Po co być katolikiem?

Dawno, dawno temu większość katolików mogła przeżyć całe życie, ani przez moment nie zastanawiając się poważnie nad pytaniem, podniesionym przez rockowy zespół The Clash w jednej z piosenek z 1982 roku, „Powinien zostać, czy powinienem odejść?”.

Z kardynałem Timothy Dolanem rozmawia John Allen

Okładka książki wydanej przez Wydawnictwo Jedność, którą Stacja7.pl objęła patronatem

Przeciętny współczesny człowiek bywa otwarty na Boga, na transcendencję, na ideę podróży duchowej, ale gdy spogląda na Kościół katolicki, często widzi bałagan i zamieszanie. Ostatecznie bowiem – po co być katolikiem? Skoro można mieć relację z Bogiem, a jednocześnie oszczędzić sobie zgagi, to po co zawracać sobie głowę?

Myślę, że musimy podejść do tej kwestii na dwa sposoby. Po pierwsze, musimy mieć gotowy argument dla tych, którzy już należą do Kościoła: dlaczego mam zostać? Dlaczego mam traktować mój katolicyzm poważnie? Dlaczego żarliwie wyznawać wiarę, skoro tak bardzo jesteśmy świadomi błędów i grzeszności ludzi Kościoła? Bo przecież wystarczy się rozejrzeć, a zauważymy wokół siebie osoby godne podziwu, które wiodą życie wartościowe, cnotliwe i pobożne, wydają się być naprawdę na najlepszej drodze do zbawienia, a jednak nie są praktykującymi katolikami. Dlaczego więc ja mam zostać w Kościele?

Zajmijmy się tym najpierw.

Sądzę, że w jakimś sensie musimy odzyskać dawną tradycję, która niebezpiecznie zanika, a w której zachodzi pewne podobieństwo między nami a naszymi żydowskimi braćmi i siostrami, mianowicie to, że jesteśmy „katolikami z urodzenia” – i na dobre czy złe fakt ten stanowi element konstytutywny naszej tożsamości.

Myślę, że pod tę kategorię podpadają jedynie takie tradycje religijne, jak islam, wyznanie mojżeszowe, katolicyzm i prawosławie – je można nazwać „religiami dziedzicznymi”. Wiem, że w takim ujęciu sprawy kryją się pewne niebezpieczeństwa, i niektóre z nich obserwowaliśmy w przeszłości, tym niemniej dobrze oddaje ono istotę rzeczy – że bycie katolikiem nie jest kwestią wyboru, lecz tożsamości. To Jezus i Jego Kościół nas wybrali, nie odwrotnie.

A zatem to coś nam przyrodzonego?

Właśnie tak. Żydem czy katolikiem jestem dlatego, że się nim urodziłem. Nie wybieramy sposobu oddawania czci Stwórcy tak samo, jak nie wybieramy sobie rodziny. Urodziliśmy się w rodzinie nadprzyrodzonej, zdecydowana większość z nas. Naturalnie, współczesna socjologia religii traktuje ten fakt jako swego rodzaju deficyt. To znaczy, że możemy uznać naszą wiarę za coś oczywistego, możemy popaść w apatię wobec niej, nigdy nie musimy w sposób wolny, celowy i odpowiedzialny wybierać jej jako sposobu na dalsze życie.

Jest w tym pewne wyzwanie, ale wciąż uważam, że musimy przywrócić rozumienie katolicyzmu jako czegoś nam przyrodzonego. To nie ty Mnie wybrałeś, ale Ja wybrałem ciebie – albo, jak powiadają Żydzi, nie wybraliśmy bycia Żydami, lecz jesteśmy narodem wybranym.

Katolicyzm to niezbywalny fragment naszej tożsamości, fragment naszego duchowego DNA. Oto katechetyczne wyzwanie, którego moim zdaniem Kościół dziś jeszcze nie rozpoznaje.

Staram się tę prawdę ukazywać, gdy głoszę kazania w niedziele i mówię, że jako katolicy jesteśmy częścią nadprzyrodzonej rodziny. Podobnie jak w zwykłych rodzinach, mogą zdarzać się w niej spięcia i frustracje, lecz ostatecznie tym właśnie jesteśmy – rodziną. Nasz los jest ze sobą złączony, na dobre i na złe.

A co z tymi, którzy powiadają: „To nie ja nie chcę należeć do Kościoła, to Kościół mnie nie chce”?

Czasem dzieje się tak też w zwykłych rodzinach. Ja sam nie mam żadnej ochoty od niej odchodzić, jednak to bliscy dają mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziany, bo mam dziewczynę, bo mieszkam z kimś, kogo nie akceptują, czy cokolwiek innego. Ale kiedy mówimy, że Kościół jest rodziną, to mamy raczej na myśli podleganie jej prawom dlatego, że to Bóg nas wybrał i w niej umieścił, bez względu na nasze zasługi czy osiągnięcia.

Jesteśmy po prostu gliną w ręku garncarza, który to fakt może być bardzo piękny i wyzwalający, nieprawdaż? Właściwą analogią, jaką należy zastosować do faktu bycia katolikiem, jest nie tyle analogia małżeństwa, ile narodzin. Rodzimy się w jakiejś rodzinie. Musimy przywrócić chwalebność tego faktu, choć bez kwestionowania niektórych jego konsekwencji, mimo że dość trudno się nam z nimi pogodzić.

Rekultywowanie piękna owego status quo, z całą pokorą, to dobra rzecz, ale bez zaprzeczania, że wszystkie rodziny mają swoje problemy, a Bóg wie, że problemy mamy także my, w naszej nadprzyrodzonej rodzinie Kościoła.

Warto tu podkreślić jeszcze jedną sprawę, w odniesieniu do tych osób, które już należą do naszej owczarni, lecz nie są pewne, czy chcą w niej pozostać. Ostatnio głosiłem rekolekcje adwentowe dla księży z naszej archidiecezji w [Seminarium] św. Józefa w Dunwoodie.

Przybyło mnóstwo kapłanów. Mówiłem o trzech paruzjach Chrystusa: historii, tajemnicy i majestacie. O przyjściu Chrystusa w majestacie w dwudziestominutowym rozważaniu powiedziałem: „Bracia, są na tym świecie, a także w Kościele, pewne rzeczy, które nigdy nie osiągną doskonałości, aż do nadejścia Chrystusa na końcu czasów. Mimo że nasz amerykański purytanizm, pelagianizm i pragmatyzm podpowiadają nam, że możemy uczynić wszystko doskonałym, jest to nieprawda – nie możemy”. Zastanawiam się, czy problem nie wyrasta dziś między innymi z faktu, że oczekujemy po gnostycku idealnego Kościoła i potwornie się frustrujemy, ponieważ go nie mamy. Musimy być realistami, którzy wszakże nie rezygnują nigdy z marzeń. Starajmy się, aby nasze ideały nie stały się ideologią, starajmy się, aby nasza żarliwość nie doprowadziła nas do zelotyzmu. Kościół nigdy nie będzie idealny i musimy się z tym pogodzić.

Po co być katolikiem?

To przesłanie do tych, którzy należą do rodziny. A co z tymi, którzy spoglądają na nas z zewnątrz?

Innymi słowy, czemu ktoś miałby ochotę wejść do tej rodziny, która tak często sprawia wrażenie dysfunkcjonalnej? Powiem po prostu tak: „Słuchaj, nic o tobie nie wiem, ale jeśli chodzi o moją relację z Bogiem, potrzebna mi każda pomoc. Relacja ta jest potwornie krucha. Wiem, że jest ona dla mnie żywotnie istotna, gdyż życie bez niej traci sens, niemniej, jak to często bywa, o najważniejsze i decydujące o naszym losie sprawy nie dbamy dostatecznie gorliwie i uważamy je za coś oczywistego, danego raz na zawsze. Tak właśnie jest z naszą relacją z Bogiem, potrzebuję więc wszelkiej możliwej pomocy, by ją kultywować, żeby ją w pełni rozumieć. Nie znam żadnej innej instytucji na kuli ziemskiej, która pomagałaby tę więź kultywować i urzeczywistniać tak, jak Kościół katolicki. Jeśli naprawdę chcesz poznać Jezusa Chrystusa, pragniesz Go kochać i służyć Mu, co sam deklarujesz, zapraszam cię do tego świata wielkiego dramatu i wielkiej przygody, zwanego katolicyzmem. Jeśli wszystko zrobimy tak, jak należy, to będziesz Go znał, kochał i służył Mu tak, jak nawet nie podejrzewałeś, że jest możliwe. Bo przecież On sam nam oznajmił, że chciałby, aby ludzie Go znali, kochali i służyli Mu. Zatem, dlaczego nie spróbujesz?”.

Oto propozycja: pozwól, że przedstawię ci jeden z najbardziej poruszających i krzepiących na duchu sposobów służenia Jezusowi Chrystusowi i kochania Go.

Jest On bowiem Drogą, Prawdą i Życiem, Początkiem i Końcem. Stanowi według bł. Jana Pawła II odpowiedź na pytanie i zagadkę, jaką jest nasza egzystencja. Dołącz do nas, ponieważ tutaj najlepiej się zrealizujesz. Nic o tobie nie wiem, bracie lub siostro, ale jeśli jesteś podobny/podobna do mnie, potrzebujesz pomocy, a ja ci powiem, gdzie ją znaleźć. Bądźmy razem, postarajmy się. Jeżeli podążasz jakąś drogą ku celowi, który ci umyka, to przecież o wiele lepiej spotkać na tej drodze dwie albo trzy inne osoby, zmierzające w tym samym kierunku. Być może mają one te same słabości co ty, być może też nie posiadają dokładnej mapy, lecz z pewnością bardziej się opłaca połączyć wysiłki z ludźmi, którzy z całych sił pragną się dostać w to samo miejsce. Gdy złączymy nasze siły i zdolności, mamy chyba większe szanse na sukces. Oto misterium, zaproszenie, które moim zdaniem winniśmy wystosować jako Kościół.

Joseph Ratzinger napisał kiedyś, że ostatecznie jedynymi nieodpartymi argumentami przemawiający na rzecz Kościoła katolickiego są artyści i święci, których wydał. Stanowią oni w pewnym sensie dowód, że ów system wzajemnego wsparcia, o którym mówił Ksiądz Arcybiskup, faktycznie działa, prawda?

Jasne, że tak. Należy podkreślać, że Kościół wyzwala w człowieku to, co najlepsze, co w nim najszlachetniejsze i autentycznie ludzkie, aby zakwitło. Oczywiście nie znaczy to, że ktokolwiek wstąpi do Kościoła katolickiego, automatycznie stanie się wielkim świętym czy genialnym artystą, ponieważ prawda jest taka, iż większość z nas nie jest ani jednym, ani drugim. Chodzi o to, iż skoro masz w sobie ludzki i duchowy potencjał, znajdziesz tu wspólnotę, rodzinę, która pomoże ci go rozwijać w sposób, którego – szczerze powiem – nie znajdziesz nigdzie indziej na całej naszej planecie.

Czy w jakimś sensie jest dla Księdza Arcybiskupa zaskoczeniem fakt, że z Kościoła katolickiego nie odeszło więcej osób, biorąc pod uwagę szkody, jakie poniósł publiczny wizerunek Kościoła w ostatnich latach?

Moim zdaniem nie wolno nam nie doceniać zdrowego rozsądku u katolików. Potrafią, na przykład, dostrzec różnicę między grzechami księży i biskupów a istotą swojej wiary. Wiedzą, że Kościół składa się z grzeszników, lecz jest też czymś, za co warto umrzeć. Reprezentuje to, co w ich życiu najczystsze, najszlachetniejsze, co nadaje mu sens. Zgrzytają więc zębami i powiadają: „Nie pozwolimy, aby grzechy księży, zakonnic, biskupów, a nawet papieży pozbawiły nas naszej wiary”. Czy każda osoba z laikatu myśli w ten sposób?

Spotkałem w swoim życiu bardzo wielu ludzi, którzy nie mieli tak fantastycznych doświadczeń, jakie miałem ja w parafii pw. Dzieciątka Jezus, a którzy obwiniali na przykład jakąś zakonnicę o to, że nie chodzą do kościoła od czasu nabożeństw majowych w ósmej klasie.

Wiem, że nie zawsze można liczyć na zdrowy rozsądek u katolików, który podpowie im, że grzechy, błędy, arogancja i zepsucie niektórych ludzi Kościoła nie są wystarczającym powodem, by zniszczyć wiarę. Nigdy! Uważam jednak, że na ogół katolicy są na tyle rozsądni, by rozróżnić między jednym a drugim.

Pozostaję pod ogromnym wrażeniem artykułu napisanego niedawno przez byłego gubernatora stanu Nowy Jork, Mario Cuomo, który stwierdził, że księża i biskupi nie przestają grzeszyć od Wielkiego Czwartku, i że ta skandaliczna sytuacja – bo jest nią faktycznie – nigdy nie zniszczy jego wiary.

Nawiasem mówiąc, jestem przekonany, że tego typu myślenie można spotkać zwłaszcza u tych, którzy mieli wcześniej do czynienia z podstawowymi przejawami katolickiego etosu, jakie starałem się opisać.

Po co być katolikiem?

Okładka książki wydanej w Stanach Zjednoczonych

Aby to zobrazować, pozwolę sobie przytoczyć pewną historię z parafii pw. Dzieciątka Jezus. Często dokuczaliśmy biednemu księdzu Callahanowi, naszemu proboszczowi, może to posłuży za przypowieść. Na terenie parafii znajdowało się wielkie boisko do piłki nożnej albo do bejsbola, które w zasadzie było zwykłym klepiskiem. Co roku, gdy zawiały wiatry, unosiły się nad nim kłęby pyłu, lecz mimo to ksiądz Callahan zawsze na wiosnę kazał swoim parafianom coś na tym boisku posiać.

W dzień św. Marka Ewangelisty, który przypada w kwietniu, wszystkie dzieci ze szkoły szły z nim na to miejsce. Ksiądz, ubrany w kapę, z wodą święconą, błogosławił jałową, błotnistą ziemię, przed posianiem na niej trawy. Nic nigdy to nie dało, ale on się nie poddawał. Przychodził tam co roku, my modliliśmy się i pryskaliśmy święconą wodą dookoła, a mężczyźni z naszej parafii orali ziemię i sadzili nasiona. Oczywiście, w czerwcu zaczynają się w Saint Louis pierwsze oznaki suszy, jest upalnie i gorąco, pył zalega już wszędzie. Mężczyźni śmiali się, otwierali puszki z piwem, siadali sobie i stroili żarty. Chodziło jednak o to, aby się nie poddawać. Miało to związek z nadzieją, z podejściem do życia. W jakimś sensie rozpoznawałem w tym starotestamentową postawę wobec egzystencji, ufność, że wszystko się uda. Jest mnóstwo niepowodzeń. Jest wiele niedoskonałości. Jednak wszystko spoczywa w ręku Boga. Oto podstawowe zaufanie, a ludzie, którzy mają tę ufność w sobie, w których została ona zaszczepiona, nie rezygnują tak łatwo.

Sądzę, że przynajmniej jeśli chodzi o osoby, które wychowały się w rodzinie katolickiej, ich stosunek do Kościoła został w wielu wypadkach ukształtowany przez doświadczenia wyniesione z domu – zarówno przez te zasadniczo dobre, jak i te złe. Jeśli ktoś chodził do szkoły katolickiej, tak jak ja, a potem wracał do domu, gdzie jego ojciec, pijany, bił swoją żonę i dzieci, to z pewnością jego doświadczenia nie były pozytywne.

Gdy jednak ja wracałem do domu, czekała tam na mnie Mama. Nie była kobietą z żurnala ani wielką gwiazdą, natomiast zawsze miała dla mnie kakao. Tata wchodząc do domu, całował ją, potem otwierał sobie piwo, siadaliśmy i gadaliśmy, a latem bawiliśmy się w berka. Wszystko było na swoim miejscu, prawda? Wszystko do siebie pasowało. Było chyba tak, jak powinno być, tak, jak Christopher Dawson opisuje chrześcijaństwo w średniowieczu – spójny, kompletny sposób życia, który odczuwaliśmy bardziej jako ciepły koc, a nie sztywny kołnierzyk.

Wrócę jeszcze do pytania „Po co być katolikiem?”. Czy jest dla Księdza Arcybiskupa czymś frustrującym fakt, że często łatwiej jest mówić o Kościele źle, niż powiedzieć o nim coś pozytywnego?

Strasznie frustrującym. Zapał, ciepło, rozwój, ożywienie widoczne w Kościele, nie stanowią materiału „na newsa”… To są fakty, jednak nie docierają na zewnątrz. Jedynym tematem związanym z katolicyzmem, jaki interesuje media w Stanach Zjednoczonych – przynajmniej od czasu fałszywych oskarżeń przeciwko kardynałowi Josephowi Bernardinowi, czyli od ponad dwóch dziesięcioleci – jest tak zwane wykorzystywanie seksualne. Nieważne, ile czasu minęło, sprawa ciągle powraca.

Dwa tygodnie temu byłem w Albany na Konferencji Katolików Stanu Nowy Jork. Znajdowało się tam jakieś dwa tysiące osób, z tego chyba połowa młodzieży ze starszych klas szkół średnich i studentów, w wieku od 17 do 25 lat. Żywo obchodziły ich zagadnienia związane z ochroną życia poczętego, opieką zdrowotną, imigracją, tłumnie przychodzili na warsztaty. W ogóle interesowali się szkolnictwem i zdobywaniem wykształcenia, dobrym rządzeniem, które w Albany przeżywa kryzys. Podczas Mszy św. zachowywali pełen szacunek, uwagę, przejawiali entuzjazm. Ale gdy pojawiłem się na konferencji prasowej, pierwsze pytanie od dziennikarzy dotyczyło udzielania Komunii św. politykom katolickim, którzy opowiadają się za przerywaniem ciąży, zaś pytanie drugie – molestowania seksualnego i klauzuli przedawnienia. Czy to wszystko sprawia, że pragnę wyrwać sobie z głowy trzy ostatnie włosy? Tak. Jednak gdy zaprotestuję, zaraz powiedzą, że przejawiam wzgardę, że siedzę sobie w mojej wieży z kości słoniowej i niczego nie rozumiem, albo że próbuję sprzedać im jakąś historyjkę, która moim zdaniem zasługuje na pojawienie się w prasie, a oni są przecież twardymi, dociekliwymi reporterami. Gdyby jednak dany dziennikarz naprawdę chciał rzetelnie przekazać prawdę o współczesnym Kościele katolickim, to czy mógłby pojawić się na tego rodzaju imprezie i kompletnie zignorować jej pełnego pasji ducha, dobro, które wypełnia tych młodych ludzi? Czy oni sami nie potęgują zamieszania?

Najwyraźniej żaden dziennikarz nie chce uwierzyć na słowo. Jak Ksiądz Arcybiskup uważa, dlaczego zwykli katolicy sami nie opowiadają takich historii?

Z wielu powodów. Dużo na ten temat rozmyślałem. Jeden z powodów, jak sądzę, jest natury teologicznej. Uważam, że katolicy nie czują się zbyt swobodnie, rozprawiając o sprawach swojej wiary. Wzrastali w zaszczepionym im przekonaniu teologicznym, że łagodność i pokora są cnotami, wartościami, że katolicyzm nie polega na waleniu kogoś Biblią po głowie.

Po drugie, istnieje przyczyna kulturowa. Nie doceniamy chyba faktu, że jednym z elementów katolickiego etosu, katolickiego modelu wychowania w Ameryce jest teza, iż powinniśmy unikać publicznego dyskutowania o religii.

W tym duchu nas wychowano. John Tracy Ellis mówił o „katolicyzmie w stylu stanu Maryland”, wyraźnie amerykańskiej odmianie katolicyzmu, który z całych sił starał się chronić własne religijne wnętrze, a jednocześnie utrzymywać swoje otoczenie kulturowe – w najlepszym razie wobec Kościoła sceptyczne, w najgorszym wrogie – w przekonaniu, iż nie ma się absolutnie czego ze strony nas, katolików, obawiać, gdyż jesteśmy tacy sami jak inni ludzie. Mamy tu więc pewien element kulturowy, zakazujący rozmawiać otwarcie o religii, ponieważ to nieuprzejme.

Po trzecie, naszym ludziom brak odpowiedniego słownictwa i aparatury pojęciowej, by móc na ten temat dyskutować. Gdybym zaczepił wieczorem jakąś parkę w kościele, w którym gromadzą się setki ludzi na nieszporach i nieformalnych spotkaniach, i odezwał się do niej słowami: „Wspaniała sprawa, prawda?”, odpowiedzieliby mi zapewne: „Och tak, uwielbiamy tu przychodzić”. Lecz gdybym powiedział: „Nie sądzicie, że mamy do czynienia z wymowną oznaką budzącej się odnowy religijnej, która dowodzi, że jasne, ufne i radosne zaprezentowanie przesłania katolicyzmu owocuje tym, że ludzie chętniej przychodzą na nabożeństwa?”. Ich reakcja byłaby zapewne taka: „Nie bardzo wiemy, co ma ksiądz na myśli. Po prostu chętnie tu przebywamy. Msza była piękna, dobre kazanie, uwielbiamy tutejsze zakonnice, a księża zawsze się o nas troszczą, szkoła jest znakomita, zawsze czujemy się tu mile widziani”. Brak im umiejętności, słownictwa, aby rozmawiać o odnowie w Kościele, nie dostrzegają pozytywnych przemian.

Po co być katolikiem?

fot. Cy White

Sądzi Ksiądz Arcybiskup, że jesteśmy skazani na to rozdwojenie perspektywy między tym, jak postrzegają Kościół osoby z zewnątrz a tym, czego doświadczają wierni?

Tak sądzę. Przychodzą mi na myśl czasy młodości Kościoła, choć zakładam, że nie będzie to trwać aż tak długo. Przypuszczam, że musimy zachowywać się podobnie do chrześcijan w pierwszych czterech wiekach naszego istnienia – usilnie starać się zdobyć sobie kulturowe i społeczne zaufanie przez miłość i radość. Dzięki temu chrześcijaństwo zwyciężyło, choć rzecz jasna, i Konstantyn dopomógł! Generalnie rozwój Kościoła następował metodą kuli śnieżnej, mimo że w pierwszych czterech stuleciach czasy były niespokojne.

A otoczenie kulturowe trudno byłoby nazwać przyjaznym…

To prawda. W jakiś szczególny sposób tamci chrześcijanie, tamten Kościół, przedstawiali sobą coś atrakcyjnego, nieodpartego, wartego przyjrzenia się, coś, co kazało podrapać się w głowę i powiedzieć: „Oni oferują rzeczy, które trzeba zbadać”.

Czy to jedyna apologetyka, jaka nam została? Zapewne. Ale czy jest taka zła? Czy wolno nam w dzisiejszych czasach zwabiać do siebie ludzi, uciekając się na przykład do instytucji małżeństwa? – Wie pan, ktoś poślubia katolika lub katoliczkę, wchodzi więc do Kościoła jako jego nowy członek, plus dzieci też są katolikami. Wątpię, czy nam wolno. A czy przyciągamy jeszcze ludzi, ponieważ prowadzimy najlepszy system opieki szpitalnej i edukacji? Nie sądzę. Nie ma już przynęt instytucjonalnych, prawda? Cóż zatem nam pozostało poza oferowaniem prawdziwej miłości i prawdziwej radości?

Proszę mi wybaczyć, że posłużę się czyimś nazwiskiem, lecz podczas spotkania z prezydentem Obamą usłyszałem od niego: „Rząd nie potrafi dawać nadziei, rząd nie umie kochać. Umiecie to wy, w kościołach, i proszę nie ustawać”. Czyż w dłuższej perspektywie nie jest to jedyna rzecz, jaką mamy do zaoferowania? Być może jedną z nauk, które możemy wyciągnąć z kultury irlandzkiej, polskiej, a także chyba bawarskiej jest to, że jeśli nawet wszystko idzie dobrze, jeśli zachodzi niezwykle bliska relacja między religią a kulturą, to czy to jest odpowiedź? Chyba nie, ponieważ – mój Boże – obserwujemy dziś zdecydowane słabnięcie tych kultur, w pewnym stopniu także z powodu naszych własnych błędów. Oczywiście, są tacy, którzy temu zaprzeczą, twierdząc, iż wszystkie problemy kulturowe współczesności zaczęły się wówczas, gdy Kościół utracił swe instytucjonalne znaczenie, ustąpił przed hasłem „wszystko ujdzie”.

Jest to zapewne ten sam typ ludzi, którzy sto pięćdziesiąt lat temu załamywali ręce nad upadkiem Państwa Kościelnego. Wiek później Paweł VI mówił, że było to najlepsze wydarzenie w dziejach Kościoła.

Pewnie, absolutnie tak. Odnoszę wrażenie, że jesteśmy skazani na życie w świecie, w którym Kościół nie może znajdować już oparcia we władzach ani bazować na jakimś wielkim aparacie instytucjonalnym, żeby przyciągać ludzi do siebie.

Naszym jedynym atutem jest budowanie silnej, zdrowej, kochającej się i radującej wspólnoty, która „sama się sprzeda” – stanie się miejscem, w którym ludzie zechcą przebywać, w którym poczują więź z transcendencją i ze sobą nawzajem.

Może się to wydawać niezwykle trudnym zadaniem, stromą górą do pokonania, mam jednak poczucie, że wystarczy, gdy zaczniemy się na nią wspinać, a już będziemy na właściwej drodze. Lubię na przykład powieści Deana Koontza. Kilka lat temu napisałem do niego, sugerując, żeby umieszczał w swoich książkach „elementy katolickie”. Zastanawiałem się, czy nie jest katolikiem. Pisarz odpowiedział mi uprzejmie, informując, że – istotnie – przeszedł na katolicyzm. Przekonała go do tego katolicka wizja świata, wspaniała sztuka i literatura, pobożna adoracja Pana. O tym właśnie mówię: o powabie Kościoła.

Fragment z książki „Lud nadziei” Arcybiskup Timothy Dolan w rozmowie z Johnem L. Allenem Jr.


Wesprzyj nas

Czytamy ks. Tischnera

26 kwietnia czytamy ks. Tischnera w Krakowie na scenie PWST. Kto ma ochotę przyjść, niech przyjdzie przygotowany! Niżej, specjalnie dla użytkowników stacja7.pl, publikujemy fragment eseju, który będzie czytany w wykonaniu Anny Polony. Prowadzenie spotkania: Michał Bardel i Adam Workowski

 Ks. Józef Tischner

Esej „Wiązanie Nadziei”

Wydarzenie chrześcijaństwa było wydarzeniem we wnętrzu ludzkiej nadziei. Bardzo trudno odpowiedzieć dzisiaj na pytania, co dzięki Ewangelii dopełniło się, a co pozostało nie dopełnione w nadziejach, jakie żywił człowiek chylącej się ku upadkowi starożytności. Jakieś nadzieje zostały przekreślone. Ukrzyżowany Jezus był ofiarą zawiedzionych i przekreślonych nadziei. Inne nadzieje ożywiły się. Chrystus zmartwychwstały stał się symbolem nadziei nowo powstałych i na nowo ożywionych.

Chrześcijaństwo weszło w dzieje jako żywe i głębokie doświadczenie nadziei. Zaczęło ono tym samym dokonywać trudnego dzieła porządkowania innych nadziei człowieka. Porządkując, bądź ukazywało ich pozór, bądź odsłaniało, że zawierają się one w jego nadziejach. Obecność chrześcijaństwa w świecie była dialogiem na płaszczyźnie nadziei.

Nadzieja jest rzeczywistością niezmiernie bogatą. Zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak głęboko przenika nas i rządzi nami nasza nadzieja. Dopiero, gdy tracimy nadzieję, odkrywamy, czym dla nas była. Tematem niniejszych refleksji ma być, mówiąc ogólnie, ludzka nadzieja. Ponieważ jednak jej świat jest niezmiernie bogaty, nasze refleksje potrzebują jakiegoś punktu widzenia, zdolnego do nadania im kierunku i orientacji. Dostarczą nam go doświadczenia dwóch wartości osobowych, ściśle z nadzieją związanych: doświadczenie heroizmu i dojrzałości.

Zachodzi ścisły związek między nadzieją człowieka a heroizmem, do jakiego człowiek czuje się zdolnym. Polega to najpierw na tym, że nadzieja umożliwia heroizm. Kto stracił wszelką nadzieję, ten zagubił także podstawę dla heroizmu. Gdybyśmy chcieli w takim człowieku odbudować jego heroizm, musielibyśmy zacząć od odbudowania jakiejś nadziei. Ale można powiedzieć jeszcze coś więcej; jaka jest ludzka nadzieja, taki jest ludzki heroizm.

Nadzieja głodnych rodzi heroizm walki z głodem, nadzieja ciekawych rodzi heroizm walki z niewiedzą, nadzieja niewolników rodzi heroizm walki o wolność.

Nadzieja chrześcijańska zrodziła różne odmiany chrześcijańskiego heroizmu, począwszy od tych, których symbolem jest śmierć męczeńska, skończywszy na tych, których symbolem było ciche, prozaiczne życie najprostszym obowiązkiem. Ścisły związek nadziei i heroizmu ma także poznawcze znaczenie: jeżeli zdołamy zrozumieć swoisty styl właściwy heroizmowi jakiegoś człowieka, zrozumiemy tym samym istotny wymiar jego nadziei.

W ramach doświadczenia nadziei pojawia się także doświadczenie dojrzałości. Mówimy niekiedy: „ta nadzieja jest nadzieją dojrzałą, tamta nadzieja jest nadzieją niedojrzałą”. Nie widzimy na razie jasno, na czym polega i skąd się bierze dojrzałość nadziei, niemniej obydwie wypowiedzi wskazują, że między doświadczeniem dojrzałości a doświadczeniem nadziei zachodzi jakiś ścisły związek. Ale nie tylko. Dojrzewanie nadziei nie dokonuje się w oderwaniu od dojrzewania całego człowieka, w nadziei dojrzewa cały człowiek. Co znaczy, że człowiek „dojrzewa”?

Człowiek, jak wszystko w przyrodzie, dojrzewa wtedy, gdy zaczyna przynosić jakiś owoc. Nadzieja dojrzewająca jest nadzieją owocującą. Żadne drzewo nie może owocować w izolacji od gleby i atmosfery.

Czytamy ks. Tischnera

Nadzieja owocująca żyje, będąc głęboko wtopioną w świat, który ją otacza. Gdy czyjeś nadzieje pozostają oderwane od rzeczywistości, mówimy, że są to nadzieje niedojrzałe. Nadzieja niedojrzała, czekając na oblubieńca, zapomina o ciemnościach i nie zabiera oliwy do lamp. Niemniej nadzieja oznacza także, że człowiek wybiega poza rzeczywistość, która otacza go tu i teraz, ku jakimś światom możliwym, przyszłym. Owocujące drzewo niesie coś nowego. Owoc nadziei to nie tylko odbicie, lecz także protest.

Nadzieja proponuje nowy świat. Propozycję można odrzucić, a proponującego zabić.

Dojrzałość nadziei przejawiać się wtedy będzie przez heroizm, z jakim człowiek byłby w stanie bronić swego owocu.

Tematem niniejszych refleksji jest — jak powiedziałem — nadzieja. Spróbujemy najpierw dokonać opisu podstawowych i istotnych wymiarów doświadczenia nadziei i wyznaczonego przez to doświadczenie heroizmu. Potem przejdziemy do uchwycenia specyfiki nadziei chrześcijańskiej i wyrastającego z niej heroizmu, a także do uchwycenia fenomenu dojrzałości opartego o „ducha Ewangelii”.

WYMIAR NADZIEI

Każda nadzieja odznacza się jakimś wymiarem: jest nadzieją płytszą lub głębszą, widzi ciaśniej lub widzi szerzej, spodziewa się mniej lub więcej, jest gotowa ponieść większe lub mniejsze ofiary. Co decyduje o wymiarze nadziei? Odpowiedź, jaką proponuję tutaj, brzmi: o wymiarze nadziei decyduje doświadczenie wartości. W ramach nadziei rozwija się poznanie aksjologicznego aspektu rzeczywistości.

Św. Tomasz z Akwinu pisał: „Rozum przez wiarę poznaje to, czego się w nadziei spodziewa i co kocha”. Twierdzenie św. Tomasza jest tylko częściowo słuszne. Owszem, wiara, która jest aktem „rozumu”, dokonuje zazwyczaj jakiegoś mniej lub bardziej skończonego artykułowania nadziei, gdy odsłania przed człowiekiem konkretny wygląd jego przyszłości i kieruje nadzieję na tory ku niej wiodące. Ale nie znaczy to, by nadzieja była tym samym pozbawiona wszelkich zdolności poznawczych.

Prawdą jest, że nadzieja nie poznaje świata jako takiego ani nawet świata możliwego w jego czystych lub „realnych” możliwościach; poznawczy świat nadziei to świat wartości.

Rozum mówi o tym, jak wygląda ta lub inna prawda, co za nią lub przeciw niej przemawia. Nadzieja mówi, że jakąkolwiek byłaby prawda, zawsze jest ona wartością, ku której i dla której trzeba żyć. Poznanie, które niesie z sobą nadzieja, jest pierwsze. Rozum na tyle żyje, na ile ma jakieś uczestnictwo w nadziei. Gdzie nadzieja ślepnie na wartości, tam także rozum popada w bezruch i milczenie.

Nadzieja wtrąca człowieka w jakieś oczekiwanie. Nie jest to jednak zwyczajne oczekiwanie, którym czeka się na nadejście nocy, wschód księżyca, pierwsze gwiazdy.

A ty czekasz, ty czekasz na jedno,

co twe życie wzniesie nieskończenie,

na wielkie, niezwykłe zdarzenie…

W oczekiwaniu, jakie wzbudza nadzieja, obecna jest niepewność i jakieś wahanie, które niekiedy zdolne jest podciąć nadzieję u samych korzeni. Nadzieja wyrasta z doświadczenia zmienności świata i zmienności człowieka. Ale widzi ona tę zmienność w sposób szczególny. Nie chodzi o zmianę stanu lub miejsca, lecz o zmienność powiązań świata z wartościami, które urzeczywistniają się w świecie.

Czytamy ks. Tischnera

Wartości mogą się nie urzeczywistnić. Wielkie, niezwykłe zdarzenie może nie nadejść… Ludzkie tęsknoty i wysiłki mogą spełznąć na niczym, nic nie „wzniesie nieskończenie” istnienia człowieka. A wtedy przekreślony będzie los wartości. Przeciwko takiej perspektywie nadzieja podnosi swój protest.

Gabriel Marcel mówi, że nadzieja wyrasta z „sytuacji próby” i stanowi odpowiedź, za pomocą której człowiek przezwycięża tę sytuację. Możemy nawet powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku taką jest w swej głębi nadzieja człowieka, jaką jest odczuwana w niej „sytuacja próby”.

Próba może dotyczyć zdrowia, charakteru, może dotykać samej istoty człowieka. Gdy jestem zagrożony chorobą, ożywia mnie nadzieja wyzdrowienia. Gdy mój charakter jest poddany próbie, ożywia mnie nadzieja pomocy. Gdy sam rdzeń mojej istoty jest zagrożony, moja nadzieja szuka podstaw ufności w samym źródle mojego bytu.

Nadzieja niesie światło, ale światło nadziei jest rozpraszaniem jakichś uprzednio panujących ciemności.

Nadzieja niesie uspokojenie, ale uspokojenie to jest odpowiedzią na jakiś uprzedni niepokój.

Nadzieja przynosi radość, ale radość nadziei jest jak kolorowanie uprzedniego smutku.

Nadzieja jest odpowiedzią na coś, co leży głębiej, co jest związane z podstawową sytuacją człowieka w bycie. Sytuację tę oddaje adekwatnie słowo: tragiczność. U źródeł nadziei rozpościera się doznanie tragiczności. Ono jest raz takie, raz inne, ale zawsze — jak pisze Max Scheler — oznacza jakąś „efektywność działania i ulegania… Efektywność ta musi mieć jednak jakiś kierunek, by tragiczność mogła się pojawić, […] kierunek na unicestwienie jakiejś pozytywnej wartości o określonym stopniu wysokości”.

Poprzez doświadczenie nadziei i doświadczenie tragiczności odsłaniają się nie tylko te wartości, które mogą być urzeczywistnione w świecie, lecz także odsłaniam się ja sam jako  wartość.

Doświadczając nadziei, człowiek doświadcza siebie jako wartości.

W nadziei ludzkie Ja jest Ja aksjologicznym. W imię tej wartości nadzieja odpowiada na perspektywę zagrożenia swoim „nie”. Mówiąc zagrożeniu „nie”, nadzieja podnosi człowieka do poziomu wartości. W słowie nadziei opowiada o sobie godność człowieka.

Stąd płynie odczuwanie nadziei jako łaski. Bo właśnie od istoty łaski należy to, że ona mówi: „cenniejsi jesteście niż wróble”. Hölderlin zauważa, że nadzieja swym zjawieniem „razi serce”. Pobudzone przez nią serce szuka jakiejś wiary, która zdolna jest dać widzenie, a wiara szuka pewności. I tak powstaje spes quaerens intellectum — nadzieja szukająca zrozumienia. W poemacie Nadzieja pisze Hölderlin:

Ty, co nie gardzisz domem, gdzie płaczą w żałobie

i chętnie usługując, szlachetna pośredniczysz

między ludźmi i potęgami nieba.

Jeśli nie możesz przyjść jako Duch ziemi,

poraź innym zjawieniem moje serce.

Tak zatem podstawowy wymiar aksjologiczny nadziei jest zorientowany dwubiegunowo.

Nadzieja swą intencją zewnętrzną kieruje się w stronę świata i odsłania ruch tego świata ku wartościom i ruch wartości ku temu światu. Swą intencją wewnętrzną idzie w stronę człowieka i odsłania go jako szczególną wartość, znajdującą się w sytuacji pewnej tragiczności.

Odpowiadając na tragiczność, nadzieja dokonuje codziennie trudnego dzieła podnoszenia człowieka w kierunku jakiegoś wybawienia.

Ale na tym nie kończą się aksjologiczne doświadczenia nadziei. W rzeczywistości jest ich tak wiele i tak są rozmaite, że nie sposób prześledzić wszystkie. Pozostańmy zatem przy dwóch, które będą mieć znaczenie dla dalszych rozważań.

Nadzieja niesie z sobą swoiste doświadczenie czasu.

Św. Tomasz pisze, że jej przedmiotem jest dobro o tyle, o ile należy ono do przyszłości. Istotnie: doświadczenie czasu to w nadziei najpierw i przede wszystkim doświadczenie jakiejś przyszłości. Nie znaczy to jednak, by teraźniejszość i przeszłość zapadały w zapomnienie. Między teraźniejszością a przyszłością pojawia się kontrast. Przyszłość to miejsce ostatecznego wybawienia.

Czytamy ks. Tischnera

Ukrzyżowanie św. Piotra

Teraźniejszość to miejsce obecnej tragiczności. Ale nadzieja wiąże teraźniejszość i przyszłość więzią dialektyczną tezy z jej antytezą. Jeżeli teraz jest ciemność, to jutro zjawi się światłość w tej ciemności, jeśli tu jest ziemia zgryzoty, to tam jest ziemia rozkwitu, jeżeli tu panuje choroba i ból, to tam jest wieczna młodość. W nadziei jest obecny jakiś niepokój, który wyraża się pytaniem: ale czy naprawdę? Czy nie ma tu jakiegoś złudzenia? Z tego pytania wyrasta zwrot ku przeszłości: tam, w czasie minionym szuka się podstaw dla dalszej nadziei, argumentów, racji. W ten sposób nadzieja sięga do przeszłości, by budować swą wiarę.

Wiara to narastający z upływem czasu zespół doświadczeń naszej własnej nadziei i nadziei drugich.

W porządku istnienia nadzieja jest pierwsza. Zaś w obszarze czasowości nadziei pierwsze jest doświadczenie przyszłości w jej aksjologicznym horyzoncie.

Tak więc czas nadziei jest czasem syntezy dopełniającej się pod wpływem przyszłości. Oczekując z nadzieją nadejścia jakiegoś jutra, zarazem odcinamy się na pewnym poziomie od danych pamięci, by na innym poziomie zaakceptować inne jej dane.

Widać to szczególnie wyraźnie m.in. w fenomenie mistyki. Św. Jan od Krzyża pisze: „Żadna forma czy poznanie nadprzyrodzone podpadające pod pamięć nie jest Bogiem… Pamięć musi się oderwać od wszystkich form i wiadomości, by mogła złączyć się z Bogiem w nadziei”. Niemniej niektóre dane pamięci zostaną potwierdzone.

Pod wpływem nadziei dusza trwa w wierze, która mówi, że minione formy poznania związane z niedojrzałością człowieka Bogiem być nie mogą. Pewność tej płynącej z przeszłości wiary tym bardziej kieruje nadzieję ku jutrzejszym odkryciom. Szczególny związek nadziei z przyszłością i przeszłością odbija się na jej teraźniejszości. W teraźniejszości nadziei dopełnia się bezustannie jakiś mniej lub bardziej głośny wybór: człowiek wybiera swe życie i swe obumieranie. Coś trzeba porzucić, a coś kontynuować. Coś ożywić, coś zagłuszyć i zabić. Dlatego teraźniejszość nadziei nigdy nie jest wolna od jakiejś dozy cierpienia.

Drugie obok doświadczenia czasu to doświadczenie kruchości zła. Im żywsza nadzieja, im bardziej spontanicznie rozwija się jej skok ku jutru, tym słabsze jest w niej doświadczenie zła aktualnie gnębiącego człowieka.

W nadziei istnienie zła jest pozorem istnienia; zło jest przemijające, przypadkowe, całkiem kruche. Wystarczy trochę poczekać, by przeminęło. Przykładów takiego doświadczenia zła na terenie nadziei jest wiele. Sięgnijmy po jeden do nowożytnej „poetyki nadziei”, jaką są prace utopistów, w których autorzy malują wizję przyszłego lub co najmniej możliwego społeczeństwa ludzkiego. Tak niewiele trzeba, by wizje te się spełniły! „Gdy zastanawiam  się — pisał sam twórca Utopii Tomasz More — nad tymi wszystkimi państwami, które są dzisiaj w kwitnącym stanie, nasuwa mi się myśl — niech mi to Bóg miłościwy przebaczy — że istnieje po prostu jakieś sprzysiężenie bogaczy, dbających tylko o własne korzyści pod pozorem dobra publicznego”. Wystarczy przerwać to sprzysiężenie, by zmienić oblicze ziemi. Później diagnozy będą nieco inne: winna jest władza, instytucja prywatnej własności, akumulacja kapitału itp. Niemniej to wszystko jest kruche i przemijające. Naprawdę potrzeba niewiele, by to zmienić. Tak odbija się w nadziei świadomość przygodności świata zła. Korelatywna do tej świadomości jest świadomość tego, że dobro ma byt trwały, absolutny, niezaprzeczalny. Trzeba mu tylko umożliwić powstanie. Przeświadczenie o kruchości świata zła i o zasadniczej możliwości dobra jest źródłem optymizmu tak znamiennego dla nadziei. Radość, którą zawiera i niesie, łagodzi bóle wszystkich porzuceń.


Wesprzyj nas