Filozofia skarżypyty

Dzieci przychodzą do nas ze wszystkim, co ich dotyka, bo chcą się tym podzielić. Jeśli spotka je jakaś przykrość, chcą nam o tym powiedzieć, bo to przynosi ulgę. Tak naprawdę wcale nie oczekują naszej ingerencji.

Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Dzień jak co dzień. Moi synkowie bawią się w swoim pokoju, kiedy nagle rozlega się huk, rumor i…

– Maaamooo, bo on mi zabrał autko! – Maaamooo, bo on mi nie chciał dać! – Maaamooo, bo on dotyka moich rzeczy! – Maaamooo, bo on….!

Najgorsze, że jak już otworzy się kurek ze skargami, to zalewa nas powódź braterskich oskarżeń, żali i pretensji, które przybierają na sile, aż dochodzi do katastrofy.

Panie w przedszkolu mówią, że skarżenie to plaga, z którą nie mogą sobie poradzić. Dzieci przybiegają do nauczycielek z każdą sprawą.

– Proszę pani, bo on nie chce mi dać zielonej kredki! – Proszę pani, bo ona powiedziała, że ta lalka ma brzydką sukienkę!

Na zebraniu w przedszkolu zastanawialiśmy się, dlaczego tak się dzieje, skąd się biorą skarżypyty? Ktoś powiedział, że pewnie dzieci chcą zwrócić na siebie uwagę, ktoś inny, że chcą się dowartościować na tle grupy – ja tego nie robię, jestem w porządku, to on!

Zmęczona nieustannym wysłuchiwaniem skarg, zapytałam Karolinę Piękoś, mamę dzieci w podobnym wieku do moich, z zawodu psycholog pracującą z dziećmi, co robić z tą zarazą. Jak z tym żyć?

Ta rozmowa otworzyła mi oczy.

Małego skarżypytę, który tak bardzo irytuje swoim zachowaniem, hodujemy sami na podatnym gruncie naszej rodzicielskiej nadinterpretacji i nadopiekuńczości.

Filozofia skarżypyty

Dzieci przychodzą do nas ze wszystkim, co ich dotyka, bo chcą się tym podzielić. Jeśli spotka je jakaś przykrość, chcą nam o tym powiedzieć, bo to przynosi ulgę. Tak naprawdę wcale nie oczekują naszej ingerencji. To my poczuwamy się do niej, a ingerując nakręcamy machinę skarżenia. Dziecko uczy się, że dorosły zawsze załatwi za nie sprawę, co jest wygodne i nie wymaga podejmowania żadnych innych działań, więc przychodzi z kolejnymi skargami.

Tymczasem rolą dorosłych – rodziców, nauczycieli – jest dać dziecku wsparcie i zachęcić je do samodzielnego stawienia czoła problemowi. Musi wiedzieć, że zawsze może do nas przyjść i porozmawiać, podzielić się tym, co przeżywa w związku z daną sytuacją, ale my nie rozwiążemy jej, bo to jest zadanie dziecka.

– Co powinnam zrobić, gdy Piotruś przychodzi ze skargą, że Michaś zabiera jego zabawki? – dociekałam.

– Zapytaj Piotrusia, czego właściwie od ciebie oczekuje. Powiedz: rozumiem, jest ci przykro, ale co chcesz, żebym zrobiła? Nie zakładaj, że chce, żebyś przejęła inicjatywę.

To jest pierwszy odruch: biec na pomóc temu, komu dzieje się krzywda. Ale rozeznanie, kto jest ofiarą, a kto ciemiężycielem może być błędne. Dociekanie, kto zaczął, przypomina często rozważania co było pierwsze: jajko czy kura? Więc nie tędy droga. Dopóki awantura nie wkracza w fazę rękoczynów, gdy walczące strony trzeba rozdzielić, nie trzeba ingerować. Nawet całkiem małe dzieci, zachęcone do samodzielnego rozwiązania problemu, są w stanie temu podołać.

Gdy nasi chłopcy mieli 3 i 5 lat, wyczytałam w książce „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały” sposób na zduszenie w zarodku konfliktu między dziećmi. Na okazję wypróbowania rady, która wydawała mi się dość zabawna, nie musiałam długo czekać. Gdy chłopcy przy akompaniamencie pisków i wycia zaczęli sobie wyrywać zabawkę, zamiast wpaść do nich jak zwykle z krzykiem („Czy wy nie umiecie się zgodnie bawić?! Macie tyle zabawek i musicie się bić o tę jedną?!”) stanęłam w progu i wygłosiłam zdanie z książki: „Hmmm, widzę tu dwóch małych chłopców, którzy chcą się bawić tym samym autkiem. Jak to rozwiążemy?”

Przez chwilę dzieci patrzyły na mnie osłupiałe, a potem otrząsnęły się, spojrzały po sobie i Piotruś normalnym, całkiem dorosłym zagaił: „No to jak robimy, Michasiu? Najpierw ty się bawisz czy ja? A może chcesz to zielone autko?”

Wycofałam się dumna jak paw z moich mądrych, wspaniałych synków. Szkoda tylko, że tak szybko o tym zapomniałam.

Karolina uświadomiła mi, że jest jeszcze drugi typ skarżypyty – taka, która pilnuje, by wszystko chodziło jak w zegarku i wszelkie odstępstwa natychmiast melduje dorosłym opiekunom. Tak postępują zazwyczaj dzieci rozwinięte intelektualnie ponad swój wiek, które doskonale znają normy zachowania i gdy inne dzieci je przekraczają, uważają to za niedopuszczalne. Takie zachowanie dziecka powinno być dla nas sygnałem, że może mamy wobec niego za duże oczekiwania, albo nakręcamy je powtarzając, że jest takie duże i mądre. A dziecko zrobi wszystko, by sprostać  oczekiwaniom rodziców, bo są dla niego najważniejszymi osobami pod słońcem, stąd coraz uporczywiej będzie tropiło wykroczenia innych. Błędne koło, ale zawsze jest dobry moment, aby je przerwać.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dorota Smoleń

Dorota Smoleń

Dziennikarka, redaktorka, blogerka, żona, matka trzech chłopców. Autorka książek „Mamo dasz radę!”, „Sześciolatki w szkole” i "Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter", koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Studencka solidarność

Zawsze była w nich siła, o czym nie raz przekonała się polska historia. Dziś można myśleć o nich różnie, ale to tylko z tego powodu, że są niezwykle barwną i różnorodną grupą. Rzecz jasna, mowa o studentach, którzy solidarnie wypełniają biblioteki, puby i ulice dużych miast.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Wspólne oswajanie wilka

Na pytanie o najbardziej szalony czas w roku akademickim zgodnie odpowiadają: „sesja!”. Słowo, które czasem budzi grozę, a niekiedy potrafi wpędzić bystrych z natury ludzi w intelektualną depresję. Cóż, przynajmniej nie jest nudno. Przecież trzeba się nieźle nagimnastykować, aby w dwa wieczory opanować 300 stronicowy materiał. Wspólnie sieją panikę na portalach społecznościowych, gdzie pod koniec stycznia można przeczytać wiele wpisów o iście apokaliptycznej wymowie: „moja głowa za chwilę eksploduje!”, „prędzej umrę niż to ogarnę!”, „it’s too late”… Razem też próbują znaleźć sposób, aby oswoić wilka, któremu na imię sesja. Tutaj gama możliwości jest ogromna. Ten, kto potrafił ubrać w słowa głębokie aczkolwiek czasem chaotyczne myśli profesora, może podzielić się swoimi notatkami. Niektóre uczelnie już na początku zwariowanego miesiąca organizują warsztaty technik pamięciowych, które doskonale zdają egzamin. Sesja bez ściągania? Niejeden przekonał się, że to możliwe. Dla mniej ambitnych funkcjonują również giełdy ze ściągami. Ponoć najwięcej można się nauczyć sporządzając ściągi. I nie raz zdarza się, że autor nie potrzebuje ich w trakcie egzaminu. Sesja oznacza również solidarność w niewyspaniu. Pewna pani w autobusie zgorszyła się na widok przysypiającej dziewczyny. Była przekonana, że siedzi koło niej nietrzeźwa imprezowiczka. Na uczelni przy automacie z kawą wszyscy rozumieją w czym rzecz i nikt nie zadaje głupich pytań. Na imprezowanie – również wspólne, a jakżeby inaczej – przyjdzie czas.

Studencka solidarność

Studenci nie donoszą

Studenci potrafią działać razem. I jak się okazuje, brać studencka potrafi wspólnie okiełznać nie tylko sesję. Liczne koła naukowe to dowód na to, że młodzi ludzie lubią – mimo powszechnie panującego przekonania o wtórnym analfabetyzmie i ubóstwie intelektualnym – gromadzić się wokół ciekawych zagadnień i odkrywać nowe lądy. Wspólnie stawiają czoła absurdom uczelnianej rzeczywistości. Kto z nich nie zna niekończących się kolejek do dziekanatu, gaszącej wszelki zapał „papierkologii” czy unoszącej się w powietrzu dezinformacji? Niewykluczone, że pewnego dnia gorąca krew młodych idealistów i buntowników przyczyni się do zamachu na administracyjne absurdy. Każdej rewolucji towarzyszy jednak humor, a dowcipów o uniwersyteckich realiach powstało już bardzo wiele. Grunt to umieć zachować dystans. Nie tylko do siebie, ale także i do tych, którzy z braku miejsca na twardym dysku swojej pamięci, ściągają na egzaminach. Studenci nie donoszą na siebie nawzajem, bo „donos” jest pojęciem, które znajduje się na czarnej liście studenckiego kodeksu etycznego. Zasady są jasne. Propagowanie innych metod niż ściągi na podeszwach czy etykietkach od wody mineralnej jest na porządku dziennym. Ale ktoś, kto niszczy innych będzie cieszył się złą sławą. Bo, solidarność studencka ocalała w prostych współczesnych formach, choć nikt dziś nie szykuje spektakularnych zrywów na miarę historycznej Solidarności. I może dobrze, że istnieje chociaż tutaj, skoro na tak wielu obszarach jest już reliktem…



Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >