ROZMOWY

Ks. Rymuza z DA Sandał: o. Szustak ma ogień w sobie!

Spodziewałem się tłumów, ale nie spodziewałem się takiej atmosfery, takiej modlitwy, takiego milczenia w kilkutysięcznym tłumie - mówi ks. Piotr Rymuza, duszpasterz akademicki DA Sandał w Warszawie, gdzie o. Adam Szustak głosi właśnie rekolekcje. Tłumy młodzieży są tak wielkie, że chwilami zablokowały przejazd tramwajów.

ks. Piotr Rymuza
ks. Piotr
Rymuza
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ks. Rymuza z DA Sandał: o. Szustak ma ogień w sobie!
Spodziewałem się tłumów, ale nie spodziewałem się takiej atmosfery, takiej modlitwy, takiego milczenia w kilkutysięcznym tłumie - mówi ks. Piotr Rymuza, duszpasterz akademicki DA Sandał w Warszawie, gdzie o. Adam Szustak głosi właśnie rekolekcje. Tłumy młodzieży są tak wielkie, że chwilami zablokowały przejazd tramwajów.

 

Spodziewał się ksiądz takich tłumów?

Szczerze? Tak. Zapraszając o. Adama wiedziałem, że przyjdzie wielu ludzi, często z obrzeży, często szukających Boga albo od Niego oddalonych. Ale jednocześnie nie spodziewałem się takiej atmosfery. Rzadko się zdarza, że kościół w centrum dużego miasta jest tak wypełniony po brzegi i nie jest to impreza kulturalna ani rozrywkowa.

 

Podobno pomimo tłumu panowała niezwykła cisza?

Do poprowadzenia medytacji i wyciszenia przed Mszą rekolekcyjną zaprosiłem wspólnotę modlących się pieśniami z Taize. Oni zwykle przynoszą takie plansze z napisem “CISZA”. Gdy zobaczyłem te plansze i ten kilkutysięczny tłum w kościele, pomyślałem w duchu: “Nie ma szans! Jaka cisza?”. Ale tak, były takie liczne momenty, gdy ludzie milczeli. Trzy tysiące milczących ludzi i cisza, przerywana tylko dzwonieniem przejeżdżających przez plac tramwajów.

 

 

Co jeszcze zaskoczyło księdza?

Pracuję w tej parafii szósty rok i po raz pierwszy miałem okazję rozdawać Komunię św. na ulicy, na Placu Zbawiciela. Naprawdę miałem dreszcze. Z jednej strony ja, z Panem Jezusem w Komunii, wylewający się z kościoła tłum ludzi, blokujących przejeżdżające tramwaje, z drugiej strony – przechodnie, ludzie, hipsterzy w modnych knajpach, szukający w życiu czegoś zupełnie innego. Czułem autentyczne wzruszenie tą sytuacją. I pomyślałem, że może to jest jakiś znak czasu. Może jest tak, że zbyt rzadko organizujemy takie wydarzenia, na których dobrze w kościele poczują się ludzie niewierzący, oddaleni od Pana Boga. Zbyt często wszystkie działania duszpasterskie adresujemy tylko do przekonanych, do zewangelizowanych. Tymczasem te nasze rekolekcje, zorganizowane przecież dla wierzących, stały się znakomitą okazją do ewangelizacji. Do pokazania ludziom spoza Kościoła, że jesteśmy, że Pan Bóg jest. Można powiedzieć: wylaliśmy się z tego kościoła do świata dając tym ludziom okazję do refleksji. 

 

🔷 PRZECZYTAJ: Cisza, modlitwa i nieprzebrany tłum czyli o. Szustak na Placu Zbawiciela

 

Wielu ludzi zarzuca o. Szustakowi, że jest “showmanem”, że gromadzi tłumy bo jest znany z YouTube’a…

Ojciec Adam jest showmanem, ale dzięki temu jest też świetnym ewangelizatorem! Gdyby popatrzeć na Pana Jezusa i Jego życie, sposób nauczania – też można by użyć tego sformułowania. Jemu również zarzucano, że nie uczy przestrzegania prawa, że jest zbyt otwarty, że spotyka się z grzesznikami, że przyciąga tłumy. Podobnie o. Adam. On ma ogień w sobie! Ogień Ducha świętego, który tak przyciąga ludzi na głoszone przez niego nauki i konferencje. Po spotkaniu z nim, po wysłuchaniu jego homilii wiele osób sięga po Pismo święte, spowiada się po latach, zaczyna chodzić na Mszę św. regularnie.

 

 

Czyli można już mówić o pewnych owocach tych rekolekcji?

Na mówienie o konkretnych owocach jest jeszcze oczywiście za wcześnie, czas je pokaże. Ale ja czułem wielkiego ducha modlitwy. Widziałem to u osób słuchających nauki o. Adama, stojących w długiej kolejce do niego po osobiste błogosławieństwo. Innym owocem jest też to, że już coraz więcej ludzi pyta o możliwość dołączenia do naszej wspólnoty, do duszpasterstwa. To pokazuje, że takie rekolekcje to nie jest jakiś “event” ale inspiracja do działania. Czas, gdy wchodzimy w swoje serce i szukamy Pana Boga. Czas, który może wydać konkretne owoce. 

 

 

Rozmawiała Anna Druś

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



ks. Piotr Rymuza

ks. Piotr Rymuza

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr Rymuza
ks. Piotr
Rymuza
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Lekarstwem jest miłość

O sile miłości, sposobach rozwiązywania kryzysów, towarzyszeniu młodym w wychodzeniu z uzależnień i trudnych sytuacji życiowych, z s. Jolantą Glapką, założycielką fundacji „Pasja Życia”, rozmawia Paweł Kęska.

Jolanta
Glapka RSCJ
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Lekarstwem jest miłość
O sile miłości, sposobach rozwiązywania kryzysów, towarzyszeniu młodym w wychodzeniu z uzależnień i trudnych sytuacji życiowych, z s. Jolantą Glapką, założycielką fundacji „Pasja Życia”, rozmawia Paweł Kęska.

Paweł Kęska: Jaką siostra ma w życiu największą pasję?

S. Jolanta Glapka: Chyba największą pasją jest ta, którą mi dał Pan Bóg – miłość Boga i chęci służenia Mu w ludziach. Przez dwadzieścia prawie lat pracowałam z młodymi ludźmi uzależnionymi od narkotyków, od alkoholu, i z innymi uzależnieniami. Bardzo trudne było dla mnie to, że oni tak szybko do tych uzależnień wracali. Wiadomo, nałogi są chorobą i to śmiertelną, nieuleczalną, więc te nawroty bardzo mnie męczyły. Dużo trudu, roczna terapia, a tydzień później, kiedy ma się tyle nadziei, oni dzwonią i już są naćpani…

Bezsilność…

Tak. Szkoda ich, są tak wrażliwi, obdarowani przez Boga, a tak po prostu marnują życie.

W uzależnieniu się może być coś pozytywnego?

W jakim sensie…?

W takim, że człowiek musi absolutnie coś ze sobą zrobić i nie ma wiele czasu, bo droga jest albo w górę albo w dół.

No w tym sensie tak, musi dotknąć dna i wtedy może zacząć się leczyć. Nie przyjdzie po pomoc, jeśli mu to nie doskwiera. Przeważnie ludzie przychodzą do nas, kiedy są odsuwani od rodzin bo rodziny nie wytrzymują. Rodzice zamykają drzwi przed dziećmi, żeby poszły się leczyć albo małżonkowie się rozwodzą. Często młodzi mają już poważne konflikty z prawem bo przekraczają społeczne normy. Czasem trafiają do więzień. Szansa leczenia jest czasem ostatnią alternatywą.

Kiedy człowiek przychodzi po pomoc i przekracza próg, to co się z nim dalej dzieje?

My mamy pewne procedury, przyjmujemy ludzi trzeźwych, więc sprawdzamy jaki jest jego stan. Gdyby test wykazał, że jednak  mają w sobie ślad narkotyków, to niestety nie możemy go przyjąć…

Brutalne

Żeby zacząć pracę trzeba podjąć decyzję świadomie…

I co potem?

Potem mamy roczny program złożony z czterech etapów, na każdym podpisujemy taki kontrakt – czyli umowę, której przestrzegamy.

Co to za etapy?

Pierwszy etap trwa miesiąc – w tym czasie pacjent się wdraża w życie we wspólnocie, poznaje ludzi, przyjmuje regulamin, akceptuje zasady pobytu. Wtedy też pierwszy raz mówi swój życiorys. Drugi etap trwa od drugiego do szóstego miesiąca. To czas zdobywania umiejętności, dbania o proste rzeczy, takie jak podlewanie kwiatów, czas stopniowego zdobywania zaufania u ludzi i u samego siebie. Trzeci etap trwa od szóstego do dziewiątego miesiąca. To już zaliczenie dużej funkcji, takiej jak na przykład dbanie o dom, gotowanie, inne zajęcia. To poznawanie siebie w grupie, pogłębiona nauka relacji. To też opowieść o rodzinie i pogłębiony życiorys z refleksją czemu zacząłem brać. Czwarty etap to i praca dla społeczności i stopniowy powrót do świata. To szukanie pracy, a nawet jej rozpoczęcie. Mamy też zaprzyjaźnionych pracodawców, którzy kiedy mogą to dają młodym szansę.

To jest taki schemat organizacyjny… a wewnętrznie, na czym polega praca nad uzależnieniem?

Ci, którzy wchodzą w proces leczenia, a może u nas przebywać młodzież od 18 roku życia, tworzą społeczność terapeutyczną. W leczeniu uzależnień to najskuteczniejszy sposób. Społeczność ma swoje zasady, swoje zadania i role. Młodzi muszą uzyskiwać od tej społeczności, która w zasadzie jest wspólnotą, akceptację.

Czemu tak ważna jest akceptacja?

Chodzi o powrót do relacji, do społeczeństwa. Oni tak daleko odchodząc od swoich ról społecznych, przestali być studentami, uczniami, synami, córkami i żyli na własny rachunek skoncentrowani na wielkim egoizmie narkotykowego świata. Ten powrót do społeczeństwa, które reprezentuje ta mała grupa jest dla nich bardzo trudny. Niektórzy już po dwóch tygodniach nie wytrzymują. Szczególnie ci, którzy byli wychowywani bezstresowo i nie mieli stawianych żadnych wymagań a teraz nie uznają żadnych zasad. Dla nich jest nie do pojęcia, że muszą się tu podporządkować jakimś autorytetom, jakimś normom. Więc niejednokrotnie się rozstajemy. Ale są i ci wytrwali, szczególnie ci, którzy byli już w kilku terapiach i są bardziej zdeterminowani. Każdy tutaj ma swoją drogę.

Skąd się bierze determinacja?

Właśnie… chciałam wrócić do myśli, że w tym sensie w uzależnieniu jest coś pozytywnego, że człowiek dochodzi do granicy za którą zaczyna widzieć tą destrukcję. To są młodzi ludzie, a już niejednokrotnie chorzy na HIV, czy HCV, mają różne choroby. Przyjmujemy też ich. To dla nich czasem ostatni ratunek.

Tworzycie wspólnotę a oni są trudni w relacjach – jak sobie siostra z nimi radzi?

To nie jest łatwe, ale Pan Bóg daje łaskę. Potrzeba dużo cierpliwości bo jest dużo negacji, agresji i odrzucenia. Oni często byli w dzieciństwie odrzuceni, nie doznali miłości, więc bywają bardzo cyniczni. Tym bardziej jak się powołuję na miłość Bożą czy w ogóle mówię coś na temat miłości to spotykam się z twardym oporem.

I jakie jest na to lekarstwo?

…akceptacja. Tworzymy zespół i wszyscy terapeuci mają, ośmielę się to powiedzieć, dar od Boga i charyzmę, bo rozumieją tych młodych a tamci to czują. Jesteśmy na ty, budujemy wspólnotę, a oni czują się akceptowani. Oprócz całej wiedzy o chorobie i znajomości programu, mi się wydaje, że ten element terapeutyczny jest najważniejszy. Gdyby nie było tej atmosfery, tych żywych relacji, życzliwości, która jest bezwarunkowa, to ta terapia nie miałaby sensu.

Skąd siostra bierze w sobie tą wrażliwość, akceptację?

Myślę, że wrażliwość wyniosłam z domu. Tak teraz sobie myślę. Mój tato był społecznikiem pewnie od niego się nauczyłam wrażliwości na człowieka, pomocy drugiemu. Poszłam na psychologię właśnie po to, żeby pomagać człowiekowi (śmiech).

Ja to wszystko rozumiem, ale jak siostrę znam parę lat, to widzę nie tylko altruizm, ale przede wszystkim ogromną miłość…

Dziękuję bardzo (śmiech).

Czyli miłość w odpowiedzi na brak miłości…

…na brak miłości i zaufania. To jest podstawowy problem, żeby dziecko, czy młodzież zawsze mogło liczyć na rodziców. Jak rzadko rodzice mówią, że kochają… Nasi pacjenci w programie dwa razy mówią swój życiorys…, no to rzadko który pacjent w życiu słyszał, że jest kochany. To może być poważnym problemem dla rodziców, szczególnie dla ojców, żeby mówić o miłości, żeby w ogóle ujawniać uczucia w relacjach. A to jest szalenie ważne. Przytulić, pogłaskać, klepnąć po ramieniu, razem pójść na ryby, coś razem zrobić z ojcem, zapamiętać tego ojca, że ma czas pograć w piłkę w sobotę. Nasi pacjenci nie mieli takich doświadczeń z rodzicami. Często kiedy kończą terapię, chcą, przygotowują się do tego, żeby powiedzieć ojcu, że go kochają, że chcieliby od niego usłyszeć, że są kochani. My ich jakoś do tego zachęcamy, uczymy, odgrywają scenki, żeby mogli to ujawnić.

Czyli zanim człowiek dojrzeje do wszystkich relacji społecznych i będzie budował świat, to najpierw uczy się miłości…

Tak, musi wrócić do źródeł. Kiedy wracamy do źródeł ich życia to coś tam musiało nie grać. Coś skłoniło tego człowieka, żeby sięgnął po narkotyki, żeby szukał, znieczulenia pewnych sfer. Gdyby miał poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, to by tego nie musiał robić. Więc jak najbardziej to jest choroba relacji, braku głębszych więzi, braku poczucia bezpieczeństwa. Jest też wiele takich dysfunkcji, które mogą być bardzo głęboko ukryte i wyjdą w pewnym momencie.

Czyli uzależnienie jest chorobą relacji… Jak się w terapii na tych relacjach pracuje?

W społeczności terapeutycznej staramy się wracać do relacji, dlatego codziennie wieczorem, na zebraniu większość problemów dotyczy relacji. Ten się pogniewał na tego, ten się pokłócił, a ten nie zrozumiał dobrze, tamten się obraził, no i… (śmiech). Wszystko jest wyjaśniane do pierwszej w nocy, wreszcie wszyscy spokojnie zasypiają, bo sobie wyjaśnili i relacje są w miarę oczyszczone. Na drugi dzień wszystko zaczyna się od nowa, ale nie szkodzi. Po roku ludzie jakoś się dogadują i rozumieją się. Bo często projektujemy, przypisujemy komuś jakieś intencje, a ten w ogólne nie miał tego na myśli – to są problemy komunikacji. One się biorą z rodziny, wracamy więc do takich podstawowych procesów komunikacyjnych – do nauki porozumiewania się, mówienia o swoich uczuciach, żeby móc powiedzieć o tym co się przeżywa, z czym się ma trudności i zostać wysłuchanym.

Kim był siostra Józefa Menendez, która jest patronką fundacji „Pasja Życia”?

Siostra Józefa Menendez była mistyczką, jeszcze przed siostrą Faustyną. Pan Jezus mówił do niej o swojej wielkiej miłości. To jest zapisane w książce „Wezwanie do miłości”.

I co tam siostra wyczytała?

Wyczytałam o czułej miłości Boga, o delikatności, o niemożliwości patrzenia na człowieka inaczej, jak tylko z miłością. Bóg jest samą miłością i chce po prostu kochać, chce żebyśmy do niego przychodzili. My mamy tysiące problemów i wszystko to wiąże się z naszym rozumem, który komplikuje całą sprawę, a Bóg tylko po prostu czeka. I On błaga i czeka na tą naszą odpowiedź. Pokornie. Uniża się i błaga o naszą wzajemność. Nic więcej, tylko przyjść do Niego i powiedzieć, że jestem, też Cię kocham, chcę żyć z Tobą i chcę żebyś mnie w życiu prowadził, i On będzie przemieniał to wszystko co jest w nas chore. Dlatego jej imieniem nazwałam fundację, ponieważ doświadczyłam tej łaski. Odkąd wprowadziłam ją do zarządu fundacji to sprawy się odmieniły. Ja jestem siostrą zakonną, i moje życie z Chrystusem trwa już tak ponad trzydzieści lat… i myślę, że to On sam mnie kieruje. No bo jak On ma tym ludziom służyć jak nie przez nas. Więc ja staram się po prostu Jemu podobać, żeby On był ze mnie zadowolony, tak bym bardzo tego chciała.

Na co siostra ma podpisany kontrakt z Panem Bogiem?

No chyba właśnie na miłość… Na mówienie o tym że On żyje, że jest. Ja tej miłości doświadczam, bliskości, intymności, szczęścia i chcę o tym mówić tym, którzy są w rozpaczy, którzy stracili nadzieję i są poranieni. Chciałabym, żeby usłyszeli o tej miłości, żeby uwierzyli, że jest nadzieja, że coś się może zmienić.

Więc stąd ta siła…

Tak. I w naszym domu mieszka Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie. Kiedy skończymy budować kaplicę, będzie u nas wieczysta adoracja 24 godziny na dobę.

Miłość Boga do człowieka przekłada się na relacje międzyludzkie.

Bardzo!

A jak?

(śmiech) …kiedy człowiek daje, to czuje się szczęśliwy. Szczęście jest większe w dawaniu.

I taka siostra właśnie jest.

Dziękuję bardzo. Dzięki Bogu (śmiech).

 


Siostra Jolanta Glapka ze zgromadzenia sióstr Sacre Coeur, założycielka fundacji „Pasja Życia” imienia s. Józefy Mendez, założycielka Młodzieżowego Centrum Rozwoju Artystycznego i Duchowego.


Wywiad Pawła Kęski z s. Jolantą Glapką ukazał się na antenie Radia Warszawa.

Zamów najnowszą książkę o. Adama Szustaka “Nocny Złodziej” w przedsprzedaży 25% taniej!

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Jolanta Glapka RSCJ

Zobacz inne artykuły tego autora >

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jolanta
Glapka RSCJ
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >