Życie w blasku Anielki

– Nie żyjemy w cieniu wydarzeń sprzed roku, że dziecko chore, śmierć, pogrzeb. Nie żyjemy w cieniu Anielki, tylko w jej blasku! – mówią Irena i Maciek, rodzice dziewczynki z bezczaszkowiem, których historia poruszyła rok temu wielu ludzi.

Irena i Maciej Kaczyńscy
Irena i Maciej
Kaczyńscy
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Życie w blasku Anielki
– Nie żyjemy w cieniu wydarzeń sprzed roku, że dziecko chore, śmierć, pogrzeb. Nie żyjemy w cieniu Anielki, tylko w jej blasku! – mówią Irena i Maciek, rodzice dziewczynki z bezczaszkowiem, których historia poruszyła rok temu wielu ludzi.

Dziś mija dokładnie rok od dnia, w którym Anielka odeszła. Gdy rok temu rozmawialiśmy z jej rodzicami miała zaledwie kilka dni. W rozmowie, która rozeszła się w polskim Internecie niezwykle szeroko opowiadali, jak proponowano im aborcję, opisywali na czym w praktyce polega ich sytuacja. Byli niezwykle spokojni.

Teraz spotkaliśmy się z nimi znowu. Zapytaliśmy o to, jak historia potoczyła się dalej oraz jak zmieniła życie ich rodziny. Tym razem nie płakać – przynajmniej mnie, dziennikarzowi prowadzącemu wywiad – jest znacznie trudniej.

 

Wróćmy do tego, co wydarzyło się rok temu. Anielka urodziła się 1 lutego, 8 lutego zmarła, czyli żyła tydzień…

Irena: Więcej, żyła dokładnie tydzień, ponieważ zmarła o tej samej godzinie, o której się urodziła. W trakcie Mszy św., którą nasz zaprzyjaźniony ks. Piotr odprawiał w jej intencji.

 

Czy tego dnia – ostatniego dnia jej życia – były jakieś symptomy zapowiadające, że to będzie “dziś”?

Irena: Już rano zwróciłam uwagę, że Anielka zmieniła się na twarzy. Niesamowicie wypiękniała. To była uderzająca różnica względem tego, jak wyglądała przez poprzednie dni. Wcześniej miała buzię typową dla noworodka. A wtedy miała wręcz wyraz twarzy kilkuletniej dziewczynki, pokazały jej się rysy twarzy, tak pojaśniała…

Maciek: Zrobiła się też podobna do naszej drugiej córki Janeczki. 

Irena: Parę godzin później zaczęły się pierwsze problemy. Najpierw z jedzeniem, które przestała dobrze przyswajać, później – pojawiły się głębokie westchnięcia, których wcześniej nie było, wydawało się że coś jest nie tak. Zadzwoniliśmy po poradę do Hospicjum.

 

 

Cały czas byliście pod opieką Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci?

Irena: Tak, już od czasu ciąży, a regularnie od naszego wyjścia ze szpitala do domu. Wsparcie z ich strony było ogromne. Mieliśmy wręcz wrażenie, że niemal rozściełają przed nami królewski dywan…

 

W jakim sensie?

Irena: Opieka hospicyjna to nie tylko leczenie czy pomoc lekarza. To tylko 25 proc. tego, co rodzina umierającego dziecka dostaje od nich. To pełna opieka, począwszy od wsparcia psychologicznego, po urzędowe. To tworzenie komfortu dla rodziców znajdujących się w dramatycznej sytuacji umierania dziecka.

Maciek: Pamiętam jak mi te panie pomogły w urzędzie, już po śmierci Anielki. Były moim rzecznikiem, gdy okazało się, że urzędniczka ma jakiś problem z tym, że przychodzę jednocześnie po wystawienie aktu urodzenia i aktu zgonu. Wkroczyły z “Temu panu umarło właśnie dziecko. Proszę mu dać takie i takie dokumenty”…

 

Ale wróćmy do tej sytuacji, zanim Anielka umarła. Co mówiły wtedy panie z hospicjum?

Uspokoiły, zaleciły obserwowanie, doradzały co konkretnie mamy robić i zaoferowały, że przyjadą, gdyby coś więcej się działo. Naszych telefonów było kilka, powoli docierało do nas że Anielka umiera. Niedługo potem był dzwonek do drzwi, przyjechały. Nie spodziewaliśmy się ich przyjazdu, ale one wiedziały że to było konieczne.

 

I co się okazało?

Pani doktor zbadała Anielkę i potwierdziła, że rzeczywiście to są już ostatnie chwile. Pozostawiły nam wtedy wybór, czy mają zostać, czy wolimy być sami. Na naszą prośbę zostały. Z wielkim wyczuciem służyły pomocą z niczym się nie narzucając.. Zajęły się nawet naszymi dziećmi żebyśmy mogli spokojnie czuwać przy Anielce.

 

Anielka wtedy leżała w łóżeczku, czy nosiliście ją?

Irena: Nie chciałam jej za bardzo dotykać, żeby w żaden sposób nie przyspieszyć tego momentu.

Anielka oddychała spokojnie co jakiś czas wzdychając głęboko, aż w końcu to się uspokoiło. Wtedy pani Doktor zbadała serce i choć trudno było wyczuć stetoskopem bicie, to jeszcze unosiła się klatka piersiowa. Wtedy wzięłam Anielkę na ręce i utuliłam na te ostatnie kilka minut. Umarła na moich rękach. Godzina 18:35, tak jak narodzin.

Maciek: W tym momencie pewnie na Mszy św. za nią było Przeistoczenie… Niezwykłe przenikanie się tych chwil.

Irena: O wszystkie potrzebne rzeczy zadbaliśmy wcześniej- białą sukienkę i czapeczkę, kocyk i poduszeczkę, jeszcze w czasie ciąży. Przygotowałam Anielkę, ubrałam, odłożyłam na  poduszeczkę, przykryłam białym kocykiem…

Maciek: I pomodliliśmy się wszyscy. Zapaliliśmy świecę z wizerunkiem św.Stanisława Papczyńskiego i zaśpiewaliśmy “Salve Regina”.

 

A co robiły w tym czasie dzieci? Jak reagowały?

Irena: Dopóki Anielka jeszcze żyła siedziały przy stoliczku obok i rysowały jej portrety w czapeczce i w aureoli. Póżniej Maciek zabrał je do innego pokoju żebyśmy mogli swobodnie porozmawiać z lekarzem, wszystko przygotować do modlitwy. Przeżywały to razem z nami, ze spokojem, bo od nas czuły spokój.

Maciek: Nie byliśmy też bez uczuć, nie przyjmowaliśmy tego “na zimno”. Do śmierci Anielki przygotowywaliśmy się wszyscy od kiedy dowiedzieliśmy się o jej wadzie. I dzieci też były do tego przez nas na ile się da przygotowane, chociaż śmierć Anielki w domu, a nie w szpitalu była szczęśliwą zmianą planów. Trzeba było dzieciom kolejne kwestie wytłumaczyć, oswoić. Czekając na pana z zakładu pogrzebowego wziąłem je na bok i spokojnie z nimi porozmawiałem. Już wcześniej dzieciom tłumaczyliśmy, że człowiek jest ciałem i duszą. Ciało zostało, a dusza Anielki jest już w Niebie. Czyli Anielka jest w Niebie. Nie wiem na ile umysł bystrego 5-latka może coś z tego pojąć, zresztą nie wiem też czy umysł 40-latka może pojąć znacząco więcej.

Irena: Na pewno były to wtedy dla nich nowe pojęcia, ale ufnie je przyjmowały. I po roku widzimy, że mają to pięknie poukładane.

 

 

Widziały Anielkę po śmierci?

Maciek: Tak, podchodziły do tego wózeczka, w którym leżała. Janka (3l.) nawet weszła na krzesło przy tym wózeczku, pogłaskała Anielkę po policzku i pobiegła dalej się gdzieś bawić.

 

Czyli przyjęła to wszystko zupełnie naturalnie…

Irena: Wszystko wtedy u nas działo się naraz, i życie, i śmierć. Dzieci się bawiły, w domu był zwykły bałagan. Anielka nie była intruzem w naszym dotychczasowym życiu, nie sprawiła, że przestaliśmy się śmiać. Dzieci nie mogły się doczekać jej narodzin, ale gdy się dowiedziały od nas, że siostrzyczka jest nieuleczalnie chora to po swojemu jej towarzyszyły. Rózia (5l.) wiedząc, że Anielka już umiera opowiadała jej jak będzie w Niebie, i tłumaczyła że nie musi się martwić. Trzymała za rączkę, całowała, uspakajała. Mówiła „Cichutko, cichutko, nie smuć się, nie płacz siostrzyczko, jestem przy tobie. Musisz Anielko być spokojna”

Maciek: Kiedy odprowadziłem do samochodu panie z hospicjum, jak przy zmianie warty spotkaliśmy w progu księdza Piotra. Akurat zapytały: Jak to zrobić, żeby śmierć dziecka przeżyć w taki sposób jak wy? Spojrzeliśmy się z księdzem porozumiewawczo i odpowiedziałem: trzeba żyć w Kościele katolickim. To Kościół uczy nas, jak mamy przeżywać takie rzeczy!

Irena: Uczy, co nie znaczy, że jest jakiś automat, że będzie miło, kolorowo i jeszcze zgodnie z naszym planem, bo czasem jest naprawdę trudno, ale to dzięki zawierzeniu jest pięknie.

Maciej: Generalnie gdy ktoś liczy, że w życiu będzie mu łatwo i kolorowo, to się przeliczy. Nie można za wszelką cenę unikać cierpienia i trudu.

Irena: Ta najtrudniejsza rzeczywistość w końcu dotknie każdego, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy niewierzący. Nas dotknęła teraz, w takim momencie życia i w takim momencie rozwoju naszej rodziny – ale takie sytuacje mogą dotknąć każdego. Można udawać, że coś się nie wydarzyło, zamknąć oczy, ale to, że czegoś nie widzimy nie znaczy że tego nie ma.

 

Co było dalej?

Irena: Przyjechał ks. Piotr, usiadł przy łóżeczku z Anielką i zaczął się modlić. Był można powiedzieć naszym kapelanem, modlił się, kiedy my musieliśmy działać. Ja zrobiłam dzieciom kolację, położyliśmy je spać i dalej czuwaliśmy przy Anielce na modlitwie. Wtedy mając już wszystko za sobą płakałam przesuwając pod palcami koraliki różańca

Maciek: Potem kolejna rzecz nie do uniknięcia – telefon do zakładu pogrzebowego. Pamiętam tę rozmowę. Zapytał bardzo przejęty: to jest dziecko, tak? Jak duże? Ja mówię: no, noworodek, malutkie, siedem dni. A on: “O mój Boże! To muszę po inną trumienkę pojechać”. Przez to też trochę dłużej do nas jechał. Wszedł w końcu cały w wypiekach, przerażony.

Irena: Gdy powiedziałam mu, że Anielka już jest gotowa, on z przerażeniem znów: O Boże, co pani mówi! A po chwili: Bo ja mam córkę o imieniu Anielka. To zresztą dla nas był kolejny drobiazg dowodzący, że ta cała historia jest po prostu uszyta przez Pana Boga. Widzieliśmy ten “ścieg” w różnych momentach.

 

Jak wyglądał pogrzeb?

Irena: Zupełnie inaczej niż zwykle wyglądają pogrzeby. Nie było atmosfery żałoby, nie czuliśmy, że siedzimy tu na środku kościoła jako rodzice, którzy stracili dziecko, raczej jakbyśmy wyprawiali dziecko do Pierwszej Komunii. Wokół pełno białych kwiatów, wszystko było białe, świetliste. Było słońce, mróz. Naprawdę nie było w nas jakiegoś tłumionego smutku, żalu. Był spokój, poczucie, że daliśmy jej wszystko, co można było dać Oddawanie swojego dziecka Panu Bogu, takie dopełnienie naszej opieki nad Anielką.

Maciek: Inna była też stypa. Bardzo rodzinna. Wyglądała jak radosne przyjęcie pierwszokomunijne albo chrzciny. Przyszła dosłownie cała rodzina.

Irena: Ja myślałam, że dla dalszej rodziny to będzie za trudne. Wiedzieliśmy, że oprócz nas będzie na pewno najbliższa rodzina, czyli nasi rodzice, rodzeństwo. Tymczasem dom był wypełniony po brzegi.

 

Czyli nie było płaczu? Łez? Zawodzenia babci?

Maciek: Niczego takiego. Ani naszego, ani nikogo z rodziny.

 

Pewnie nauczyli się od was przeżywania tej sytuacji…

Maciek: Myślę że też. Nie mówiliśmy nigdy o Anielce z żalem jak o porażce, tylko podmiotowo i z miłością. Bez udawania, że wszystko jest dobrze i tak jakbyśmy chcieli.

Irena: A udźwignęliśmy to wszystko dzięki wierze i wzajemnej miłości. Zresztą często jest tak, że to nasze wyobrażenia hamują nas przed wejściem na jakąś trudną drogę. A potem okazuje się, że rzeczywistość nie jest tak straszna, nie sprowadza się jedynie do cierpienia że mamy więcej sił niż sądziliśmy. Oraz że oprócz tego że będzie trudno – będzie również pięknie. My zawsze mieliśmy perspektywę Nieba, ale teraz jest tak, jakbyśmy już tam trochę byli umeblowani. Dzieciom jest też łatwiej. Mają wyobrażenie Nieba. Wiedzą, że tam jest Anielka.

Maciek: Nie tylko wyobrażenie, one mają pragnienie Nieba. One chcą już tam być! “Mamusiu, tak bym chciała już zobaczyć twarz Pana Jezusa”, “Już tak bym chciała być z Anielką, zobaczyć ją znowu”. To dla nas też ważne.

 

Dzieci były na pogrzebie siostry?

Irena: Nie zabieraliśmy ich. Uznaliśmy, że to nie jest rzeczywistość, która im jest teraz potrzebna. Za to na stypie były, wspominają, że wszyscy przyszli żeby pożegnać Anielkę.

 

Gdzie Anielka została pochowana?

Irena: Na naszym parafialnym cmentarzu. Od początku jednak rozumieliśmy, że ona jest stale przy nas, w naszych modlitwach, a nie na cmentarzu. Odwiedzamy jej grób w miarę możliwości, na przykład przy okazji bycia na Mszy św. w kościele obok, ale nie spędzamy tam każdej chwili. Na jej grobie posadziliśmy białe róże o nazwie Innocencia – Niewinność.

Maciek:  Od początku przypominaliśmy też rodzinie, że za Anielkę nie trzeba się już modlić. Można przychodzić na cmentarz, ale nie żeby “jej” zapalić świeczkę, bo “jej” tam nie ma, ale tak jak się odwiedza groby świętych, choć to może porównanie nieco na wyrost. Jednoznacznie mówią o tym teksty liturgiczne z Mszy za zmarłe ochrzczone dzieci: one już nic nie potrzebują, już są zbawione. To nie jest nasza emocjonalność, tak naucza Kościół.

 

fot. twitter.com/MaciekKaczynski

 

Od początku traktowaliście ją jak waszą świętą?

Irena: Takie spojrzenie na Anielkę wymagało ode mnie przestrojenia i przyznam, że było bardzo trudne. Przecież jeszcze dzień po jej śmierci nuciłam kołysankę, którą jej śpiewałam od pierwszego dnia i cały czas chodziły mi ręce od nieustannego bujania, choć już nie było kogo bujać. W jednej chwili musiałam odwrócić naszą relację. Z bycia matką noworodka, który wszystkiego ode mnie potrzebuje, na matkę, która w tej formule jest już nieprzydatna i może jedynie otrzymywać. Jak to ujął ks. Piotr: z matki dającej musiałam przestroić się na matkę przyjmującą.

 

Niezwykła relacja…

Irena: Nie myślę o niej jak o tym bezbronnym dziecku, które było z nami. Zbudowałam nową relację z moim dzieckiem, które będąc w Niebie ma już pełnię wiedzy, więc także w pełni nas rozumie, nasze troski i potrzeby. Anielka jest stałym wezwaniem w naszym pacierzu.

 

Jak się do niej zwracacie?

Irena: Święta Anielko.

Maciek: Nie napisaliśmy tak oczywiście na jej grobie, bo to byłoby nadużycie, ale w naszej prywatnej pobożności ona jest świętą. Nawet jak wsiadamy do samochodu, i modlimy się przed podróżą – zawsze prosimy o wstawiennictwo do naszej świętej Anielki. Lepiej zrozumiałem naukę o Kościele triumfującym, niebiańskim. Jak słyszę w Litanii do Wszystkich Świętych o Kościele. który chwali Boga – wiem, że ja mam tam „swojego człowieka”. Że to nie są jacyś tam anonimowi, niedostępni ludzie sprzed lat, którzy się dużo modlili i poszli Nieba, tylko że ja tam już znam konkretną osobę. Trzymałem tego świętego na rękach!

Irena: Maciek się nawet popłakał, gdy pierwszy raz zdał sobie z tego sprawę podczas odmawiania Litanii do Wszystkich świętych. Nasze dziecko ogląda Boga twarzą w twarz! Zresztą, także 1 listopada wreszcie umiemy świętować, wiemy jak je przeżywać. W telewizji już dzień przed Wszystkimi Świętymi robi się rzewnie, listopadowo, Chopin gra, wszyscy chlipią wspominając kto odszedł, uświadamiają sobie straty… A my nie! Mamy święto Anielki! Wyjątkowe święto, poświęcone właśnie takim osobom, jak ona.

 

Były jakieś wydarzenia, momenty, w których poczuliście to jej wsparcie z Nieba?

Maciek:Za jej wstawiennictwem prosiliśmy o dobrą śmierć dla wujka Irenki. Odszedł pojednany z Panem Bogiem, otoczony miłością najbliższych…w święto św.Anieli Merici. Jej obecność czujemy na co dzień.

Irena: Miałam też dwa razy taką sytuację – pierwszy raz już parę dni po śmierci – kiedy się mocno rozkleiłam, dopadła mnie straszna tęsknota i matczyne niedopełnienie miłości,  że tego dziecka które kochałam nie mam przy sobie i nie mogę przytulić, dotknąć, pocałować. I jakby w głębi usłyszałam łagodne: “mamo…”. To mnie wtedy otrzeźwiło, postawiło do pionu. Jakby przypomniała mi, że przecież ona jest . Za kim ja płaczę skoro ona tu obok mnie jest.

 

 

Jak ta historia zmieniła i was i waszych znajomych?

Irena: Wiemy że nasza historia docierała daleko. Zwracają się do nas ludzie z prośbą o modlitwę w zagrożonej ciąży, ale i ze świadectwem, co ta historia zmieniła w ich życiu, mówiąc że bardzo osobiście ją przeżyli,.. Mamy też kilka takich znajomości ludzi w podobnej sytuacji. Teraz na bieżąco jesteśmy w kontakcie z dziewczyną, która również nosi w sobie dziecko z bezczaszkowiem, również dziewczynkę. Ostatni etap ciąży. Też proponowano jej aborcję. Towarzyszymy im.

Za sprawą Anielki wielu ludzi dostrzegło też, jak wielkim darem jest życie, że trzeba o nie walczyć, gdy nam się wymyka z rąk i dziękować Bogu, gdy wszystko jest dobrze. Ostatnio pewna kobieta napisała do mnie: trzymałam dziś swojego nowonarodzonego wnuczka i wspomniałam Was z czułością. Anielka przypomniała, że miłość jest ponad wszystko.

 

A w waszym życiu? Co się zmieniło?

Irena: Dla nas wszystko się zmieniło. Dla nas Anielka to nie historia, ale nasze czwarte dziecko. To nie jest tak jak może się wydawać że rozmowa o Anielce jest jak rozdrapywanie starych ran czy przywoływanie bolesnych wspomnień, wręcz przeciwnie, dla mnie to opowiadanie o tym, co było piękne.

Maciek: Jej życie było darem, choć choroba i śmierć była dla nas wydarzeniem bardzo trudnym, zupełnie innym od tego, co znaliśmy jako rodzice trójki zdrowych dzieci To było jednoczesne doświadczenie wielkiej miłości i rodzicielskiego cierpienia i bezradności. Ale także to było coś bardzo ubogacającego, co bardzo otworzyło oczy na rzeczywistości, o których człowiek na co dzień nie myśli. Myśmy się zaś o nie nie tylko otarli, ale też zanurzyli się w największej tajemnicy ludzkości: sens życia, umierania, cierpienia. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi to nawet życzyłbym każdemu przeżycia, które zbliża do tej tajemnicy w takim stopniu. Oczywiście nie życzę nikomu śmierci dziecka. Ale chcę bardziej powiedzieć, że widzę jak mnie to zmieniło i jak wzmocniło.

Irena: Gdy o tym mówimy publicznie często pojawia się takie pytanie-zarzut: czy czujecie się  w związku z tym “lepsi”? Sugeruje się, że skazaliśmy nasze dziecko na cierpienie, żeby poczuć „moralną wyższość”. Ale przecież to absurd. Nie zrobiliśmy niczego, by mieć dziecko, które umrze i dzięki temu mieć okazję do wywyższania się. Po prostu mierzyliśmy się z rzeczywistością, która na nas spadła. Z cierpieniem, które na nas spadło.

Maciek: Inny argument z którym się stykamy to taki że skazujemy dziecko na cierpienie. Anielka od początku miała podawane leki przeciwbólowe, na wszelki wypadek, mimo że nie było widocznych oznak cierpienia, jest to standardową procedurą. Tymczasem na ból matki, której kończy się czas z dzieckiem nie ma leków. Jednak czy w związku z tym, że przeżyliśmy całą masę trudów czy chcieli byśmy cofnąć czas i sprawić, żeby tej historii nie było? Nie, nigdy! Jeżeli chcielibyśmy pozbyć się tego cierpienia to musielibyśmy usunąć je razem z miłością.

Irena:Kiedy ostatnio przez chwilę byłam w Hospicjum, które nam towarzyszyło po narodzinach Anielki, miałam myśl pewnie niezrozumiałą dla osób, które nie przeżyły czegoś takiego. Chciałam, żeby to się powtórzyło, chciałabym wrócić do tamtych chwil. Nie w tym sensie, żeby Anielkę sprowadzić z Nieba i znów mieć przy sobie, bo nieuchronność jej odejścia przyjęłam jeszcze przed narodzinami, tylko żeby wrócić do tego, cow nas i wokół nas wtedy było. Ponieważ to był czas wypełniony miłością, dobrem, szacunkiem, troską. Radość z obecności Anielki i maksymalna troska o nią.To było coś wspaniałego, co wypełniało nas od rana do nocy.

Maciek: Życie Anielki to były rekolekcje, dla nas i dla wielu ludzi, którzy poznali naszą historię. Pisali to wtedy w mediach społecznościowych. Ja sam gdy cofam się do tamtego czasu przypominam sobie atmosferę, zapach, światło, ciszę tamtych dni – to jakbym sobie przypominał jakieś ważne rekolekcje. To jest dokładnie ta sama kategoria wspomnień. To było namacalne zetknięcie się z Łaską. Po prostu widzieliśmy, że spływają na nas łaski, że stykamy się z Bożą obecnością w drugim człowieku.

 

… i gdyby nie było tego doświadczenia, to byście tych łask nie doświadczyli?

Irena: Tak. My nie żyjemy w cieniu wydarzeń sprzed roku – że „dziecko chore, śmierć, pogrzeb”. Nie żyjemy w cieniu Anielki, tylko w jej blasku!

 

🔹 PRZECZYTAJ: Nikt nie płacze, nawet Anielka

 

Rozmawiała Anna Druś

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Irena i Maciej Kaczyńscy

Irena i Maciej Kaczyńscy

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Irena i Maciej Kaczyńscy
Irena i Maciej
Kaczyńscy
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Konflikty w rodzeństwie. Jak je rozwiązywać?

O źródłach konfliktów z rodzeństwem, naprawianiu relacji braterskich w dorosłym życiu i wychowaniu do komunikacji, rozmawiamy z Martą i Markiem Babikami, teologami i pedagogami prowadzącymi warsztaty z komunikacji dla małżeństw i rodzin w ramach inicjatywy „Strefa Rodziny”.

Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Konflikty w rodzeństwie. Jak je rozwiązywać?
O źródłach konfliktów z rodzeństwem, naprawianiu relacji braterskich w dorosłym życiu i wychowaniu do komunikacji, rozmawiamy z Martą i Markiem Babikami, teologami i pedagogami prowadzącymi warsztaty z komunikacji dla małżeństw i rodzin w ramach inicjatywy „Strefa Rodziny”.

Zofia Świerczyńska: Czym różni się relacja z rodzicami czy przyjacielem od relacji z rodzeństwem?

Marta Babik: Rodzeństwo to ktoś bardzo bliski, ktoś, kto został mi dany. Nie jest moim rodzicem, dorosłym ani przyjacielem, którego wybieram ze względu na pewne cechy charakteru. To jest takie ciekawe poczucie więzów krwi – ktoś przy mnie po prostu jest, wiem, że jest bliski, ważny. Natomiast nie mam wpływu na to, że on może być w moim życiu lub nie. Ta więź cały czas przetacza się przez życie.

 

O wpływie tej więzi na dorosłe życie przekonujecie się podczas warsztatów z rodzinami. Jakie są najczęstsze przykłady?

Marta Babik: Jest bardzo dużo różnych przykładów wpływu tej relacji na nasze życie. Od takich, w których jedno z rodzeństwa bierze ślub i motywuje siostrę czy brata, żeby sam pomyślał o ślubie, choć żyje już w długim związku – bo nagle okazuje się, że to się da zrobić, zorganizować, że to może być ciekawe doświadczenie. Są też trudy polegające na dominacji relacji z rodzeństwem nad małżeństwem, wtedy pojawia się poczucie, że mąż czy żona jest bardziej związany ze swoim bratem, siostrą niż ze mną. Bardzo często rodzeństwo przeżywa, jeśli bratu lub siostrze nie udaje się małżeństwo. Przychodzą i pytają co zrobić, jak pomóc. Jeszcze bardziej jako ciocie i wujkowie martwią się o dzieci, że rozbija się ich rodzina. Oczywiście jest też rodzeństwo, które potęguje konflikty małżeńskie, czyli nie dość, że małżeństwo już ma problem, to jeszcze brat czy siostra staje po stronie mamy, która próbuje małżonków godzić. Tworzą się takie „koalicje rodzinne” – wtedy ktoś przychodzi i mówi, że już nie ma problemu tylko z mężem, ale jego mamą, siostrą, i jeszcze kimś, bo cała rodzina jest przeciwko. Więc tych przykładów jest bardzo dużo – od pozytywnych po bardzo skomplikowane.

 

Zacznijmy od analizy pozytywnego wpływu. Na czym polega siła relacji z rodzeństwem?

Marta Babik: Pierwszą ważną rzeczą jest to, że nie jestem sam. Już w domu nie jesteśmy sami, co oczywiście ma też swoje minusy – trwa nieustanna walka o zabawkę, ubranie, uwagę rodziców, ale z drugiej strony ta osoba może mnie odciążyć, wyręczyć, pomóc. Dzięki niej mam się z kim pobawić, porozmawiać, posprzeczać; potrafi też robić coś, czego ja nie potrafię, może np. pomóc mi w zadaniu, w lekcjach, wstawić się za mnie u rodzica. Dzięki relacji siostrzano-braterskiej młodsze dziecko ma „utorowaną” drogę, bo starsze już coś wypróbowało, wynegocjowało u rodziców. To jest też ogromne doświadczenie różnorodności, że istnieją ludzie inni ode mnie i działając razem możemy osiągać więcej.

 

Czy to oznacza, że jedynacy są pozbawieni tego doświadczenia?

Marek Babik: Trudno jest odpowiedzieć w kategoriach zysków i strat. Ja sam jestem jedynakiem i nie mam tego doświadczenia rywalizacji o rodziców – ich uznanie czy uwagę, walki o jakieś zasady. To jest zupełnie obce. Ja to intelektualnie ogarniam, natomiast jeśli chodzi o emocje i doświadczenie jest to puste. Będąc jedynakiem miałem całą uwagę skierowaną na moich rodzicach, ale i oni całą kontrolę przekładali tylko na mnie. Dla mnie najtrudniejsza była walka ze stereotypem jedynaka. Dlatego nigdy się do tego nie przyznawałem, miałem ogromną satysfakcję, że ludzie nie rozpoznawali, że nim jestem. Nawet kiedy poznałem moją żonę, też tego nie rozpoznała (śmiech). Ten stereotyp powoduje, że patrzy się na człowieka przez pryzmat rozpieszczonego dziecka, egoisty, któremu się bez przerwy dogadza.

Marta Babik: Jedynak ma też świadomość, że jeśli cokolwiek stanie się rodzicom, to jest z tym sam, nie może  liczyć, że ktoś inny podjedzie do rodziców, by im pomóc, przywieźć zakupy, odciążyć od obowiązków. Mając rodzeństwo mamy też ten komfort.

 

Często dzieci lub jedno z rodzeństwa ucieka od obowiązku troski o rodziców…

Marta Babik: Jest takie powiedzenie, że jedna matka wystarczy, aby wykarmić 10 dzieci, ale 10 dzieci nie wystarczy, aby wykarmić matkę. Niestety jest to bardzo przykre i jeśli chodzi o swoją miłość do rodziców, trzeba dać im dokładnie tyle miłości, ile jestem w stanie dać. Oczywiście, jeśli mam rodzeństwo, powinienem się z nimi porozumieć w kwestii opieki nad rodzicami, ale może się to okazać niemożliwe. Wtedy trzeba po prostu dać z siebie tyle, ile możliwie najwięcej można dać, zostawiając to dlaczego siostra czy brat tego nie robi. Nie znamy do końca powodów ich zachowania, ich obecnej sytuacji, możliwości, sytuacji współmałżonków. Widzimy tylko coś z zewnątrz. A rodzicom trzeba dać całą naszą miłość.

 

Dotknęliśmy tu problemu konfliktów, braku możliwości porozumienia się z rodzeństwem. Czy źródeł konfliktów należy szukać w nierozwiązanych sytuacjach z dzieciństwa?

Marta Babik: Konflikty w dzieciństwie są czymś naturalnym. Pewna rywalizacja, walka o teren, o podział obowiązków, uwagę rodziców, domaganie się sprawiedliwości w odniesieniu  do poszczególnych osób. Wynika to z tego, że rodzeństwo jest zazwyczaj w różnym wieku, więc dziecko zauważa różnicę, że czegoś innego wymaga się od starszego, czegoś innego od młodszego, pojawia się porównywanie – czy ja nie jestem gorzej traktowany jak tamten, czy jestem tak samo kochany jak mój brat/siostra? Na pewno nierozwiązane konflikty, nierozwiązane sytuacje, czy problemy rodzeństwa z relacją z rodzicami, bardzo często później przejawiają się w dorosłych relacjach. To, czy w dzieciństwie jesteśmy bliżej ze sobą, czy się wspieramy, wpływa na relacje w dorosłości. Jeśli są jakieś zadry to najlepiej byłoby je sobie wyjaśnić, ale do tego jest potrzebna gotowość i chęć z obu stron.

 

A jeśli nie ma takiej chęci pojednania ze strony brata czy siostry?

Marta Babik: Zawsze możemy okazać życzliwość, nie nakręcać problemu. Te historie są bardzo różne. Bywa tak, że rodzeństwo dopiero po latach się do siebie zbliża. Odnośnie konfliktów „prawnych”, dotyczących chociażby podziału majątku, warto sięgać porad specjalistów, by wiedzieć jak to wygląda od prawnej strony, co mi się należy, a co nie. Można dochodzić swoich praw, jeśli nie da się inaczej porozumieć.

 

A co w przypadku, gdy tym co dzieli, jest różnica w poglądach i przeżywaniu wiary?

Marek Babik: Ważne jest po pierwsze to, na jakim etapie życia ktoś przestał wierzyć. Na etapie dorastania, to rodzice trzymają pieczę nad naszym rozwojem religijnym. Jeśli dwoje ludzi jest wychowywanych w tym samym domu, i jest to dom religijny, to przekazywana im wiara rozwija się na różnym poziomie. Natomiast na etapie życia dorosłego nie można wykonywać ruchów ewangelizacyjnych na siłę. Relacja z Bogiem jest bardzo osobistą relacją i wymaga pewnej drogi – różnej drogi. I podobnie może być w rodzeństwie – jedno ma taką drogę, drugie inną, trzecie jeszcze inną… Powinniśmy uszanować tę „inność” w przeżywaniu wiary przez brata czy siostrę. Nie chodzi o to, żeby w ogóle nie mówić o Bogu, ale nie możemy tego robić na siłę, żeby ktoś nie czuł się z tym niekomfortowo, żeby to nie było przyczyną zerwania relacji. Jeśli druga osoba nas atakuje z powodu wiary lub niewiary, oznacza to, że ktoś nie do końca poukładał sobie swoje życie. Jeżeli byłby osobą o poukładanym systemie wartości, nie atakowałby innych za to że żyją inaczej.

Marta Babik: Mam prawo żyć tak, jak chcę, także od strony religijnej. Zawsze można modlić się za tą osobę, szczególnie wtedy, kiedy relacja jest dla nas trudna. Warto też być autentycznym w przeżywaniu wiary, nie trzeba dużo mówić. Jeśli ktoś jest świadkiem wiary w rodzinie, to po prostu to widać w po tym jak traktuje innych.

 

Czy konieczna jest terapia lub porada psychologiczna kiedy taki konflikt narasta?

Marta Babik: Zawsze warto sięgnąć po poradę w momencie, kiedy zauważamy, że problem zamiast zanikać, pogłębia się i nie wiemy co robić. Czy to będzie terapia czy coś innego – zależy od danego problemu; od tego, co się dzieje w tej relacji. Czasem nawet zwykła rozmowa może pomóc spojrzeć na daną sytuację z dystansu. Ktoś z zewnątrz może wskazać konstruktywny pomysł na rozwiązanie danego problemu.

 

Jak zatem zadbać o codzienne relacje z rodzeństwem w dorosłym życiu?

Marta Babik: Rodzeństwa są bardzo różne. Są takie, które chcą o siebie dbać, często do siebie dzwonią, prowadzą wspólne biznesy. Ale bywa i tak, że rodzeństwo potrafi nie rozmawiać przez sobą przez rok, co nie znaczy, że się nie lubią, czy się pokłócili, ale po prostu nie mają potrzeby, żeby się często widywać. Jak już się spotkają to dbają o siebie nawzajem, a gdyby coś się wydarzyło, jedno pomoże drugiemu. Jest taki moment, kiedy każdy zaczyna swoje dorosłe życie i nie mamy obowiązku opieki nad bratem czy siostrą, jeżeli nie ma takiej potrzeby wynikającej z jakiegoś kalectwa, poważnych problemów. Można normalnie żyć z takim dystansem do siebie.

 

Czy rodzice mają wpływ na ukształtowanie relacji w rodzeństwie już na etapie wychowywania?

Marta Babik: Tak, bardzo wielki. Kiedy obserwuję rodziny i to, czy rodzeństwo się scala czy ze sobą antagonizuje, w dużej mierze zależy od rodziców, od ich traktowania, podejścia do dziecka. Rodzic często wchodzi w konflikt, który istnieje między rodzeństwem na zasadzie rozwiązań kategorycznych – ty oddaj to, ty mu tamto. Jest to trudne, ponieważ te konflikty nieraz są zbyt skomplikowane. Rodzic, który chciałby dojść początku tego konfliktu jest zazwyczaj skazany na przegraną, a podejmując z góry osąd o tym, kto jest winny i pokrzywdzony a kto nie, może skrzywdzić dzieci. Rodzic powinien przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo dzieci.

 

W jakim sensie?

Marta Babik: W momencie kłótni czy konfliktu należy zwrócić uwagę, że zauważamy krzyk, zachowanie zagrażające ich bezpieczeństwu. Warto wtedy zarządzić, że z tego powodu muszą być przez chwilę w osobnych pokojach, albo w jakiejś odległości od siebie. Warto też spróbować nauczyć ich mówić, zamiast krzyczeć. Zamiast “oddaj mi moją zabawkę”, zaproponować: “chciałbym dostać moją zabawkę z powrotem”. Zapytać się dziecko, co chciało powiedzieć czy wyrazić. Widziałabym więc tu rolę rodzica jako mediatora, który uczy dzieci bezpiecznych zachowań i wyrażania emocji. Dzieci wtedy już się dogadają.

 

Czyli klucz leży w wychowaniu do umiejętności komunikacji?

Marek Babik: Dzielenie się obowiązkami, wykorzystywanie potencjału między rodzeństwem jest widoczne dopiero po przejściu okresu dojrzewania albo w późnym etapie okresu dojrzewania. Wcześniej te konflikty zawsze będą na zasadzie porównywania, szukania niesprawiedliwości, ulegania swoim słabościom. Natomiast kiedy zaczynają ogarniać rzeczywistość już tak „po dorosłemu”, widać efekty nauki komunikacji i współpracy między nimi.

Marta Babik: Każde dziecko jest zupełnie inne. Pierwszemu dziecku coś mogło przyjść łatwo, szybko, a dla drugiego będzie to niezwykle trudne, wręcz niemożliwie do osiągnięcia. Każde dziecko ma swoje talenty i absolutnie nie wolno ich porównywać. Każde jest genialne na swój sposób. Kiedy dzieci widzą, jak są postrzegane przez rodziców, zaczynają siebie nawzajem doceniać, i sami ustalają co kto ma w domu robić. Widzą, że jeżeli jedno czegoś nie lubi, to drugie zrobi to z chęcią. Że jedno coś potrafi, to może pomóc bratu czy siostrze, które ma z tym problem. Sami zaczynają doceniać tę różnorodność, na którą my patrzymy z fascynacją. Widzimy to wyraźnie u naszych dzieci. Fajnie patrzy się na ich solidarność. To czasem wygląda tak, jakby w rodzinie była mała „podrodzina” – my z mężem jesteśmy razem, oni razem, i wspólnie tworzymy niezwykłą całość.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >