video-jav.net

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem - mówi kapelan oddziału onkologii dziecięcej w jednym z polskich szpitali.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda
W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem - mówi kapelan oddziału onkologii dziecięcej w jednym z polskich szpitali.

Poprosiliśmy go o rozmowę w związku z premierą niezwykłej książki “Manuel – mały wojownik Światła” o włoskim chłopcu, który spotkał żywego Jezusa w czasie swojej choroby nowotworowej.

 

Spotyka się ksiądz na co dzień z dziećmi chorującymi na nowotwory, często bliskimi śmierci. Myśli ksiądz o nich w kategorii małych świętych?

Na pewno wielu z tych małych pacjentów jest świętymi. Nie nam jednak osądzać o świętości. Żadna choroba, nawet taka choroba, nie czyni nas automatycznie świętymi. Ale, choć może dziwnie to zabrzmi, może być ona łaską, bez względu na to, jaki jest finał leczenia, jaki jest finał naszego życia, naszej historii tu na ziemi, w jakim czasie się ona kończy.

 

Często bywa ksiądz zapewne świadkiem reakcji rodziców dziecka na diagnozę, spotyka ich na oddziale…

To zawsze jest szok. Zawsze, ilekroć ktoś dowiaduje się, że jego dziecko może być chore onkologicznie, przeżywa szok. Jedni traktują taką diagnozę jak ostateczność, drudzy zadają sobie pytanie “ale o co chodzi?”, jeszcze inni są gotowi walczyć, tak jak się walczy z każdą chorobą. Wciąż brzmią im może w uszach słowa “rak to nie wyrok”, ale jednak coś się w życiu zmienia. Pierwsze godziny, dni na oddziale są burzą emocji, umysłu, odczuć serca, wiary. Pytają: Dlaczego my, dlaczego nas to spotkało, czemu Panie Boże nas dotknąłeś, doświadczyłeś? Smutek, łzy, strach, lęk, szukanie nadziei. A potem kolejny szok, gdy już są na oddziale i widzą, jak tam jest mnóstwo dzieci. Leżą, bawią się, biegają, płaczą, śmieją się, czasem kłócą, jak dzieci mają swoje fochy. Jak to możliwe? Są przy nich rodzice, jedni spięci w sobie, inni zmobilizowani; jedni zamknięci w sobie inni normalnie uśmiechnięci, normalnie rozmawiający, otwarci, wspierający siebie nawzajem. Po jakimś czasie – np. po dwóch, trzech dniach dociera do nich wszystkich ta prawda, że nie są sami, są wśród osób, które tak jak oni zmagają się z chorobą swojego dziecka. Że mogą liczyć na podpowiedź, na pomoc, np. gdy chcą na chwilę odejść od łóżka dziecka albo na zrobienie zrobienie zakupów jeśli  ktoś idzie do sklepu. Nagle dostrzegają, że są w „rodzinie”, w rodzinie, która razem wędruje, zmaga się, walczy.

 

Właśnie, jaka to jest walka? Jak rodzice do niej podchodzą?

To walka na śmierć i życie. Ale ten fakt zwykle do rodziców dociera później, choć zawsze lekarze na bieżąco mówią co i jak. Zawsze jednak liczy się na to, że jednak ta najtrudniejsza sytuacja się nie zdarzy. Taką możliwość odkrywamy właściwie dopiero, gdy dojdzie do odejścia – śmierci jakiegoś dziecka na oddziale. Ale równocześnie odkrywamy też, że są tacy, którzy opuszczają szpital i na oddziale pojawiają się tylko na kontrolę. Że zostali uzdrowieni.

 

Uzdrowieni?

Tak, choć potocznie mówi się “wyleczeni”, ja wolę mówić “uzdrowieni”, bo działanie lekarzy to przecież działanie uzdrawiające, jeśli na to patrzeć z wiarą. Leczenie to przecież współdziałanie lekarza, który nie jest bogiem, z Panem Bogiem, z Jezusem, prawdziwym Lekarzem ciał i dusz.

 

Jak reagują rodzice, gdy przypomina im się o tej perspektywie? Jaką rolę pełni w tej rzeczywistości choroby wiara?

Wiara jest potrzebna, ponieważ daje siły do walki. Zależy jednak w co konkretnie wierzymy. Jeśli ktoś mówi po prostu, że “wierzy w Boga”, to co to oznacza? W jakiego Boga wierzy? Jeśli to tylko Bóg jako najwyższa istota, daleka i oderwana od nas,  to pytanie “dlaczego?” stawiane przed Nim wydaje się naturalne. A za takim pytaniem może pojawić się bunt. Jeśli jednak zrobimy krok dalej, pojawia się odkrycie, że Bóg to Osoba, bliska nam, że my jesteśmy Mu bliscy. Wtedy sprawa wygląda już inaczej.

 

Często spotyka się ksiądz z takimi pretensjami do Boga, z buntem?

Na starcie swojego życia zwykle nie mamy pretensji do Boga. Taka pretensja pojawia się wtedy, gdy już coś osiągnęliśmy, kiedy jesteśmy w pełni rozwoju, sił, i kiedy jeszcze nie dostrzegamy przemijania. Dziś świat podkreśla, że najważniejsze jest to co dzieje się teraz, nie myślimy o konsekwencjach życia, najważniejsze są przyjemności. Przestrzegam jednak przed takim myśleniem, a zwłaszcza przed wychowywaniem dzieci tylko w przyjemnościach. Jak więc w takim świecie trwać w sytuacji choroby, i to takiej choroby? Jak wytrwać? Wielu zadaje sobie pytanie czy można, życie daje odpowiedź można, a nawet dla miłości dzieci trzeba.

 

No właśnie, tylko jak? Jakich porad udziela ksiądz rodzicom w tej trudnej sytuacji choroby ich dziecka?

Przede wszystkim zachęcam do modlitwy. Może się ona różnie wyrażać: raz wystarczy trwać w takiej modlitwie, jaką mieliśmy dotąd, a czasem trzeba podjąć szturm modlitewny na różne sposoby. Jest to możliwe nawet w tym świecie, który plącze ludzkie ścieżki, w którym ludzie komplikują sobie życie lub inni je im komplikują. Nawet wtedy, gdy pozrywane są mosty sakramentalne. Spotykam wielu ludzi, którzy nawet w takich sytuacjach chwytają się modlitwy, czasem w niezrozumiałej formie, ale płynącej z serca. To jednak najważniejsze. Są wówczas różańce, koronki, adoracje, ciche trwanie, gdy sercem kieruje się myśli do Boga i kiedy rodzi się przedziwna więź między Bogiem i człowiekiem.

 

Czy ta więź potem trwa, niezależnie od tego, czy dziecko wyzdrowieje, czy też odejdzie do Nieba?

Jak bym chciał aby ona pozostała bez względu na to jak będą się toczyć dalsze losy życia danej rodziny. Czy się uda czy nie, czy będzie uzdrowienie, czy nie. Zawsze przecież pozostajemy ze świadomością, że nasze życie nie zależy od nas albo od innych ludzi. Chrystus zmartwychwstał, aby dać nam nową jakość życia, nowe życie, niezależnie od tego, kiedy przejdziemy przez bramę śmierci. Spotykam wiele dzieci, które w czasie swojej choroby odkrywają w sercach ogromną bliskość Pana Jezusa. To dzieje się nawet u takich, którzy wiekowo nie spełniają jeszcze norm dopuszczenia do Pierwszej Komunii św. One w tej chorobie już jakby osiągają gotowość, pragną szczerze spotkać Jezusa w Eucharystii. Dlatego zachęcam rodziców, aby jeśli to dostrzegą, ubiegali się o możliwość wcześniejszej I Komunii Świętej, aby On już w czasie choroby był dla nich umocnieniem. W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem.

 

Red. ad/Stacja7


Już dziś, 25 marca, nakładem wydawnictwa Bratni Zew, ukazuje się książka o Manuelu – niezwykłym 10-latku, który przeżył spotkanie z Jezusem w trakcie swojej choroby nowotworowej.

„Najpiękniejsza w naszej przyjaźni jest chwila, kiedy go jem. To tak jakby do mojego wnętrza wpadła bomba łaski i błogosławieństwa, która sprawia, że czuję się lepiej i jestem bezpieczny, bo On kocha mnie o wiele bardziej niż ja jestem w stanie kochać Jego” – mówił Manuel. Odszedł do Domu Ojca w 2010 r. 

Kup książkę w Dobroci.pl – sklepie Stacji7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Futbol amerykański. Sport, który nie wyklucza

„Futbol amerykański to dla wielu ludzi nauka tego jak żyć. Jak pracować w grupie. Jak się nie poddawać. Jak być wytrwałym. To jest misja, ale też na końcu radość z tego, że cię doceniają. Doceniają to, co zrobiłeś.”

Piotr Morko
Piotr
Morko
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Futbol amerykański. Sport, który nie wyklucza
„Futbol amerykański to dla wielu ludzi nauka tego jak żyć. Jak pracować w grupie. Jak się nie poddawać. Jak być wytrwałym. To jest misja, ale też na końcu radość z tego, że cię doceniają. Doceniają to, co zrobiłeś.”

Z Piotrem Morko – prezesem klubu Lowlanders, czyli białostockiej drużyny futbolu amerykańskiego, rozmawia Aneta Liberacka.

 

Aneta Liberacka: Jak się ma futbol amerykański w Polsce?

Piotr Morko: Historia futbolu amerykańskiego w Polsce liczy około 15 lat. Klubów, które występowały w rozgrywkach było na początku dosłownie kilka. Teraz także jest to niszowa dyscyplina, która jednak rozrasta się z roku na rok. W 2012 roku na Stadionie Narodowym po organizowanym Euro 2012, odbył się finał Mistrzostw Polski. Było dużo kibiców. Wtedy nastąpił bardzo dynamiczny rozwój sportowy, który jednak niekoniecznie wiązał się z rozwojem organizacyjnym. Do tego muszą być pieniądze. Jeśli brakuje pieniędzy i sponsorów, to brakuje także możliwości, drużyny się rozpadają. Nasi zawodnicy, którzy zaczynali przygodę z futbolem 11 lat temu, uczyli się gry z Internetu, z gier, czerpali wiedzę z forów internetowych. Nie każdy klub było stać na to, żeby zatrudnić profesjonalnych trenerów czy zawodników z zagranicy.

 

Zauważyłam, że dużo jest w tym sporcie zasad, ustawiania, planów, dla mnie to bardzo trudne do ogarnięcia. Miałam okazję zobaczyć trening i wydaje się, że to był bardziej wykład niż ćwiczenia. Chyba nie w każdym sporcie jest tak dużo intelektualnych zasad do opanowania. Na czym dokładnie polega taki trening?

Tutaj nawet jeśli dziesięciu zrobi coś dobrze, a jeden zepsuje, to już powoduje, że nie mamy skutecznej akcji i nie może się to zakończyć zdobyciem punktów

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, oglądając choćby mecz piłki nożnej, że tam też są zasady taktyczne. Wszystko jest rozpisywane na tablicach przed meczami. Jednak my jako kibice oceniamy zazwyczaj to, czy ktoś strzeli bramkę lub czy ktoś dobrze podał. Gdy zaczynałem trenować futbol, dostałem taką „cegłę-podręcznik”, zawierający wszystkie zagrywki, różne ustawienia, zasady taktyczne i dopiero wtedy dostrzegłem, że to nie jest sport dla głupich ludzi. Może to tak dziwnie brzmi „dla głupich”, ale bardzo dużo jest tu rzeczy, które trzeba poznać. Bardzo wiele trzeba się nauczyć. Dla przykładu – kiedy na boisku mamy akcję ofensywną albo defensywną, to każdy z zawodników (a jest ich 11) ma swoje zadanie do wykonania. Nie jest tak jak w piłce nożnej, gdzie jest taki wirtuoz jak Messi czy Ronaldo, który wiadomo, że coś strzeli. Tutaj nawet jeśli dziesięciu zrobi coś dobrze, a jeden zepsuje, to już powoduje, że nie mamy skutecznej akcji i nie może się to zakończyć zdobyciem punktów.

 

Czyli trening tak naprawdę zaczyna się od wykładu?

Tak, ta praca to tak naprawdę praca indywidualna do „odrobienia” w domu oraz na meetingach przed treningiem. Boisko to już sprawdzian z tego, co wiemy i umiemy. Do tego też trzeba się przygotować. To jest masa pracy indywidualnej. Wiadomo, trener nie będzie siedział z każdym i uczył jak na prywatnych lekcjach. Każdy dostaje porcję wiedzy, którą musi przyswoić. Na kolejnym treningu ta wiedza jest już wymagana. To jest bardzo odpowiedzialne zadanie – w drużynie jest 50 czy 60 zawodników, a nie każdy może być trzy razy w tygodniu na treningu. Ta odpowiedzialność polega na tym, że na następne zajęcia musisz umieć to, czego się nie nauczyłeś z powodu swojej nieobecności. To powoduje, że ludzie się motywują i sobie pomagają. Nie jesteśmy profesjonalną ligą. Nasz trener wywodzi się z obecnych mistrzów college’ów w USA. Tam liga uniwersytecka jest na bardzo wysokim poziomie – trzy treningi dziennie, wszystko jest podporządkowane pod futbol. Wszyscy są skupieni tylko na nim, a szkoła i cała reszta jest dodatkiem. U nas jest na odwrót – praca, dom, rodzina, wszyscy mają jakieś zajęcia, a to futbol jest dodatkiem.

Tak naprawdę nasza liga futbolu amerykańskiego funkcjonuje dopiero drugi rok. Był rozłam w lidze. Pewne kluby odeszły ze starej organizacji z różnych powodów. Teraz budujemy na nowo. Zostawiliśmy pewne problemy. Zjednoczyło się też środowisko futbolu – było około 20 klubów, teraz mamy około 30. Budujemy to marketingowo i organizacyjnie. Jest to sport niszowy i musimy budować wokół niego całą otoczkę.

 

fot. Maffoto / Lowlanders Białystok

 

Jest to praca nie tylko na boisku, ale też organizacyjna, żeby się przebić. Trzeba dużo determinacji, żeby te kluby w ogóle powstawały.

Oczywiście, ja też łączę obowiązki z życiem rodzinnym, prywatnym, zawodowym. Dzielimy te obowiązki też pośród innych członków drużyny, czy członków zarządu. Nie stać nas obecnie na to, żeby mieć etat w drużynie i tylko na tym się skupiać. Nie było na to funduszy. Klub Panthers Wrocław, najsilniejszy z naszych rywali, ale też jeden z lepszych klubów w Europie, jest troszkę na innym poziomie organizacyjnym. Mają większe wsparcie sponsorskie. Mogą sobie pozwolić na to, by te struktury budować w oparciu o klub i tylko tym się zajmować. U nas to wygląda inaczej. To jest dodatek.

 

Czyli dużo trudniej o motywację zawodników? Z czego to wynika, że ci wszyscy chłopcy przychodzą tutaj i chcą trenować? Nie ściągają ich pieniądze, sława, to nie ta motywacja.

Razem się walczy i razem zdobywa Mistrzostwo Polski. Sukces jednoczy

Przez to może jest łatwiej. Mimo tego, że jest biednie, ludzie się bardziej jednoczą. Nie ma pieniędzy, nie ma rywalizacji, nie ma zazdrości. Ludzi łączy pasja. Ja jestem w klubie czwarty rok. Jest dużo takich przyjaźni, które są wśród zawodników od początku istnienia klubu. Z racji tego, że jest nas dużo, są różne „grupki” – mniejsze czy większe. Ale summa summarum, jesteśmy jedną wielką rodziną. Wszystkie wyjazdy na mecze wiążą się ze spędzeniem ze sobą całego weekendu. Siedem godzin jedzie się do Wrocławia na mecz, potem się wraca. Razem się walczy i razem zdobywa Mistrzostwo Polski. Sukces też jednoczy. To widać także na co dzień – jeśli kogoś nie ma na treningu, od razu ktoś dzwoni, dopytuje dlaczego go nie ma, czy wszystko w porządku. Zawodnicy są różni – jedni są bardziej nieśmiali, inni bardziej przebojowi, niektórzy bardziej cisi, spokojni, stonowani. Są tacy, którzy trzymają porządek w drużynie. To jest mieszanka dość… wybuchowa. Choć nie przypominam sobie, żeby zdarzały się nam jakieś kłótnie.

 

To są silni faceci, więc taka kłótnia mogłaby się źle skończyć.

Tak, ale to też charakterologicznie silni faceci. I zdarzały się niekiedy przepychanki, jak to czasem jest w ferworze walki na boisku. Jest atak, obrona, zawodnicy docinają sobie, czasami żartują. Widać walkę, ale to jest też rywalizacja, która ich ze sobą łączy. Potem jednak schodzą z boiska i już nie ma między nimi takich animozji. To jest fajne. Była taka sytuacja, że każdy półfinał przegrywaliśmy z zespołem z Gdyni i baliśmy się, że po czwartym przegranym półfinale zejdzie powietrze z drużyny i zawodnicy nie będą chcieli wrócić na kolejny sezon.

 

I co zrobiliście, żeby nie odeszli?

Powiem szczerze, że nie wiem co się stało, bo ludzie nie zrezygnowali. To był nasz początek jako nowego zarządu w drużynie. Chyba zobaczyli też nasze zaangażowanie i chęć udowodnienia, że jednak możemy coś zrobić. Przyszło do nas paru dobrych zawodników z Warszawy, zaczęliśmy budować drużynę w trochę inny sposób. Zawodnicy widzą, że podchodzimy do tego z sercem. Wyznaję taką zasadę, że trzeba dać przykład z góry. Kiedyś pojawiały się głupie teksty, docinki czy nawet brak szacunku. To też się zdarza, ale skądś też bierze się takie zachowanie. Podstawą jest to, że zaczęliśmy się szanować. Nie ważne co się dzieje, to staramy się, pracujemy dla nich. Oni widzą, że my robimy to dla nich, nie dla siebie. Nie szukamy dla siebie chwały ani splendoru, nagród i pieniędzy. Idziemy tylko i wyłącznie po to, żeby im było lżej i lepiej. To są takie drobnostki typu zapewnienie partnera, który dostarcza wodę na treningi. Wcześniej tego nie było, zawodnicy sami musieli kupować sobie wodę na trening. To są detale, ale to jednak coś robionego dla nich. Widzą to i doceniają. Drużyna to także ich wzajemnie relacje. Zawodnicy mają także fora drużynowe. Jest tam około stu osób. Jeśli ktoś napisze post na grupie czy skomentuje, to też czasami zwraca mu się uwagę, że żart nie był na miejscu. Nie każdy ma taką samą odporność psychiczną, nie każdy ten żart rozumie. Są tacy, którzy żartują w taki sposób, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać (śmiech). Szanujemy każdego, każdy jest ważny, pomimo że czyjeś żarty są poniżej krytyki.

 

fot. Interception / Lowlanders Białystok

 

Macie jakiegoś coacha, mentalnego trenera?

Nie. Ostatnio klub Panthers zatrudnił mentalnego trenera. My jesteśmy trochę poza tym. Zazwyczaj większość zawodników z klubów w innych dyscyplinach pochodzi z wielu miast. U nas 90% drużyny stanowią zawodnicy z Białegostoku albo z regionu. Ta tożsamość ludzi też jest istotna. Każdy region ma inne cechy charakterologiczne. Inni są Krakowianie, inni Warszawianie, inni są Wrocławianie. U nas ludzie są otwarci, niektórzy się śmieją, że u nas to „zawsze imprezują” (śmiech). Coś w tym jest, że ludzie ze wschodu są jednak bardziej otwarci na innych.

 

Czyli to jest taka cecha, białostockich piłkarzy, futbolistów ze wschodu?

Myślę, że tak. Możemy od nich żądać profesjonalnego podejścia do treningów czy uczęszczania na treningi. Jednak nie powiemy: „nie zapłacimy wam pieniędzy”. Nie mamy tych pieniędzy, więc ciężko tutaj jest czegoś zabronić.

 

Też Was może łączyć tożsamość regionu. Skoro wszyscy są stąd, grają w drużynie z Białegostoku. Jest to taki lokalny patriotyzm?

Jest coś takiego. Łatwiej wtedy rozmawiać ze sponsorami. My jesteśmy stąd i jesteśmy z tego dumni. Futbol amerykański, a w autokarze po meczu – disco polo.

 

Amerykański futbol w wydaniu polskim.

Tak, można się z tego śmiać, ale po co się oszukiwać. U nas w regionie słucha się disco polo, więc czego mamy się wstydzić? Wygraliśmy kiedyś mecz w Tychach, pod stadionem disco polo leciało z głośników. Dla kogoś może się to wydać śmieszne, ale z drugiej strony my się tego nie wstydzimy.

 

To jest Polska. Tacy są ci ludzie i po prostu w ten sposób przeżywają radość.

Dokładnie w taki sposób. Mogę podać przykład. W drodze do Wyszkowa kupiliśmy gitarę. Potem przez cały sezon jeździła z nami w autokarze. Mamy osoby w zespole, które na niej grają. Jak możemy zabronić świętowania po wygranym meczu? Pośpiewają, pograją na gitarze. To też jest dla nich. Sport jest sportem, ale czas spędzony w autokarze wprowadza trochę koniecznego luzu. Jest czas na pracę, jest też czas na zabawę.

 

Ta praca przekłada się na życie? Teraz jest trochę tak, że ludzie nie chcą się angażować w takie pasje, które wymagają wysiłku. Zawodnicy czują, że to im da jakąś energię, że to pomaga im w życiu prywatnym czy zawodowym?

Oprócz nakładów energii jeszcze są nakłady… finansowe. Trzeba kupić buty, cały sprzęt sportowy. Nie wszystko sponsoruje klub. Wiele trzeba poświęcić od siebie. I powiem szczerze, że widzimy w tej sytuacji najbardziej różnicę pokoleń. Ci, którzy wychowali się w warunkach, w których nie mieli super szatni, przebierali się gdzieś w samochodach, inaczej to doceniają niż osoby, które przychodzą teraz, są młode i uważają, że im się wszystko należy. Po prostu nie są w stanie wiele poświęcić. Mają mnóstwo wymówek – to szkoła, to klasówka, to praca… My wszystko rozumiemy, tylko jeśli takie wymówki słyszy się przez dwa lub trzy lata, to w pewnym momencie pytasz: „to jak ty sobie radzisz w życiu?”. To może być naprawdę ciężkie, mając żonę, mając dziewczynę, mając pracę. Nasi zawodnicy mają różne prace. Ten kto chce, jest to wszystko w stanie ułożyć, żeby ze sobą współgrało.

 

Widać aż taką różnicę pokoleniową?

Widać. Szczególnie patrząc na młodych zawodników. Nie każdy jest skory do poświęceń. Szybciej szukają „szkolnych” wymówek. Tutaj spóźnił się autobus, a jutro jest klasówka. Jeśli chodzi o juniorów, mamy z nimi pracę u podstaw. Tłumaczymy im, że klasówka to nie jest wymówka. Największy problem jest gdy zawodnicy mają matury. Ja jeszcze uczyłem się w czteroletnim liceum. Teraz pierwszy rok jest luźny, drugi rok jest taki niby w porządku, a zaraz trzecia klasa i już jest matura. I oni nagle: „O Jezu, matura, studia, co tu teraz zrobić?”. A mam jeszcze treningi. A ja mówię: „czym to się różni, że masz treningi? Myślisz, że jak nie będziesz chodził na treningi, to będziesz się uczył więcej do matury?”. Ale to jest tylko wymówka, która powoduje, że tłumaczymy sobie że jest OK, bo zrezygnowaliśmy z czegoś, co sprawiało mi przyjemność kosztem nauki. Ale to się ostatecznie w ogóle nie przekłada na naukę. Rodzice też to widzą. Mam z nimi świetny kontakt i często im tłumaczę, że przecież zaraz pójdą na studia i to będzie dorosłe życie, w którym nie będzie już zwolnienia od mamy.

 

fot. Maffoto / Lowlanders Białystok

 

Myślę, że to jest potrzebne. Im więcej będzie takich drużyn, tym bardziej będą zrzeszały mężczyzn do wyznaczania celu. Do robienia w życiu czegoś więcej niż takie minimum. To jest przydatne. Coś takiego widzę w takiej drużynie.

Często mówię starszym zawodnikom, żeby nie dawali forów juniorom. Oni są dla nich przykładem. Podam przykład – Damian pracuje osiem godzin dziennie, ma dziecko w domu, ma żonę, ma jeszcze siłownię i nigdy nie marudzi, że nie ma czasu. Jak nie może przyjść, to nie może przyjść. Wtedy pytam młodszych: „a ty, jaką masz wymówkę? Mama zrobiła ci obiad, masz w szkole parę lekcji. Co masz takiego, co możesz mi to wytłumaczyć racjonalnie? Jaka jest różnica, że on nie płacze, a ty tak?”. Liczę, że ci młodsi, będąc razem ze starszymi, mogą tak naprawdę popatrzeć jak to jest w prawdziwym życiu. Wyciągnąć dobre wnioski z takiej lekcji i stać się mężczyznami. Odpowiedzialnymi mężczyznami.

 

Brzmi jak przygotowanie do odpowiedzialnego życia…

Bo tak jest. Fajnie jest być chłopcem, ale w pewnym momencie się okazuje, że zderzenie z rzeczywistością jest brutalne i trzeba nagle coś robić. Wielokrotnie miałem telefony od tych, którzy chcieli rezygnować. Rzadko mi się zdarza, żebym kogoś nie przekonał. Oni po prostu nie mają argumentów. Takich prawdziwych argumentów. Nie takich: „mam maturę i nie będę grał teraz w futbol, ale obiecuję, że za rok wrócę”. Ja mówię: „Nie, nie wrócisz za rok. Jeżeli chcesz to spróbuj się zmierzyć z tym problemem teraz. Dwa lata nic nie robiłeś w szkole, to teraz w ciągu dwóch miesięcy Einsteinem nie będziesz. Możesz jedynie spróbować to wszystko pogodzić. Tym bardziej, że jeśli teraz to pogodzisz, będzie ci łatwiej nawet na studiach.” Futbol to dla wielu ludzi nauka tego jak żyć, jak pracować w grupie, jak się nie poddawać. Jak być wytrwałym. To też jest misja. To jest super, kiedy widzisz radość tych osób, kiedy ci dziękują. Doceniają to, co zrobiłeś. A rzadko kiedy ktoś cię pochwali w innych sytuacjach życiowych.

 

Sukces sprawia, że człowiek się czuje doceniony, wygrany.

Najfajniejsze jest to, że doceniają to obcy ludzie. Ludzie, z którymi nie masz kontaktu. Poklepią cię po plecach, albo powiedzą „super robota”. To jest najfajniejsze.

 

Dlaczego warto – będąc młodym chłopakiem – przyjść i zacząć trenować futbol amerykański?

To jest sport dla każdego. Nikogo nie wyklucza. Futbol amerykański tak naprawdę uczy tolerancji i niweluje wszelkie kompleksy

To jest sport dla każdego, sport, który nie wyklucza. Często się śmiejemy, że to jest dyscyplina dla – powiem tak brutalnie – wykluczonych sportowo. Może dziwnie to brzmi, ale tak trochę jest. Dlaczego wykluczonych? Większość młodych ludzi, trenuje piłkę nożną, ręczną, koszykówkę. Docierasz do pewnego poziomu i nie jesteś w stanie tego poziomu przeskoczyć. Nie poświęcisz nauki – wiadomo, rodzice nie pozwalają. Nie będziesz nagle drugim Messim. Ciężko się przebić. To są sporty bardzo konkurencyjne, jest bardzo wielu zawodników, którzy uprawiają te dyscypliny. Futbol tak naprawdę uczy tolerancji – przychodzą chłopcy, jeszcze dzieci, zakompleksieni bo są niscy, grubi, niektórzy szczupli, chudzi i wysocy. Ten sport te kompleksy niweluje. Widzą siebie w grupie różnych osób i okazuje się, że jest 30 chłopaków, z których każdy znajdzie swoje miejsce na boisku. Okazuje się, że każdy jest ważny, jest potrzebny i dokładnie z taką fizycznością jaką ma, pasuje do tego miejsca. I tu nie ma tak, że się mówi „gruby na bramkę”, albo „ty nie grasz, bo jesteś za wolny”.

 

Każdy ma swoje zadania w zależności od tego jak jest zbudowany.

Mamy tutaj czasem „dużych” chłopaków 16-latków czy 17-latków, po 190 cm wzrostu, 130 kg wagi. Na lekcjach wychowania fizycznego nie są najlepsi, ale tutaj są gwiazdami

Tak. Mamy tutaj takich „dużych” chłopaków 16-latków czy 17-latków. Tacy po 190 cm wzrostu, 130 kg wagi. Może właśnie na lekcjach wychowania fizycznego nie są najlepsi w piłkę nożną, ale tutaj są gwiazdami. Odnajdują się, są tolerowani. Z tego jestem dumny. Lubię patrzeć jakie mają relacje między sobą, jakie utworzyły się przyjaźnie. To jest cenne. To właśnie sprawia mi wielką przyjemność. To, że ci chłopcy poza boiskiem również są drużyną. Warto tu przyjść, ponieważ ten sport nigdy nie wykluczy, no chyba, że ktoś naprawdę ma jakieś problemy z podstawowymi ćwiczeniami. Uważam, że taki 15-latek, który jest chudy, nigdy sportu poważnie nie uprawiał, być może za trzy lata stanie się mężczyzną i będzie wartościową osobą na boisku. Polecam ten sport każdemu.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Piotr Morko

Piotr Morko

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl "Rozmowy z Janem Pawłem II" oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr Morko
Piotr
Morko
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Share via