Kard. Nycz: Musimy nauczyć się cieszyć, nawet jeśli przyszedł tylko jeden człowiek

– Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden – mówi kard. Kazimierz Nycz. W rozmowie z Tomaszem Królakiem wskazuje też, że Polska należy do krajów w których laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej.

Polub nas na Facebooku!

Tomasz Królak (KAI): Przed sierpniowymi obradami biskupów w Częstochowie zapowiadano, że odbędzie się dyskusja o plusach i minusach nauczania religii w szkołach w związku z 30. rocznicą jej powrotu do szkół. Jak wypadło to podsumowanie?

Kard. Kazimierz Nycz: Rozmowa była nadzwyczaj dobra, poprzedzona dwoma wykładami ekspertów. Pierwszy dotyczył głównie założeń teoretycznych katechezy w szkole, drugi był głosem wizytatora, który jako praktyk zna temat lekcji religii na wylot. Późniejsza, bardzo konkretna dyskusja podejmowała problemy jakie się nazbierały w ciągu tych 30 lat. Była też mowa o tym, jak ma się katecheza dzisiaj, po tych 30 latach w perspektywie założeń, które przyjęliśmy przed laty wchodząc, nieco w pośpiechu, do szkoły. Bo, przypomnę, decyzja zapadła podczas zebrania episkopatu w Krakowie, w czerwcu 1990 roku, a dwa miesiące później odbywały się już pierwsze zajęcia.

 

Jakie są wnioski z tego bilansu? Dostrzeżono jakieś problemy?

Warto najpierw zaznaczyć, że to był powrót do sytuacji, która była i jest obecna jest w znakomitej większości krajów europejskich, jak Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Czy te 30 lat nieobecności szkolnej katechezy wybiło nas z rytmu? Z pewnością tak ale też trzeba pamiętać, że katecheza przy parafii, wypracowana w okresie od lat 60., organizowana właściwie od zera, od nauki w kościołach bo nie było jeszcze tych małych salek, nie było katechetów, otóż ta katecheza miała swoją ogromną wartość. Przede wszystkim bardzo mocno wiązała katechezę rodzin, zwłaszcza rodziców z katechezą parafialną i z katechezą dzieci i młodzieży. W 1990 roku mieliśmy już więc doświadczenie katechezy przyparafialnej, prowadzonej dla poszczególnych klas szkolnych, w miastach zaś łączono niestety kilka klas w grupę, bo nie było innych możliwości.

Natomiast dokonany w 1990 roku powrót katechezy do szkół oceniliśmy jako decyzję słuszną. Główne założenia, a więc żeby wychowanie i edukacja szkolna były kompletne, także od strony przedmiotu, nazwijmy to, etycznego, światopoglądowego, czy wprost religijnego – sprawdziło się. Myślę też, że na takie rozwiązanie społeczeństwo wyraźnie oczekiwało, wspólnie z władzami państwowymi, wolnego, niepodległego już państwa. Choć pamiętamy, że nie brakowało też głosów przeciwnych. Dyskusja medialna była gorąca.

 

Główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

Dziś coraz częściej pojawiają się głosy, także wśród biskupów, że niezbędne jest uzupełnienie katechezy szkolnej zajęciami w salach parafialnych. Czy to dobry pomysł?

Od początku powrotu lekcji religii do szkół zakładaliśmy, że będziemy tam realizować to, co da się w szkole zrobić ale nie rezygnujemy z katechezy przy parafii. Od początku była więc założona komplementarność lekcji religii w szkole i przy parafii.

 

Ale czy to założenie było realizowane?

To jest pytanie, bo wiele parafii, może nawet większość – odetchnęło z ulgą. Pomyślano sobie: wszystko weźmie szkoła. I pozamykaliśmy salki katechetyczne. Natomiast już wtedy część proboszczów, rodziców, duchowieństwa i katechetów doskonale wyczuwała, że nie wszystko da się zrobić w szkole; że to założenie komplementarności katechezy szkolnej i parafialnej było czymś absolutnie potrzebnym, obowiązującym.

Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania. Są oczywiście spotkania przez rok w klasie III czy przed bierzmowaniem ale to na pewno nie wystarcza, potrzeby są większe. To jedna z najważniejszych rzeczy do przemyślenia, mocno podnoszona przez biskupów podczas dyskusji.

Kiedyś bardzo często narzekaliśmy, że rodzice „oddawali” dzieci szkole, jakby chcieli powiedzieć: zajmijcie się ich wychowaniem religijnym. Cóż, w pewnym sensie parafia też oddała do szkoły “swoje” dzieci i młodzież, i odetchnęła z ulgą uznając, że to wystarczy. Jednak rzeczywistość pokazała, że absolutnie nie wystarczy. Dlatego główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

 

W lekcjach religii uczestniczy coraz mniejsza liczba uczniów, choć w różnych regionach wygląda to różnie. Dlaczego odchodzą? Może coś jednak w tej szkolnej katechezie nie wyszło?

W pierwszych latach, rzeczywiście ten entuzjazm z powodu powrotu tych zajęć do szkół był dużo, dużo większy i o tym świadczy także frekwencja. W szkołach podstawowych wynosiła ona prawie 95 procent, a gdzieniegdzie nawet więcej. Na religię nie chodził tylko ktoś innego wyznania lub innej wiary. Jeśli zaś chodzi o młodzież, to chciałbym zaznaczyć, że w religii w szkole uczestniczyli i ci, którzy nie przychodzili do parafii. Nie idealizujmy więc katechezy parafialnej pod każdym względem. Owszem, miała ona swoje ogromne plusy wynikające z bliskiego związku z parafią, z kościołem parafialnym. Z pewnością łatwiejsze było osiąganie takich celów jak wtajemniczenie chrześcijańskie czy właściwa katecheza, rozumiana jako przekaz Słowa Bożego. Tak, parafia stwarzała szczególne warunki w tym względzie. Ale też, nie czarujmy się: kiedy w swojej młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, to, jak pamiętam, ta frekwencja wcale nie był tak wysoka, jak to się nam wydaje dzisiaj, ex post. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, a przecież wtedy większość młodzieży do takich właśnie chodziła, to problemy z frekwencją też były duże.

Natomiast jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole. Geografia tego zjawiska jest jednak różna: na południu i wschodzie Polski, w diecezjach o charakterze bardziej tradycyjnym i wiejskim, frekwencja w szkołach podstawowych nadal jest bardzo duża, przekracza 90 proc., a w liceach dochodzi do tego pułapu. Inny jest obraz katechezy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź czy Kraków, gdzie frekwencja jest wyraźnie, nawet o kilkadziesiąt procent, mniejsza. Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.

 

No właśnie, gdzie one tkwią?

Na pewno nie tylko po stronie młodzieży i rodziców, ani nie tylko po stronie szkoły lecz także po stronie Kościoła, katechetów i ich formacji katechetycznej – i o tych rzeczach także dużo mówiliśmy.

 

Na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć.

O tej formacji jest mowa także w wydanym niedawno watykańskim dyrektorium katechetycznym. Mówi się w nim, że Kościół powinien szukać nowych sposobów przekazu wiary w obliczu wyzwań, które stawia świat cyfrowy i globalizacja kultury. Jak realizacja tego wskazania powinna wyglądać w polskich realiach?

Wspomniałem, że na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć. A watykańskie dyrektorium dokładnie pokazuje, dlaczego nie jest to możliwe. Otóż dokumenty Kościoła – nowe i poprzednie dyrektoria, adhortacja Jana Pawła II „Catechesi Tradendae” ale i nasze dyrektorium sprzed 20 lat – poświęcają katechezie w szkole mniej więcej jedną czwartą tekstu. Natomiast większa część dotyczy natury, istoty, celów katechezy. Jest ona zawsze posługą słowa w Kościele ku umacnianiu wiary, przy czym na pierwszym miejscu – i tak jest od czasu Soboru – mówi się o katechezie dorosłych, w tym rodziców. Na drugim: o katechezie studentów, młodzieży i dzieci. Wydaje się więc, że gdzieś zagubiliśmy pewną proporcję pomiędzy tymi trzema rodzajami katechezy.

Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci. Tak, jak w parafii pierwszym katechetą jest proboszcz i jego współpracownicy. Natomiast jeśli ograniczymy się tylko do szkoły, to jak gdyby pozbawiamy się tych dwóch wielkich przestrzeni: rodziny i parafii. Nie można uważać szkoły za jedyne miejsce katechezy, choć jest to miejsce bardzo ważne.

Trzeba też mieć na uwadze, i o tym mówi nowe dyrektorium, inność współczesnej młodzieży i inność jej oczekiwań wobec nauczycieli, wychowawców i katechetów. Dziś dominującą pozycję w wychowaniu i nauczaniu zajął internet i nowoczesne środki przekazu, także w procesie nauczania i wychowania. Niestety, często te środki, źle wykorzystywane, stają się wielkim antywychowawcą. Kościół jednak nie ucieknie od tej nowoczesności, jeśli pragnie znaleźć drogę do młodego pokolenia, by ich podprowadzić do ewangelii.

Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.

Dlatego dziś, zarówno w katechezie parafialnej jak i, zwłaszcza, szkolnej należy mówić o wykorzystywaniu nowoczesnych środków elektronicznych w przekazie treści katechetycznej. W przeciwnym razie z młodzieżą po prostu się nie spotkamy. To jest wielkie wyzwanie stojące przed dzisiejszą katechezą. Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.

Konieczne jest też przemyślenie podstawy programowej katechezy szkolnej w kierunku tego, co z celów i zadań katechezy można zrobić w szkole, określając jednocześnie, co trzeba pozostawić do realizacji w parafii. Jeżeli bowiem weźmiemy pod uwagę cztery główne zadania katechezy, jakimi są: preewangelizacja, ewangelizacja, wtajemniczenie i właściwa katecheza, to dwa pierwsze założenia można owocnie zrealizować w szkole, natomiast pozostałe, powiedzmy to sobie szczerze, są nieosiągalne do końca bez udziału parafii.

Co do szkoły, to musimy się programowo przestawić, także poprzez właściwą formację katechetów, w kierunku dwóch pierwszych zadań, a więc preewangelizacji i ewangelizacji. Myślę, że próba głoszenia od razu głębokiego orędzia kerygmatycznego, bez poprzedzenia tego procesu pewną bazą kulturową jest czymś bardzo ograniczającym możliwości religii w szkole. Ponadto, jeśli chcemy być przyjęci przez tych, którzy na te lekcje przychodzą, choć z ich wiarą jest jeszcze bardzo różnie, to możemy do nich trafić właśnie tymi elementami preewangelizacji i kultury i to bardzo szeroko pojętej. Bo nawet jeśli ktoś poprzez takie zajęcia nie dojdzie do wiary głębokiej (może stanie się to za 10 czy 20 lat?), to już dziś możemy mu dać przygotowanie i wiedzę, która pomoże mu żyć w świecie i rozumieć ten świat który wyrasta z kultury chrześcijańskiej. I o tym ewangelizacyjnym wymiarze katechezy mówi dużo nowe Dyrektorium o Katechezie.

 

Bo nie o wszystkim trzeba mówić wprost, a miejscem spotkania z religią, sacrum, duchowością, etyką może być właśnie kultura…

Tak, tą płaszczyzną może być literatura, architektura, malarstwo, muzyka. To jest pole do szerokiej współpracy ze szkołą, to jest szansa na integrację międzyprzedmiotową. Bo przecież współpraca historyka, nauczyciela muzyki i katechety może przynieść świetne rezultaty na polu wspomnianej preewangelizacji czy nawet ewangelizacji.

 

Przyznajmy, że nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.

Czy uda się zatem powstrzymać proces pełzającego ale widocznego jednak, wykruszania się uczniów ze szkolnej katechezy?

– Myślę, że jest to nie tylko problem katechezy. Należymy do tych krajów świata, w których tzw. laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. Nie można powiedzieć, że pewne procesy nas nie dotyczą czy nie będą dotykać. Trzeba się z nimi liczyć, ale też mądrze robić swoje, żeby tymi procesami się zmierzyć. Jak? Przede wszystkim przez solidną formację duszpasterzy i katechetów, zarówno duchownych jak i świeckich, a wśród nich na pierwszym miejscu rodziców. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez rodziców większości nowych wyzwań nie udźwigniemy.

Przyznajmy, że czasem, może nie z zaniedbania ale z pewnej wygody lub zbytniego zaufania do możliwości szkoły, nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.

Jeżeli ktoś uważa, że jeżeli do parafii na formację w grupach, nie przyjdzie 100 czy 50 procent uczniów, to nie warto robić spotkania, to z takim myśleniem nie ujedziemy za daleko. Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką, cieszyć się tymi, którzy pojawili się, żeby przechodzić wtajemniczenie chrześcijańskie we wspólnocie przy parafii czy w ruchu – Neokatechumenacie, Odnowie w Duchu Świętym czy Ruchu Światło-Życie. Trzeba się nimi cieszyć. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden. A jeżeli jest to nieduża choćby wspólnota – cieszyć się tym jeszcze bardziej.

Niezbędne jest więc “dopełnianie” szkolnej lekcji religii w parafii propozycją żywych grup, ruchów, wspólnot, żeby spełnić ten postulat wtajemniczenia i katechezy jako głoszenia Słowa Bożego wierzącym. Ale zanim to będzie możliwe, trzeba do tej wiary “podprowadzić”. I to robimy między innymi w szkole. Nie znaczy to, że nasza obecność w szkole jest mniej ważna. Nie, jest bardzo ważna, bo jeżeli będziemy czekać na ludzi tylko w kościele, to na niektórych możemy się nigdy nie doczekać. Przez katechezę w szkole, młodzież nam zostaje “dana i zadana”.

Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy.

W nowym watykańskim dyrektorium jest powiedziane, że parafia musi być misyjna, ewangelizacyjna, musi wychodzić do ludzi. Szkoła jest w tym kontekście miejscem doskonałym. A pandemia pokazała, że w tym czasie skuteczniej mogli zaprosić uczniów do parafii ci katecheci, którzy wcześniej mieli z młodymi dobry kontakt także w szkole.

 

I w ten sposób dochodzimy do tematu tegorocznego Tygodnia Wychowania – “Budujmy więzi”…

Pandemia pokazała, że przed komputerem brakuje tej realnej więzi, spotkania osób, grupy i żywego kontaktu z nauczycielem. Nie wszystkie cele katechezy i nauczania udawało się zrealizować w nauczaniu zdalnym. Budowanie więzi jest naszym zadaniem, także w katechezie i poprzez nią.

Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy. Nie ma co ukrywać: zaczyna to być problemem społecznym czy demograficznym. 30 lat temu do katechezy wyszło ponad 10 tysięcy nowych katechetów. Pełnią piękną i ważną misję Kościoła katechizującego. Trzeba myśleć o ich następcach, żeby za 5-10 lat byli ludzie dobrze przygotowani do przejęcia ich zadań.

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

ROZMOWY

Jak udzielić pierwszej pomocy w kościele?

Rocznie w Europie ma miejsce od 350 do nawet 700 tys. nagłych zatrzymań krążenia. Dużo więcej jest też innych stanów nagłych, które wymagają udzielenia pierwszej pomocy. O tym, jak robić to mądrze opowiada Piotr Kołodziejczyk, ratownik medyczny.

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W drugą sobotę września obchodzimy Światowy Dzień Pierwszej Pomocy. Jak, jako ratownik, oceniasz nasz stan wiedzy na jej temat? Jak często masz okazję widzieć ludzi, którzy realnie udzielają pierwszej pomocy?

Często zdarzało mi się widzieć takie osoby, ale rzadziej były to sytuacje, gdy tej pomocy udzielano we właściwy sposób. Zwłaszcza jeśli chodzi o poważniejsze stany – np. zasłabnięcie gdzieś na ulicy.. Szybko wokół takiej osoby zbiera się tłum i mało kto z tego tłumu umie udzielić pierwszej pomocy, robi się popłoch. Łapią poszkodowanego za ręce, szukają tętna, ktoś krzyczy że na pewno ma cukrzycę albo nadciśnienie. Ogranicza się to do wezwania pogotowia i czekania, pojawia się oczywiście tysiące koncepcji, co można zrobić – „a może go obróćmy, a może go zostawmy, a może sprawdzić mu oddech”. A w tym czasie można by było już konkretnie pomóc takiej osobie.

Widziałem też jednak sytuacje, gdy pierwsza pomoc była udzielana wzorowo, zwłaszcza w przypadku krwotoków czy złamań. Jeśli osoba poszkodowana nie jest w stanie bardzo tragicznym, to stres jest mniejszy i więcej rzeczy się pamięta. Zdecydowanie lepiej działa się też, kiedy wokół nie ma tłumu, bo on trochę paraliżuje w działaniu i osoba, która normalnie wiedziałaby cokolwiek o pierwszej pomocy, nawet niewiele, traci pewność siebie.

 

Jest nawet taka teoria psychologiczna, że jeżeli ktoś perfekcyjnie potrafi wykonać jakieś zadanie, to fakt, że patrzą na niego inni ludzie, będzie działał motywująco. A jeśli nie jest pewny tego, jak coś zrobić – obecność innych osób będzie działać paraliżująco. Można to też odnieść do udzielania pierwszej pomocy.

Tak, ale nie oznacza to zupełnej porażki. W sytuacji, gdy czegoś nie pamiętamy, warto zrobić chociaż to, co pamiętamy. Jeśli nie jesteśmy czegoś pewni, zawsze można zadzwonić do dyspozytora pogotowia, na 112 czy 999 i dyspozytor po otrzymaniu informacji o poszkodowanym, może podpowiedzieć, jak udzielić pierwszej pomocy. Można to zrobić zarówno przy zasłabnięciu czy jakimś krwotoku. Jeśli tylko ktoś ma chęć udzielić pierwszej pomocy, to ze wsparciem dyspozytora może to przynieść rewelacyjny efekt.

 

Dobrze, że mówisz o złamaniach i krwotokach, bo wydaje się, że mówiąc o pierwszej pomocy często mamy na myśli czynności ratunkowe przy zatrzymaniu krążenia. A pierwsza pomoc to kwestia dużo szersza.

Tak, rzeczywiście resuscytacja jest również ważna, ale jest ona potrzebna dopiero w najtrudniejszych sytuacjach. Mówi się, że jeżeli ktoś będzie potrafił pomóc osobie nieprzytomnej, nieoddychającej, to nic go już nie zaskoczy. Każdy inny stan nagły może oczywiście doprowadzić do takiego zatrzymania krążenia, do utraty przytomności. Ale jeśli ktoś umie sobie z taką sytuacją poradzić, to na każdą inną pierwszą pomoc jest przygotowany. A warto pamiętać, że zadławień, omdleń, krwotoków czy złamań jest dużo, dużo więcej niż chociażby zasłabnięć.

 

W pierwszej pomocy najtrudniejsza wydaje się być odwaga do podjęcia jakichkolwiek działań

Co jest najtrudniejsze w udzieleniu pierwszej pomocy?

Najważniejsza jest chęć pomocy – nawet jeśli ktoś nie był na kursach, albo niewiele pamięta, ale chce pomóc. Wtedy najtrudniejsza wydaje się być odwaga do podjęcia jakichś działań. Osoba, która chce udzielić pierwszej pomocy, szybko zorganizuje sobie ludzi i oni już będą działać instynktownie. Jeśli to będzie krwotok z nogi, to będą wiedzieć, że tę krew trzeba jakoś zatamować, a czy on już będzie wiedział, że trzeba założyć opatrunek uciskowy, gdzie i jak założyć bandaż – to już jest sprawa drugorzędna. Wystarczy, aby ktoś się odważył, nie stał w tłumie.

Druga dość trudna kwestia to fakt, że tej pierwszej pomocy nie udziela się na co dzień i przez to sporo się zapomina. Oczywiście nie jest zapewne możliwe, żeby raz w tygodniu czy w miesiąc odświeżać sobie wiedzę na jej temat, ale raz na pół roku czy chociażby raz na rok dobrze byłoby to zrobić. To może być drobna rzecz – przeczytanie artykułu, obejrzenie jakiegoś filmiku. Raz na pół roku to chyba minimum, jeśli ktoś chce być naprawdę przygotowany na takie sytuacje. Świetnie byłoby raz na rok odbyć taki nawet kilkugodzinny kurs z przypomnieniem najważniejszych kwestii.

Prowadząc tego typu kursy widziałem ludzi, którzy nawet regularnie raz na rok aktualizują wiedzę, ćwiczą i mówią „tak, to już wiemy”, a potem w sytuacji pozorowanej, np. w sytuacji krwotoku u małego dziecka, nagle, jak za pstryknięciem palca, wszystko, co chwilę wcześniej ćwiczyli – umyka. Ludzie zaczynają mechanicznie podejmować dość dziwne decyzje dotyczące pomocy.

Jeśli będziemy mieli okazję ćwiczyć taką pierwszą pomoc częściej, zwłaszcza na zajęciach praktycznych, to w sytuacji nagłej będzie już działać nasza pamięć mięśniowa. A jeśli chodzi o wiedzę teoretyczną, to w dobie internetu jest ona dostępna dla każdego.

 

A profesjonalne kursy pierwszej pomocy – od kogo najlepiej się jej uczyć?

To jest bardzo ważna kwestia, bo zdarza się nierzadko, że szkolenia z pierwszej pomocy, prowadzą różne osoby – często przekazują one tylko wiedzę teoretyczną, nie są praktykami.

Można poprosić o takie szkolenie ratowników medycznych, to jest też element ich pracy. Co więcej już studenci ratownictwa w toku studiów mają za zadanie przygotować i przeprowadzić kurs pierwszej pomocy. Z drugiej strony wzięcie samego ratownika medycznego, który może nie ma doświadczenia w prowadzeniu szkoleń, może powodować zamieszanie. Ratownik będzie mówił trochę o pierwszej pomocy, trochę o zaawansowanych zabiegach ratowniczych i to może powodować chaos.

Najlepiej byłoby skorzystać z oferty firmy, która specjalizuje się w prowadzeniu kursów. Wtedy jest pewność, że są tam zarówno szkoleniowcy jak i praktycy, którzy na bieżąco aktualizują swoją wiedzę. Takich firm jest na rynku bardzo dużo i są to instytucje naprawdę godne zaufania, bo ma się pewność, że wiedzą, co robią, można znaleźć opinie na ich temat i są to ludzie, którzy lubią to, co robią.

 

fot. East News / Grzegorz Olkowski Polska Press

 

Jakim grupom działającym przy kościele poleciłbyś taki kurs? Głównie ludziom młodym?

Grupy młodych ludzi też. Ich potencjał jest dobrym gruntem do działania, oni mają nierzadko regularne spotkania, warto to wykorzystać. Ale i osoby starsze, nawet między 40. a 50. rokiem życia to z mojego doświadczenia osoby, którym się chce robić coś więcej. Są to też nierzadko osoby zaangażowane w różne wydarzenia społeczne, pełnią jakieś funkcje i siłą rzeczy mają w sobie więcej pewności. Warto więc do tej otwartości i odwagi dodać jeszcze specjalistyczną wiedzę.

 

I, jak wspomniałeś, tę wiedzę później odświeżać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się ona przydać. Nierzadko pierwszej pomocy trzeba też udzielić w kościele, w czasie mszy lub nabożeństwa.

Zgadzam się. Kościół jest w ogóle świetną przestrzenią do sprawdzenia swoich umiejętności z pierwszej pomocy.

 

Dlaczego?

Bo w kościołach najczęściej zdarzało mi się widzieć autentyczną reakcję społeczną na wystąpienie stanu nagłego. Poza tym w kościele jest większa szansa, że znajdziemy kogoś do pomocy – silnych mężczyzn, którzy pomogą kogoś przenieść, wyprowadzić. Zdarza się sporo zasłabnięć, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy jest gorąco, duszno, tłum ludzi, niektórzy przychodzą do kościoła bez śniadania albo nawet lekko odwodnieni. Omdleniu może też towarzyszyć uderzenie głową o posadzkę czy o kant ławki, może to wywołać krwotok, można spotkać się z drgawkami. Oczywiście tu znów może się pojawić panika, kilkanaście pomysłów na pomoc – wkładanie czegoś w buzie, dawanie klucza do ręki – a wystarczyłoby podejść i zaasekurować głowę i wezwać zespół ratownictwa medycznego.

 

View this post on Instagram

ŚWIATOWY DZIEŃ PIERWSZEJ POMOCY 💟 ⠀ To dzisiaj – 2 sobota września – 12.09.2020. Swoją drogą ciekawe, że ten dzień krąży zwykle blisko znanej wszystkim doskonale daty 11.09, gdzie to potrzeba pomocy takiej ilości ofiar stała się jakimś bezkresem. ⠀ Zacznijmy od początku. Pierwsza Pomoc to wszystkie czynności podejmowane przez świadków zdarzenia wobec osoby w stanie nagłego zagrożenia życia lub zdrowia. Jeśli na miejsce zdarzenia dotrze Zespół Ratownictwa Medycznego 🚑 – od tego momentu mówimy już o medycznych czynnościach ratunkowych (brzmi fajniej, bardziej pro, cel ten sam, tylko większe możliwości) 😎. ⠀ Czy musimy udzielać pierwszej pomocy? TAK ⠀ Czy jeśli nie udzielimy pierwszej pomocy grozi nam do 3 lat pozbawienia wolności? TAK ⠀ Czy pierwszą pomocą jest już telefon pod 112? TAK ⠀ Czy sam telefon wystarczy? NIE ⠀ Czy, żeby udzielać pierwszej pomocy trzeba mieć ukończony jakiś specjalny kurs? NIE ⠀ Czy lepsza słaba pomoc niż żadna? TAK ⠀ Czy jeśli zadzwonimy pod numer alarmowy, dyspozytor medyczny wszystko nam powie i przeprowadzi nas jak za rękę? TAK ⠀ O pierwszej pomocy można pisać baaardzo dużo, ale dzisiaj nie będzie o 30:2, oddechach, postępowaniu itp. Skupimy się na kilku innych istotnych rzeczach. ⠀ 1️⃣ Pierwsza pomoc nie równa się RKO (resuscytacja). Nagłe zatrzymanie krążenia (NZK) gdzie poszkodowany wymaga RKO jest stanem najpoważniejszym, ale występuje zdecydowanie rzadziej niż inne stany nagłe jak krwotoki, złamania, napady drgawek, zadławienia, zasłabnięcia itd. ⠀ 2️⃣ Stany nagłe jak sama nazwa wskazuje są nagłe, więc nie da się w pełni na nie przygotować. Działamy instynktownie. Jeśli dbamy regularnie o stan naszej wiedzy z pierwszej pomocy – zareagujemy prawidłowo. Nie będziemy wtedy nieoddychającej osoby klepać po twarzy, sprawdzać tętna i płakać tylko będziemy uciskać tę klatkę w rytmie "Staying Alive". ⠀ 3️⃣ Najważniejsze są chęć i odwaga, żeby dać krok w przód z tłumu smartfonoreporterów i spróbować pomóc. Jeśli nie wiemy dokładnie co robić, bo np. człowiek leży potrącony na pasach, krew się leje, ludzie krzyczą – wybieramy koło ratunkowe – telefon do przyjaciela z dyspozytorni. On już nas dalej poprowadzi 🧭. ⠀ Odwagi! 😎

A post shared by @ mow.mi.siostro on

 

Jak udzielić pierwszej pomocy w przypadkach, o których mówisz – zasłabnięcie, krwotok, drgawki?

Pierwsza zasada odnośnie krwotoków – tamujemy. Jeśli mamy gazę, bandaże, to należy z nich skorzystać, jeśli nie – bierzemy to, co mamy pod ręką – czysty ręcznik, koszulkę, kawałek materiału. Jeśli krwotok jest silny, musimy wykonać w tym miejscu opatrunek uciskowy. Najpierw gaza, na to ze dwie pętle bandaża, następnie element uciskowy (może być drugi zwinięty bandaż, pieczątka, czysty kamień) i całość ściskamy dalej bandażem.

Przy napadzie drgawek podkładamy coś pod głowę poszkodowanego własne ręce, koc, kurtkę. Chodzi o to, żeby głową nie uderzał o twardą powierzchnię. Nie próbujemy powstrzymać drgawek, nie wkładamy nic do ust. Asekurujemy głowę i wzywamy pomoc. Po napadzie poszkodowany może być splątany, senny, może się pojawić piana i krew na ustach.

Jeśli na naszych oczach dojdzie do zasłabnięcia widzimy, że ktoś słabo się czuł, było mu duszno, zrobił się blady i omdlał możemy podnieść nogi i ręce tej osoby do góry, o ok. 30-45 stopni. Już po chwili taka osoba powinna się poczuć lepiej, ale może być zdezorientowana. Należy porozpinać wszystkie krawaty, ciasne kołnierzyki i zapewnić dostęp świeżego powietrza.

Jeśli ktoś zasłabł i pozostaje nieprzytomny, należy upewnić się czy taka osoba oddycha i wezwać Zespół Ratownictwa Medycznego.

 

Ciekawe jest, że takim osobom po omdleniach, zasłabnięciach, częściej chyba ruszają na pomoc ludzie niekoniecznie najmłodsi. A zdawałoby się, że to właśnie młodzi ludzie, którzy mają okazję częściej uczestniczyć w kursach, mogliby udzielić właściwej pierwszej pomocy.

Całkowicie się z tym zgadzam. To właśnie młodzi ludzie, nawet już w szkole czy na kursie na prawo jazdy, w harcerstwie, w różnych stowarzyszeniach mają za sobą szkolenia z pierwszej pomocy i aktualną wiedzę, którą mogliby wykorzystać. Jednak rzeczywiście ludzie starsi chętniej garną się do pomocy, niestety nierzadko z nieaktualną wiedzą i umiejętnościami wynikającymi tylko z jakiegoś życiowego doświadczenia. Młoda osoba, jeśli nie ma pewności siebie, nie będzie mieć też siły przebicia i szansy na szybką reakcję. Na szczęście okazji może być wiele, więc warto przełamywać w sobie strach, nie bać się.

To co najważniejsze w udzielaniu pierwszej pomocy to właśnie to – odwaga. Po drugie trzeba pamiętać o swoim bezpieczeństwie. A po trzecie, jeśli czegoś nie jesteśmy pewni, dyspozytorzy pogotowia ratunkowego na pewno będą w stanie nam pomóc nawet telefonicznie.


Piotr Kołodziejczyk jest ratownikiem medycznym, pracuje w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym i studiuje pielęgniarstwo. Swoim doświadczeniem z pracy i studiów dzieli się na blogu instagramowym mow.mi.siostro. Prywatnie mąż i oczekujący narodzin córki tata.

 

Otylia Sałek

Otylia Sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i “Przyjaciół” oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap