Nasze projekty

Niedziela z dedykacją

Wędrówka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela nie jest wolna od rutyny, choć – jak donoszą pielgrzymie relacje – każdy dzień drogi jest na swój sposób niezwykły. Jednak również na camino zdarzają się niedziele, które są... jeszcze bardziej niezwykłe?

Reklama

Cud w galicyjskiej dziurze

 

To było dokładnie tydzień przed Santiago, w górzystej hiszpańskiej Galicji. Moje dwie koleżanki i ja dziennie pokonywałyśmy około 25 kilometrów, lecz w niedzielę postanowiłyśmy zafundować swoim nogom mały odpoczynek. Górska wspinaczka zapowiadała się dość wyczerpująco, więc postanowiłyśmy skrócić naszą codzienną porcję kilometrów do 11. Bez pośpiechu pokonywałyśmy więc górską trasę podziwiając nieprzeciętnie piękną galicyjską florę. Od kilku dni potrzebowałam spowiedzi, lecz w hiszpańskich kościołach próżno szukać księdza w wieku poniżej 60 lat, który znałby angielski. Mój hiszpański pozostawiał bardzo wiele do życzenia, a ostatni polski kapłan wyprzedził nas jakieś dwa tygodnie temu. Z taką niezbyt optymistyczną myślą dotarłam do O Cebreiro. Taka typowa galicyjska „dziura”: kilka domków, schronisko dla pielgrzymów, mały kościół. Tamtejsi franciszkanie wydawali się wyjątkowo otwarci na wielokulturowość camino, o czym świadczyła tablica ogłoszeń w czterech językach. Pojawiła się realna szansa na spowiedź po angielsku. Postanowiłam, że po Mszy o taką właśnie poproszę. Koleżanka zażartowała: „Zawsze możesz poprosić o spowiedź po polsku”. Roześmiałam się i ja. Jednak, kiedy po Mszy ksiądz ogłosił, że wśród koncelebransów znajduję się Polak, odzyskałam powagę. Za kilka minut spowiadałam się w ojczystym języku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przydarzyło się to w miejscu najmniej prawdopodobnym. W najmniejszej – choć i najbardziej urokliwej – „dziurze” na mapie naszego Camino de Santiago.

Reklama
Reklama

Niedziela z dedykacją

 Nie tylko "święto nakazane"

 

Reklama
Reklama

Ale to nie był koniec małych niedzielnych cudów. Po powrocie z kościoła nieoczekiwanie spotkałyśmy kolegę Czecha, widzianego ostatni raz dobre dwa tygodnie temu. Do tego dołączyli nasi ulubieni Francuzi, panie ze Skandynawii, z którymi w końcu udało się porozmawiać oraz trzy Polki. Tego popołudnia zebrało się w schronisku doborowe towarzystwo z camino, co samo w sobie było już doskonałym powodem do świętowania. Wszystko odbywało się w bajkowej, górskiej scenerii. Bo nie codziennie można beztrosko posiedzieć na murku, który z powodzeniem mógłby pełnić funkcję tarasu widokowego i pogawędzić po angielsko-czesko-polsku. Obiad też smakował wyjątkowo. Być może dlatego, że nie musiałyśmy spieszyć się na nocleg, ale można było dłużej podelektować się swoim towarzystwem, które jakoś nie zbrzydło po 20 dniach wspólnej wędrówki. Potem włóczęga po sklepach z pamiątkami na jedynej uliczce miasteczka i czas, który nigdzie nie zamierzał uciekać. Każdy element tego dnia miał w sobie coś świątecznego. Spojrzałam na swój rozładowany, całkowicie bezużyteczny telefon. „Jeśli tutaj moja ładowarka zadziała – pomyślałam uśmiechając się do własnych myśli – uwierzę chyba w każdy cud”. Za chwilę mój telefon ładował się jak gdyby nigdy nic… Ale nie chodzi tutaj o cudowne uzdrowienie ładowarki czy nawet spowiedź po polsku w najmniejszej z hiszpańskich miejscowości. Czasem są takie dni, które chyba otrzymujemy ze specjalną dedykacją. Jakby Ktoś przesyłał nam uśmiech razem z wiadomością, że niedziela to nie tyle „święto nakazane” co starannie przygotowany prezent. Niespodzianka, którą ów tajemniczy Ktoś chce po prostu sprawić nam radość.

Niedziela z dedykacją

Reklama
Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę