne oczekiwanie i płynące z Polski częste zapytania na temat postępów procesu czasem odbierano w Watykanie jako presję.

W konstytucji papież podkreślił znaczenie kolegialności w przygotowaniu procesu, uzasadniając: „po najnowszych doświadczeniach wydaje nam się rzeczą konieczną zrewidowanie przygotowania procesu i zreorganizowanie samej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych (…) by odpowiedzieć wymaganiom  uczonych i pragnieniom naszych braci w biskupstwie, którzy wielokrotnie prosili usilnie o przyspieszenie procedury dochodzenia z zachowaniem dokładności w przeprowadzaniu badań w sprawach tak wielkiej wagi. Uważamy także, że w świetle przedstawionej przez Sobór Watykański II nauki o kolegialności wypada, by sami biskupi zostali bardziej włączeni w prowadzenie spraw kanonizacyjnych”.

Dziś weryfikacja cudu w procesie beatyfikacyjnym jest wieloetapowym procesem, a toczy się na dwóch szczeblach: diecezjalnym i watykańskim.

Podczas postępowania diecezjalnego zbiera się dokumentację i przesłuchuje świadków, by jak najdokładniej opisać życie kandydata, sławę jego świętości, ewentualnego męczeństwa i właśnie świadectwa łask, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Konstytucja wyraźnie już na tym etapie mówi o cudach, ale zaangażowani w proces beatyfikacyjny urzędnicy i hierarchowie kościelni niechętnie używają tego sformułowania – ponieważ uznanie cudu i jego zatwierdzenie następuje dopiero na późniejszym etapie. Zwykle proces beatyfikacyjny toczy się w oparciu o kult lokalny kandydata na ołtarze, a zatem cudów za jego wstawiennictwem szuka się w oparciu o taki właśnie obszar. Są jednak wyjątki, jak to miało miejsce w przypadku procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, kiedy już można było mówić o kulcie powszechnym.

Proces weryfikacji cudu rozpoczyna się na etapie diecezjalnym. Zbiera się świadectwa i dokumentację dotyczącą jednego lub zwykle więcej cudów i przeprowadza się wstępną analizę tych przypadków. Na temat każdego z nich zbiera się jedną, dwie , a nawet trzy opinie biegłego – podkreśla ksiądz Sławomir Oder.

Wszystkie zebrane na etapie diecezjalnym dokumenty – w tym te, dotyczące cudu – biskup przesyła do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Po wstępnej aprobacie dokumentacji postulator procesu szczebla diecezjalnego sporządza tzw. positio (dokument popularnie zwany „pozycją”), będący skrótem, esencją wiedzy wynikającej z zebranej dokumentacji.

Dalsza weryfikacja cudu, zarówno w procesie beatyfikacyjnym, jak i kanonizacyjnym następuje już w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, dykasterii (odpowiedniku ministerstwa) zreformowanej za Jana Pawła II.

Po przysłaniu przez diecezję dokumentacji w sprawie cudu uzdrowienia do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, w dykasterii wybiera się dwóch lub trzech lekarzy z listy zaprzysiężonych i prosi o wydanie przez nich wstępnej opinii. Czasem, przy podziale głosów bada się sprawę dalej albo też prosi o wybór innego przypadku.

Trzeba mieć przede wszystkim pewność, że cud wydarzył się już po śmierci kandydata na ołtarze – to weryfikuje się w procesie beatyfikacyjnym. W przypadku zaś Sługi Bożego – błogosławionego, wobec którego toczy się proces o kanonizację – cud musi wydarzyć się już po jego beatyfikacji. Może to nastąpić nawet tego samego dnia. Tak było właśnie w przypadku Jana Pawła II.

Pozostaje jednak pytanie, czy cud ma się wydarzyć po uroczystości beatyfikacyjnej czy też wcześniej, po uznaniu przez papieża dekretu o wyniesieniu na ołtarze kandydata i wyznaczeniu daty mszy beatyfikacyjnej.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Ksiądz Sławomir Oder, zapytany o to wkrótce po rozpoczęciu procesu kanonizacyjnego Jana  Pawła II precyzował, że zwyczajowo postulatorzy posiłkują się cudem, który wydarzył się już po beatyfikacji, ale równie ważny jest taki cud, zwłaszcza gdy jest oczywisty, pewny, niepodważalny, który dokonał się za wstawiennictwem błogosławionego, zaraz po zatwierdzeniu dekretu o beatyfikacji przez papieża. Przy czym, jak podkreśla postulator, papież aprobuje dekret, ale nie podpisuje fizycznie dokumentu, o czym czasem błędnie donoszą media.

Weryfikacja cudu w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych może potrwać wiele miesięcy, a zazwyczaj trwa lata. Jak nakazuje dokument papieski z 1983 roku, „cuda bada się na zebraniu biegłych (jeśli chodzi o uzdrowienia na zebraniu lekarzy) (…); na specjalnym posiedzeniu teologów i wreszcie na kongregacji kardynałów i biskupów (congregatio ordinaria)”.

Ta weryfikacja cudu ma charakter ściśle naukowy – podkreśla ksiądz Oder – a jego badanie ma dwa aspekty: medyczny i teologiczny.

Należy podkreślić, że postulator może mieć przygotowanych i dogłębnie opracowanych więcej świadectw o łaskach za wstawiennictwem kandydata na ołtarze. Zwłaszcza jeśli dotyczy to przypadków uzdrowień. Postęp w medycynie każe szczegółowo przestudiować każdy taki przypadek, by orzec, że uzdrowienia nie można wyjaśnić w żaden znany współczesnej medycynie sposób. Stąd tak wielka rola komisji lekarzy w weryfikacji cudu. Budzące spekulacje mediów, inspirujące do publikacji doniesień o opóźnieniu procesu beatyfikacyjnego czy kanonizacyjnego długie studia nad przypadkami uzdrowień nie muszą być i zazwyczaj nie są efektem podważania przez lekarzy wiarygodności świadectw o uzdrowieniu, a są normalną, przewidzianą we wspomnianej konstytucji procedurą. Wszystko po to, by  już po zatwierdzeniu cudu nie było żadnych wątpliwości. Tak było z uzdrowieniem francuskiej zakonnicy, Marie Simon-Pierre z choroby Parkinsona – które posłużyło jako cud w procesie kanonizacyjnym Jana Pawła II. Same zaś spekulacje są spowodowane jeszcze jedną istotną kwestią: mianowicie cały proces jest tajny, a doniesienia prasowe oparte są tylko o przecieki, i to nieliczne.

Ksiądz Sławomir Oder podkreśla, że na etapie watykańskim – czyli gdy lekarze z komisji lekarskiej Kongregacji zapoznają się z dokumentacją albo już gdy obradują, bardzo często powołuje się kolejnych biegłych lub zadaje dodatkowe pytania tym, których już wcześniej powołano.

Postulator powinien być gotów do udzielania stałej pomocy prowadzącemu sprawę z ramienia Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, podsekretarzowi. Chodzi o przygotowanie materiałów do dyskusji wśród lekarzy, czy później kardynałów i biskupów, o umożliwienie ewentualnego kontaktu ze świadkami, czy ekspertami – mówi ksiądz Hieronim Fokciński, długoletni pracownik, relator w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, który ma na swoim koncie przygotowanie w dykasterii materiału dowodowego przy czterdziestu beatyfikacjach i kanonizacjach; autor ponad dwustu publikacji naukowych z tej dziedziny. – Podczas procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, który miał charakter bardzo poważny, bardzo często nawiązywaliśmy ponowny kontakt z różnymi lekarzami właśnie na tym etapie – podkreśla postulator.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Maureen Digan. Jej uzdrowienie posłuzyło jako cud beatyfikacyjny Siostry Faustyny / © Copyright by Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia

Liczba konsultorów – lekarzy może być różna. Zwykle waha się od pięciu do dziesięciu. O tym, jak zakwalifikować uzdrowienie decyduje większość. A jeśli nawet uzupełnienie o nowe dowody nie przekonuje komisji co do słuszności wyboru cudu, lub jest niewystarczające, to się z niego rezygnuje.

Często jest też tak, że postulator ma pełną dokumentację do kilku przypadków uzdrowień, wówczas wybiera się ten najpewniejszy – dodaje ksiądz Fokciński.

To między innymi dlatego nikt, nawet postulator nie powinien przed ostateczną decyzją komisji Kongregacji, mówić publicznie o jaki cud chodzi. Bo – jak podkreśla się w dykasterii – nawet najlepszy przypadek, który ma w jego przekonaniu największe szanse, by posłużyć w procesie – może być podważony przez jedną z komisji.

Ksiądz Fokciński podkreśla, że komisja medyczna bada cud uzdrowienia pod kątem tego, czy dokonał się natychmiast (czyli nie jest długim procesem zdrowienia), jest całkowity i trwały. Czasem lekarze odkładają sprawę, by przekonać się właśnie o trwałości cudu. Zwyczajowo zakłada się, że muszą upłynąć trzy lata od uzdrowienia, by uznać je za permanentne. Ale zdarzają się też niespodzianki. 

Miałem taki przypadek, kiedy komisja zadecydowała o powtórzeniu badań. Chodziło o uzdrowienie  dziecka. I wówczas rodzice nie zgodzili się, argumentując że badania takie są stresujące i dziecku pozostanie uraz. Trzeba było zrezygnować z tego świadectwa i wybrać inne – mówi ksiądz Fokciński, dodając – W sprawach, które prowadziłem czasem bez rezultatu podchodzono w komisji lekarskiej trzy razy do głosowania. Wówczas praktyka jest taka, że rekomenduje się postulatorowi, nie nakazuje, zrezygnowanie z danego przypadku. Były takie przypadki, że czeka się na kolejny cud  po kilkadziesiąt latZdarza się, że zgłoszony przypadek uzdrowienia wymaga zgromadzenia dalszej dokumentacji, a tymczasem ta zaginęła w szpitalu, została zniszczona – bo upłynęło dużo czasu lub też lekarze odmawiają jej udostępnienia, zasłaniając się tajemnicą lekarską albo też argumentacją, że w cuda nie wierzą.  

Bywa też inaczej, znacznie prościej. W jednym z procesów kanonizacyjnych posłużył przykład przypadkowego uzdrowienia z beznadziejnego, zdaniem lekarzy, przypadku paraliżu. Chorego, modlącego się o wstawiennictwo do kandydata na ołtarze, odwiedzał tylko jeden przyjaciel, z którym chory czasem prowadził żartobliwe kłótnie. W czasie jednej z nich, chory przytwierdzony do wózka zapytał: A mam cię kopnąć? I wykonał gest. Okazało się, że może się poruszać. Uznano to za cud w procesie.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Święta M. Urszula Ledóchowska

Na ogół wybiera się uzdrowienia fizyczne, ale ten, który posłużył w procesie św. Urszuli Ledóchowskiej, musieli zweryfikować fachowcy od… wysokich napięć. Pewien ogrodnik, który zwykł modlić się gorliwie do świętej, pewnego razu uruchomił sprzęt ogrodniczy o potężnym napięciu. Zrobił to niewłaściwie i powinien ponieść śmierć na miejscu, tymczasem przeżył.

Tu lekarz – jak podkreśla były pracownik Kongregacji – mógł tylko wypowiedzieć się na temat wytrzymałości organizmu na natężenie prądu; głównym specjalistą był technik. Rzecz jasna, trzeba było udowodnić, że ogrodnik nie miał na sobie gumowych butów czy izolującego okrycia. Choć weryfikacja medyczna wydaje się bardzo skomplikowana, to problem może się też pojawiać na etapie drugiej komisji teologów.

Teolodzy muszą mieć niezbite argumenty, że modlitwy o wstawiennictwo ze strony kandydata na ołtarze spotkały się z odpowiedzią ze strony Boga. I to nie wszystko, muszą mieć bowiem dowody, że oto poskutkowało zwrócenie się do tego, a nie innego kandydata, błogosławionego czy świętego.

Czasem bowiem w desperacji ludzie proszą o wstawiennictwo kilku. Teolodzy mają wtedy niemały problem. Z kolei wedle podobnej zasady, na podstawie jednego cudu wyniesiono na ołtarze trójkę pastuszków z Fatimy – ludzie modlili się, prosząc o wstawiennictwo jednocześnie całą trójkę – podkreśla ksiądz Fokciński i dodaje, że obowiązuje zasada iż wszyscy, którzy podejmują decyzje w sprawie weryfikacji cudu powinni być w sumieniu pewni podjętych decyzji. – To musi być pewność moralna. Tak to nazywamy.

Po zatwierdzeniu cudu przez komisję medyczną i teologiczną, dokumentacja procesu trafia do komisji kardynałów i biskupów. Kiedy, to grono ją zatwierdzi, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych wydaje dekret o cudzie. W przypadku beatyfikacji wraz z dekretem o heroiczności cnót stanowi podstawę do wyniesienia kandydata na ołtarze; w przypadku Sługi Bożego sam dekret o cudzie jest równoważny z dekretem o świętości. Na końcu prefekt udaje się do papieża, który podczas prywatnej audiencji zatwierdza dokument, tym samym ostatecznie weryfikuje cud.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Urszula Rzepczak

Urszula Rzepczak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Urszula Rzepczak
Urszula
Rzepczak
zobacz artykuly tego autora >