Nasze projekty

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem - mówi kapelan oddziału onkologii dziecięcej w jednym z polskich szpitali.

Reklama

Poprosiliśmy go o rozmowę w związku z premierą niezwykłej książki “Manuel – mały wojownik Światła” o włoskim chłopcu, który spotkał żywego Jezusa w czasie swojej choroby nowotworowej.

Spotyka się ksiądz na co dzień z dziećmi chorującymi na nowotwory, często bliskimi śmierci. Myśli ksiądz o nich w kategorii małych świętych?

Reklama

Na pewno wielu z tych małych pacjentów jest świętymi. Nie nam jednak osądzać o świętości. Żadna choroba, nawet taka choroba, nie czyni nas automatycznie świętymi. Ale, choć może dziwnie to zabrzmi, może być ona łaską, bez względu na to, jaki jest finał leczenia, jaki jest finał naszego życia, naszej historii tu na ziemi, w jakim czasie się ona kończy.

Często bywa ksiądz zapewne świadkiem reakcji rodziców dziecka na diagnozę, spotyka ich na oddziale…

Reklama

To zawsze jest szok. Zawsze, ilekroć ktoś dowiaduje się, że jego dziecko może być chore onkologicznie, przeżywa szok. Jedni traktują taką diagnozę jak ostateczność, drudzy zadają sobie pytanie “ale o co chodzi?”, jeszcze inni są gotowi walczyć, tak jak się walczy z każdą chorobą. Wciąż brzmią im może w uszach słowa “rak to nie wyrok”, ale jednak coś się w życiu zmienia. Pierwsze godziny, dni na oddziale są burzą emocji, umysłu, odczuć serca, wiary. Pytają: Dlaczego my, dlaczego nas to spotkało, czemu Panie Boże nas dotknąłeś, doświadczyłeś? Smutek, łzy, strach, lęk, szukanie nadziei. A potem kolejny szok, gdy już są na oddziale i widzą, jak tam jest mnóstwo dzieci. Leżą, bawią się, biegają, płaczą, śmieją się, czasem kłócą, jak dzieci mają swoje fochy. Jak to możliwe? Są przy nich rodzice, jedni spięci w sobie, inni zmobilizowani; jedni zamknięci w sobie inni normalnie uśmiechnięci, normalnie rozmawiający, otwarci, wspierający siebie nawzajem. Po jakimś czasie – np. po dwóch, trzech dniach dociera do nich wszystkich ta prawda, że nie są sami, są wśród osób, które tak jak oni zmagają się z chorobą swojego dziecka. Że mogą liczyć na podpowiedź, na pomoc, np. gdy chcą na chwilę odejść od łóżka dziecka albo na zrobienie zrobienie zakupów jeśli  ktoś idzie do sklepu. Nagle dostrzegają, że są w „rodzinie”, w rodzinie, która razem wędruje, zmaga się, walczy.

Właśnie, jaka to jest walka? Jak rodzice do niej podchodzą?

Reklama

To walka na śmierć i życie. Ale ten fakt zwykle do rodziców dociera później, choć zawsze lekarze na bieżąco mówią co i jak. Zawsze jednak liczy się na to, że jednak ta najtrudniejsza sytuacja się nie zdarzy. Taką możliwość odkrywamy właściwie dopiero, gdy dojdzie do odejścia – śmierci jakiegoś dziecka na oddziale. Ale równocześnie odkrywamy też, że są tacy, którzy opuszczają szpital i na oddziale pojawiają się tylko na kontrolę. Że zostali uzdrowieni.

Uzdrowieni?

Tak, choć potocznie mówi się “wyleczeni”, ja wolę mówić “uzdrowieni”, bo działanie lekarzy to przecież działanie uzdrawiające, jeśli na to patrzeć z wiarą. Leczenie to przecież współdziałanie lekarza, który nie jest bogiem, z Panem Bogiem, z Jezusem, prawdziwym Lekarzem ciał i dusz.

Jak reagują rodzice, gdy przypomina im się o tej perspektywie? Jaką rolę pełni w tej rzeczywistości choroby wiara?

Wiara jest potrzebna, ponieważ daje siły do walki. Zależy jednak w co konkretnie wierzymy. Jeśli ktoś mówi po prostu, że “wierzy w Boga”, to co to oznacza? W jakiego Boga wierzy? Jeśli to tylko Bóg jako najwyższa istota, daleka i oderwana od nas,  to pytanie “dlaczego?” stawiane przed Nim wydaje się naturalne. A za takim pytaniem może pojawić się bunt. Jeśli jednak zrobimy krok dalej, pojawia się odkrycie, że Bóg to Osoba, bliska nam, że my jesteśmy Mu bliscy. Wtedy sprawa wygląda już inaczej.

Często spotyka się ksiądz z takimi pretensjami do Boga, z buntem?

Na starcie swojego życia zwykle nie mamy pretensji do Boga. Taka pretensja pojawia się wtedy, gdy już coś osiągnęliśmy, kiedy jesteśmy w pełni rozwoju, sił, i kiedy jeszcze nie dostrzegamy przemijania. Dziś świat podkreśla, że najważniejsze jest to co dzieje się teraz, nie myślimy o konsekwencjach życia, najważniejsze są przyjemności. Przestrzegam jednak przed takim myśleniem, a zwłaszcza przed wychowywaniem dzieci tylko w przyjemnościach. Jak więc w takim świecie trwać w sytuacji choroby, i to takiej choroby? Jak wytrwać? Wielu zadaje sobie pytanie czy można, życie daje odpowiedź można, a nawet dla miłości dzieci trzeba.

No właśnie, tylko jak? Jakich porad udziela ksiądz rodzicom w tej trudnej sytuacji choroby ich dziecka?

Przede wszystkim zachęcam do modlitwy. Może się ona różnie wyrażać: raz wystarczy trwać w takiej modlitwie, jaką mieliśmy dotąd, a czasem trzeba podjąć szturm modlitewny na różne sposoby. Jest to możliwe nawet w tym świecie, który plącze ludzkie ścieżki, w którym ludzie komplikują sobie życie lub inni je im komplikują. Nawet wtedy, gdy pozrywane są mosty sakramentalne. Spotykam wielu ludzi, którzy nawet w takich sytuacjach chwytają się modlitwy, czasem w niezrozumiałej formie, ale płynącej z serca. To jednak najważniejsze. Są wówczas różańce, koronki, adoracje, ciche trwanie, gdy sercem kieruje się myśli do Boga i kiedy rodzi się przedziwna więź między Bogiem i człowiekiem.

Czy ta więź potem trwa, niezależnie od tego, czy dziecko wyzdrowieje, czy też odejdzie do Nieba?

Jak bym chciał aby ona pozostała bez względu na to jak będą się toczyć dalsze losy życia danej rodziny. Czy się uda czy nie, czy będzie uzdrowienie, czy nie. Zawsze przecież pozostajemy ze świadomością, że nasze życie nie zależy od nas albo od innych ludzi. Chrystus zmartwychwstał, aby dać nam nową jakość życia, nowe życie, niezależnie od tego, kiedy przejdziemy przez bramę śmierci. Spotykam wiele dzieci, które w czasie swojej choroby odkrywają w sercach ogromną bliskość Pana Jezusa. To dzieje się nawet u takich, którzy wiekowo nie spełniają jeszcze norm dopuszczenia do Pierwszej Komunii św. One w tej chorobie już jakby osiągają gotowość, pragną szczerze spotkać Jezusa w Eucharystii. Dlatego zachęcam rodziców, aby jeśli to dostrzegą, ubiegali się o możliwość wcześniejszej I Komunii Świętej, aby On już w czasie choroby był dla nich umocnieniem. W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem.

Red. ad/Stacja7


Już dziś, 25 marca, nakładem wydawnictwa Bratni Zew, ukazuje się książka o Manuelu – niezwykłym 10-latku, który przeżył spotkanie z Jezusem w trakcie swojej choroby nowotworowej.

„Najpiękniejsza w naszej przyjaźni jest chwila, kiedy go jem. To tak jakby do mojego wnętrza wpadła bomba łaski i błogosławieństwa, która sprawia, że czuję się lepiej i jestem bezpieczny, bo On kocha mnie o wiele bardziej niż ja jestem w stanie kochać Jego” – mówił Manuel. Odszedł do Domu Ojca w 2010 r. 

Kup książkę w Dobroci.pl – sklepie Stacji7

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite