video-jav.net

Co się z nami dzieje po śmierci?

Odpowiedź kryje się w Starym Testamencie

ks. dr Grzegorz Strzelczyk
ks. dr Grzegorz
Strzelczyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pierwsze pokolenia chrześcijan żyły w przekonaniu, że Pan przyjdzie wkrótce, najprawdopodobniej jeszcze za ich życia (por. 1 Tes 4, 15–17), a nawet jeśli ktoś umrze wcześniej, to jego czas oczekiwania na zmartwychwstanie będzie bardzo krótki. Z tego też powodu najwcześniejsza teologia chrześcijańska prawie zupełnie nie zajmowała się poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o to, co właściwie dzieje się ze zmarłymi po śmierci, a przed zmartwychwstaniem

Chrześcijaństwo narodziło się ze zmartwychwstania Chrystusa, a więc z wydarzenia, w którym ludzka śmierć została przezwyciężona mocą Bożą. Znaczenie tego wydarzenia stanowi rdzeń chrześcijańskiej nadziei: kresem życia nie jest śmierć, bo w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15, 23). Zgodnie z zapowiedzią samego Jezusa (por. J 14, 3), dokona się to przy Jego powtórnym, pełnym chwały przyjściu (paruzja), które zaowocuje także odnowieniem całej stworzonej rzeczywistości; 2 List św. Piotra mówi o nowym niebie i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość (3, 13).

Trzy intuicje

Lata mijały i wyglądane z niecierpliwością powtórne przyjście Chrystusa nie następowało. Dla wielu musiał to być powód do sporego niepokoju, to z kolei prowokowało reakcje ze strony odpowiedzialnych za wspólnoty. Nowy Testament zarejestrował pierwsze próby wyjaśniania przyczyn „opóźnienia”: Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia (2 P 3, 9). Pytania o los zmarłych nie można było jednak ignorować, dlatego w kolejnych wiekach zaczęły się pojawiać pierwsze próby odpowiedzi. Jako fundament teologiczny służyły przede wszystkim trzy intuicje obecne w tradycji Starego Testamentu.

Pierwsza dotyczyła pytania analogicznego do tego, przed jakim stanęli chrześcijanie: co się dzieje ze zmarłymi przed Dniem Sądu? Żydzi posługiwali się koncepcją szeolu – otchłani, która była czymś w rodzaju magazynu zmarłych. Udawał się do niego każdy, bez względu na to, jak żył, by oczekiwać na sąd. W szeolu przebywały niejako „cienie” ludzi – nie była to kraina życia, ale też nie piekło w rozumieniu „miejsca” kary. Egzystencja trwała, ale jakby w stanie uśpienia (nawet nie wychwala się tam Boga – por. np. Ps 6, 6, Ba 2, 17).

Co się z nami dzieje po śmierci?

Druga intuicja nie jest oryginalnie żydowska, stanowi zapożyczenie ze świata greckiego; chodzi o ideę nieśmiertelności duszy. Dzięki niej można było wskazać na rację ciągłości ludzkiej egzystencji pomiędzy śmiercią a oczekiwanym w dniu Pańskim zmartwychwstaniem ciała.

Intuicja trzecia pochodziła natomiast z praktyki pobożności: żydzi modlili się i składali ofiary za zmarłych, a więc wierzyli, że możliwe jest przekazywanie dobra także tym, którzy nie żyją, oraz że można w jakiś sposób wpłynąć na ich pośmiertny los, wszystko bowiem zależy od miłosiernego Boga, który nie jest głuchy na modlitwę swego ludu.

Chrześcijanie w naturalny sposób odziedziczyli te trzy intuicje, przy czym poważnej modyfikacji ulec musiała idea szeolu. Już z bardzo wczesnymi interpretacjami zmartwychwstania Chrystusa wiązało się przekonanie, że wyprowadził On stamtąd sprawiedliwych, którzy już od momentu powstania z martwych Syna Bożego cieszą się owocami zbawienia. Nie jest to jeszcze absolutna pełnia, która przyjdzie wyłącznie ze zmartwychwstaniem ciała w dniu powtórnego przyjścia Chrystusa, ale jest to już stan jasno i definitywnie określony (do „dobrego łotra” Jezus mówi: dziś ze mną będziesz w raju – Łk 23, 43). Zbawieni po śmierci przebywają tam, gdzie Chrystus przygotował im miejsce – u Ojca. Oczywiście takie przekonanie miało też swą „ciemną” stronę – dla nieprawych nie ma miejsca w domu Ojca, muszą oni zatem iść „na zewnątrz – w ciemności”, gdzie jest „płacz i zgrzytanie zębów” (por. Mt 25, 30).

Czyściec – jeden czy kilka?

Wydawać by się mogło, że nie ma tu już właściwie miejsca na najbardziej charakterystyczny dla szeolu stan niedookreślonego oczekiwania, zdecydowana polaryzacja pośmiertnego losu na niebo i piekło na pierwszy rzut oka go wyklucza. Żywa wśród chrześcijan praktyka modlitwy za zmarłych przypominała jednak – i nie mogło to ujść uwadze Ojców Kościoła pierwszych wieków – że przecież nie każdego śmierć zastaje w stanie absolutnej sprawiedliwości, czyli pełnej gotowości na wejście do domu Ojca. Jeśli modlimy się za zmarłych, to dlatego, że wierzymy, iż nasza modlitwa może im jakoś „dopomóc” także po śmierci. Zatem albo stan oddalenia od Boga jest jakoś odwracalny, albo oprócz stanów definitywnych – zbawienia i potępienia (nieba i piekła) – trzeba zakładać możliwość istnienia jeszcze jednego stanu „pośredniego” na drodze do zbawienia, stanu, w którym człowiek jakoś dojrzewa, dzięki modlitwie i ofierze żyjących sióstr i braci, do pełni jedności z Bogiem.

Co się z nami dzieje po śmierci?

Idea „czasowego” tylko potępienia (zwana apokatastazą), które Bóg ostatecznie przezwycięży, tak że wszyscy, z szatanem włącznie, zostaną zbawieni na końcu czasów, pojawiała się w refleksji niektórych Ojców Kościoła, nigdy jednak nie zyskała powszechnej akceptacji. Uznanie jej za pewnik byłoby bowiem jednoznaczne z uznaniem, że grzech nie jest w stanie definitywnie oderwać człowieka od Boga. To z jednej strony stawiałoby pod znakiem zapytania rzeczywiste istnienie ludzkiej wolności, z drugiej – podważałoby sens poszukiwania Boga i wszelkiego moralnego wysiłku w życiu (po co mam się starać, jeśli i tak będę zbawiony?). Natomiast druga z możliwych interpretacji, zakładająca istnienie „stanu przejściowego”, systematycznie zyskiwała na znaczeniu w teologii łacińskiej i z czasem rozwinęła się w naukę o czyśćcu. Sama nazwa pojawiła się wprawdzie dopiero na początku XII w., ale główne intuicje znaleźć możemy już na przykład u św. Augustyna, czyli na początku wieku V.

Starotestamentalny wątek szeolu był jeszcze wykorzystywany przez Ojców Kościoła przy próbie odpowiedzi na inne pytanie. Co mianowicie z tymi, którzy umierają bez chrztu, ale nie popełnili przed śmiercią żadnego grzechu? Chodziło zwłaszcza o dzieci. Z jednej strony panowało przekonanie, że chrzest z wody jest konieczny do zbawienia, z drugiej – trudno było przyjąć możliwość potępienia kogoś, kto żadną wolną decyzją Boga nie odrzucił. Niektórzy teologowie postulowali zatem możliwość istnienia jeszcze jednego stanu pośredniego, tym razem trwałego, do którego miałyby trafiać takie osoby (zwanego zwykle limbus puerorum). Otchłań ta nie byłaby ani miejscem potępienia, ani pełnego zbawienia. Inni szli jeszcze dalej, sugerując istnienie oddzielnego stanu także dla świętych Starego Testamentu (limbus patrum). Jeszcze w średniowieczu i w późniejszej scholastyce hipotezy te były mocno rozpowszechnione, nie stały się jednak częścią oficjalnego nauczania i współcześnie nie odgrywają już żadnej roli (Katechizm Kościoła Katolickiego mówi jedynie o niebie, czyśćcu i piekle).

Decyzja

Jeżeli jednak – jak zakładają omówione powyżej intuicje – rozstrzygnięcie, co do ostatecznego losu człowieka, dokonuje się zaraz po śmierci, a nie dopiero w momencie powszechnego zmartwychwstania, pojawia się kolejny problem. Boży Sąd, w ramach którego jawne staną się czyny wszystkich ludzi i zło zostanie ostatecznie unicestwione, związany jest wyraźnie z powtórnym przyjściem Chrystusa i końcem czasów. Założyć więc trzeba, że zaraz po śmierci także dokonuje się coś na kształt sądu, dotyczy jednak wyłącznie jednej osoby. Z tej intuicji rozwinęła się z czasem nauka o dwóch sądach: szczegółowym, zaraz po śmierci, oraz ostatecznym, towarzyszącym paruzji.

Co się z nami dzieje po śmierci?

Spróbujmy zatem usystematyzować nasze współczesne rozumienie losów człowieka po śmierci. Przede wszystkim śmierć dotyczy ciała człowieka, jego materialnej części. Duchowe centrum samoświadomości i pamięci (dusza) żyje dalej. „Umieramy w Boga”, wobec Niego stajemy w momencie śmierci. Chwila ta (sąd szczegółowy) ma decydujące znaczenie – dokonuje się tu bowiem ostateczne, nieodwracalne, uwarunkowane oczywiście całym naszym życiem, wszystkimi wcześniejszymi wyborami, rozstrzygnięcie co do tego, czy chcemy przyjąć Bożą miłość, Jego przebaczenie, czy też je odrzucić; czy chcemy żyć we wspólnocie z Nim, czy bez Niego. Odrzucenie Boga równa się stanowi piekła – wypowiedziane wówczas: „nie chcę Twojej miłości”, staje się treścią „życia”. Piekło można zatem opisać jako radykalną, wieczną odmowę przyjmowania i dawania miłości, absolutną samotność nienawiści. Możemy mieć nadzieję, że niewielu dokonuje takiego wyboru, że wobec Boga takiego, jakim jest, topnieją serca najbardziej zatwardziałych złoczyńców (wyrazem tej nadziei jest modlitwa Kościoła za wszystkich zmarłych bez wyjątku), lecz raczej nigdy nie będziemy mieli pewności, że nikt w stanie piekła się nie znalazł.

Dusza na kuracji

Losem zaś tych, którzy Bożą miłość przyjęli, jest pełna wspólnota z Nim (niebo, zbawienie), która zaczyna się albo bezpośrednio po sądzie szczegółowym, albo za pośrednictwem oczyszczenia (czyściec). W stan czyśćca wchodzą ci, którzy w momencie śmierci nosili w sobie ślady grzechu lub jego dalszych skutków (każdy grzech upośledza jakoś naszą zdolność do miłowania). Chodzi o przywrócenie człowiekowi stanu, jaki Bóg dla niego zamierzył, bo tylko wtedy będzie mógł w pełni doświadczać zbawienia. To tak jakby czyściec chronił nas przed niepełnosprawnością w niebie – jest on rekonwalescencją, rehabilitacją po wypadku (wypadkach), jakim jest grzech. Tym boleśniejszą, że człowiek nic już sam dla siebie uczynić nie może – miłość musi być weń „wpompowana” przez modlitwę i ofiarę żyjących sióstr i braci, którzy spełniają rolę rehabilitantów odpowiedzialnych za rozruszanie sparaliżowanych grzechem kończyn… Teologia scholastyczna posługiwała się czasowym wyobrażeniem czyśćca, dusza miała w nim pokutować w cierpieniu określoną liczbę lat, w zależności od stopnia skażenia grzechem. Dziś raczej skłaniamy się do myślenia w kategoriach intensywności: im więcej w człowieku trzeba odbudować, tym bardziej dojmujące jest to doświadczenie. Nie mamy jednak wystarczających podstaw w Objawieniu, by precyzyjniej określić ten stan.

Co się z nami dzieje po śmierci?

Pewne jest natomiast, że z czyśćca prowadzi tylko jedna droga: do stanu, który zwykliśmy nazywać niebem, a którego istotą jest pełnia zjednoczenia z Bogiem. Stajemy się do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest (1 J 3, 2). Oczywiście, jest to jeszcze stan jakoś niedopełniony, o tyle o ile – z jednej strony – nie uczestniczy w nim ciało, materia (które włączone zostaną w dniu paruzji), z drugiej – nie zrealizowała się jeszcze pełna wspólnota między ludźmi, ponieważ część jest jeszcze w drodze. Można już jednak mówić o pełni, ponieważ na płaszczyźnie osobowej relacji z Ojcem, Synem i Duchem miłość osiągnęła swoją dojrzałą, ostateczną postać. Człowiek miłuje tak intensywnie, jak to tylko jest dla niego możliwe, i tak też intensywnie doświadcza bycia miłowanym. Jedność z Bogiem, za którą tak tęsknimy w tym życiu, staje się faktem. Więcej – treścią życia. Życiem samym.


Tekst opublikowany w Miesięczniku LIST nr 10/ 2008

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. dr Grzegorz Strzelczyk
ks. dr Grzegorz
Strzelczyk
zobacz artykuly tego autora >

Ćwiczę dobrą śmierć

Czy da się zrozumieć śmierć, czy da się ją wytłumaczyć? – takie pytania ksiądz Maciej słyszał, pracując jako kapelan w Instytucie Hematologii. Dziś dzieli się z nami swoimi trudnymi doświadczeniami. Z ks. Maciejem Makułą z Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego rozmawia Patrycja Michońska-Dynek.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1 i 2 listopada to dni, w których intensywnie myślimy o naszych bliskich zmarłych. Odwiedzamy cmentarze, sprzątamy, stawiamy zapalone znicze. Kto tego bardziej potrzebuje – my czy oni?

Myślę, że to jest potrzebne i nam, i im. Nam, którzy żyjemy i tym, którzy są już po drugiej stronie. Kościół uczy nas o świętych obcowaniu oraz o tym, że zmarli potrzebują naszej modlitwy. Taka jest nauka Kościoła, ale dodatkowo zaspokaja to naszą potrzebę spotkania z tymi, których już nie ma… A dokładnie – z pamięcią o nich, ze wspomnieniem, wizerunkiem, zdjęciem, które jest na grobie albo w rodzinnym albumie. Jest w nas ogromne pragnienie wspominania naszych zmarłych.

Czy wynikiem tego jest dbałość o groby? Sprzątanie, pucowanie, szorowanie, kwiaty, znicze – wszystko musi pięknie wyglądać.

To jest bardzo potrzebne. W Polsce właśnie w ten sposób dbamy o groby. A na przykład na Madagaskarze bardzo żywa jest tradycja „przewijania zwłok” – co kilka lat wyjmuje się szczątki zmarłego z grobowca. Potem są myte i przewijane w czyste prześcieradła. Każda kultura inaczej dba o swoich zmarłych. Ważne jest to, żebyśmy nie poprzestawali na szacunku do ciała, na zewnętrznej dbałości o grób, ale dbali także w sercu – o zmarłych i o siebie samych. Dzień Wszystkich Świętych i potem Dzień Zaduszny bardzo nam w tym pomagają.

Co możemy dać naszym zmarłym?

Na pewno modlitwę. Przede wszystkim Eucharystię.

W czasie każdej Mszy Świętej modlimy się za zmarłych…

Tak jest. Pamiętajmy też, że niektórzy święci objawiali się po swojej śmieci i zachęcali do modlitwy za zmarłych. To jest wpisane w całą naukę Kościoła o świętych obcowaniu. Myślę, że oprócz modlitwy, możemy im dać także nasza dobrą pamięć, dobre słowo.

A jeśli ktoś był naprawdę złym człowiekiem? Z premedytacją krzywdził ludzi?

Osądzajmy czyny, ale nie ludzi. Na pewno nie jest to łatwe, ale przecież nawet jeśli ktoś był zbrodniarzem, to nie wiemy, co miał w sercu, czy przed śmiercią się nie nawrócił. Sądźmy czyny, a nie ludzi. Najlepszym sędzią jest Pan Bóg. A ten zbrodniarz ma takie samo prawo do Bożego Miłosierdzia jak my, którzy uważamy się za lepszych. W czasie wakacji mieliśmy posłanie misyjne w jednej z parafii – naszą wolontariuszkę wysyłaliśmy do Peru, do pracy z chłopakami ulicy. Teraz, przez rok pomaga młodym bezdomnym alkoholikom, którzy mieszkają na kartonach. To trudne, bo jej tato jest bezdomnym alkoholikiem. Przed niedzielną Mszą poprosiliśmy Asię, żeby zaprosiła tatę do kościoła. Znalazła go. Przyszedł, usiadł z nami, piliśmy kawę i rozmawialiśmy. Na koniec podziękowaliśmy mu za córkę – że jest z nami i że jedzie na misje… a on zaszlochał… Joasia martwi się o niego, że jest słaby, cierpi na wiele chorób i może umrzeć, kiedy ona będzie w Peru… Uświadomiłem sobie wtedy, że każdy z nas ma takie samo prawo do Bożego Miłosierdzia i Pan Bóg każdego z nas kocha po równo. I mnie – księdza salezjanina, i bezdomnego alkoholika, któremu na pewno w życiu jest bardzo ciężko.

Ćwiczę dobrą śmierć

A Ksiądz boi się śmierci?

Trochę tak. Ale bardzo mało. Kilka lat temu byłem kapelanem w Instytucie Hematologii i po roku pracy towarzyszyło mi bardzo silne uczucie, że nie boję się śmieci. Nie wiem, skąd to przyszło… Boję się za to cierpienia w momencie śmierci i chyba większość z nas tak ma. Nie zdradzę tajemnicy, jak powiem, że my – salezjanie, co miesiąc mamy „ćwiczenie dobrej śmierci”. Ale nie kładziemy się do trumny… (śmiech). Tego dnia staramy się pogodzić z Panem Bogiem i z ludźmi: spowiedź święta, przebaczam tym, którzy wyrządzili mi jakąś krzywdę, przepraszam tych, których ja skrzywdziłem. To jest moment na rozmowę, na telefon – żebym następnego dnia był gotowy umrzeć. W czasie tego dnia odmawiamy także specjalną modlitwę – akt pogodzenia się ze śmiercią: Panie Boże, obecny w Najświętszym Sakramencie, zgadzamy się na naszą śmierć, na każdy rodzaj śmierci, który nas spotka. To też pomaga przyzwyczaić się do myśli o własnej śmierci. W naszym Ośrodku Misyjnym w Warszawie zachęcamy wolontariuszy, żeby spróbowali żyć tak, jakby jutro mieli umrzeć.

Niektórzy pewnie powiedzą – nie chcę o tym myśleć, bo sprowadzę na siebie śmierć…

Nie chcą zapeszyć? Taki zabobon jest obcy chrześcijaństwu. Mogę się tu odwołać do mojego osobistego doświadczenia pracy w szpitalu z osobami umierającymi – byłem wtedy o wiele lat młodszy, niektórzy traktowali mnie jak syna albo wnuczka. Ludzie chcieli rozmawiać o śmierci. Nie chcę generalizować, ale pamiętam, że chcieli.

Pytali, jak to będzie? Jak wygląda niebo?

Najczęściej sami opowiadali o swoich obawach, że nie są gotowi. Spowiadali się. Czasem mieli żal – jestem taki młody, nie mogę się z tym pogodzić, mam 24 lata i muszę umierać. Ale rzeczywiście prosili też, żebym opowiedział, jak to będzie po śmierci. A skąd ja mam wiedzieć? Nie wiem, jak tam będzie, bo tam nie byłem – wierzymy, że będzie dobrze, radośnie, bez gniewu, złości i wojny. Wiele osób mówiło o swojej śmierci ze spokojem. Sam nie wiem, jak bym reagował, gdybym zachorował na raka i miał za pół roku umrzeć. Czy byłbym obrażony na Pana Boga i czy bym nie pytał – jak to, mam 37 lat, tyle życia przede mną i mam umrzeć? Nie wiem.

I tu pojawiają się pytania, nawet w przestrzeni publicznej – po śmierci młodej aktorki, mamy trójki dzieci, czy po tragicznej śmierci w Katowicach młodego dziennikarskiego małżeństwa z malutkim synkiem – DLACZEGO? Dlaczego Bóg pozwala na taką śmierć?

To nie jest tak, że Pan Bóg pozwala, my jesteśmy ludźmi wolnymi.

Ale nie od nas zależy, czy zachorujemy, albo czy nie wybuchnie gaz…

Zgadzam się, ale takie jest nasze ludzkie życie. Kamienica może się zawalić, gaz wybuchnąć, ktoś może zginąć w wypadku. To jest ludzkie życie. Tak wygląda świat, który jest niedoskonały. Mam wrażenie, że w naszej europejskiej kulturze bardzo chcemy wyrzucić z naszego życia cierpienie. To jest nierealne. Jeden z filarów New Age mówi – ważne, żebyś czuł przyjemność, zadowolenie i wtedy będziesz szczęśliwy. Ale to iluzja – bycie zadowolonym nie oznacza bycia szczęśliwym! To są dwie różne rzeczywistości! Jezus w Ewangelii mówi, że chce, żebyśmy byli szczęśliwymi ludźmi, ale nie zawsze będę zadowolony, czasem się zdenerwuję, będzie mi przykro, będę cierpiał. Przecież Ewangelia nie kończy się na uzdrowieniach, tylko na tym, że Jezus umarł na krzyżu i potem zmartwychwstał. Cierpienie Jezusa było bardzo realne, to był ogromny ból. Bez przeżywania cierpienia tracimy kawałek swojego człowieczeństwa.

Ćwiczę dobrą śmierć

Ćwiczę dobrą śmierć

ks. Maciej Makuła

Co Ksiądz czuł po raz pierwszy wchodząc na oddział Instytutu Hematologii?

Lęk. Opór. Mnóstwo pytań – co powiedzieć, jak się zachować, żeby nikogo nie urazić. Oni umierają, a ja – ich kapelan – jestem młody i zdrowy. A oni umierali – kolejnego dnia nie było tego pana i tamtej pani, a potem jeszcze tej młodej dziewczyny. To był też lęk, że oni przeżywają coś, o czym ja nie mam zielonego pojęcia. Bariera.

I kiedy ta bariera zniknęła?

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, kiedy zacząłem otwierać się na nich, słuchać. Mówiliśmy o życiu i śmierci, ale też o rzeczach codziennych. Chorzy zaczęli mnie traktować jak członka rodziny – starsi jak wnuczka, a młodsi jak brata. Od tego momentu z radością wchodziłem na oddział. Mimo, że było tam ogromne cierpienie i była śmierć – już nie było tej bariery. Współczułem, słuchałem, spowiadałem, modliłem się za nich. Codziennie, wracając ze szpitala myślałem, że mam tyle dobra w życiu, że moje drobne problemiki są śmieszne. Kasia pytała mnie, co ma zrobić, bo właśnie dostała od lekarzy wyrok. I ja wiedziałem, że ona umiera… W styczniu dostała diagnozę, a w maju zmarła. Czy moje problemy mają tu jakieś znaczenie? To, że ktoś na mnie krzywo spojrzał albo coś niemiłego powiedział, stało się po prostu śmieszne i było mi wstyd za siebie samego.

A jak Ksiądz odpowiada na pytanie, dlaczego młody człowiek umiera?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. To jest tajemnica śmierci. Ale jako ksiądz poleciłbym taką rzecz: spróbuj uklęknąć przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i zapytaj tego Żywego Boga, w którego wierzysz, dlaczego ktoś bliski odszedł, dlaczego umarł. Rozmawiaj z Jezusem w Najświętszym Sakramencie. On zna odpowiedzi na nasze pytania. On to wyjaśni lepiej, niż każdy kapłan na świecie.

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >