video-jav.net
ROZMOWY

Smarzowski: tylko miłość może zrównoważyć okrucieństwo

„To jest film skierowany przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Na pewno nie jest wymierzony przeciwko Ukraińcom” - mówił w RMF FM Wojciech Smarzowski o swoim najnowszym filmie, "Wołyniu". Podkreśla, jak ważny jest przedstawiony wątek miłości Polki i Ukraińca: "wiedziałem, że tylko takie uczucie może zrównoważyć okrucieństwo, o którym również opowiada ten film”

Katarzyna
Sobiechowska-Szuchta
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Wojciechem Smarzowskim rozmawia Katarzyna Sobiechowska-Szuchta (RMF FM)

 

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta, RMF FM: Jakie jest główne przesłanie tego filmu?

Wojciech Smarzowski: To jest film, który jest skierowany przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Na pewno nie jest wymierzony przeciwko Ukraińcom. Pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm, do czego może być zdolny człowiek, kiedy się go wyposaży w taką ideologię i kiedy da się jeszcze przyzwolenie na zabijanie.

 

Czy był taki moment w trakcie pracy – film powstawał dosyć długo, ponad 4 lata – że pomyślał pan sobie: nie dokończę tego filmu, nie zrobię go?

Był taki moment. To było tuż przed tym, jak pokazałem się w internecie na naszej stronie i prosiłem ludzi o wsparcie finansowe. To wynikało oczywiście z desperacji. Byliśmy już bardzo zaawansowani w zdjęciach, wiele osób mi zaufało. Po prostu nie miałem wyjścia. Szukaliśmy pieniędzy wszędzie poza Rosją, ale to był akt desperacji.

 

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_0222-1024x512

Zdjęcia z planu filmu “Wołyń” | fot. Krzysztof Wiktor

 

Nikt nie naciskał, nie pytał: “Po co panu taki film? Nie rób go, po co wsadzasz kij w mrowisko?”

No owszem, pytali mnie, ale to się tylko przełożyło na to tak naprawdę, że część koproducentów wycofała się przed naszymi zdjęciami. To też wpłynęło na to, że mieliśmy lukę finansową. Jak ja już postanowiłem, że robię ten film to ja już jestem zaprogramowaną maszyną – już mnie specjalnie nie interesowało, co mówili ludzie.

 

Mottem tego filmu jest zdanie, które pojawia się na samym początku – słowa Jana Zalewskiego, że ludzie z Wołynia zostali zamordowani właściwie dwa razy: raz siekierą, a raz przez to, że my to przemilczeliśmy. Kresowiacy byli ważnymi konsultantami? Jak ważnymi w pana filmie?

To ciekawe, zaraz na to odpowiem. Oczywiście w tym filmie chodzi o pamięć, nie o zemstę. To jest ważne i dlatego jest ten cytat. Czy Kresowiacy byli konsultantami – na pewno, dlatego że przeczytałem bardzo dużo książek i bardzo dużo relacji, wiec silą rzeczy od razu w ten świat wszedłem. Myślę, że najważniejszym konsultantem był Stanisław Srokowski, który jest autorem opowiadań “Nienawiść”. Przeczytałem wiele książek, ale ta była dla mnie, po prostu jakoś bardzo mocno ją przeżyłem. To wynika stąd, że ona jest pisana z perspektywy dziecka i ta naiwność postrzegania świata w zderzeniu z tym okrucieństwem jest bardzo mocna i bardzo filmowa. Kiedy przeczytałem tę książkę to od razu pojechałem do pana Srokowskiego. Okazało się, że moja wiedza jest bardzo chaotyczna. On był moim pierwszym nauczycielem.

 

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_6484-1024x512

Zdjęcie z planu filmu “Wołyń” | fot. Krzysztof Wiktor / Film It

 

Wspominał pan o tym, że chciałby, żeby ten film był mostem, a nie murem. Mam wrażenie po obejrzeniu tego filmu, że on zaboli Ukraińców na pewno, ale zaboli także Polaków, zaboli Niemców i zaboli Żydów.

No tak, ale nigdy mnie nie interesowało kręcenie historii biało-czarnych, prawda? Dla mnie ten świat przedstawiony musi być złożony i odpowiednio pokomplikowany. Tylko, że rzeczywiście w tym przypadku miałem oczywiście od początku świadomość, że to jest jakiś no… mega delikatny temat i trzeba bardzo precyzyjnie wszystkie akcenty rozłożyć. Właśnie to chyba wszystko się sprowadza do rozłożenia akcentów, do proporcji: bo Ukraińcy też nie zaprzeczają, że doszło do mordów. Tylko, że dla nich raczej to jest pół na pół i w tym samym czasie, jest taki znak równości miedzy ilością ofiar, a także znak równości pomiędzy atakiem, rzezią a odwetem i zemstą. Więc ten film rozłożył te akcenty trochę inaczej oczywiście.

 

Musi mieć pan świadomość tego, że dla wielu osób, dla wielu widzów, ten film będzie pierwszym zetknięciem się tak na prawdę z tematem Wołynia. Sam pan powołuje się na badania, że połowa ludzi w ogóle nie wie, co tam się zdarzyło, a duża część wie, ale źle. Ma pan tego świadomość? I jak dużą? Czy czuje pan jakąś odpowiedzialność za to, że ten film dla wielu będzie właśnie takim pierwszym kontaktem?

Tak. Wiedziałem to. Mam taką świadomość. Mam nadzieję, że ludzie po wyjściu z kina wzruszą się, wrócą do domu, przytulą swoje dzieci, popatrzą inaczej na otaczającą ich rzeczywistość – z jakiejś innej perspektywy, ale też właśnie, że otworzą odpowiednie książki, że będą mieli ochotę, czas, żeby się czegoś dowiedzieć o tej historii. To jest jedno z zadań, chociaż nie zrobiłem filmu na zadanie.

 

 

Nie zrobił pan filmu na zadanie, to nie jest film czarno-biały, to nie jest film tylko i wyłącznie o rzezi wołyńskiej. Bo jest to również, co warto podkreślić, bo nie wiem czy ktoś pana o to pytał, być może tak – że jest to po prostu piękna historia o miłości, o czekaniu, o niespełnionej miłości w bardzo trudnych, bardzo nieludzkich czasach.

No właśnie, jak ja się cieszę, że pani to powiedziała, bo wszyscy mnie o tę historię pytają, a to jest bardzo ważna część filmu – ta cała niespełniona miłość Polki do Ukraińca. Już od razu, kiedy zacząłem myśleć o tej historii to wiedziałem, że tylko takie uczucie może zrównoważyć to okrucieństwo, o którym również opowiada ten film. Więc to jest bardzo ważna część.

 

Mówi pan o tym, że to jest film przeciwko nacjonalizmowi. Myśli pan, że jest jakaś szansa na nowe otwarcie? Bo to chyba musi być nowe otwarcie – mam na myśli i Polaków, i Ukraińców?

Wierzę, że tak jest. Może to jest takie dość naiwne kombinowanie, ale tak. Myślę, że kiedy opadną te pierwsze emocje, bo one będą, to może potem jeszcze raz spotkają się historycy i z polskiej strony, i ukraińskiej i przepracują ten temat, czyli zderzą dowody, które są po jednej, po drugiej stronie, dokonają ekshumacji. Oni pewnie potrzebują mnóstwo czasu, ale później może pojawi się komunikat, który potem zostanie przedrukowany, przekopiowany do podręczników szkolnych i w Polsce, i na Ukrainie.

 

Może wystarczyłoby czasem, żeby zaczęli od lektury takiej właśnie książki, takich opowiadań, o których pan wspomniał, czyli o “Nienawiści” Stanisława Srokowskiego. To jest, tak jak pan wspomniał, opowiadane z perspektywy dziecka i o dzieci chciałam zapytać. Wspominał pan, że to był bardzo trudny proces przeprowadzania dzieci przez cala tę historię, bo dzieci są jednymi z głównych bohaterów tej opowieści. Jak pan je ochraniał?

Po pierwsze trzeba powiedzieć o tym, że z każdym dzieckiem trzeba było postępować inaczej, bo zależało to troszkę od ich wrażliwości, ale przede wszystkim od ich wieku. Mieliśmy opiekę psychologiczną. Jak się ma naście lat to na pewne pytania trzeba odpowiadać. Ale jak się ma 2-3 lata no to trzeba oswoić, jakbym mógł tak to nazwać. No więc nasz Wiktor, który był z nami bardzo długo – odtwórca roli Jaśka, tego dorosłego Jaśka, on się bawił na planie, bawił się w charakteryzacji; widział jak sztuczna krew jest kładziona na ludzi, bawił się w tych odlewach silikonowych. Dla niego bardzo szybko to przestały być jakieś okropne rzeczy, to po prostu była przestrzeń do zabawy. Potem, kiedy ona została przeniesiona przed kamerę i ten Wiktor też, no to jakoś bezboleśnie to przeszło. No ale chyba trzeba zapytać rodziców. Bo może ja tak to sobie wyobrażam, a w rzeczywistości może jakoś tam odchorował. Myślę, że jest w porządku.

 

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_7710-1024x512

Zdjęcie z planu filmu “Wołyń” | fot. Krzysztof Wiktor / Film It

 

A aktorzy ukraińscy? Spotkał się pan np. z odmową? Że ktoś powiedział “nie będę grał w takim filmie”?

Tak. Paru aktorów nam odmówiło, poszła taka plotka, że my ten film robimy za pieniądze rosyjskie, co jest nieprawdą. Kilku się wycofało, a kilku prawdopodobnie w ogóle odmówiło przyjścia na castingi – o tym nie wiem, ale tak na pewno było.

 

Muzyka jest, moim zdaniem, jednym z bohaterów tego filmu. To jest zarówno muzyka ludowa, która wprowadza widza w cały ten świat tak, żeby on mógł pójść za tą historią wołyńską, ale też muzyka skomponowana przez Mikołaja Trzaskę, który z panem pracuje. Jak ona uzupełniała ten obraz?

Ja mam tak, że pracuję z ludźmi, którzy są filmowcami – dostają scenariusz i oni uczestniczą we wszystkich etapach powstawania filmu. Tak samo Mikołaj, już od początku, kiedy przeczytał scenariusz, wiedział, że musi znaleźć odpowiednie instrumenty, że musi zrobić muzykę z epoki. Szybko nastąpił ten podział, że część weselna jest potraktowana inaczej niż ta druga cześć filmu. Cały czas rozmawiamy o tym, co ilustruje stan bohatera, a co jest taką ilustracją, żeby łagodniej się oglądało. Więc zrezygnowaliśmy zupełnie z takich ilustracji, żeby się łagodniej oglądało. Tylko i wyłącznie interesują nas stany, emocje, w jakich znajdują się postaci w danych momencie.

 

Bardzo panu dziękuję za ten film jako widz i jako wnuczka Kresowiaczki. Jeśli będziemy o tym filmie mówić jako o obrazie dot. tragedii na Wołyniu, ale również o pięknym filmie o miłości, to będzie pan zadowolony?

Ja jestem. No pani to przepięknie powiedziała, a tu wszyscy zawsze mnie pytają. Ja już mam taką łatkę, że Smarzowski – siekiera, a jeszcze Wołyń, no to będzie jatka do kwadratu. A tymczasem to jest naprawdę historia o miłości. Bardzo się cieszę, że pani to powiedziała.

 


Materiał dzięki współpracy z radiem RMF FM

rmf24


Katarzyna Sobiechowska-Szuchta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna
Sobiechowska-Szuchta
zobacz artykuly tego autora >

Po ŚDM nie odpoczywajmy, ale wykorzystajmy tę energię! [ROZMOWA]

Młody człowiek nie chce być jedynie obserwatorem, on chce być aktywnym uczestnikiem życia Kościoła, bo inaczej w ogóle go w Kościele nie będzie – mówi w rozmowie z KAI abp Stanisław Gądecki

Polub nas na Facebooku!

Z arcybiskupem Stanisławem Gądeckim, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Marcin Przeciszewski (KAI)

 

KAI: Ponad miesiąc temu zakończyły się Światowe Dni Młodzieży i wizyta Ojca Świętego w Polsce. Co zrobić, aby ten czas nie pozostał tylko w naszych wspomnieniach i ten wielki “kapitał” nie rozpłynął się w chmurze tak jak samolot papieski zaraz po starcie z Balic?

Abp Stanisław Gądecki: Przede wszystkim nie możemy uznać, że nasza misja – wraz z powrotem uczestników do domów i posprzątaniem „Campus Misericordiae” – zakończyła się i teraz możemy wreszcie odpocząć. Jest wręcz przeciwnie! Wizyta Ojca Świętego i ŚDM nie tylko ukazały, że człowiek, zwłaszcza młody, bardzo potrzebuje Ewangelii i jej głosicieli, lecz również wyzwoliły w Kościele w Polsce wielką duszpasterską energię, którą teraz musimy dobrze wykorzystać.

Wydarzenia z lipca ukazały nam, że – jako wspólnota Kościoła – jak nikt inny jesteśmy w stanie dać dzisiejszemu człowiekowi trzy cenne dary: poczucie wspólnoty, żywe doświadczenie Boga i poważną wewnętrzną formację. I to jest naszym podstawowym wyzwaniem.

 

Franciszek, podobnie jak Jan Paweł II stawiał młodym wiele wymagań, ale jednocześnie mówił, że są oni zdolni przemieniać świat i na tym polega ich misja. Ostrzegał przed “sprzedawcami dymu” i “kanapami szczęścia”, oferowanymi przez kulturę konsumpcyjną. Jaka nauka płynie stąd dla polskich duszpasterzy? Jak przedłużyć to doświadczenie z ŚDM, kiedy duszpasterze byli wraz z młodymi, dzielili z nimi trudy, spali z nimi na szkolnej podłodze, itd.?

– Istotnie, trzeba podziękować całej rzeszy kapłanów i sióstr zakonnych, którzy nie zważając na niewygody, ofiarnie zaangażowali się w ŚDM. Dzielenie przez nich wspólnych pielgrzymich trudów wraz ludźmi młodymi jest dobrym obrazem tego, czego młodzi dzisiaj bardzo potrzebują od duszpasterzy. Potrzebują oni pouczeń i wskazań, ale przede wszystkim potrzebują, aby duszpasterz był z nimi, towarzysząc im w drodze. Dzięki głębokiej wrażliwości młody człowiek bardzo często czuje, co jest złem, ale równocześnie w konfrontacji ze światem – z ową „kulturą kanapy” – nie znajduje w sobie dość siły, by się temu złu sprzeciwić. I stąd tak ważne jest, aby w całym tym duchowym zmaganiu był z nim ktoś, kto zrozumie, wesprze, podtrzyma, ale też kto nie boi się upomnieć i wskazać właściwą drogę.

 

W organizację ŚDM przez wiele miesięcy poprzedzających to wydarzenie, głównie na poziomie diecezjalnym bądź parafialnym, zaangażowało się w świetle wyliczeń KAI, co najmniej 100 tys. młodych ludzi, niekoniecznie wcześniej zaangażowanych na terenie Kościoła. To bardzo ważne zjawisko. Jaką kontynuację tego spontanicznego ruchu, w jakich formach i na jakich polach, widziałby Ksiądz Arcybiskup?

– Młodemu człowiekowi towarzyszy przeświadczenie, że potrafi zmienić świat. I dlatego z chęcią angażuje się w różnego typu wolontariat, czując, że jest potrzebny. Widząc zastępy wolontariuszy, ciężko pracujące przed i podczas ŚDM, rodzi się w nas wdzięczność, ale jednocześnie głębokie przeświadczenie, że są to ludzie, którzy rzeczywiście są w stanie swoją postawą przemieniać świat. Kościół bardzo potrzebuje tych młodych ludzi, ich zapału i niespożytej energii.

Cały spontaniczny ruch, dostrzegany w ostatnich miesiącach, uświadamia nam, że młody człowiek nie chce być w Kościele jedynie obserwatorem, który – niewiele rozumiejąc – stoi w tyle świątyni. On chce być aktywnym uczestnikiem życia Kościoła, bo inaczej w ogóle nie będzie go w Kościele. Dlatego trzeba nam zmobilizować wszystkie siły, aby tych młodych skierować do ruchów, wspólnot i duszpasterstw, które mamy przecież przy parafiach, ale które – cały jeszcze czas – są jedynie stosunkowo niewielkimi środowiskami, obejmującymi nieduży procent wiernych.

 

Najpierw w polskich diecezjach, a później w Krakowie widzieliśmy wielobarwny i pełen nadziei tłum młodych ze wszystkich zakątków świata. Ci młodzi i towarzyszący im kapłani przyjeżdżali wraz ze swym doświadczeniem Kościoła, reprezentując bardzo wiele ciekawych katolickich inicjatyw i wspólnot. Była to wyjątkowa okazja do wzajemnej wymiany darów. Czego – krótko mówiąc – mogliśmy się nauczyć?

– Zobaczyliśmy po pierwsze powszechność Kościoła. Młodzi katolicy, przybyli do Polski z najodleglejszych stron świata, pokazali nam, że pod każdą szerokością geograficzną są ludzie, którzy tak samo wierzą, mają tę samą liturgię, spotykają na modlitwie tego samego Chrystusa – objawiającego prawdziwy sens życia. Równocześnie odkrywaliśmy ze zdumieniem całe bogactwo form w Kościele, które pozwalają przeżywać wiarę w różnych kulturach i językach. ŚDM ponadto uświadomiły nam, że – wbrew wszechobecnemu zeświecczeniu – wiara jest dzisiejszemu człowiekowi bardzo potrzebna. Co więcej, że jest ona nie tylko domeną ludzi starszych, ale że potrafi otworzyć serca rzeszy młodych.

 

Jednym z przejmujących momentów ŚDM była piątkowa Droga Krzyżowa, wiążąca kontemplację męki Jezusa z wezwaniem do konkretnego działania w duchu miłosierdzia, do solidarności z cierpiącymi, potrzebującymi, marginalizowanymi… Wątek miłosierdzia był klamrą spinająca papieskie przesłanie. Jak na to winniśmy teraz odpowiedzieć?

– Wspomniana Droga Krzyżowa przemówiła pięknem wykonania i głębią treści. Ważne jest jednak, aby nie potraktować jej jedynie jako doświadczenia artystyczno-estetycznego, ale jako wezwanie – jako krzyk naszych cierpiących sióstr i braci. Serce chrześcijanina nie może być obojętne na to wołanie. Nie każdy musi zaangażować się w działalność organizacji, które zostały zaprezentowane w czasie nabożeństwa – choć jest to ze wszech miar godne pochwały – ale każdy musi zrobić rachunek sumienia z tego, jak konkretnie pomaga potrzebującym.

 

Bardzo ważnym wątkiem lipcowej wizyty Franciszka, było przesłanie do Polski, wyrażone szczególnie w dwóch przemówieniach: na Wawelu i na Jasnej Górze. Na Wawelu Ojciec Święty mówił m. in. o dobrej i złej pamięci, ostrzegając, abyśmy nie poprzestawali na poziomie tej drugiej. Jakie wnioski z tego winni wyprowadzić Polacy, tak skupieni wokół pamięci swej historii, która pomaga nam w zachowaniu tożsamości?

– Po pierwsze: trzeba pielęgnować pamięć historyczną. Bez niej gubimy tożsamość. Po drugie: nie skupiamy się na tym, co było złe, zwłaszcza po stronie innych. Owszem, pamiętamy i domagamy się – jeśli trzeba – sprawiedliwości, ale nie zamykamy się w bólu i rozpamiętywaniu ran, lecz uczymy się przebaczać. Po trzecie: historia to nie tylko celebracja rocznic, ale to nauczycielka życia, także życia społecznego. Jest zachowana w naszej pamięci, abyśmy mogli wspólnie budować lepszą przyszłość.

 

Na Jasnej Górze, w homilii z okazji 1050. rocznicy chrztu Polski, Papież – do zgromadzonych tam także przedstawicieli najwyższych władz Rzeczypospolitej – mówił o potrzebie służby, pokory i stawania się “maluczkim”. Ostrzegał, że “pragnienie wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą”, przypominając, że “Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie, ale przychodzi w małości, w pokorze”. Jakie wnioski płyną z tych słów, wygłoszonych w takim właśnie momencie historii?

– Pokusa wielkości i władzy towarzyszy ludzkości od zarania jej historii. Uleganie jej doprowadzało wielokrotnie do tragedii jednostek i całych narodów. Jednak społeczeństwa do rozwoju nie potrzebują megalomanów, lecz ludzi pokornych, którzy są gotowi służyć. Świętując 1050-lecie Chrztu Polski – a tym samym całej naszej historii – dostrzegamy, że Ojczyzna dalej będzie się rozwijać, jeśli będzie miała takich właśnie ludzi. O nich musimy się modlić, ale też takich musimy w Polsce wychowywać.

 

Jakie wnioski płyną z rozmowy z Papieżem w katedrze wawelskiej oraz z jego przemówienia do kapłanów i osób konsekrowanych w sanktuarium Jana Pawła II. Polskim kapłanom postawił wielkie wymagania. Które z nich Ksiądz Arcybiskup uznałby za najważniejsze i wymagające pełniejszej realizacji?

– Wysokie wymagania papieża wobec kapłanów nie są niczym nowym, bo nauczanie papieskie jest głoszeniem czystej Ewangelii. A Ewangelia jest bezkompromisowa: „Jeżeli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie”. Wiemy, że to jest trudne. Ale Franciszek przypomina nam wszystkim, że jest to konieczne i – co więcej – możliwe. Tak właśnie odbieram słowa Ojca Świętego mówiące o podróży bez biletu powrotnego, o rezygnacji z własnych życiowych zabezpieczeń czy o dyspozycyjności posuniętej aż do zrezygnowania z zamkniętych przestrzeni i prywatnych własności. Wszyscy musimy przypominać sobie o tych wskazaniach, abyśmy wiernie wypełnili powierzoną nam misję.

 

Nie jest tajemnicą, że część księży i osób konsekrowanych wciąż żywi – większe lub mniejsze – uprzedzenia czy też krytyczne odczucia wobec Franciszka. Czy ma Ksiądz Arcybiskup nadzieję, że lipcowa wizyta może odmienić takie spojrzenia?

– Przyjęcie posługi Piotra nie jest kwestią sympatii, ale wiary. Wobec osoby pełniącej tę posługę – podobnie jak wobec każdego innego człowieka – mogą rodzić się w sercach różnorakie uczucia. Człowiek wierzący potrafi jednak odsunąć na bok wszelkie uprzedzenia i z ufnością przyjąć osobę, przez którą sam Duch Święty postanowił prowadzić Chrystusowy Kościół. W tym znaczeniu wizyta Ojca Świętego nie musi niczego zmieniać.

Z drugiej jednak strony w ostatnich dniach lipca spotkaliśmy przecież wszyscy Papieża, który stał się nam bardzo bliski, który wiernie i z charyzmą głosi Ewangelię, który pokochał Polaków, dostrzegając ich poświęcenie i wiarę, dlatego z pewnością możemy powiedzieć, że Franciszek w czasie Światowych Dni Młodzieży zdobył sobie sympatię wielu.

 

Auschwitz-Birkenau to wielki moment pielgrzymki Franciszka do Polski. Co odczytuje Ksiądz Arcybiskup z papieskiej, modlitewnej zadumy w milczeniu w tym miejscu?

– Cały właściwie pobyt Ojca Świętego w Auschwitz-Birkenau był jedną wielką modlitwą. Nie potrafimy zrozumieć ogromu nieprawości, która dokonała się w tym miejscu. Nie potrafimy pojąć ludzkiego serca, w którym rodzą się takie zbrodnie, ale potrafimy się modlić, bo wierzymy, że nie nasz rozum, tylko sprawiedliwość i miłosierdzie Boga jest w stanie ogarnąć tę przerażającą tajemnicę. I to właśnie pokazał nam papież Franciszek.

 

Lipcowe dni były czasem, kiedy podobnie jak podczas wizyt Jana Pawła II – Polacy poczuli się znów wspólnotą. Co zrobić i w jaki sposób można to kontynuować? Jaka jest i winna być w tym rola Kościoła?

– Rzeczywiście, Światowe Dni Młodzieży były swoistymi narodowymi rekolekcjami. Pozwoliły nam znowu poczuć się wspólnotą. To – zwłaszcza w kontekście nękających nasz naród napięć społecznych i politycznych – jest potwierdzeniem tego, że potrafimy się jednoczyć. Możemy popierać różne formacje polityczne, mieć inną zasobność portfela, kibicować rywalizującym ze sobą klubom piłkarskim, ale nie musimy być wrogami. Co więcej, możemy być autentycznie siostrami i braćmi, połączonymi ze sobą silnymi duchowymi więzami bratniej miłości. I tutaj ukazuje się wielkie zadanie Kościoła: wzywać do wzajemnej miłości i wprowadzać w coraz głębszą zażyłość z Chrystusem. Im bowiem bliżej jesteśmy Chrystusa, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem.

 

Dziękuję za rozmowę


Marcin Przeciszewski
mp / KAI / Warszawa