ROZMOWY

Pozostały ze swoim miastem do końca. Rozmowa o „Siostrach z powstania”

Ta książka to 24 opowieści o powstańczej Warszawie z perspektywy zgromadzeń zakonnych i kobiet w habitach. To tak, jakby jednocześnie na walczące miasto, patrzeć z 24 kamer umiejscowionych w różnych klasztorach. Rozmowa z Agatą Puścikowską - autorką książki.

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Aneta Liberacka: Ile razy płakałaś podczas pisania książki?

Agata Puścikowska: Liczyć, nie liczyłam. Ale rzeczywiście bywały takie momenty, gdy rozklejałam się zupełnie, mimo że przecież znam literaturę powstańczą i od dziecka obcowałam ze świadectwami życia warszawskiego sierpnia 1944. Natomiast podczas pisania książki miałam możliwość dotarcia do narracji dotąd pomijanej, a pięknej, wzruszającej, dramatycznej: narracji sióstr zakonnych. 

 

No właśnie, czym ta książka różni się od innych “powstańczych”?

Ta książka to 24 opowieści o powstańczej Warszawie, ale widziane z perspektywy zgromadzeń zakonnych i kobiet w habitach. To trochę tak, jakby jednocześnie na walczące miasto patrzeć z 24 kamer umiejscowionych w różnych klasztorach. A oko każdej kamery widziało wiele: bohaterstwo zakonnic, brutalność niemieckich oddziałów, ogromną tragedię, nad którą trudno nie zapłakać. 

 

Wyobraźmy sobie scenę, jak dominikanki misjonarki, żeby uniknąć wywózki i niepewnej tułaczki, w kilka chwil organizują w klasztorze… fikcyjny szpital? Pełna mistyfikacja, która jest tak szalona, że aż każe się uśmiechnąć.

No tak z 24 kamer można złapać zupełnie inną perspektywę, zwłaszcza że operują nimi kobiety…

Tak, podczas pisania wiele razy uśmiechałam się, wzruszałam, albo wręcz wybuchałam śmiechem. Bo tam, gdzie są energiczne, sprytne i odważne kobiety, tam nietrudno o humor, w tym humor sytuacyjny. Jak się nie uśmiechnąć chociażby na opis sprowadzenia do jednego z klasztorów zapasów słoniny przez zaradną urszulankę, która wykorzystała do tego… nieświadomych i mocno naiwnych żołnierzy niemieckich? Wyobraźmy sobie też scenę, jak dominikanki misjonarki, żeby uniknąć wywózki i niepewnej tułaczki, w kilka chwil organizują w klasztorze… fikcyjny szpital? Pełna mistyfikacja, która jest tak szalona, że aż każe się uśmiechnąć. Czy też historia, gdy jedna z bezhabitowych sióstr, ofiarnie “zdobyła” jedwabne spadochrony z alianckich zrzutów. A za swoje poświęcenie dostała… ostrą reprymendę od siostry przełożonej. Chyba zresztą to jest kwintesencja ludzkiego życia: trudności i prawdziwe dramaty, przeplatają się z sytuacjami zabawnymi, podnoszącymi na duchu. W najgorszej nawet sytuacji, przychodził promyk nadziei i dobra. Taki uśmiech Pana Boga wśród huku bomb i ostrzału z karabinów…

 

Kościół Sakramentek, pocztówka z ok. 1920 r. / Zasoby Muzeum Historycznego w Warszawie

 

To jak wyglądały pierwsze dni powstania w zgromadzeniach na Starym Mieście? 

Podobnie, jak w innych klasztorach, w całej niemal Warszawie: to był czas radości, ogromnej nadziei, bywało że i euforii. Siostry, chociaż część z nich sceptycznie podchodziła do szans powstania, gdy już wybuchło – modliły się i wspierały walczących w każdy możliwy sposób. Karmiły, opatrywały, przenosiły dokumenty, ukrywały powstańców. Część z nich, o czym się zapomina, były zaprzysiężone w Armii Krajowej. 

 

Pozostały ze swoim miastem świadomie – do końca, nawet wtedy, gdy wiedziały, że miasto ginie. Pozostały do końca z powierzonymi im ludźmi.

Czyli Siostry tak naprawdę weszły w struktury powstańcze.

Siostry zarówno na Starówce, jak i w Śródmieściu, na Mokotowie czy Żoliborzu, organizowały punkty sanitarne, rozpoczynała się działalność wcześniej pieczołowicie przygotowywanych szpitali powstańczych, otwierały kuchnie polowe i wydawały żywność. W tym czasie wszyscy mieli nadzieję na kilkudniowe walki i zwycięstwo, byli pewni pomocy Sowietów zza Wisły, liczyli na Aliantów. Wywieszano więc flagi, śpiewano pieśni patriotyczne. Siostry miały moim zdaniem doskonałą świadomość sytuacji walczącej Warszawy. Dlatego mocno oczekiwały ruchów zza Wisły, niepokoiły się przedłużającymi się walkami bez pomocy z zewnątrz. Wykształcone i mocno stąpające na ziemi, chyba nawet szybciej niż reszta społeczeństwa pojęły, że przyszłość powstania może być niepewna. Mimo to pozostawały na posterunkach. Co więcej: robiły wszystko, by zwiększyć szanse na zwycięstwo. Pozostały ze swoim miastem świadomie – do końca, nawet wtedy, gdy wiedziały, że miasto ginie. Pozostały do końca z powierzonymi im ludźmi.

 

Historie opisane przez ciebie w książce są bardzo szczegółowe. W zasadzie czytając je, byłam w stanie wyobrazić sobie tamte sytuacje. Jak to się udało?

Nie chciałam, żeby historie zgromadzeń w powstaniu były drętwe i “encyklopedyczne”. To nie miałoby sensu. Tym bardziej, że dotąd dostępna literatura na ten temat, była – delikatnie mówiąc – skąpa. Zależało mi, by po prostu pokazać codzienność w klasztorach: bitwę o każdy łyk wody dla uchodźców, trwanie przy rannych, gdy wokół walą się ściany. Realny był też strach przed brutalnymi, rosyjskojęzycznymi żołnierzami, siejącymi popłoch szczególnie wśród kobiet. 

 

Nie trzeba niczego fabularyzować, tamte wydarzenia mówią same za siebie.

Chciałabym to mocno podkreślić, w żaden sposób tych opisów nie “koloryzowałam” czy nie “podkręcałam”. Wręcz przeciwnie: robiłam wszystko, by publicystki i jednak z natury reporterki Puścikowskiej było w książce jak najmniej. Głos oddawałam po prostu świadkom. To siostry – bohaterki sprzed lat – niejako pisały ze mną tę książkę. To dzięki ich oryginalnym wspomnieniom, często niepublikowanym dotąd pamiętnikom, które spoczywały w zakonnych archiwach, w książce znajduje się tyle opisów, scenek, dialogów. Tak po prostu wyglądało ich prawdziwe, dobre życie, w piekle wojny.  Pilnowałam się więc, by nie dodawać własnych komentarzy czy zbędnych ozdobników. Byłam raczej moderatorem, redaktorem, niż narratorem. Starałam się podejść do tych wspomnień… “najzimniej” jak się da. Bo przecież one same, są już wystarczająco gorące…

 

 

Jak zbierałaś materiały, jak udało ci się dotrzeć do zapisków? Czy w zgromadzeniach zachowało się dużo dokumentów z tamtego okresu?

Wszystko to było możliwe wyłącznie dzięki współpracy ze współczesnymi siostrami zakonnymi: archiwistkami, matkami przełożonymi, pasjonatkami historii, których jest na szczęście sporo w wielu zgromadzeniach. Bez nich nic bym nie napisała, bo i jak? To siostry wspierały mnie w działaniu, umożliwiały docieranie do materiałów, otwierały archiwa. I miały do mnie świętą cierpliwość. Oczywiście nie jest tak, że książka oparta jest wyłącznie na niepublikowanych dotąd pamiętnikach. Niektóre zgromadzenia mają własne wydawnictwa na temat 1944 roku. Z drugiej strony – siostry są coraz bardziej chętne i świadome potrzeby, by o bohaterstwie ich poprzedniczek, chociażby właśnie z powstania warszawskiego, mówić głośniej i szerzej. W archiwach zgromadzeń jest na szczęście wiele dokumentów i siostry o nie dbają. Bywało natomiast, że specjalnie na potrzeby książki, siostry zaczynały szperać i ku swojemu zaskoczeniu i wielkiej radości, odnajdywały wspomnienia! Miałam więc i nie lada gratkę (co i utrapienie) przepisywania wspomnień z zeszycików, kartek, notatek odręcznych – bo i na takich wielokrotnie pracowałam. Na szczęście niegdyś pilnowano nauki kaligrafii, dlatego śledzenie odręcznych zapisków sióstr nie było bardzo karkołomne. Co jasne – większość wspomnień to retrospekcja, były pisane w latach 50. czy 60., bo podczas walk kroniki i dokumenty wielokrotnie były niszczone i palone.

 

Ruiny Kościoła Sakramentek – Oktawa Bożego Ciała 1945 r. / Zasoby Sióstr Benedyktynek Sakramentek

 

Siostry przecież mogły wyjechać z Warszawy przed powstaniem. Większość wiedziała, że walki wybuchną, miały wybór. Jednak właśnie ze względu na chęć ochrony życia innych ludzi, na poczucie obowiązku względem ojczyzny, zostawały.

Obok walki o życie i przetrwanie, siostry toczyły walkę o godność, jak matka Wincenta Jaroszewska. Co to była za konstrukcja człowieka, by w tak nieludzkich warunkach, mieć na pierwszym planie człowieczeństwo, ludzką godność? Myślisz, że potrafilibyśmy tak działać i dziś?

To właśnie z chęci walki o godność wynikała walka o życie i przetrwanie. Jedno z drugim mocno się złączyło i dlatego dawało przedziwne, zupełnie czasem nieprawdopodobne efekty. Siostry przecież w ogromnej liczbie mogły wyjechać z Warszawy przed powstaniem. Większość wiedziała, że walki wybuchną, a miały wybór. Jednak właśnie ze względu na chęć ochrony życia innych ludzi, na poczucie obowiązku względem ojczyzny, zostawały. Często zaś poza miasto wysyłano roztropnie siostry starsze, słabsze oraz podopiecznych – chorych i sieroty czy uczennice. Przykład matki Jaroszewskiej – zakonnicy, która zapoczątkowała chociażby posługę wśród wenerycznie chorych kobiet, prostytutek, jest bardzo konkretny, ale nie jedyny. Jej postawa wynikała z formacji, wiary, była jeszcze pokłosiem wychowania patriotycznego z czasów zaborów. Dla tamtych kobiet praca u podstaw to nie były czcze słowa, lecz konkretne działania. Na człowieka patrzyły holistycznie: dbały więc zarówno o jego ciało, jak i o duszę. Nie można zapomnieć, że część sióstr, opisanych przeze mnie, to też pokolenie Kolumbów. Dla tamtych młodych ludzi, liczyła się walka o wolność kraju, patriotyzm. Ale przecież wolna Polska miała być dla wolnych Polaków, ludzi godnych. Dlatego więc walczyły o wolność i godność wszystkich. Niezależnie, czy trzeba było zaopiekować się profesorem prawa, czy prostytutką na oddziale wenerycznym. Benedyktynki samarytanki, siostry z założonego przez matkę Jaroszewską zgromadzenia, poniosły za to zresztą największą ofiarę: z życia.

 

To przecież nie były urodzone bohaterki z certyfikatem “jestem odważna od kołyski”. Często to były zwykłe babki, które w klasztorze były ciche, rozmodlone, wręcz wycofane. Dopiero konkretne sytuacje i konieczność walki, prowokowały do działania.

Potrafilibyśmy dziś zachowywać się podobnie?

Chciałabym móc pewnie powiedzieć: tak, oczywiście. Ale jednak… nie odpowiem. Na razie, Bogu dzięki, nie musimy sami siebie sprawdzać. I obyśmy nigdy nie musieli. Zresztą same siostry nie przypuszczały, że historia, Bóg i zwykłe życie, będą wymagać od nich heroizmu. To przecież nie były urodzone bohaterki z certyfikatem “jestem odważna od kołyski”. Często to były zwykłe babki, które w klasztorze były ciche, rozmodlone, wręcz wycofane. Dopiero konkretne sytuacje i konieczność walki, prowokowały do działania. Stwierdzenie “tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, ma naprawdę głęboki sens.

 

Z jakich domów pochodziły opisywane przez ciebie siostry?

Właściwie z każdego środowiska, z każdego niemal punktu na mapie przedwojennej Polski, a nawet dalekiej zagranicy. Były wśród nich chłopki, były arystokratki. Były inteligentki i szlachcianki, były, kobiety które dopiero w zakonie uczyły się czytać i pisać. Pochodziły ze wszystkich środowisk i to jest fenomen, który zadziwia: mimo tak różnej proweniencji, mimo że trafiały potem do jakże różnych zgromadzeń, miały podobną formację, te same ideały i mocną wiarę w Boga. W pierwszej godzinie powstania warszawskiego, zginęły cztery urszulanki szare, wśród których była… półturczynka, córka tureckiego komunisty! Chyba najmniej sióstr pochodziło z samej Warszawy. Tak różne kobiety były potem solidarne w walce, a co zupełnie zastanawiające – działały też podobnie, chociaż przecież w żaden sposób tego nie koordynowały, nie planowały konkretnych akcji między zgromadzeniami. Wnikliwy czytelnik odnajdzie wręcz miejsca i działania, w których brały udział różne siostry, a które zostały opisane z wielu perspektyw.

 

Bardzo chciałam, by nieznane bohaterstwo sióstr z powstania, wyszło z ukrycia. Siostrom walczącym w 1944 roku to się po prostu należy.

Spotkałaś jeszcze świadków tamtych wydarzeń, jest ich niestety coraz mniej. Czujesz, że ocalasz te historie od zapomnienia? Dlaczego jest to dla ciebie ważne?

Gdy zaczynałam pisać “Wojenne siostry”, żyło jeszcze kilka sióstr pamiętających powstanie warszawskie. Miesiąc po premierze zmarła 103-letnia szarytka, Lucyna Reszczyńska – wielka bohaterka. Obecnie, według mojej wiedzy, nie żyje już żadna siostra, która w czasie powstania była już w zakonie. Żyją natomiast siostry, które w czasie walk były młodymi dziewczętami, sanitariuszkami czy łączniczkami, względnie po prostu dziećmi. 

Tak, świadków z każdym rokiem jest mniej. Mniej jest nawet świadków ich powojennego życia. To był więc ostatni moment, by zebrać co się da, uporządkować i przekazać w hołdzie dawnym bohaterkom, a jednocześnie w prezencie młodemu pokoleniu. To, co dla mnie, jako wychowanki liceum zakonnego, w którym toczyły się walki, było naturalne i w jakiś sposób zwyczajne, dla młodych ludzi już nie jest. Albo jest nieznane, albo egzotyczne, albo co gorsza – mało ważne. Dlatego bardzo chciałam, by nieznane bohaterstwo sióstr z powstania, wyszło z ukrycia. Siostrom walczącym w 1944 roku to się po prostu należy. A młodym należy się przedstawienie wzorców, z którymi można się identyfikować. Stworzyłam coś w rodzaju “przewodnika po klasztorach powstańczej Warszawy” i przewodnika po historiach niezwykłych kobiet. Mam tylko nadzieję, że po prostu współcześni czytelnicy będą chcieli to dziedzictwo poznać.

 

Jaka będzie następna książka?

Mam kilka pomysłów. Zobaczymy, który wyklaruje mi się w głowie i w sercu. W przypadku “Sióstr z powstania”, to same bohaterki niejako “zadbały”, bym o nich pisała. Wielokrotnie, z góry, dawały mi subtelnie i mniej subtelnie znaki, bym nie ustawała w pracy. Mimo, że proces twórczy był momentami ciężki i żmudny – tym bardziej, że częściowo przypadł na czas epidemii. 

Myślę, że na razie spokojnie poczekam i odpocznę, a jeśli kolejni potencjalni, kolejni bohaterzy będą chcieli, bym o nich pisała – znajdą sposób, by mi to przekazać. I wtedy zabiorę się do roboty.

 

PRZECZYTAJ TAKŻE: Dziewczyna z okładki

 


Siostry z powstania
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

KUP KSIĄŻKĘ>>>

 

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl “Rozmowy z Janem Pawłem II” oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Świeccy nie są w poczekalni parafii

"Nie możemy myśleć, że wierni świeccy ciągle są w jakiejś poczekalni życia parafialnego i dopiero kiedy wejdą na właściwe pokoje, to będzie można im jakąś odpowiedzialność powierzyć. Każdy, kto uwierzył już może być odpowiedzialny za głoszenie wiary!". O "idealnej parafii", budzeniu olbrzyma i świętym oburzeniu ludzi Kościoła opowiada bp Adam Bab, biskup pomocniczy archidiecezji lubelskiej.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Agnieszka Huf: Czy według księdza biskupa duszpasterstwo parafialne w Polsce potrzebuje nawrócenia?

Bp Adam Bab: Kościół od zawsze postrzegał siebie jako rzeczywistość, która powinna się nawracać. Ojciec Święty od samego początku swojego pontyfikatu mówi o nawróceniu duszpasterskim, trzeba tylko wiedzieć, z czego i do czego się nawracamy. Papież akcentuje misyjność, ewangelizację, czyli nie tyle obsługiwanie wiernych, co uświadamianie im, że każdy kto uwierzy, od razu staje się misjonarzem. Nie możemy myśleć, że wierni świeccy ciągle są w jakiejś poczekalni życia parafialnego i dopiero, kiedy wejdą na właściwe pokoje, to będzie można im jakąś odpowiedzialność powierzyć. Każdy, kto uwierzył, już może być odpowiedzialny za głoszenie wiary! Oczywiście trzeba swoje kompetencje rozwijać, ale już się jest świadkiem. Wejście w taki sposób myślenia wymaga od nas właśnie nawrócenia.

 

Nie możemy myśleć, że wierni świeccy ciągle są w jakiejś poczekalni życia parafialnego i dopiero kiedy wejdą na właściwe pokoje, to będzie można im jakąś odpowiedzialność powierzyć. Każdy, kto uwierzył już może być odpowiedzialny za głoszenie wiary!

Pytam o to, bo w wydanym w zeszłym tygodniu dokumencie watykańskiej Kongregacji ds Duchowieństwa nawet w tytule pada sformułowanie “nawrócenie duszpasterskie”. Papież Franciszek bardzo często posługuje się tym określeniem. Co ono tak naprawdę oznacza?

Pewnie każdy może to zrozumieć troszkę inaczej, ale jeżeli dobrze wsłuchamy się w papieża, to wydaje mi się, że z “nawróceniem duszpasterskim” wiążą się takie kwestie jak misyjność, ewangelizacja czy wychodzenie z Dobrą Nowiną do drugiego człowieka, do świata. W duszpasterstwie nie chodzi o to, żeby podzielić się na obsługujących i obsługiwanych – my wszyscy razem, jako wspólnota uczniów Chrystusa służymy temu, żeby Dobra Nowina się rozprzestrzeniała. 

 

Ksiądz biskup jeszcze niedawno był proboszczem, więc zna życie parafialne od podszewki. Co dzisiaj jest największym wyzwaniem dla parafii?

Parafie często składają się z osób „gorących”, stanowiących jądro parafii, a wokół tego jądra znajdują się osoby przeżywające wiarę na sposób chłodny. Oni też są adresatami zaproszenia do głębszego, solidniejszego przeżywania wiary. Ci “gorący” często należą do wspólnot, czym zasadniczo w parafiach się cieszymy: dobrze, że te wspólnoty są, że ludzie tam się garną, poświęcają temu sporo uwagi i duchowego wysiłku. Ale czasami ich członkom bardzo zależy, żeby powiększała się wspólnota, nawracają do siebie a nie nawracają do Chrystusa. Oczywiście jedno drugiego nie wyklucza, ale nie do końca mamy satysfakcję z tego, że ktoś pod wpływem życia danej wspólnoty rozpoczął życie wiarą, zaczął chodzić do kościoła, ale nie wstąpił do wspólnoty.

 

Jak powinno wyglądać duszpasterstwo parafialne, taka “parafia idealna”? 

Na to pytanie trudno odpowiedzieć w sposób abstrakcyjny, nie mając na uwadze konkretnej parafii. Inaczej będzie w dużej aglomeracji miejskiej, inaczej na wsi. Ale Ojciec Święty w tym nowym dokumencie zwrócił uwagę na to, że dużo inspiracji można zaczerpnąć z modelu parafii, który nazwał “sanktuaryjnym”. To znaczy, że jest to miejsce, do którego ludzie przybywają: każdy ze swoim stanem wiary, każdy ze swoimi pytaniami dotyczącymi Pana Boga. Jedni są zaawansowani w wierze, inni poszukujący, ale wszyscy są przyjęci. Nie ma jakiejś “segregacji” na lepszych i gorszych, na początkujących i zaawansowanych. Każdy przychodzi z takim stanem serca, jaki ma. Jeśli kogoś jakieś doświadczenie przytrzyma, to cieszymy się, że został, chce się dalej rozwijać. Ale z drugiej strony żadne spotkanie, żadna wizyta nie jest czasem zmarnowanym, bo po prostu się wydarza: ktoś przyszedł, ktoś się spotkał, ktoś się pomodlił.

Ciekawe też, że Ojciec Święty zwrócił uwagę, że choć oczywiście porządek, nazwijmy to “logistyczny” i związany z duszpasterską odpowiedzialnością oparty jest na kryterium terytorialnym, to – mimo że pozostaje ono aktualne – nie może być absolutyzowane. To się w Polsce akurat często się zdarza, że proboszcz troszkę za bardzo traktuje wiernych jakby byli jego własnością i na przykład stwarza problemy, kiedy wierny prosi o sakrament poza własną parafią. Liczy się to, że ktoś chce przyjąć ten sakrament i trzeba się tylko tym cieszyć a nie rozliczać z przynależności!

 

 

A czy jest szansa, że ta Instrukcja realnie zmieni coś w Kościele? Czy będzie tylko kolejnym pięknym dokumentem? 

Pewnie to zależy od nas wszystkich. Zmieni się, jeżeli będą pasterze, którzy tę Instrukcję przeczytają z otwartością na inspirację, z zapałem, zechcą o tym opowiadać, zwłaszcza tym najbardziej “gorącym” w parafii i wciągną ich w to myślenie. Papież tylko podpowiada pewne rzeczy, mówiąc: “Słuchajcie, każda parafia jest inna. Każda ma swoją specyfikę i każda musi rozpoznać swoją drogę nawrócenia duszpasterskiego”. Bo dużo zależy od tego, gdzie żyjemy. Czy to jest osiedle, które jest “sypialnią”, czy są to okolice starego centrum, praktycznie wyludnione z mieszkańców. Ale jeśli będzie pasterz, który będzie chciał szukać dróg nawrócenia, to coś się zmieni. A jeżeli zostanie to przyjęte, jak to się mówi przysłowiowo “pomiędzy uszami”, “no dobrze papież napisał, ale my i tak robimy to, co żeśmy do tej pory robili”, to przy takiej postawie ten dokument nie będzie miał wpływu na nic.

 

Tekst tego dokumentu zaczyna się od cytatu z adhortacji “Evangelii Gaudium: “Jeżeli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech będzie to fakt, że tylu naszych ludzi żyje pozbawionych siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia”. Czy fakt, że wiele osób żyje bez bliskości z Chrystusem wywołuje faktycznie w Kościele to święte oburzenie? Czy może już tylko smutno kiwamy głowami: no tak, ludzie odchodzą z Kościoła, statystyki spadają, tak już musi być, taki jest świat?

Najwyżsi pasterze Kościoła mają świadomość, że Kościół wciąż jest w stanie misji, która będzie aktualna dopóki nie skończy się świat. Natomiast pojawia się pytanie, czy ja sam patrzę na siebie jak na kogoś, kto jest za tę misję odpowiedzialny? 

Cytat, który Pani przeczytała, jest bardzo podobny do słów, które Jan Paweł II napisał w “Redemptoris Missio”: “nie możemy być spokojni, dopóki są obok nas ludzie, którzy nie znają Chrystusa”. Paweł VI w “Evangelii Nuntiandi” mówił bardzo podobne rzeczy. To pokazuje, że najwyżsi pasterze Kościoła mają świadomość, że Kościół wciąż jest w stanie misji, która będzie aktualna dopóki nie skończy się świat. Natomiast pojawia się pytanie, czy ja sam patrzę na siebie jak na kogoś, kto jest za tę misję odpowiedzialny? Ta świadomość powoli rośnie, w Polsce boom przeżywają teraz Szkoły Nowej Ewangelizacji, ale nie może być tak, że oni biorą na siebie ciężar ewangelizacyjnego życia Kościoła, a dzięki temu my mamy święty spokój. “Ja się rozwijam, nawracam, tyle mam w swoim życiu do zmienienia, więc czuję się zwolniony, albo niekompetentny do podjęcia misji ewangelizacyjnej”. W tym dokumencie wybrzmiewa misyjna podmiotowość każdego, nawet jeśli przeżywa rozterki w wierze. Nie mogę podejmować odpowiedzialności dopiero wtedy, kiedy te rozterki ustaną, tylko pośród nich. Jeżeli będziemy sobie to w ramach duszpasterskiego nawracania w parafii uświadamiać, to sądzę, że te słowa nie pójdą na marne. 

 

 

Ksiądz biskup mówi o wspólnotach, ale co z parafiami? Kard. Hume powiedział: “parafia to uśpiony olbrzym: olbrzym, ponieważ cały świat podzielony jest na parafie, a uśpiony, ponieważ popadł w głęboki letarg, z którego obudzić go może jedynie Duch Święty”. Można odnieść wrażenie, że dzieła ewangelizacyjne podejmują właśnie wspólnoty, niekoniecznie związane z parafią, a same parafie kojarzą się z tworem czysto organizacyjnym. Czy jest jakiś pomysł, jak obudzić tego uśpionego olbrzyma i zachęcić świeckich do zaangażowania się w działanie parafii?

Potrzebne jest jasne pojęcie, co to znaczy obudzenie tego olbrzyma. Bo odruchowo myślimy o jakichś strategiach, które się wiążą z planowaniem, z systematycznością działania. I to też jest potrzebne, aczkolwiek ja w pierwszym rzędzie mam na myśli rzeczy podstawowe. Gdy patrzy się na Polskę widać, że do kościoła chodzi mniejszość, która spotyka się w swoim codziennym życiu z nieobecną tam większością. Wystarczy, żeby ta mniejszość była jednoznaczna w szkole, w pracy, na wakacjach, żeby potrafiła dać proste świadectwo, dać odpowiedź, dlaczego mimo wszystkich trudności trwa przy Chrystusie i we wspólnocie Jego uczniów. To jest ewangelizacja! Do tego nie potrzeba żadnych strategii, planów i narad. Ale chodzi o to, żeby te osoby, które w niedzielę są w Kościele, a później od poniedziałku do piątku pracują w środowisku niewierzących czy wrogo nastawionych do Kościoła, przez tę jedną godzinę w parafii były w stanie na tyle nakarmić się łaską, Duchem Świętym, żeby później udźwignąć tę swoją codzienność, która ma wymiar misyjny. 

 

 

Parafianie często mają wielkie oczekiwania wobec proboszcza. A jakie oczekiwania może mieć proboszcz wobec parafian? W jaki sposób świecki może dbać o parafię? 

Proboszcz cieszy się, gdy parafianie chcą korzystać z tego, czym żyje wspólnota, chcą się rozwijać duchowo. Ale ważną rzeczą jest też pewna dialogiczność. Bo nie jest tak, że to, co proboszcz sobie wymyśli, jest zawsze rzeczą absolutnie rewelacyjną. Potrzebna jest pokora do dialogu: “Wymyśliłem, ale widzę, że nie działa, podpowiedzcie, co trzeba poprawić żeby lepiej działało.”.  Żeby nie myślał: “Nie zagrało, to znaczy, że ludzie nie są warci moich pomysłów”.

 

Nie chodzi o to, żeby w parafii było nie wiadomo ile inicjatyw i grup. Ale jeśli w centrum życia parafialnego będzie Eucharystia – Msza Św., ale też adoracja – to uważam, że ludzie w tym miejscu będą bardzo dobrze karmieni Bogiem.

A co mają zrobić świeccy, jeśli proboszcz jest bierny i nie wychodzi z inicjatywami?

Trzeba pamiętać, że źródłem i szczytem życia parafialnego jest Eucharystia. Wspólną troską i proboszcza i wiernych powinna być jakość tego Spotkania. Żebyśmy wspólnie odkryli, że jeżeli dobrze przeżyjemy Eucharystię, dobrze się do niej przygotujemy, to ona sama już dla parafii jest zawsze duchowo owocna. Nie chodzi o to, żeby w parafii było nie wiadomo ile inicjatyw i grup. Ale jeśli w centrum życia parafialnego będzie Eucharystia – Msza Św., ale  też adoracja – to uważam, że ludzie w tym miejscu będą bardzo dobrze karmieni Bogiem. 

 

Gdyby na podstawie tego dokumentu miał ksiądz biskup możliwość wprowadzenia za pomocą dekretu jednej zmiany w parafiach archidiecezji, to co by to mogło być

Na pewno nie posługiwałbym się dekretem, tylko ukierunkował treściowo wszystkie spotkania, które są przede mną: z księżmi, świeckimi, ruchami formacyjnymi, starał się z nimi rozmawiać, co znaczy dla nas nawrócenie duszpasterskie, jak możemy je podjąć. Ja nie wierzę w moc dekretów (śmiech) na tyle, żeby nawrócenie było wywoływalne przez dekret. Dekrety są bardzo potrzebne, kiedy trzeba coś uporządkować. Natomiast nakazać trzeba przez serce i umysł, a to jest kwestia bardziej spotkania niż drukowania.


Bp Adam Bab – biskup pomocniczy archidiecezji lubelskiej, święcenia biskupie otrzymał 29 czerwca 2020. Przez wiele lat był związany z lubelskim duszpasterstwem młodzieży, organizował pielgrzymki na Światowe Dni Młodzieży. Pełnił funkcję wikariusza biskupiego ds. młodzieży oraz konsultora Rady ds. duszpasterstwa młodzieży KEP. Jest również członkiem Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji. W 2019 roku zorganizował Archidiecezjalny Synod Młodych. Przez ostatnie 6 lat pracował jako proboszcz w jednej z lubelskich parafii. Ma 45 lat i jest obecnie najmłodszym biskupem w Polsce.

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap