ROZMOWY

Smarzowski: tylko miłość może zrównoważyć okrucieństwo

„To jest film skierowany przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Na pewno nie jest wymierzony przeciwko Ukraińcom” - mówił w RMF FM Wojciech Smarzowski o swoim najnowszym filmie, "Wołyniu". Podkreśla, jak ważny jest przedstawiony wątek miłości Polki i Ukraińca: "wiedziałem, że tylko takie uczucie może zrównoważyć okrucieństwo, o którym również opowiada ten film”

Katarzyna
Sobiechowska-Szuchta
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Wojciechem Smarzowskim rozmawia Katarzyna Sobiechowska-Szuchta (RMF FM)

 

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta, RMF FM: Jakie jest główne przesłanie tego filmu?

Wojciech Smarzowski: To jest film, który jest skierowany przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Na pewno nie jest wymierzony przeciwko Ukraińcom. Pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm, do czego może być zdolny człowiek, kiedy się go wyposaży w taką ideologię i kiedy da się jeszcze przyzwolenie na zabijanie.

 

Czy był taki moment w trakcie pracy – film powstawał dosyć długo, ponad 4 lata – że pomyślał pan sobie: nie dokończę tego filmu, nie zrobię go?

Był taki moment. To było tuż przed tym, jak pokazałem się w internecie na naszej stronie i prosiłem ludzi o wsparcie finansowe. To wynikało oczywiście z desperacji. Byliśmy już bardzo zaawansowani w zdjęciach, wiele osób mi zaufało. Po prostu nie miałem wyjścia. Szukaliśmy pieniędzy wszędzie poza Rosją, ale to był akt desperacji.

 

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_0222-1024x512

Zdjęcia z planu filmu “Wołyń” | fot. Krzysztof Wiktor

 

Nikt nie naciskał, nie pytał: “Po co panu taki film? Nie rób go, po co wsadzasz kij w mrowisko?”

No owszem, pytali mnie, ale to się tylko przełożyło na to tak naprawdę, że część koproducentów wycofała się przed naszymi zdjęciami. To też wpłynęło na to, że mieliśmy lukę finansową. Jak ja już postanowiłem, że robię ten film to ja już jestem zaprogramowaną maszyną – już mnie specjalnie nie interesowało, co mówili ludzie.

 

Mottem tego filmu jest zdanie, które pojawia się na samym początku – słowa Jana Zalewskiego, że ludzie z Wołynia zostali zamordowani właściwie dwa razy: raz siekierą, a raz przez to, że my to przemilczeliśmy. Kresowiacy byli ważnymi konsultantami? Jak ważnymi w pana filmie?

To ciekawe, zaraz na to odpowiem. Oczywiście w tym filmie chodzi o pamięć, nie o zemstę. To jest ważne i dlatego jest ten cytat. Czy Kresowiacy byli konsultantami – na pewno, dlatego że przeczytałem bardzo dużo książek i bardzo dużo relacji, wiec silą rzeczy od razu w ten świat wszedłem. Myślę, że najważniejszym konsultantem był Stanisław Srokowski, który jest autorem opowiadań “Nienawiść”. Przeczytałem wiele książek, ale ta była dla mnie, po prostu jakoś bardzo mocno ją przeżyłem. To wynika stąd, że ona jest pisana z perspektywy dziecka i ta naiwność postrzegania świata w zderzeniu z tym okrucieństwem jest bardzo mocna i bardzo filmowa. Kiedy przeczytałem tę książkę to od razu pojechałem do pana Srokowskiego. Okazało się, że moja wiedza jest bardzo chaotyczna. On był moim pierwszym nauczycielem.

 

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_6484-1024x512

Zdjęcie z planu filmu “Wołyń” | fot. Krzysztof Wiktor / Film It

 

Wspominał pan o tym, że chciałby, żeby ten film był mostem, a nie murem. Mam wrażenie po obejrzeniu tego filmu, że on zaboli Ukraińców na pewno, ale zaboli także Polaków, zaboli Niemców i zaboli Żydów.

No tak, ale nigdy mnie nie interesowało kręcenie historii biało-czarnych, prawda? Dla mnie ten świat przedstawiony musi być złożony i odpowiednio pokomplikowany. Tylko, że rzeczywiście w tym przypadku miałem oczywiście od początku świadomość, że to jest jakiś no… mega delikatny temat i trzeba bardzo precyzyjnie wszystkie akcenty rozłożyć. Właśnie to chyba wszystko się sprowadza do rozłożenia akcentów, do proporcji: bo Ukraińcy też nie zaprzeczają, że doszło do mordów. Tylko, że dla nich raczej to jest pół na pół i w tym samym czasie, jest taki znak równości miedzy ilością ofiar, a także znak równości pomiędzy atakiem, rzezią a odwetem i zemstą. Więc ten film rozłożył te akcenty trochę inaczej oczywiście.

 

Musi mieć pan świadomość tego, że dla wielu osób, dla wielu widzów, ten film będzie pierwszym zetknięciem się tak na prawdę z tematem Wołynia. Sam pan powołuje się na badania, że połowa ludzi w ogóle nie wie, co tam się zdarzyło, a duża część wie, ale źle. Ma pan tego świadomość? I jak dużą? Czy czuje pan jakąś odpowiedzialność za to, że ten film dla wielu będzie właśnie takim pierwszym kontaktem?

Tak. Wiedziałem to. Mam taką świadomość. Mam nadzieję, że ludzie po wyjściu z kina wzruszą się, wrócą do domu, przytulą swoje dzieci, popatrzą inaczej na otaczającą ich rzeczywistość – z jakiejś innej perspektywy, ale też właśnie, że otworzą odpowiednie książki, że będą mieli ochotę, czas, żeby się czegoś dowiedzieć o tej historii. To jest jedno z zadań, chociaż nie zrobiłem filmu na zadanie.

 

 

Nie zrobił pan filmu na zadanie, to nie jest film czarno-biały, to nie jest film tylko i wyłącznie o rzezi wołyńskiej. Bo jest to również, co warto podkreślić, bo nie wiem czy ktoś pana o to pytał, być może tak – że jest to po prostu piękna historia o miłości, o czekaniu, o niespełnionej miłości w bardzo trudnych, bardzo nieludzkich czasach.

No właśnie, jak ja się cieszę, że pani to powiedziała, bo wszyscy mnie o tę historię pytają, a to jest bardzo ważna część filmu – ta cała niespełniona miłość Polki do Ukraińca. Już od razu, kiedy zacząłem myśleć o tej historii to wiedziałem, że tylko takie uczucie może zrównoważyć to okrucieństwo, o którym również opowiada ten film. Więc to jest bardzo ważna część.

 

Mówi pan o tym, że to jest film przeciwko nacjonalizmowi. Myśli pan, że jest jakaś szansa na nowe otwarcie? Bo to chyba musi być nowe otwarcie – mam na myśli i Polaków, i Ukraińców?

Wierzę, że tak jest. Może to jest takie dość naiwne kombinowanie, ale tak. Myślę, że kiedy opadną te pierwsze emocje, bo one będą, to może potem jeszcze raz spotkają się historycy i z polskiej strony, i ukraińskiej i przepracują ten temat, czyli zderzą dowody, które są po jednej, po drugiej stronie, dokonają ekshumacji. Oni pewnie potrzebują mnóstwo czasu, ale później może pojawi się komunikat, który potem zostanie przedrukowany, przekopiowany do podręczników szkolnych i w Polsce, i na Ukrainie.

 

Może wystarczyłoby czasem, żeby zaczęli od lektury takiej właśnie książki, takich opowiadań, o których pan wspomniał, czyli o “Nienawiści” Stanisława Srokowskiego. To jest, tak jak pan wspomniał, opowiadane z perspektywy dziecka i o dzieci chciałam zapytać. Wspominał pan, że to był bardzo trudny proces przeprowadzania dzieci przez cala tę historię, bo dzieci są jednymi z głównych bohaterów tej opowieści. Jak pan je ochraniał?

Po pierwsze trzeba powiedzieć o tym, że z każdym dzieckiem trzeba było postępować inaczej, bo zależało to troszkę od ich wrażliwości, ale przede wszystkim od ich wieku. Mieliśmy opiekę psychologiczną. Jak się ma naście lat to na pewne pytania trzeba odpowiadać. Ale jak się ma 2-3 lata no to trzeba oswoić, jakbym mógł tak to nazwać. No więc nasz Wiktor, który był z nami bardzo długo – odtwórca roli Jaśka, tego dorosłego Jaśka, on się bawił na planie, bawił się w charakteryzacji; widział jak sztuczna krew jest kładziona na ludzi, bawił się w tych odlewach silikonowych. Dla niego bardzo szybko to przestały być jakieś okropne rzeczy, to po prostu była przestrzeń do zabawy. Potem, kiedy ona została przeniesiona przed kamerę i ten Wiktor też, no to jakoś bezboleśnie to przeszło. No ale chyba trzeba zapytać rodziców. Bo może ja tak to sobie wyobrażam, a w rzeczywistości może jakoś tam odchorował. Myślę, że jest w porządku.

 

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_7710-1024x512

Zdjęcie z planu filmu “Wołyń” | fot. Krzysztof Wiktor / Film It

 

A aktorzy ukraińscy? Spotkał się pan np. z odmową? Że ktoś powiedział “nie będę grał w takim filmie”?

Tak. Paru aktorów nam odmówiło, poszła taka plotka, że my ten film robimy za pieniądze rosyjskie, co jest nieprawdą. Kilku się wycofało, a kilku prawdopodobnie w ogóle odmówiło przyjścia na castingi – o tym nie wiem, ale tak na pewno było.

 

Muzyka jest, moim zdaniem, jednym z bohaterów tego filmu. To jest zarówno muzyka ludowa, która wprowadza widza w cały ten świat tak, żeby on mógł pójść za tą historią wołyńską, ale też muzyka skomponowana przez Mikołaja Trzaskę, który z panem pracuje. Jak ona uzupełniała ten obraz?

Ja mam tak, że pracuję z ludźmi, którzy są filmowcami – dostają scenariusz i oni uczestniczą we wszystkich etapach powstawania filmu. Tak samo Mikołaj, już od początku, kiedy przeczytał scenariusz, wiedział, że musi znaleźć odpowiednie instrumenty, że musi zrobić muzykę z epoki. Szybko nastąpił ten podział, że część weselna jest potraktowana inaczej niż ta druga cześć filmu. Cały czas rozmawiamy o tym, co ilustruje stan bohatera, a co jest taką ilustracją, żeby łagodniej się oglądało. Więc zrezygnowaliśmy zupełnie z takich ilustracji, żeby się łagodniej oglądało. Tylko i wyłącznie interesują nas stany, emocje, w jakich znajdują się postaci w danych momencie.

 

Bardzo panu dziękuję za ten film jako widz i jako wnuczka Kresowiaczki. Jeśli będziemy o tym filmie mówić jako o obrazie dot. tragedii na Wołyniu, ale również o pięknym filmie o miłości, to będzie pan zadowolony?

Ja jestem. No pani to przepięknie powiedziała, a tu wszyscy zawsze mnie pytają. Ja już mam taką łatkę, że Smarzowski – siekiera, a jeszcze Wołyń, no to będzie jatka do kwadratu. A tymczasem to jest naprawdę historia o miłości. Bardzo się cieszę, że pani to powiedziała.

 


Materiał dzięki współpracy z radiem RMF FM

rmf24


Katarzyna Sobiechowska-Szuchta

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Katarzyna
Sobiechowska-Szuchta
zobacz artykuly tego autora >

Roman Zając: Biblii nie można się bać

Biblia jest księgą świętą, ale to nie znaczy, że mamy się bać ją wziąć, aby jej nie sprofanować – mówi w rozmowie z KAI Roman Zając. Lubelski biblista i demonolog opowiada o swojej miłości do Pisma Świętego, której owocem jest jego najnowsze wprowadzenie do Pisma Świętego „Biblia. Początek”. Książka ukazała się nakładem Stacji7 i wydawnictwa „Znak”

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Michał Plewka, KAI: O Biblii mówi się bardzo dużo i wiele książek na jej temat zostało już napisanych. Czy przypadkiem nie powiedziano o niej wszystkiego co było możliwe? Jak pańska najnowsza książka „Biblia. Początek” wpisuje się w cały ten księgozbiór?

Roman Zając, biblista: Miałem wątpliwości, czy jest sens pisania książki wprowadzającej w Biblię. Rzeczywiście takich książek jest bardzo dużo i są one dobre. Kiedy zaproponowano mi napisanie takiego przystępnego wprowadzenia do Pisma Świętego od początku wiedziałem, że nie można mnożyć bytów. Dlatego jest ono napisane w lekkiej formie i przystępnym językiem, tak aby czytelnik bombardowany przez otaczającą go współczesną popkulturę, mógł z niego skorzystać i odnaleźć w nim interesujące go treści.

 

KAI: W jaki sposób próbuje pan zainteresować swojego czytelnika Pismem Świętym?

– W książce znajduje się wiele odniesień do kultury popularnej, na przykład filmów Monty Pytona, czy Quentina Tarantino. Ale jest to też moja najbardziej osobista książka, bo uważam, że do czytelników bardziej niż moralizatorstwo, przemawia osobiste świadectwo. Znajdują się w niej moje osobiste przemyślenia, czy przeżycia, a nawet anegdoty, jakie kiedyś mi się w życiu przytrafiły. Chcę pokazać, czym dla mnie jest Biblia i jak moja przygoda z Biblią się zaczęła.

Pismo Święte ciągle jest zagadką. Młodzi ludzie zadają dzisiaj na jej temat wiele pytań, np. w jakim języku była pisana Biblia, czy Pan Jezus był poliglotą, w jakim języku rozmawiał z Mojżeszem? W tej książce staram się na takie proste pytania odpowiedzieć. Liczę, że stanie się ona dla czytelników początkiem przygody z Pismem Świętym.

 

tarantino

 

KAI: Nie obawia się Pan, że dla niektórych takie nawiązania do popkultury w przypadku Biblii będę obrazoburcze?

Biblia jest księgą świętą, ale to nie znaczy, że mamy się bać ją wziąć, aby jej nie sprofanować. Przez niektórych katolików Pismo Święte jest postrzegane jako coś tak świętego, że czytanie go zostawiają księżom, bądź teologom, a sami choć mają je w domu, to nawet do niego nie zaglądają. A przecież słowo Boże nie jest po to, aby kurzyło się na półce, ale żeby nim żyć na co dzień.

Pan Jezus mówił prostym i obrazowym językiem, czego przykładem są na przykład przypowieści. W ogóle cała Biblia porusza nie tylko bardzo ważne kwestie związane ze zbawieniem człowieka. Można znaleźć w niej też sporo fragmentów humorystycznych, są opowieści sensacyjne, a księga Pieśni nad Pieśniami jest wręcz erotykiem. Nie jest tak, że Biblia jest księgą o świątobliwych mężach, którzy dzięki swojemu przykładnemu życiu powinni być dla nas wzorem. Przeciwnie. Biblia pokazuje ludzi utytłanych w grzechu, którzy próbowali się z tego wydostać, którzy zmieniają swoje życie.

 

KAI: To, że Biblia jest bestselerem wydanym w niezliczonej ilości przekładów i języków nie przeszkadza w tym, żeby była księgą zapomnianą. Jak trzeba mówić o Piśmie Świętym, aby zachęcić ludzi, by po nie sięgnęli?

– Ludzie nie czytają tylko Pisma Świętego, ale w ogóle nie czytają. To rzeczywiście problem, jak zachęcić ich, aby sięgnęli po Biblię. Okazją do tego jest na pewno duszpasterstwo – m.in. kręgi biblijne. Ważne są też różne inne inicjatywy, choćby zainicjowany przez Stację7 portal Twoja Biblia, gdzie nie tylko można czytać teksty biblijne, ale już wkrótce zorganizowany zostanie wielki quiz wiedzy biblijnej. To wszystko ma duży wpływ na popularyzację Pisma Świętego.

 

KAI: Popularyzuje pan Pismo Święte również w sieci, gdzie w księdze objawionej odnajduje pan odpowiedzi na pytania dotyczące ludzkiego życia: o przeżywaniu samotności i porażki, o tym, jak być szczęśliwym, o przyjaźni i miłosierdziu. Skąd zrodził się pomysł na pisanie o Biblii w taki sposób?

– Do Biblii możemy podchodzić w różny sposób. Możemy ją czytać jako źródło historyczne, albo jako dzieło literackie. Znaleźć można w niej mnóstwo przygód i opowieści, które są źródłem wielu adaptacji filmowych. Jednak Biblia pozwala spojrzeć na te wydarzenia oczami Boga. Lektura Pisma Świętego, jak mówią dokumenty Kościoła, jest takim miejscem, gdzie może dojść do spotkania człowieka z Bogiem. A przecież Bóg jest miłością, który pozwala człowiekowi zobaczyć swoje życie w zupełnie innej perspektywie.

Prawie każda z ksiąg Biblii opowiada historię Narodu Wybranego i mówi o obecności Boga pośród swojego ludu. Dzięki temu każdy z nas może w Piśmie Świętym odkryć swoją historię zbawienia. Mimo tego, że świat poszedł do przodu i żyjemy w zglobalizowanych czasach, to ludzkie kryzysy i zmartwienia ciągle są do siebie podobne. Tak samo boli dziś zdrada małżonka, czy utrata dziecka.

Biblia daje szansę, że przez dostrzeżenie obecności Boga w życiu biblijnych bohaterów, doświadczymy Boga w naszym życiu. Ta wielopłaszczyznowość i bogactwo sprawiają, że Biblia jest dla mnie tak bardzo fascynująca. To sprawia, że jest moją miłością, którą chcę się dzielić z innymi.

 


Książka Romana Zająca „Biblia. Początek” jest pierwszą publikacją serii należącej do szerszego projektu Stacji7, którego celem jest popularyzowanie lektury Pisma Świętego. Na wiosnę ukaże się kolejna książka pt. „W poszukiwaniu prawdy”. Szczegóły na temat inicjatywy odnaleźć można na portalu ewangelizacyjnym www.twojabiblia.pl oraz na portalu www.stacja7.pl

Roman Zając, „Biblia. Początek”, Wydawnictwo „Znak”, 2016.


rozmawiał Michał Plewka / Warszawa

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap