W moich filmach chodzi o leczenie serc

Zbyt często historie przebaczenia łączymy wyłącznie ze łzami i traumą, zapominając, że na ich końcu jest zawsze radość, święto, impreza - mówi Juan Manuel Cotelo, hiszpański reżyser i odtwórca głównej roli w filmie “Największy dar”. Film wchodzi na ekrany polskich kin 8 marca.

Juan Manuel Cotelo
Juan Manuel
Cotelo
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W moich filmach chodzi o leczenie serc
Zbyt często historie przebaczenia łączymy wyłącznie ze łzami i traumą, zapominając, że na ich końcu jest zawsze radość, święto, impreza - mówi Juan Manuel Cotelo, hiszpański reżyser i odtwórca głównej roli w filmie “Największy dar”. Film wchodzi na ekrany polskich kin 8 marca.

Moja córka, z którą oglądałam film, chciała żebym spytała pana, czy rzeczywiście w filmie palił pan fajkę?

[śmiech] Próbowałem się tego nauczyć, ale to było strasznie trudne, bo nigdy wcześniej w życiu nie paliłem niczego, nawet papierosów. Dusiłem się więc i krztusiłem, czułem się chory…

 

Ale Indianin, który panu tę fajkę podaje, mówi, że “aby nauczyć się słuchać, trzeba zacząć palić”…

Sens jego rady był oczywiście taki, że pierwszym krokiem do jakiegokolwiek pojednania, jest zacząć słuchać, przestać mówić. To o paleniu jest oczywiście pewnym żartem, ale chodzi o jakąś czynność, która zamknie nam usta, żebyśmy przestali mówić. Czy to jedzenie, czy picie, czy palenie. Musisz wtedy zamknąć usta, a otworzyć uszy. To najważniejsze przy każdym dialogu: słuchać innych, drugiego człowieka.

 

Chciałabym zapytać o formę, którą wybrał pan dla filmu. “Największy dar” to połączenie komedii w konwencji westernu z poważnym dokumentem. Zestawienie bardzo poważnego problemu, poważnych ludzkich dramatów z nieco naiwną, zabawną i lekką oprawą westernu. Nie bał się pan takiego połączenia?

To nie tylko sprawa formy, ale także treści. Zawsze, gdy spotykałem się z historią jakiegoś przebaczenia, pojednania, miałem do czynienia na końcu z jakimś świętem, imprezą, radością. Zawsze! Dla mnie to było ważne spostrzeżenie. Dlatego bardzo zależało mi na tym, by zrobić bardzo szczęśliwy, pogodny film. Taka jest bowiem prawda o przebaczeniu: ono przynosi radość, święto. Niestety bardzo wielu ludzi w historii przebaczenia dostrzega tylko jej pierwszy etap, czyli właśnie to co najtrudniejsze, związane ze łzami, z przeżywaniem traumy. Ktoś zrobił coś złego komuś drugiemu. Ale to jest tylko pierwsza część historii! Na niej ona się nie kończy. Kończy się raczej na: “i odtąd stali się przyjaciółmi”! Końcem jest więc zawsze przyjęcie, wspólna radość. I wielokrotnie te przyjęcia i radość widziałem. Jadłem, piłem, tańczyłem i śpiewałem na tych przyjęciach! Prawdziwych przyjęciach, nie fikcyjnych, odgrywanych. To był pierwszy powód, dla którego połączyłem historie pojednań z humorystyczną fikcją.

 

 

A drugi?

Drugi nazywamy po hiszpańsku respiraderos, “oddychacz”. Coś, co pozwala spokojniej odetchnąć po intensywnych emocjach. Taką rolę pełni właśnie wprowadzenie elementu humoru do opowiadania poważnej historii. Trudno jest oglądać coś, co wyłącznie trzyma nas w napięciu przez cały czas, co wyłącznie wzbudza silne emocje, nie dając sposobności do ich ujścia. Z drugiej strony właśnie te “respiraderos” pozwalały nam w filmie gładko przejść od jednej historii przebaczenia do drugiej. Wsiadałem na konia i już jechałem słuchać kolejnego przykładu przebaczenia i pojednania. No i dla mnie poczucie humoru jest też rodzajem “pogłaskania” kogoś, albo ładnej oprawy smacznego dania. Daniem były właśnie historie bezwarunkowej miłości i przebaczenia.

 

Jeśli bałbym się pomyłki, to nic bym nie zrobił

Ale też było kilka miejsc, w których ta forma westernowa pasowała do tej głębszej treści.

Właśnie. Chodziło nam o zadanie poprzez to dwóch pytań: jaką rolę w pokazywaniu czy szerzeniu przemocy mają media i jednocześnie gdzie znajduje się rozwiązanie takich patowych sytuacji nakręcania się spirali przemocy. Gdy więc pani mnie pyta “czy nie bał się pan tego połączenia humoru i poważnej treści” odpowiadam: nie bałem się, bo ja tak naprawdę niczego się już nie boję. Nie boję się nawet pomyłki, błędu. Jeden z naszych sloganów w Infinito Masuno (firmie produkującej filmy Cotelo – przyp. red.) to: “Popełniajmy błędy jak najwcześniej”. Jeśli bałbym się pomyłki, to nic bym nie zrobił. Gdybym się zastanawiał: “czy to się spodoba? Czy będą mi bić brawo? Czy będą mnie krytykować?” nie zrobiłbym niczego. Jeśli się nie spodoba, nie będą bić brawa, zaczną krytykować – nieważne, zrób to. Najlepiej jak się da, z najlepszym zamiarem, ale przecież nic się nie stanie jak się pomylisz. Jedyny błąd, na który nie chcę sobie pozwolić, to zaniechanie, nie zrobienie czegoś.

 

Nie mogę nie zapytać: skąd temat? Czemu akurat przebaczenie wybrał pan na myśl przewodnią swojego najnowszego filmu?

Przede wszystkim: to nie ja wybrałem ten temat, sam do mnie przyszedł. To był dar. Nie szukałem go, nie zastanawiałem się “o czym by tu teraz opowiedzieć”, nic takiego. Przebaczenie jest moją osobistą historią. Gdy miałem 13 lat zamordowano mojego ojca. To był 3 marca 1981 r. Natomiast 3 marca 2014 przyszedł do mnie pewien Kolumbijczyk i powiedział: mój szef chciałby poprzez Ciebie przekazać przeprosiny wielu osobom, których bliskich zabójstwo zlecił. Poszedłem tam, wysłuchałem jego historii. Wtedy pomyślałem: bingo! Właśnie o to chodzi.

Mój szef chciałby poprzez Ciebie przekazać przeprosiny wielu osobom, których bliskich zabójstwo zlecił

 

 

Wybaczył mu pan już wcześniej, czy też dopiero w tym więzieniu, po usłyszeniu “przepraszam”? Niech pan opowie tę historię.

Ja nie musiałem mu niczego wybaczać, ponieważ to nie on zabił mojego ojca. To był inny człowiek. Ale jego historia ponownie uświadomiła mi znaczenie przebaczenia, znaczenie przeprosin.

Już w dniu śmierci mojego ojca moja mama zebrała całą dziewiątkę swoich dzieci i powiedziała do nas: “W tym domu nie ma miejsca na nienawiść. W tym domu nie ma miejsca na smutek. Wasz ojciec jest w niebie. My będziemy od dzisiaj żyć tak jak do tej pory żyliśmy: w szczęściu.” To było i jest główne dziedzictwo, jakie wyniosłem z domu. Przebaczyć. Nie pielęgnować nienawiści.

 

Naprawdę ten człowiek sam się zgłosił do więzienia?

Nie sam. Tego jednego dnia do więzienia zgłosiło się 850 innych ludzi, podobnie odpowiedzialnych za różne zbrodnie. Wszystko za sprawą jednej sparaliżowanej kobiety. Od 29 lat, pomimo paraliżu i poruszania się na wózku z powodu ran, jakie zadał jej własny mąż, ona jeździła po kraju do miejsc z najwyższą przestępczością i opowiadała o miłości Boga. Szukała tych, którzy sieją przemoc i opowiadała im dobrą nowinę o tym, że Pan Bóg już im przebaczył, że ich kocha bez żadnych warunków. Że mogą otrzymać to przebaczenie kiedy tylko zechcą. 29 lat tak robiła i nic się nie działo, nikt się nie zmienił. Aż pewnego dnia, jednego dnia, szef tych różnych band powiedział do swoich współpracowników: “idę do więzienia odpokutować to, co zrobiłem. Ktoś idzie ze mną?” I jednego dnia za kratki zgłosiło się 850 osób. Nie zdziałała tego policja, organy ścigania, sądy, politycy. Zdziałała to dobra nowina o Bożym przebaczeniu. Właśnie dlatego ów przestępca miał trzy życzenia do wymiaru sprawiedliwości. Zażądał, aby w więzieniu, w którym się znajdzie była kaplica z Najświętszym Sakramentem; aby miał możliwość codziennej rozmowy z kapłanem oraz by pozwolono mu przekazać prośbę o przebaczenie do wszystkich jego ofiar. Właśnie ta historia była dla mnie punktem wyjścia do całego filmu. Gdy z nim tam siedziałem, słuchałem tej opowieści, doświadczyłem niemal namacalnej obecności Bożej. I niedługo później, kolejny raz w moim życiu zacząłem robić film, którego wcześniej nie planowałem. Przecież nie planowałem “Ostatniego szczytu”, nie planowałem “Ziemi Maryi”, nie planowałem “Śladów stóp”, nie planowałem i “Największego daru”. To jest właśnie sposób, w jaki Bóg działa poprzez ludzi, poprzez normalne sytuacje życiowe.

 

Trudno było znaleźć ludzi, którzy opowiedzą o swoim przebaczeniu?

Oni sami przychodzili do mnie! Historia tego Kolumbijczyka była początkiem, następne przyszły do nas same, gdy tylko ogłosiliśmy w mediach społecznościowych, że robimy taki film. Posypały się dziesiątki wiadomości od ludzi, którzy chcieli opowiedzieć swoje historie. Musieliśmy jednak wybrać tylko kilka, żeby zmieścić się w jednym filmie. Wszystkie są piękne i pełne nadziei.

 

Trudniej wybaczyć rzeczy małe niż te wielkie, proszę mi wierzyć

Pomimo, że niejednokrotnie takie przebaczenie jest strasznie trudne.

Moje doświadczenie jest raczej takie, że trudniej wybaczyć rzeczy małe niż te wielkie, proszę mi wierzyć. Dar przebaczenia mordercy mojego ojca był właśnie takim darem, dostałem go. Teraz dopiero rozumiem, dlaczego to było dla mnie takie łatwe: ponieważ to był dar! Czasem zauważa się, że ludzie ubodzy, pomimo ciężkich doświadczeń, jakie ich spotykają, są szczęśliwi. Myślimy sobie: ja bym tak nie mógł w ich sytuacji. Ależ właśnie mógłbyś, gdybyś też dostał taki dar, łaskę dopasowaną do tej konkretnej sytuacji. Nie doświadczasz tego, bo nie prosisz o tę łaskę. Ale nie bój się, gdziekolwiek jesteś, Pan Bóg może dać ci łaskę do przetrwania każdych trudności, każdej ciężkiej sytuacji, jaka cię spotka. Pozwól tylko Bogu działać w Tobie, poproś Go o ten dar. Będzie on dany.

To nie jest kwestia tego, jak głęboko cierpimy, jak trudne doświadczenia nas spotykają, ale wyłącznie kwestia otwarcia się na ten dar łaski, dar pokoju, siły, cierpliwości, szczęścia. Bądź tylko otwarty, a to przyjdzie. Nie zamykaj się na przebaczenie.

 

 

Pan Bóg nie narzuca obowiązku, ale wsadza w ciebie nową miłość

Czemu Pan robi właśnie takie filmy? Domyślam się, że to przyszło wraz z jakimś nawróceniem, ale czy tak było zawsze, czy zawsze Pan chciał robić takie filmy?

Gdyby 10 lat temu pani mnie zapytała o “nawrócenie” odpowiedziałbym z pewnością “nie potrzebuję żadnego nawrócenia”. Jestem doskonałym katolikiem. Gdy słyszałem te słowa z Ewangelii “celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do Królestwa Niebieskiego” nie rozumiałem ich, buntowałem się. Jak to? Przecież prostytutki są “złe”, ja jestem “dobry”. Ale nastąpił pewien przewrót w moim życiu. To było coś niespodziewanego. Gdyby 12 lat temu ktoś mi powiedział, że będę publicznie mówić o Panu Bogu, odpowiedziałbym “nie ma takiej możliwości”. Ja nawet nie byłem w stanie się przeżegnać przed innymi. W domu – tak, w kościele – tak, w swoim wnętrzu – tak. Na zewnątrz, wobec innych – nie. Zachowywałem się wobec Pana Boga jak kochanek: bardzo cię kocham, ale niech nikt nas razem nie zobaczy. Kocham cię, kocham, ale schowaj się trochę, bo wstydzę się, że nas zobaczą razem. Tymczasem przecież  “kto się mnie zaprze przed ludźmi zaprę się i ja przed moim Ojcem”. Ale Pan Bóg nigdy nam nie mówi takich rzeczy, aby nas poniżyć. Przeciwnie – mówi je, aby nas podnieść. On oświeca nasz umysł pokazując, co robimy nie tak i jednocześnie daje światło zrozumienia, jak to naprawić. Nie narzuca obowiązku: “musisz zrobić to czego do tej pory nie robiłeś”, ale wsadza w ciebie nową miłość. Tak było i ze mną. Teraz przeżywam swoją wiarę z miłością. Teraz niemal codziennie proszę Boga o nawrócenie dla mnie. Dlatego kręcę takie filmy. Większym wysiłkiem byłoby dla mnie ich nie robić, niż robić. Większym wysiłkiem byłoby nie mówić o Panu Bogu. Nie chciałbym ich zamienić na takie, które robiłem wcześniej. Nie chciałbym takich z wysokim budżetem, świetnych technicznie, nagradzanych Oscarami. Moje filmy nie są lepsze, są gorsze technicznie, ale mają coś, czego inne – te lepsze – nie mają. W nich chodzi o przemianę życia osób, które je oglądają, o dawanie nadziei, o leczenie serc. Jeśli znalazłaby się wśród widzów moich filmów choć jedna osoba, która stwierdzi, że ten film ją zmienił – już było warto.

 

Rozmawiała Anna Druś

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Juan Manuel Cotelo

Juan Manuel Cotelo

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Juan Manuel Cotelo
Juan Manuel
Cotelo
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Bp Mastalski: Możesz więcej, niż ci się wydaje

O wychowaniu do dojrzałości, towarzyszeniu młodzieży oraz wyzwaniach, przed którymi stoją wychowawcy i rodzice, rozmawiamy z bp Januszem Mastalskim, biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej.

bp Janusz
Mastalski
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Bp Mastalski: Możesz więcej, niż ci się wydaje
O wychowaniu do dojrzałości, towarzyszeniu młodzieży oraz wyzwaniach, przed którymi stoją wychowawcy i rodzice, rozmawiamy z bp Januszem Mastalskim, biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej.

Przez lata pracował ksiądz biskup ze studentami i nastolatkami, poświęcił im nawet badania, które zawarł w książce profesorskiej. Co z nich wynika?

Zanegowałem kilka prawd, które są obecnie lansowane. Po pierwsze, że młodzież jest zła, nie ma żadnych ideałów. To nieprawda. Młodzież na pewno jest zagubiona, ale nie jest zła. Po drugie, nieprawdą jest, że młodzi wszystko sprowadzają do paru przyjemności: seksu, używek, portali społecznościowych. Jest wielu młodych ludzi, którzy mają pasję i szukają w tej pasji realizacji siebie. Na pewno nie jest też prawdą, że nie mają wewnętrznego imperatywu do uczenia się. To nie jest doświadczenie jednej czy pięciu rodzin, pięciu gimnazjalistów, tylko tysięcy, których spotkałem i z którymi rozmawiałem.

 

Do wspomnianego przez księdza biskupa zagubienia i samotności młodych ludzi coraz częściej przyczyniają się nowe technologie. Jak Kościół wychodzi lub powinien wychodzić do młodych poszukujących swojej drogi?

Kościół musi mieć przede wszystkim jakąś propozycję. I tu z pomocą przychodzi nam nowa ewangelizacja. To jest ciągłe poszukiwanie dotarcia do młodego człowieka, niekoniecznie tego blisko Kościoła – czyli np. służby liturgicznej. Oczywiście można wykorzystywać tradycyjne środki czy metody, takie jak rekolekcje, chociaż one muszą być w pewnym momencie zmodyfikowane. Nie wiem, czy szansa duszpasterska jest w pełni wykorzystana, jeśli takie zbiorowe spotkanie sprowadza się tylko do konferencji. Młodzież uległa cyfryzacji, dlatego różnego rodzaju media czy środki multimedialne, mogą być jednocześnie znakomitym sposobem dotarcia do tych ludzi. Jest w tej chwili moda na różnego rodzaju warsztaty, które otwierają człowieka, pobudzają go do twórczego myślenia. To też są niezwykle ważne rzeczy. Pracując przez lata z młodzieżą, pisząc o niej, czy badając środowisko młodzieżowe, wydaje mi się, że w niektórych środowiskach trzeba mimo wszystko zacząć nie od klasycznej ewangelizacji, ale od pre-ewangelizacji. Od pokazania pewnych wartości, bez których nie można żyć. Te wartości tak naprawdę prowadzą do Boga, do Kościoła. Młody człowiek, który jest zbuntowany i wszystko neguje, nagle zobaczy, że rzeczywiście, bez tych wartości się nie da żyć, a źródłem, które może sprawić, że te wartości będą trwałe jest Jezus. I może wtedy spróbuje bardziej świadomie i dojrzale „wejść” w Kościół.

 

Jest ksiądz biskup teologiem i pedagogiem, wieloletnim wychowawcą młodzieży a przez ostatnie 1,5 roku także wychowawcą kleryków w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie. Co z doświadczenia księdza biskupa jest najważniejsze w pracy wychowawcy?

Po pierwsze kompetencje, a w tych kompetencjach – mądrość życiowa. Ważna jest także autentyczność. A więc tak naprawdę chodzi o to, by być człowiekiem jednoznacznym. Ważna jest również – mówiąc bardzo górnolotnie – osobowość, a więc takie cechy charakteru, które umożliwiają dobrą komunikację, otwierają drugiego człowieka, dają poczucie bezpieczeństwa.

 

Przed jakimi zagrożeniami i wyzwaniami obecnie stoją wychowawcy, pedagodzy, rodzice?

Wyzwaniem jest ogromny pośpiech, przez który budowanie relacji czy komunikacji, jest bardzo utrudnione. Nie mamy czasu dla siebie nawzajem.

Myślę, że przed wspomnianym już po części “niewidocznym wrogiem”, który nazywa się gadżety cywilizacyjne. Bardzo często rodzic czy wychowawca przegrywa z komórką. Ważniejsze jest to, czy jest zasięg, czy go nie ma, a nie to, czy z nim rozmawiam. Po drugie, wyzwaniem jest ogromny pośpiech, przez który budowanie relacji czy komunikacji, jest bardzo utrudnione. Dlatego, że nie mamy czasu dla siebie nawzajem, a jeśli już go mamy, to jesteśmy zmęczeni. Tak więc budowanie dojrzałych relacji to drugie ważne wyzwanie. Na pewno trzecim jest rodzina – jeżeli jestem wychowawcą czy pedagogiem w szkole, to ta relacja z rodziną układa się bardzo różnie. Jeśli jestem rodzicem, muszę wziąć pod uwagę, że nie tylko ja mam wpływ na swoje dziecko, ale także szkoła. A największy wpływ ma jednak grupa rówieśnicza.

 

W jednej z książek pisał ksiądz biskup, że “wychowawcy nie mogą dać się postawić pod ścianą, na której jest napisane: nie mogę, nie potrafię, nie mam już siły. Bo prawdziwy rodzic, wychowawca ostatni zamyka drzwi i nigdy się nie zniechęca.” Czy to klucz do dobrego wychowania?

Tak, na pewno. Wytrwałość, cierpliwość jest ważna, ale jest jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Proszę zobaczyć, że my generalnie w Polsce wychowujemy intuicyjnie. To znaczy tak: „moja mama mnie tak wychowywała, więc ja też będę tak wychowywać moje dziecko”; „tak wychował mnie tata, więc teraz ja będę takim ojcem”. Natomiast nie sięgamy po fachową literaturę. I nie mówię tu o amerykańskich poradnikach pseudonaukowych, gdzie specyfika dziecka w Stanach Zjednoczonych jest zupełnie inna, niż polskiego dziecka. Intuicyjne wychowanie sprawia, że jestem człowiekiem, który jako wychowawca nie do końca ma pomysł na wychowanka. Gdyby zapytać rodzica: „jakie ma być pani/pana 8-letnie dziecko?”, usłyszymy odpowiedź: „ma być grzeczny”. Ale pytanie brzmi – co to znaczy, że ma być grzeczny? Ma się nie odzywać, nie oddychać, ma być posłuszny? Na czym ma polegać grzeczność? Tak naprawdę nie wiemy czym jest grzeczność. Pomysł na wychowanka to jest nie tylko wskazanie tego jaki ma być, ale przy pomocy czego to u niego wykształtować. Jak pomóc mu to wykształtować. Dzieci i młodzież nie lubią, kiedy ktoś je kształtuje, prowadzi; lepiej jak wspomaga. Współczesny wychowawca musi być przede wszystkim cierpliwy. I nie oczekiwać efektów od razu. To nie jest tak, że przyciśnie się guzik i coś wyskoczy. Praca z młodzieżą to praca na jutro, nie na dziś.

 

Od młodych wymaga się „Bożego teraz”, co podkreślał Papież Franciszek podczas ŚDM w Panamie. Młodzi mają działać teraz, nie jutro.

Działanie teraz, ale owoce będą jutro. Jak „teraz” zaniedbamy, nie będzie jutra.

 

Podczas jednej z homilii powiedział ksiądz biskup, że istnieje konieczność wychowywania do „samowychowania”. Czym jest samowychowanie?

Nie ma żadnych wątpliwości, że wychowanie wcześniej czy później musi dotrzeć do takiego momentu, w którym o wielu rzeczach decyduję już ja. To ja rzeźbię siebie osobowościowo i ja tworzę czy modyfikuję hierarchię wartości. Proszę zobaczyć, co się dzieje, kiedy mamy przykładowo mężczyznę 25. czy 35-letniego, który nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji bez konsultacji z rodzicami. Gdzieś ta pępowina jest dalej nie odcięta. I oczywiście mama doradzi fantastycznie, ale co będzie, kiedy jej zabraknie? W związku z tym jest potrzeba samokierowania sobą. Szczególnie, że człowiek dorosły to jest człowiek, który nie jest skłonny do tego, by ciągle być sterowanym z zewnątrz. Tak jak każdy chciałby być na swoim, tak każdy chciałby o sobie stanowić i preferować rzeczy, które według niego są ważne.

 

Czy istnieją metody wychowania do “samowychowania”?

Metodą samowychowania jest stawianie konkretnych wymagań. Ważne jest także, aby uczyć prostego podejścia do pewnych kwestii, np. że porażka wcale nie musi być końcem.

Wychowanie do samowychowania to temat rzeka. Natomiast na pewno niezwykle ważne jest, żeby po pierwsze wychowanka nie wyręczać. Po drugie, metodą samowychowania jest stawianie konkretnych wymagań. Po trzecie ważne jest, aby uczyć prostego podejścia do pewnych kwestii, np. że porażka wcale nie musi być końcem, lecz powinna mobilizować; że istnieją inne środki do celu, jeśli te założone okazały się nieskuteczne. O tym wielokrotnie mówił św. Jan Paweł II, to jest niesamowicie ważna sprawa. Mianowicie: możesz więcej, niż ci się wydaje. Kształtowanie prawidłowej samooceny, to jest podstawa. Mamy bardzo dużo dzieci i młodzieży, którzy mają zaniżoną samoocenę dlatego, że wychowywali się w fatalnej atmosferze w domu. I to dojście do samowychowania jest tak naprawdę leczeniem się z ran, które zostały zadane. W takich sytuacjach nie wiadomo czy to samowychowanie istnieje, czy to nie jest ciągle jakaś improwizacja. Najpierw trzeba zrobić jakiś detoks, zmienić sposób myślenia, patrzenia na siebie, a dopiero później stawiać sobie kolejne wymagania. Tak jak wychowanie, samowychowanie jest procesem, który trwa pewnie do końca życia.

 

Czyli „samowychowanie” to pewien etap dojrzałości człowieka?

Tak, na pewno. Czym bardziej skuteczne jest samowychowanie i czym bardziej tworzymy w sobie trwałe cechy osobowości, tym bardziej możemy mówić o wchodzeniu na drogę dojrzałości. Chociaż ciągle zastanawiam się nad tym, czy jest ktoś, kto jest absolutnie dojrzały. Kiedy dochodzi się do pewnego punktu dojrzałości, to ma się świadomość, że można iść dalej. I to jest piękne, bo to oznacza, że człowiek jest twórczy. Ciągle może mieć na siebie pomysł, nawet jak ma 80 lat.

Kiedy dochodzi się do pewnego punktu dojrzałości, to ma się świadomość, że można iść dalej. I to jest piękne, bo to oznacza, że człowiek jest twórczy. Ciągle może mieć na siebie pomysł, nawet jak ma 80 lat.

 

Czy istnieje dojrzałość duchowa?

Na pewno można nazwać dojrzałością duchową taką postawę, w której jesteśmy coraz bliżej Pana Boga; gdy integralnie rozwijamy naszą duchowość, czyli gdy są zaangażowane nie tylko wola i rozum, ale także i emocje. Dojrzałość duchowa jest wtedy, kiedy mam świadomość, że duchowość ma bardzo duży wpływ na moje wybory życiowe; kiedy wcześniej czy później, mam jakiś bardzo intymny kontakt z Panem Bogiem, chociażby na modlitwie, adoracji. Jako ksiądz spotkałem w swoim życiu wielu ludzi młodych, którzy nieraz zawstydzali mnie swoją dojrzałością duchową. Była w nich świeżość, entuzjazm. Była radość z tego, że jest się coraz bliżej Boga. I to jest niesamowicie piękne dla księdza, który „zawodowo” zajmuje się Panem Bogiem i prowadzeniem do Niego innych. Było to z jednej strony zawstydzające, z drugiej mobilizujące, ale przede wszystkim fascynujące, że można popatrzeć na człowieka, który jest 20 lat młodszy, a jest gorliwszy, piękniejszy wewnętrznie. To jest cudne.

 

Jak do tego dążyć?

To pewnie też temat na oddzielną rozmowę. Natomiast myślę, że wypadałoby zacząć od takiego środka, do którego coraz bardziej nie jest przekonany młody człowiek, ale chyba także i my wszyscy. Tym środkiem jest… cisza. Proszę zauważyć, że współczesna cywilizacja zabiła ciszę. Cisza jest przestrzenią, w której – jeśli człowiek się jej nie boi – ma czas na refleksję, warunki do tego, żeby dotrzeć do sacrum i pochylić się nad swoim życiem. Nie chodzi o ciszę rozumianą jako brak dźwięku, bo to można sobie łatwo zapewnić, ale ciszę będącą uspokojeniem swoich emocji. Jeśli docenimy tę ciszę, wtedy jest to czas dla Pana Boga, jest to też czas dla mnie. Czas, aby usiąść, dokonać bilansu: dnia, tygodnia, miesiąca. To jest dobre meblowanie pokoju pod tytułem „duchowość’. W tej ciszy można odnaleźć wiele kwestii, które należy poprawić. Tam jest też miejsce na rachunek sumienia, piękną, gorliwą modlitwę. To jest też miejsce, żeby się wypłakać, jeśli trzeba. We współczesnej pedagogice mówi się też o terapii ciszą, która nie zabija a buduje, uspokaja, wskazuje pewne kierunki. To czas, kiedy człowiek może pomyśleć: mam pomysł na następny miesiąc, czy go nie mam? Na moje bycie mężczyzną, kobietą, mężem, żoną, córką, synem?

 

Zawołanie księdza biskupa brzmi: „Dominus spes mea”, czyli „Pan moją nadzieją”. Nadzieja jest wpisana w “meblowanie” przyszłości człowieka?

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nadzieja umiera ostatnia, bo nadzieja w ogóle nie umiera. Zawsze jest coś więcej za wydarzeniem, które miałoby tę nadzieję zabić. Nadzieja jest czymś, bez czego się nie da żyć. Dlatego, że po pierwsze pochodzi od Boga, który często przychodzi z tą nadzieją przez drugiego człowieka. Po drugie, nadzieja jest motywacją do tego, żeby ciągle walczyć, zwyciężać, cieszyć się “pomimo”. Chcieć żyć i najlepiej wykorzystać to życie. Dla mnie nadzieja, mówiąc językiem młodzieżowym, to jest “power”.

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

bp Janusz Mastalski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
bp Janusz
Mastalski
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >