Niedziela z dedykacją

Wędrówka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela nie jest wolna od rutyny, choć – jak donoszą pielgrzymie relacje – każdy dzień drogi jest na swój sposób niezwykły. Jednak również na camino zdarzają się niedziele, które są... jeszcze bardziej niezwykłe?

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Cud w galicyjskiej dziurze

To było dokładnie tydzień przed Santiago, w górzystej hiszpańskiej Galicji. Moje dwie koleżanki i ja dziennie pokonywałyśmy około 25 kilometrów, lecz w niedzielę postanowiłyśmy zafundować swoim nogom mały odpoczynek. Górska wspinaczka zapowiadała się dość wyczerpująco, więc postanowiłyśmy skrócić naszą codzienną porcję kilometrów do 11. Bez pośpiechu pokonywałyśmy więc górską trasę podziwiając nieprzeciętnie piękną galicyjską florę. Od kilku dni potrzebowałam spowiedzi, lecz w hiszpańskich kościołach próżno szukać księdza w wieku poniżej 60 lat, który znałby angielski. Mój hiszpański pozostawiał bardzo wiele do życzenia, a ostatni polski kapłan wyprzedził nas jakieś dwa tygodnie temu. Z taką niezbyt optymistyczną myślą dotarłam do O Cebreiro. Taka typowa galicyjska „dziura”: kilka domków, schronisko dla pielgrzymów, mały kościół. Tamtejsi franciszkanie wydawali się wyjątkowo otwarci na wielokulturowość camino, o czym świadczyła tablica ogłoszeń w czterech językach. Pojawiła się realna szansa na spowiedź po angielsku. Postanowiłam, że po Mszy o taką właśnie poproszę. Koleżanka zażartowała: „Zawsze możesz poprosić o spowiedź po polsku”. Roześmiałam się i ja. Jednak, kiedy po Mszy ksiądz ogłosił, że wśród koncelebransów znajduję się Polak, odzyskałam powagę. Za kilka minut spowiadałam się w ojczystym języku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przydarzyło się to w miejscu najmniej prawdopodobnym. W najmniejszej – choć i najbardziej urokliwej – „dziurze” na mapie naszego Camino de Santiago.

Niedziela z dedykacją

 Nie tylko "święto nakazane"

Ale to nie był koniec małych niedzielnych cudów. Po powrocie z kościoła nieoczekiwanie spotkałyśmy kolegę Czecha, widzianego ostatni raz dobre dwa tygodnie temu. Do tego dołączyli nasi ulubieni Francuzi, panie ze Skandynawii, z którymi w końcu udało się porozmawiać oraz trzy Polki. Tego popołudnia zebrało się w schronisku doborowe towarzystwo z camino, co samo w sobie było już doskonałym powodem do świętowania. Wszystko odbywało się w bajkowej, górskiej scenerii. Bo nie codziennie można beztrosko posiedzieć na murku, który z powodzeniem mógłby pełnić funkcję tarasu widokowego i pogawędzić po angielsko-czesko-polsku. Obiad też smakował wyjątkowo. Być może dlatego, że nie musiałyśmy spieszyć się na nocleg, ale można było dłużej podelektować się swoim towarzystwem, które jakoś nie zbrzydło po 20 dniach wspólnej wędrówki. Potem włóczęga po sklepach z pamiątkami na jedynej uliczce miasteczka i czas, który nigdzie nie zamierzał uciekać. Każdy element tego dnia miał w sobie coś świątecznego. Spojrzałam na swój rozładowany, całkowicie bezużyteczny telefon. „Jeśli tutaj moja ładowarka zadziała – pomyślałam uśmiechając się do własnych myśli – uwierzę chyba w każdy cud”. Za chwilę mój telefon ładował się jak gdyby nigdy nic… Ale nie chodzi tutaj o cudowne uzdrowienie ładowarki czy nawet spowiedź po polsku w najmniejszej z hiszpańskich miejscowości. Czasem są takie dni, które chyba otrzymujemy ze specjalną dedykacją. Jakby Ktoś przesyłał nam uśmiech razem z wiadomością, że niedziela to nie tyle „święto nakazane” co starannie przygotowany prezent. Niespodzianka, którą ów tajemniczy Ktoś chce po prostu sprawić nam radość.

Niedziela z dedykacją

Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Żywot niedzielnego katolika

Czy warto chodzić do kościoła z przyzwyczajenia i jak można uczynić świętem coś, do czego się już przywykło...?

Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Naszkicowany karykaturalnie człowiek chodzący do kościoła z przyzwyczajenia, jest osobą, która przymuszona nawykiem, co niedzielę pojawia się w najbliższym kościele na mszy św., by przeczekać godzinę myśląc o niebieskich migdałach. Podejrzewam, że nikt z czytelników nie odnajduje się w takim obrazie. Problem jednak pozostaje, bowiem dla wielu osób niedzielna msza św. kojarzy się bardziej z rutyną niż świętowaniem.

Szukając zatem odpowiedzi na tytułowe pytania spróbujmy wyjaśnić najpierw poszczególne terminy. Najłatwiej zacząć od pytania „Co to znaczy chodzić do Kościoła?”. To znaczy uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej, do czego ktoś czuje się zobowiązany na mocy przykazania „Pamiętaj abyś dzień święty święcił”, za sprawą wychowania wyniesionego z domu lub dzięki wewnętrznemu przekonaniu.

Co to znaczy „warto”? To znaczy, że obecność w Kościele pozwala na uzyskanie jakiegoś dobra. Termin ten zakłada również, że poniesione koszty, w tym wypadku poświęcenie czasu i sił, przyniosą określony zysk.

A co to znaczy „z przyzwyczajenia”? Chodzi o podejmowanie działania, którego głównym motywem jest fakt, że zawsze się tak robiło, że nigdy nie było inaczej i weszło to komuś w nawyk tak bardzo, że nie wyobraża sobie, iż mogłoby być inaczej.

Żywot niedzielnego katolika

Czytając powyższe wyjaśnienie pierwsze co się narzuca, to nieadekwatność terminu „warto”. Sprowadza on bowiem nasze rozważania na pole ekonomiczno-handlowe, a rzeczywistość niedzielnej Eucharystii w przestrzeń wymiany dóbr pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Człowiek ofiaruje swoją obecność i oddaje cześć Bogu, ale spodziewa się w zamian, że Bóg zapewni mu duchową przyjemność w niedzielę lub/oraz opiekę i błogosławieństwo w ciągu tygodnia. Na wyższym poziomie będzie to oczekiwanie, że regularna obecność na mszy św. zaowocuje duchowym rozwojem człowieka. Problem polega na tym, że przyjaźń lub miłość przeżywana w perspektywie „A co ja będę z tego miał?” przestają być relacją osób. Budowanie więzi ma swój rytm odmienny od oczekiwania natychmiastowego efektu. Są dni, gdy ludzie wzajemnie się obdarowują, ale są i takie gdy wiodą żywot bardzo zwyczajny. Są takie okresy, w których łączy ich wspólnie przeżywane szczęście, ale są i takie, w których zbliżają ich trudności. Zaufanie między osobami może pojawić się szybko, ale ugruntowane zostanie, jeśli przejdzie przez wiele prób i naukę wzajemnego przebaczania.

Piękno przyjaźni czy miłości polega na czymś innym niż bezpośredni zysk którejkolwiek ze stron, a ich dojrzewanie wymaga czasu i cierpliwości. Podobnie będzie z uczestnictwem we mszy św.

Jej duchowa wartość może być bardzo różna od emocjonalnego przeżycia chwili, a owoce przynosić w zupełnie innym miejscu i czasie, niż się człowiek spodziewa.

Na pytanie jak uczynić świętem coś, do czego się już przywykło w odniesieniu do mszy św. nie da się odpowiedzieć przy pomocy jakiejś recepty czy instrukcji. Można przeczytać dziesiątki książek o budowaniu przyjaźni i miłości. Każda może pomóc, ale żadna z nich nie daje gwarancji na udany związek.

To co najpiękniejsze odkrywa się dzięki cierpliwemu wysiłkowi powolnego budowania relacji, odkrywania bogactwa, które może zaistnieć między dwom osobami. W kontekście mszy św. przyzwyczajenie, nawyk, dobrze pojęta rutyna mogą być wartościami pozytywnymi.

Zapewniają bowiem ciągłość procesu stopniowego otwierania się na rzeczywistość królestwa Bożego. Nikt z ludzi nie jest w stanie wyczerpać bogactwa, które przygotował Bóg na uczcie Eucharystycznej. Tylko uczestnicząc we wspólnocie uczniów Chrystusa, czytając Słowo i łamiąc Chleb w dobrej i złej doli mam szansę osobiście doświadczyć tego, co w Eucharystii najpilniejsze i najbardziej wartościowe –  świętować moją komunię z Bogiem i ludźmi.

Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >