video-jav.net

Prosta wiara poszukiwana

Zgubiliśmy się! – powiedziałem, kiedy omijając korek, pomyliłem drogę. Mój pasażer w odpowiedzi wzniósł ręce do nieba i rzekł: „święty Antoni, pomóż nam znaleźć drogę”. Spojrzał na mnie i dodał: „o ile ty w ogóle możesz coś zdziałać w tym jezuickim samochodzie”. Te słowa wciąż we mnie pracują.

Remigiusz Recław SJ
Remigiusz
Recław SJ
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kilka miesięcy temu jechałem samochodem z pewnym zakonnikiem z USA, który należy do bardzo radykalnego odłamu franciszkanów zajmującego się najuboższymi w najniebezpieczniejszych dzielnicach Nowego Jorku – Bronksie i Harlemie. W tym zakonie jest taka zasada, że zakonnicy w domach zakonnych żyją tak samo, jak ci, którymi się zajmują. W czasie drogi o. Albert opowiada, że gdy dostaną do domu w prezencie coś lepszego np. lodówkę, zaraz ich okradają. Więc znów nie mają nic. Mówi, że Bóg jest cudowny – jeszcze nigdy nie głodowali, a nie chodzą do sklepu. Rzadko też mają jakieś zapasy żywności. Życie tego młodego kapłana od rana do wieczora jest cudem – cały w zaufaniu Bogu. Słuchając jego historii, czułem, że coraz bardziej przenika ona moje serce.

W drodze zdarzyło się jednak, że – nie za bardzo znając trasę, postanowiłem ominąć korki. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie wiem, gdzie jestem. „Zgubiliśmy się” – powiedziałem. Wtedy, spontanicznie, natychmiast o. Albert pomodlił się głośno, wznosząc ręce:

„św. Antoni pomóż nam znaleźć drogę…”, i po krótkiej chwili…

„o ile ty w ogóle  działasz w takim jezuickim samochodzie!”

– zażartował (jechaliśmy we dwóch dziewięcioosobowym busem). Uśmiechnąłem się, ale te słowa wciąż jakoś we mnie pracują.

Bardzo często modlę się o uzdrowienie i widzę, że najtrudniejszą sprawą jest w takiej modlitwie rozbudzenie w sercach ludzi nadziei i prostej wiary. Kalkulacja i własne zabezpieczenia są tak duże, że Bóg nie jest traktowany jako jedyna droga i jedyny ratunek. Jest po prostu opcją, która może zadziała, a może nie zadziała. Jak zadziała – to fajnie. Jak nie zadziała – też jakoś sobie poradzę. No i Bóg nie działa, a my sobie radzimy – zarówno z wiarą, jak i z życiem. Najgorsze jednak jest to, że radzimy sobie z wiarą, nawet gdy pozbawiamy ją mocy Boga!

Prosta wiara poszukiwana

Znam osoby, które mówią: “modliłem się o uzdrowienie, a on umarł”. Nic dziwnego, za czasów Jezusa – też umierali. Jan Chrzciciel też umarł, niewinne dzieci w Betlejem też umarły. Św. Józef też umarł za życia Jezusa. Umiera w końcu każdy. Owszem, Łazarz wstał z grobu, na zapowiedź zmartwychwstania, czyli życia w wieczności. Ale w końcu też umarł.

Niebezpieczeństwem cudów jest to, że na nich się koncentrujemy.

A Jezus daje nam cuda, abyśmy skoncentrowali się na Nim. One są tylko potwierdzeniem Jego nauczania. Potwierdzają nam, że warto iść drogą miłości, choć nieraz współczesny świat krzyczy, że czystej miłości już nie ma. Czy ten głos jest prawdziwy? Czasem patrząc na ochrzczonych, można zacząć w to wierzyć, bo wielu idących na mszę św. z modlitwą o uzdrowienie, nie idzie tam spotkać Jezusa. Idą, aby zobaczyć cuda. Potrzebują cudu, a nie Boga.

Nasza modlitwa nie jest jak czarodziejska różdżka – dotykam i mamy cud. Nie! Wypowiadane modlitwy to nie zaklęcia. Niektórzy tak traktują modlitwę. Kilkukrotnym zaklęciem “Ojcze nasz” chcą uzdrawiać rękę. Albo zaklęciem bardziej skomplikowanym: siedemdziesiąt różańców po siedemdziesiąt razy i dwie pielgrzymki do zagranicznego sanktuarium. Myślą sobie – takie skomplikowane zaklęcie na pewno uzdrowi raka. Nie ma czegoś takiego w chrześcijaństwie.

Modlitwa o cud uzdrowienia to spotkanie z dobrym Bogiem i powierzenie się Jego woli. A do spotkania nie dojdzie bez otwartego serca. Mamy stać się jak dzieci – dla mnie osobiście jest to zadanie, które mnie notorycznie przerasta. Nawet, gdy wydaje mi się, że coś we mnie zostało uproszczone, to zaraz włącza się racjonalizacja i zdrowy rozsądek. A jednak cud ma to do siebie, że wymyka się zdrowemu rozsądkowi. Dlatego dziś mamy więcej znaków niż w poprzednich stuleciach. Potrzebujemy ich, bo wydaje się, że racjonalizm przenika już nie tylko świat, ale też wierzących w Boga. Dlatego Duch wieje na nowo, dając charyzmaty uzdrowienia, uwolnienia, czynienia cudów. To reakcja Boga na próbę zaszufladkowania Go w racjonalnych dyskursach i pięknych formach kultu.

Czasem też widzę, że ktoś oczekuje, że

  

Bóg udowodni mu wiarę jakimś cudem. Bóg nam nic nie udowodni, bo Miłość nie musi niczego udowadniać!

Taka po prostu jest Miłość, a Bóg JEST miłością.

Mężczyzna ma stwierdzony zaawansowany nowotwór pęcherza moczowego z koniecznością bardzo szybkiej operacji, USG pokazujące zaawansowane stadium choroby jest nagrane na płycie DVD. Na modlitwie o uzdrowienie padają słowa, że taki mężczyzna jest właśnie uzdrawiany. Idzie on na operację do kliniki. Lekarz przed operacją robi kontrolne badanie USG. Stwierdza, że nie ma raka, jest tylko zapalenie pęcherza. A USG na płycie DVD należy widocznie do innego pacjenta, bo nie ma możliwości, aby to było tej osoby. Musiał nastąpić błąd. Bo przecież… uzdrowienie jest niemożliwe. Takich przykładów mam dużo. Uzdrowienia natychmiastowego z nałogu. Uzdrowienia rozpadającego się małżeństwa. We wspólnocie,  do której należę, dziewczyna po wypadku miała 6 cm krótszą nogę. Po modlitwie o uzdrowienie nogi są równe. Bóg uzdolnił ją do chodzenia, choć nie nastąpiło uzdrowienie biologiczne bioder. Bo każde badanie lekarskie mówi, że ona nie może chodzić. A chodzi!

Dla nas, chrześcijan, takie historie powinny być czymś normalnym. Nie wielkie wow! tylko norma.

Bóg daje nam znaki, abyśmy doświadczali Jego dobroci, ale według Jego woli, a nie naszej.

Niestety, bardzo dużo ludzi – patrząc na dobroć Boga, widzi w tym Boga niesprawiedliwego. Wielu mówi „Bóg jest zły, bo choć tamtego uzdrowił, to jednak mnie nie chce uzdrowić”. Każdy grzech (także grzech zazdrości) zabija w nas właściwe patrzenie na Boga.

Przepowiadaniu z mocą, czyli Słowu Bożemu, towarzyszą znaki. Różne znaki – nawrócenia, uzdrowienia, uwolnienia, przebaczenia itd. Bóg daje takie znaki, jakie sam chce dać. On patrzy z innej perspektywy i dokładnie wie czego najbardziej nam potrzeba.

Mężczyzna ma stwierdzony zaawansowany nowotwór pęcherza moczowego z koniecznością bardzo szybkiej operacji, bo ścianki pęcherza mogą zostać przerwane w każdej chwili. USG jest nagrane na płycie DVD. Na modlitwie o uzdrowienie padają słowa, że taki mężczyzna jest właśnie uzdrawiany. Idzie on na operację do kliniki. Lekarz przed operacją robi kontrolne badanie USG. Stwierdza, że nie ma raka, jest tylko zapalenie pęcherza. A USG na płycie DVD należy widocznie do innego pacjenta, bo nie ma możliwości, aby to było tej osoby. Musiał nastąpić błąd. Bo przecież… uzdrowienie jest niemożliwe. Takich przykładów mam dużo. Uzdrowienia natychmiastowego z nałogu. Uzdrowienia rozpadającego się małżeństwa. We wspólnocie, w której jestem, dziewczyna po wypadku miała 6 cm krótszą nogę. Po modlitwie o uzdrowienie nogi są równe. Bóg uzdolnił ją do chodzenia, choć nie nastąpiło uzdrowienie biologiczne bioder. Bo każde badanie lekarskie mówi, że ona nie może chodzić. A chodzi!

Dla nas, chrześcijan, takie historie powinny być czymś normalnym. Nie wielkie wow! tylko norma. Bóg daje nam znaki, abyśmy doświadczali Jego dobroci, ale według Jego woli, a nie naszej. Niestety, bardzo dużo ludzi – patrząc na dobroć Boga, widzi w tym Boga złego. Wielu mówi: “Bóg jest zły, bo choć tamtego uzdrowił, to jednak mnie nie chce uzdrowić.” Każdy grzech (także grzech zazdrości) zabija w nas właściwe patrzenie na Boga. Znamy to z Ewamgelii: ” Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20,15)

Nie mam wątpliwości, że potrzebujemy jeszcze dużo nawrócenia. I to nie od grzechów. Jest dziś w Kościele bardzo dużo osób, które nie grzeszą. Mają drobne grzechy, wpadają w jakieś pułapki złego, który będzie je na nas ciągle zastawiał. Ale czas już nie koncentrować się na grzechu, ale na miłości. Już nie trzeba wybielać białego – a tak wiele pobożnych dusz myśli. Jakoby Bóg tego od nas oczekiwał. Przychodzi dla nas nowy czas nawrócenia – nawrócenia naszej wiary. Teraz Pan Jezus chce przez ciebie uzdrawiać i uwalniać! To jest kierunek nawrócenia wierzących. Nawrócenie do posługiwania, aby znaki obecności Boga stały się naszą codziennością.

Remigiusz Recław SJ

Remigiusz Recław SJ

Zobacz inne artykuły tego autora >
Remigiusz Recław SJ
Remigiusz
Recław SJ
zobacz artykuly tego autora >

Za wszelką cenę

Pracuje w mediach, bo wszyscy wokół mówili, że ma do tego talent. Dołożyła pracowitość. Kiedy miała przeskoczyć kolejny szczebelek na ścieżce kariery – dramatycznie zabrakło pewności siebie. Deficyt znikał po lampce wina. Potem po dwóch, trzech, kilku, kto by tam liczył. O spotkaniu, które przerwało ten ciąg opowiada Marta, dziennikarka, lat 32.

Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W mojej pierwszej pracy, na II roku studiów, po pierwszym miesiącu miałam wrażenie, że najtrudniejsze, co mnie w niej spotyka, to nadążyć za moimi szefami w… piciu. W taki sposób, aby jednocześnie nie wypadać z omawianych poważnych tematów po – mojej jednej a ich kilku – lampkach koniaku, wina czy czegokolwiek, co tam się jeszcze pojawiało w tle.

Na szczęście nie próbowałam z nimi ścigać się na mocne głowy a oni szybko zauważyli, że pożytku ze mnie nie będzie, jeśli na spotkaniach służbowych będą i mnie do picia namawiać. Dali spokój. Pięć lat później, pracując w innej redakcji zupełnie innego pisma, usłyszałam od redaktorki, którą podziwiałam: "Po lampce wina cudownie mi się pracuje". To zdanie i błogi uśmiech na twarzy tej pięknej kobiety nie wiedzieć czemu wróciły mi przed oczy, kiedy parę lat później w kolejnej redakcji stanęłam przed wyzwaniem, moim zdaniem ponad moje siły. Z drugiej strony – bardzo chciałam spróbować. Z trzeciej strony – nie mogłam odmówić, bo zlecenie dostałam od naczelnego, i już.

Żeby napisać zlecony reportaż, musiałam rozmawiać z kilkunastoma osobami, z których kilka to takie sławy, że w rozmowie z nimi – wcześniej pracowałam w dziale miejskim, później na stanowisku, na którym nie musiałam sama kontaktować się z bohaterami tekstów – łamał mi się głos po pierwszym "dzień dobry". Miałam do wyboru: albo nawalę, albo zwariuję z napięcia, albo coś wymyślę. "Po lampce wina świetnie mi się pracuje" – właśnie wtedy wróciło mi to zdanie. Wypiłam lampkę, i drugą – pierwsza rozmowa poszła świetnie. Przed kolejną więc – znów. I tak przez trzy tygodnie pracy nad trudnym tekstem, od którego zależało moje być albo nie być w tej redakcji. Wypiłam w tym czasie więcej niż przez poprzedzające ten tekst dwa lata. Może nawet trzy. Nigdy nie zwracałam większej uwagi na to, ile piję, bo nigdy to nie był temat numer 1 (choć abstynentką nie byłam). Tekst został przyjęty, wskoczyłam z nim szczebelek wyżej w redakcyjnej hierarchii. Ego podbudowane, kolejna butelka otwarta, bo przecież było co świętować.

Za wszelką cenę

Był jeszcze facet poznany na jednym z portali randkowych. Na jednym z portali, bo wcześniej mocno zawiedziona miłość: zakochany po uszy okazał się – mówiąc dyskretnie – mieć zobowiązania.  Po trzech miesiącach niemal codziennych spotkań z tym z portalu, przegadanych na lanczach, śniadaniach albo do zamknięcia lokalu kolacjach – okazał się kimś owszem, zauroczonym, ale niezobowiązująco jednak, bo… , powtórka z rozrywki. Lampka – chciałabym napisać, ale chcąc być szczerą: butelka – wina wydawała się ratunkiem przed totalnym załamaniem. W życiu osobistym.

W zawodowym też była ratunkiem. Prosty sposób na zbicie stresu, zabicie smutku i rozczarowania, uwolnienie błyskotliwej riposty, poczucia humoru – tak bardzo cenionych przez kolejnych rozmówców do kolejnych tekstów. Przez wiele miesięcy sprawdzał się doskonale.

Tyle że ja z miesiąca na miesiąc coraz bardziej czułam się tak, jakby jedna część mnie pięła się w górę, druga – wciąż skulona ze strachu – została gdzieś daleko z tyłu.

Ani się obejrzałam, pić zaczęłam, żeby w ogóle móc żyć w tym świecie, do którego tak aspirowałam, a z czasem – w ogóle żyć. Dotąd wszystko pięknie, elegancko i nie sprawiało kłopotów. Aż zaczęły się kłamstwa, bo… a to  nie mogłam iść na spotkanie, a to do pracy, na imprezę nawet. Straciłam całkowicie kontrolę nad swoim piciem. Wymówki, izolacja, zacieranie śladów, pogłębiająca się samotność, rozpacz, bezsilność i świadomość, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć, bo stracę wszystko.

Nie chcę opisywać prób walki z nałogiem, obietnic, jakie sobie składałam, dni, kiedy leżałam bez siły, nie mogąc iść nie tylko do pracy, ale w ogóle wyjść z domu po coś do jedzenia. O roku, dwóch, prawie trzech – które nie wiadomo kiedy minęły. O tym, że moje koleżanki zdążyły wyjść za mąż, albo wyjść z małżeństwa, urodzić dziecko i nawet nauczyć je chodzić. Nie wiem, kiedy minęły te dni, bo ja wciąż myślałam: "jutro o tym pomyślę", albo: "nie mam siły o tym teraz myśleć",  a żeby nie myśleć, piłam.  Byłam za dobra w pracy i zbyt pozbierana w życiu (pozornie, bo ilość nieodebranych awizo, zaniedbanych płatności, spóźnionych reakcji na to i owo mogłabym zgłosić do księgi rekordów Guinessa), żeby komuś chciało się zauważyć, że coś jest nie tak. Każdy patrzy w swój monitor, każdy leci za swoim motylem, zdobywa swoje góry – nie ma kiedy zauważyć, że drugi zdycha co wieczór i co rano. A jeśli nawet – znaleźć sposób, by się zatroszczyć i pomóc, skoro sam nie prosi. Raz czy dwa poszłam na spotkania AA, dziwnie się tam czułam. Potem znów ze trzy razy, do innej grupy. I na terapię trzy razy w tygodniu po trzy godziny. Mili ludzie, ale i ich nie chciałam oszukiwać: nie umiałam przestać pić.

Himalaje poczucia winy. Kiedyś chodziłam do kościoła, jak się zaczęło z tym piciem na ostro, przestałam. Żeby i Bogu nie ściemniać. Zostałam sama. Pojawiły się myśli, żeby z tym skończyć raz na zawsze. Ciemność. Opuszczenie. Bo wciąż piłam sama i wciąż nikt o tym nie wiedział. A jak ktoś coś być może zauważył – udawał że nie widzi, skoro ja nic nie mówiłam. Zresztą po co miałby widzieć? Co miałby z tym widzeniem zrobić? Najpierw elegancka samotność szybko więc zmieniła się w bezradność w pijackim widzie.

Za wszelką cenę

Na ostrym kacu, któregoś z kolei takich ranków, trzęsąc się od dreszczy pod kołdrą, myśląc o tym, że czas ze sobą skończyć, bo nie ma ratunku, zobaczyłam coś dziwnego: że Jezus siada na brzegu mojego łóżka, poprawia kołdrę i po prostu ze mną jest. Nie robi wyrzutów, nie mówi, że wszystko zmarnowałam, że zniszczyłam swoją szansę, że zawiodłam i nic już ze mnie nie będzie. Nie mówi nic, ale jest i ucisza rozpacz we mnie. To było tak dojmujące i tak realne, że ten dzień spędziłam wprawdzie w łóżku, ale już nie myśląc o śmierci, a tylko o tym, aby się wyspać.

Rano umyłam się, ubrałam, zadzwoniłam do znajomego księdza, prosząc o spowiedź. Potem Msza, śniadanie. Potem praca, obiad, praca i kolacja. Potem walka ze sobą, by po byle stresie nie polecieć po kieliszek, ale po pierwszym i drugim trudnym wytrzymaniu "na stopie", po kilku nieudanych z mojej strony, udanych z Jego interwencjach (biegłam do sklepu zawsze czynnego – a tam przyjęcie towaru, więc zamknięty; innym razem – napis na drzwiach: zaraz wracam), podjęłam decyzję: nie piję.  Poszłam na adorację przy Placu Zbawiciela w Warszawie i powiedziałam: Jezu, dziękuję Ci, że mną nie wzgardziłeś, kiedy ja sama sobą byłam załamana. Jeśli  chcesz, żebym żyła i żebym żyła inaczej, poprowadź mnie, bo ja nie wiem jak. I nie wiem, jak wiedzieć, że to Ty mnie prowadzisz, więc weź to pod uwagę, proszę..

To było osiem miesięcy temu. W tym czasie zdarzyła mi się jedna wpadka. Nie piję. Jak mam słabszy dzień, czytam wywiady ze Stanisławą Celińską. A ostatnio świetną książkę Caroline Knapp: Picie. Opowieść o miłości – dla mnie nie tyle o piciu, co demaskująca styl życia, którego mi lepiej się wystrzegać, bo do picia mnie prowokuje. Zaczynam terapię ponownie, tym razem połączoną z indywidualną. Uwierzyłam, że komuś zależy na mnie bardziej niż wszystkim innym, łącznie ze mną samą. Nawet jeśli inni myślą, że tamtego dnia, kiedy Jezus poprawiał mi kołdrę, mi się przywidziało. Ale nigdy nie czułam się tak zaakceptowana. I tak przez nikogo zaskoczona prostą miłością. Wystarczyło, by znaleźć sens do… jeszcze nie wiem dokładnie do czego, ale na pewno do życia.

 

 

Joanna Maleńka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >