video-jav.net

Bioetyk o sprawie Alfiego

Sąd apelacyjny w Londynie odrzucił 16 kwietnia prośbę rodziców Alfiego Evansa o zgodę na przewóz go do kliniki w Rzymie, argumentując, że "to byłoby bezcelowe". - Niewłaściwe jest w tej sprawie to, że ostateczne decyzje podejmuje sąd, a nie rodzice - uważa ks. dr hab Piotr Kieniewicz, teolog moralista i bioetyk, którego poprosiliśmy o opinię.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ks. Kieniewicz zauważa, że w tego typu sprawach zaangażowane są zwykle wielkie emocje, zarówno po stronie rodziców, jak i innych ludzi obserwujących wydarzenia. Najczęściej jednak opierane są one na niepełnych informacjach na temat rzeczywistego stanu chłopca, stosowanej terapii i rzeczywistych możliwości, jakie ma współczesna medycyna.

Dlatego, zdaniem ks. Kieniewicza, nie można na ich podstawie wydawać kategorycznych ocen moralnych czy bioetycznych, zwłaszcza w sprawie tego, czy terapia jest już uporczywa, czy nie.

– O uporczywej czy “zaciekłej” terapii mówimy wtedy, gdy wysiłki lekarzy i cierpienia pacjenta są nieproporcjonalne do możliwych do osiągnięcia czy zakładanych efektów . Podtrzymywanie chorego przy życiu zdaje się wówczas służyć jedynie wydłużeniu czasu oczekiwania na śmierć – powiedział. – Aby ocenić taką sytuację należałoby najpierw wiedzieć dokładnie, czy ten dodatkowy czas rzeczywiście jest potrzebny (komu i na co?), czy nie. Należałoby odpowiedzieć na liczne pytania: W imię czego rodzice chcą przedłużać życie dziecka w ten sposób? Co takiego – z medycznego punktu widzenia – oferuje Rzym, a czego nie są w stanie zaoferować lekarze w Wielkiej Brytanii? A może chodzi o to, że Rzym po prostu oferuje szacunek temu dziecku i jego rodzicom, co nie jest bez znaczenia. Trudno to rozstrzygnąć wyłącznie na podstawie doniesień medialnych – zauważa ks. Kieniewicz.

Przypomina również, że tu stronami nie są ani rodzice, ani sąd, lecz pacjent – czyli to chore dziecko. Podmiotowość pacjenta daje mu prawo ostatecznego głosu w sprawie poddania się terapii lub rezygnacji z niej. Gdy nie może się wypowiedzieć, głos należy do jego prawnych przedstawicieli, czyli w tym wypadku do rodziców. Rodzice zatem powinni występować w jego, a nie swoim imieniu, troszcząc się o prawdziwe dobro swojego dziecka. Dlatego niewłaściwe jest to, że sąd uzurpuje sobie prawo do podejmowania decyzji o terapii lub jej zaprzestaniu, jednocześnie odmawiając rodzicom – legalnym przedstawicielom dziecka – prawa do przetransportowania go do innego ośrodka, lepiej ich zdaniem troszczącego się o chorego – podsumowuje ks. Kieniewicz.

16 kwietnia sąd apelacyjny w Londynie kolejny raz zajmował się sprawą Alfiego Evansa z Liverpoolu. Podtrzymał wyroki poprzednich instancji oraz odrzucił prośbę rodziców o zgodę na przewóz chłopca do kliniki Dzieciątka Jezus w Rzymie, która jest gotowa przejąć opiekę nad nim.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Sumienie uwierające, dręczące, bezcenne

Sumienie: nie ma bardziej ekskluzywnej, intymnej, unikatowej, cząstki naszej osobowości, a zarazem najbardziej niewygodnej, bo każe nam przeciwstawić się rozwiązaniom oczywistym, często wręcz naraża na niebezpieczeństwo. Bywa obojętne, zniewolone, zniekształcone, uwiera, a nawet dręczy. Właśnie ono czyni z nas ludzi.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kalka językowa

Wyraz sumienie, bo o niego tu chodzi, jest – jak twierdzą historycy języka – kalką językową z łaciny. Kalka to przeniesienie z języka na język danego pojęcia przy użyciu rodzimego surowca. I tak, zapatrzeni w łacińskie conscientia, nasi przodkowie powołali do bytu słowo sumienie, które określa działanie ze świadomością, z wiedzą. Czego dotyczy ta wiedza? Najkrócej rzecz ujmując – naszego postępowania, czyli przypadków życia. Cokolwiek robimy – ta wiedza towarzyszy nam, przybiera kształt głosu, wrażliwego recenzenta, który może być wyraźnie słyszany lub też może być w zaniku. Ale bezspornie jest w każdym z nas.

Dzięki sumieniu – i tu popadnę w ton lekko mentorski – czujemy, co dobre a co złe, którędy i gdzie mamy iść, co robić, a czego w żadnym wypadku nie podejmować. Bardzo często wbrew wymiernym, konkretnym interesom i korzyściom, narażając się na straty materialne i wizerunkowe, domagając się odwagi na forum publicznym i w życiu prywatnym, w skrajnych przypadkach na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Zwłaszcza te trudne scenariusze są niezaprzeczalnym dowodem na to, iż zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo.

Bo sumienie to po prostu niezależny głos Boga, dzięki któremu zbliżamy się do Niego.

Mam swoje osobiste doświadczenie z tym głosem, z którym spotkałam się w wieku lat kilku, gdy ukradłam sąsiadom piękne muszelki podczas wakacji spędzanych nad morzem. Leżały chyba na parapecie wspólnego balkonu. Były przepiękne, więc je zwinęłam, choć coś mówiło mi, że tak być nie powinno. Ta świadomość mnie niepokoiła. Nad ranem dyskretnie odniosłam muszelki na miejsce. Od razu poczułam, że znów wszystko jest na miejscu. Co za ulga! Ale z powodu tej ulgi zarówno ja, jak wielu ludzi potrafi wyczyniać niezłe kombinacje, szukając akceptacji tajemniczego głosu i to nazywa się potocznie faryzeizmem.

Szczerze przyznam, iż dzięki temu zdarzeniu z dzieciństwa wiem, że to, o czym mówią etycy moraliści i teologowie, jest najzupełniej realne, bo przeżyłam to już jako kilkuletnie dziecko w okresie sprzed lektur i teoretyzowania.

Sumienie istnieje, jest w każdym i każdy może zrobić z nim co zechce, ale trzeba uważać, bo to delikatna i wymagająca wiedza – wzmacnia się wyłącznie dzięki prawdzie. Człowiek wybiera: pielęgnować, kształtować, czy zagłuszać pokrętnościami, racjonalizacjami a w ostateczności zabić.

Sumienie sprawia, że tak potrzebujemy i kochamy wolność, gdyż tylko w takich warunkach się rozwija.

Literatura i samo życie przekazały nam cały wachlarz postaw, związanych z sumieniem. Bernadetta Soubirous na łożu śmierci płakała, gdy przypominała sobie, że bywała w dzieciństwie niegrzeczna.

Raskolnikow tygodniami obmyślał argumenty za zabiciem odrażającej staruchy, a gdy ją zamordował, dopadło go sumienie. Jest ono wielką tajemnicą, można się o tym przekonać słuchając wielkich zbrodniarzy wojennych w Norymberdze, którzy nie czuli żadnego dyskomfortu w związku z ich potwornymi czynami. Judasz i lady Makbet są zaś sztandarowymi przykładami ludzi, którzy nie potrafili wykorzystać jego działania, by rozpocząć pokutę i metamorfozę.

Sumienie uwierające, dręczące, bezcenne

Profesor odmawia

Tym, który stale mówił i przypominał nam o sumieniu był – jasna sprawa – Jan Paweł II. Być może dlatego, że widział morze mętnego kłamstwa i wiedział, że to sumienie jest jedynym realnym oraz ostatecznym punktem oporu – to prawda, ulokowana w najbardziej ukrytym zakamarku człowieka, która nie zawsze jest zgodna z opinią większości. On także przestrzegał, że śmierć sumienia jest gorsza od grzechu. Nie były to czcze teorie, bo Jan Paweł II w życiu spotykał ludzi, w których sumienie umarło. Przeżył okupację niemiecką i sowiecką w wersji rodzimej. Gdy został nauczycielem globalnym przestrzegał przed kłamstwami, które prowadzą do tej śmierci.

„Prawda nas zniewoli” – pisał przecież guru destrukcji i miał rację: prawda dyktuje, wręcz narzuca, określone wybory, nawet takie, które są skrajnie niekomfortowe czy niebezpieczne. Gdy się ją usłyszy, nie można już być starym człowiekiem, trzeba wszystko zostawić, żeby zacząć od nowa bez względu na straty. Ostatnio takiego wyboru dokonał dyrektor warszawskiego szpitala prof. Bogdan Chazan, który nie podał adresu placówki, gdzie pacjentka mogłaby abortować swoje niepełnosprawne dziecko. Zapłacił utratą spokoju, pozycją i stanowiskiem.

Jego historia pokazuje, jak działa sumienie – nieraz prowadzi do sytuacji, które z punktu widzenia kariery i wygody są katastrofą.

Bo sumienie jest szalone, idzie na żywioł jest skrajnie niewyrachowane i nie wie, co to kalkulacja.

Dlatego mówi się o nakazie sumienia, ponieważ jest potężnym imperatywem, opcją, w której przestaje się liczyć, czy ktoś uzna nas za ciemniaka, głupka, czy zostanę bez pracy, czy będę miał za co spłacać kredyt. Ale są przypadki skrajne, z gatunku heroicznych. Czy dać schronienie żydowskiej rodzinie, choć grozi za to natychmiastowa śmierć?

 

Czy są tu ludzie sumienia?

Święty już Jan Paweł po każdym pobycie w Polsce zostawiał kilka haseł i gestów, które wrzynały się w pamięć i drążyły. Mówił, że każdy ma swoje Westerplatte, czy też, że „Polska potrzebuje ludzi sumienia”. I jego wypowiedzi są jak wino – z biegiem czasu stają się bardziej cenne i esencjonalne. Prawie dwadzieścia lat po kilkugodzinnym pobycie w Skoczowie możemy się zastanawiać, czy dostrzegł nadciągający kryzys, te liczne banalne wybory, których codziennie jesteśmy świadkami?

Na razie Pan Bóg nie ustawia nam poprzeczki zbyt wysoko, a cena wierności wewnętrznemu głosowi, nie jest nadmiernie wygórowana. Karą – nagrodą jest wyszydzenie, kpina, opinia frajera, skromne życie.

Dzisiaj jeszcze testy na sumienie nie są trudne. Jest jednak pewna obawa: jeżeli będziemy wciąż banalnie oblewać ten nasz sprawdzian, kolejne zadania mogą okazać się zdecydowanie trudniejsze.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >