Nasze projekty
Aneta Liberacka

Pozostały ze swoim miastem do końca. Rozmowa o „Siostrach z powstania”

Ta książka to 24 opowieści o powstańczej Warszawie z perspektywy zgromadzeń zakonnych i kobiet w habitach. To tak, jakby jednocześnie na walczące miasto, patrzeć z 24 kamer umiejscowionych w różnych klasztorach. Rozmowa z Agatą Puścikowską - autorką książki.

Reklama

Aneta Liberacka: Ile razy płakałaś podczas pisania książki?

Agata Puścikowska: Liczyć, nie liczyłam. Ale rzeczywiście bywały takie momenty, gdy rozklejałam się zupełnie, mimo że przecież znam literaturę powstańczą i od dziecka obcowałam ze świadectwami życia warszawskiego sierpnia 1944. Natomiast podczas pisania książki miałam możliwość dotarcia do narracji dotąd pomijanej, a pięknej, wzruszającej, dramatycznej: narracji sióstr zakonnych. 

Reklama
Reklama

No właśnie, czym ta książka różni się od innych „powstańczych”?

Ta książka to 24 opowieści o powstańczej Warszawie, ale widziane z perspektywy zgromadzeń zakonnych i kobiet w habitach. To trochę tak, jakby jednocześnie na walczące miasto patrzeć z 24 kamer umiejscowionych w różnych klasztorach. A oko każdej kamery widziało wiele: bohaterstwo zakonnic, brutalność niemieckich oddziałów, ogromną tragedię, nad którą trudno nie zapłakać. 

Reklama
Reklama
Wyobraźmy sobie scenę, jak dominikanki misjonarki, żeby uniknąć wywózki i niepewnej tułaczki, w kilka chwil organizują w klasztorze… fikcyjny szpital? Pełna mistyfikacja, która jest tak szalona, że aż każe się uśmiechnąć.

No tak z 24 kamer można złapać zupełnie inną perspektywę, zwłaszcza że operują nimi kobiety…

Tak, podczas pisania wiele razy uśmiechałam się, wzruszałam, albo wręcz wybuchałam śmiechem. Bo tam, gdzie są energiczne, sprytne i odważne kobiety, tam nietrudno o humor, w tym humor sytuacyjny. Jak się nie uśmiechnąć chociażby na opis sprowadzenia do jednego z klasztorów zapasów słoniny przez zaradną urszulankę, która wykorzystała do tego… nieświadomych i mocno naiwnych żołnierzy niemieckich? Wyobraźmy sobie też scenę, jak dominikanki misjonarki, żeby uniknąć wywózki i niepewnej tułaczki, w kilka chwil organizują w klasztorze… fikcyjny szpital? Pełna mistyfikacja, która jest tak szalona, że aż każe się uśmiechnąć. Czy też historia, gdy jedna z bezhabitowych sióstr, ofiarnie „zdobyła” jedwabne spadochrony z alianckich zrzutów. A za swoje poświęcenie dostała… ostrą reprymendę od siostry przełożonej. Chyba zresztą to jest kwintesencja ludzkiego życia: trudności i prawdziwe dramaty, przeplatają się z sytuacjami zabawnymi, podnoszącymi na duchu. W najgorszej nawet sytuacji, przychodził promyk nadziei i dobra. Taki uśmiech Pana Boga wśród huku bomb i ostrzału z karabinów…

Kościół Sakramentek, pocztówka z ok. 1920 r. / Zasoby Muzeum Historycznego w Warszawie

To jak wyglądały pierwsze dni powstania w zgromadzeniach na Starym Mieście? 

Reklama

Podobnie, jak w innych klasztorach, w całej niemal Warszawie: to był czas radości, ogromnej nadziei, bywało że i euforii. Siostry, chociaż część z nich sceptycznie podchodziła do szans powstania, gdy już wybuchło – modliły się i wspierały walczących w każdy możliwy sposób. Karmiły, opatrywały, przenosiły dokumenty, ukrywały powstańców. Część z nich, o czym się zapomina, były zaprzysiężone w Armii Krajowej. 

Pozostały ze swoim miastem świadomie – do końca, nawet wtedy, gdy wiedziały, że miasto ginie. Pozostały do końca z powierzonymi im ludźmi.

Czyli Siostry tak naprawdę weszły w struktury powstańcze.

Siostry zarówno na Starówce, jak i w Śródmieściu, na Mokotowie czy Żoliborzu, organizowały punkty sanitarne, rozpoczynała się działalność wcześniej pieczołowicie przygotowywanych szpitali powstańczych, otwierały kuchnie polowe i wydawały żywność. W tym czasie wszyscy mieli nadzieję na kilkudniowe walki i zwycięstwo, byli pewni pomocy Sowietów zza Wisły, liczyli na Aliantów. Wywieszano więc flagi, śpiewano pieśni patriotyczne. Siostry miały moim zdaniem doskonałą świadomość sytuacji walczącej Warszawy. Dlatego mocno oczekiwały ruchów zza Wisły, niepokoiły się przedłużającymi się walkami bez pomocy z zewnątrz. Wykształcone i mocno stąpające na ziemi, chyba nawet szybciej niż reszta społeczeństwa pojęły, że przyszłość powstania może być niepewna. Mimo to pozostawały na posterunkach. Co więcej: robiły wszystko, by zwiększyć szanse na zwycięstwo. Pozostały ze swoim miastem świadomie – do końca, nawet wtedy, gdy wiedziały, że miasto ginie. Pozostały do końca z powierzonymi im ludźmi.

Historie opisane przez ciebie w książce są bardzo szczegółowe. W zasadzie czytając je, byłam w stanie wyobrazić sobie tamte sytuacje. Jak to się udało?

Nie chciałam, żeby historie zgromadzeń w powstaniu były drętwe i „encyklopedyczne”. To nie miałoby sensu. Tym bardziej, że dotąd dostępna literatura na ten temat, była – delikatnie mówiąc – skąpa. Zależało mi, by po prostu pokazać codzienność w klasztorach: bitwę o każdy łyk wody dla uchodźców, trwanie przy rannych, gdy wokół walą się ściany. Realny był też strach przed brutalnymi, rosyjskojęzycznymi żołnierzami, siejącymi popłoch szczególnie wśród kobiet. 

Nie trzeba niczego fabularyzować, tamte wydarzenia mówią same za siebie.

Chciałabym to mocno podkreślić, w żaden sposób tych opisów nie „koloryzowałam” czy nie „podkręcałam”. Wręcz przeciwnie: robiłam wszystko, by publicystki i jednak z natury reporterki Puścikowskiej było w książce jak najmniej. Głos oddawałam po prostu świadkom. To siostry – bohaterki sprzed lat – niejako pisały ze mną tę książkę. To dzięki ich oryginalnym wspomnieniom, często niepublikowanym dotąd pamiętnikom, które spoczywały w zakonnych archiwach, w książce znajduje się tyle opisów, scenek, dialogów. Tak po prostu wyglądało ich prawdziwe, dobre życie, w piekle wojny.  Pilnowałam się więc, by nie dodawać własnych komentarzy czy zbędnych ozdobników. Byłam raczej moderatorem, redaktorem, niż narratorem. Starałam się podejść do tych wspomnień… „najzimniej” jak się da. Bo przecież one same, są już wystarczająco gorące…

 

Jak zbierałaś materiały, jak udało ci się dotrzeć do zapisków? Czy w zgromadzeniach zachowało się dużo dokumentów z tamtego okresu?

Wszystko to było możliwe wyłącznie dzięki współpracy ze współczesnymi siostrami zakonnymi: archiwistkami, matkami przełożonymi, pasjonatkami historii, których jest na szczęście sporo w wielu zgromadzeniach. Bez nich nic bym nie napisała, bo i jak? To siostry wspierały mnie w działaniu, umożliwiały docieranie do materiałów, otwierały archiwa. I miały do mnie świętą cierpliwość. Oczywiście nie jest tak, że książka oparta jest wyłącznie na niepublikowanych dotąd pamiętnikach. Niektóre zgromadzenia mają własne wydawnictwa na temat 1944 roku. Z drugiej strony – siostry są coraz bardziej chętne i świadome potrzeby, by o bohaterstwie ich poprzedniczek, chociażby właśnie z powstania warszawskiego, mówić głośniej i szerzej. W archiwach zgromadzeń jest na szczęście wiele dokumentów i siostry o nie dbają. Bywało natomiast, że specjalnie na potrzeby książki, siostry zaczynały szperać i ku swojemu zaskoczeniu i wielkiej radości, odnajdywały wspomnienia! Miałam więc i nie lada gratkę (co i utrapienie) przepisywania wspomnień z zeszycików, kartek, notatek odręcznych – bo i na takich wielokrotnie pracowałam. Na szczęście niegdyś pilnowano nauki kaligrafii, dlatego śledzenie odręcznych zapisków sióstr nie było bardzo karkołomne. Co jasne – większość wspomnień to retrospekcja, były pisane w latach 50. czy 60., bo podczas walk kroniki i dokumenty wielokrotnie były niszczone i palone.

Ruiny Kościoła Sakramentek – Oktawa Bożego Ciała 1945 r. / Zasoby Sióstr Benedyktynek Sakramentek
Siostry przecież mogły wyjechać z Warszawy przed powstaniem. Większość wiedziała, że walki wybuchną, miały wybór. Jednak właśnie ze względu na chęć ochrony życia innych ludzi, na poczucie obowiązku względem ojczyzny, zostawały.

Obok walki o życie i przetrwanie, siostry toczyły walkę o godność, jak matka Wincenta Jaroszewska. Co to była za konstrukcja człowieka, by w tak nieludzkich warunkach, mieć na pierwszym planie człowieczeństwo, ludzką godność? Myślisz, że potrafilibyśmy tak działać i dziś?

To właśnie z chęci walki o godność wynikała walka o życie i przetrwanie. Jedno z drugim mocno się złączyło i dlatego dawało przedziwne, zupełnie czasem nieprawdopodobne efekty. Siostry przecież w ogromnej liczbie mogły wyjechać z Warszawy przed powstaniem. Większość wiedziała, że walki wybuchną, a miały wybór. Jednak właśnie ze względu na chęć ochrony życia innych ludzi, na poczucie obowiązku względem ojczyzny, zostawały. Często zaś poza miasto wysyłano roztropnie siostry starsze, słabsze oraz podopiecznych – chorych i sieroty czy uczennice. Przykład matki Jaroszewskiej – zakonnicy, która zapoczątkowała chociażby posługę wśród wenerycznie chorych kobiet, prostytutek, jest bardzo konkretny, ale nie jedyny. Jej postawa wynikała z formacji, wiary, była jeszcze pokłosiem wychowania patriotycznego z czasów zaborów. Dla tamtych kobiet praca u podstaw to nie były czcze słowa, lecz konkretne działania. Na człowieka patrzyły holistycznie: dbały więc zarówno o jego ciało, jak i o duszę. Nie można zapomnieć, że część sióstr, opisanych przeze mnie, to też pokolenie Kolumbów. Dla tamtych młodych ludzi, liczyła się walka o wolność kraju, patriotyzm. Ale przecież wolna Polska miała być dla wolnych Polaków, ludzi godnych. Dlatego więc walczyły o wolność i godność wszystkich. Niezależnie, czy trzeba było zaopiekować się profesorem prawa, czy prostytutką na oddziale wenerycznym. Benedyktynki samarytanki, siostry z założonego przez matkę Jaroszewską zgromadzenia, poniosły za to zresztą największą ofiarę: z życia.

To przecież nie były urodzone bohaterki z certyfikatem „jestem odważna od kołyski”. Często to były zwykłe babki, które w klasztorze były ciche, rozmodlone, wręcz wycofane. Dopiero konkretne sytuacje i konieczność walki, prowokowały do działania.

Potrafilibyśmy dziś zachowywać się podobnie?

Chciałabym móc pewnie powiedzieć: tak, oczywiście. Ale jednak… nie odpowiem. Na razie, Bogu dzięki, nie musimy sami siebie sprawdzać. I obyśmy nigdy nie musieli. Zresztą same siostry nie przypuszczały, że historia, Bóg i zwykłe życie, będą wymagać od nich heroizmu. To przecież nie były urodzone bohaterki z certyfikatem „jestem odważna od kołyski”. Często to były zwykłe babki, które w klasztorze były ciche, rozmodlone, wręcz wycofane. Dopiero konkretne sytuacje i konieczność walki, prowokowały do działania. Stwierdzenie „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, ma naprawdę głęboki sens.

Z jakich domów pochodziły opisywane przez ciebie siostry?

Właściwie z każdego środowiska, z każdego niemal punktu na mapie przedwojennej Polski, a nawet dalekiej zagranicy. Były wśród nich chłopki, były arystokratki. Były inteligentki i szlachcianki, były, kobiety które dopiero w zakonie uczyły się czytać i pisać. Pochodziły ze wszystkich środowisk i to jest fenomen, który zadziwia: mimo tak różnej proweniencji, mimo że trafiały potem do jakże różnych zgromadzeń, miały podobną formację, te same ideały i mocną wiarę w Boga. W pierwszej godzinie powstania warszawskiego, zginęły cztery urszulanki szare, wśród których była… półturczynka, córka tureckiego komunisty! Chyba najmniej sióstr pochodziło z samej Warszawy. Tak różne kobiety były potem solidarne w walce, a co zupełnie zastanawiające – działały też podobnie, chociaż przecież w żaden sposób tego nie koordynowały, nie planowały konkretnych akcji między zgromadzeniami. Wnikliwy czytelnik odnajdzie wręcz miejsca i działania, w których brały udział różne siostry, a które zostały opisane z wielu perspektyw.

Bardzo chciałam, by nieznane bohaterstwo sióstr z powstania, wyszło z ukrycia. Siostrom walczącym w 1944 roku to się po prostu należy.

Spotkałaś jeszcze świadków tamtych wydarzeń, jest ich niestety coraz mniej. Czujesz, że ocalasz te historie od zapomnienia? Dlaczego jest to dla ciebie ważne?

Gdy zaczynałam pisać „Wojenne siostry”, żyło jeszcze kilka sióstr pamiętających powstanie warszawskie. Miesiąc po premierze zmarła 103-letnia szarytka, Lucyna Reszczyńska – wielka bohaterka. Obecnie, według mojej wiedzy, nie żyje już żadna siostra, która w czasie powstania była już w zakonie. Żyją natomiast siostry, które w czasie walk były młodymi dziewczętami, sanitariuszkami czy łączniczkami, względnie po prostu dziećmi. 

Tak, świadków z każdym rokiem jest mniej. Mniej jest nawet świadków ich powojennego życia. To był więc ostatni moment, by zebrać co się da, uporządkować i przekazać w hołdzie dawnym bohaterkom, a jednocześnie w prezencie młodemu pokoleniu. To, co dla mnie, jako wychowanki liceum zakonnego, w którym toczyły się walki, było naturalne i w jakiś sposób zwyczajne, dla młodych ludzi już nie jest. Albo jest nieznane, albo egzotyczne, albo co gorsza – mało ważne. Dlatego bardzo chciałam, by nieznane bohaterstwo sióstr z powstania, wyszło z ukrycia. Siostrom walczącym w 1944 roku to się po prostu należy. A młodym należy się przedstawienie wzorców, z którymi można się identyfikować. Stworzyłam coś w rodzaju „przewodnika po klasztorach powstańczej Warszawy” i przewodnika po historiach niezwykłych kobiet. Mam tylko nadzieję, że po prostu współcześni czytelnicy będą chcieli to dziedzictwo poznać.

Jaka będzie następna książka?

Mam kilka pomysłów. Zobaczymy, który wyklaruje mi się w głowie i w sercu. W przypadku „Sióstr z powstania”, to same bohaterki niejako „zadbały”, bym o nich pisała. Wielokrotnie, z góry, dawały mi subtelnie i mniej subtelnie znaki, bym nie ustawała w pracy. Mimo, że proces twórczy był momentami ciężki i żmudny – tym bardziej, że częściowo przypadł na czas epidemii. 

Myślę, że na razie spokojnie poczekam i odpocznę, a jeśli kolejni potencjalni, kolejni bohaterzy będą chcieli, bym o nich pisała – znajdą sposób, by mi to przekazać. I wtedy zabiorę się do roboty.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Dziewczyna z okładki


Siostry z powstania
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

 

KUP KSIĄŻKĘ>>>

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite