video-jav.net
ROZMOWY

Cud? Ja też tak chcę! Wywiad z ks. Janem Kaczkowskim

Bardzo się spieszy... Ciągle w biegu. Nie chce marnować ani sekundy. Ma raka mózgu. Jan Kaczkowski - ksiądz spełniony. O swojej chorobie i życiu na petardzie opowiada Patrycji Michońskiej-Dynek.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy Ksiądz ma czas, żeby myśleć o sobie? O swoich problemach? O zdrowiu?

Oczywiście, że mam. Na przykład teraz – 14 maja robię rezonans magnetyczny i na razie nie chcę znać jego wyniku. 15 maja, na kilkanaście dni jadę do Australii, żeby opowiadać o naszym puckim hospicjum i zbierać na nie pieniądze. Zanim wrócę, moi najbliżsi odbiorą wynik. Albo będzie szczęście i będziemy żyć trzy miesiące na pełnej petardzie, albo będziemy wdrażać plan ratunkowy. Na razie moi bliscy mają zakaz informowania mnie o wynikach badań.

A Księdza nie będzie to nurtować? Nie będzie się Ksiądz zamartwiał?

I tak nie mam na to wpływu. Staram się nie przejmować tym, na co nie mam wpływu – i tak status quo jest w mojej głowie. Nie jestem w stanie własną wolą zmienić tego, co tam się dzieje.

Modli się Ksiądz o uzdrowienie? Żeby stał się cud?

Kiedyś mówiłem, że jestem otwarty na cud, a potem zrozumiałem, że to jest wobec Pana Boga przynajmniej nieeleganckie. Otwarty to za mało… Ewangelia mówi: kołaczcie, a otworzą wam. Więc ja kołaczę, proszę Pana Boga o cud, ale bez przywiązania do efektu. To, co się dzieje w mojej głowie nazywam pełzającym cudem. Bóg rzadko sięga po cuda spektakularne, więc jeżeli Jemu jest dobrze z tym moim pełzającym cudem, to i mnie także.

Ale wielu z nas liczy właśnie na takie spektakularne uzdrowienia. Chcemy…

… odrzucić kule?

No właśnie!

Pan Bóg nie jest “załatwiaczem naszych kłopotów”. Możemy się modlić “Panie Boże uzdolnij mnie, daj mi siłę, daj mi światło, daj mi łaskę, żebym poradził sobie z moimi problemami”. Po prostu.

Ale patrzymy na Floribeth Morę Diaz uzdrowioną z tętniaka mózgu za pośrednictwem Jana Pawła II i mówimy: Ja też tak chcę!

Ja też tak chcę! Przyłączam się do tego chóru, ale Pan Bóg sięga po takie spektakularne cuda, jeśli są one niezbędne do zbawienia konkretnej jednostki albo świata. Zatem jeżeli Pan Bóg będzie chciał mnie w taki sposób uzdrowić i to będzie z pożytkiem i dla mnie, i dla Kościoła Świętego i – mówiąc górnolotnie – dla świata, to po to sięgnie. Ale nie zmuszajmy Go, żeby był prestidigitatorem, który dotyka nas pałeczką i wszystko przemienia.

Nie czuje się Ksiądz pokrzywdzony?

Ale dlaczego? Przecież choroby się zdarzają. Nie będę tupać nóżką i krzyczeć: Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę! To są rzeczy, na które nie mam wpływu

To może inaczej – może ten ból i cierpienie to wyróżnienie?

A skąd Pani wie, że boli?

Czytałam książkę “Życie na pełnej petardzie”. Tam opowiada Ksiądz także o bólu…

No tak… Przecież wszystkich nas coś tam boli. Co to za bohaterstwo.

Jest Ksiądz nie tylko założycielem i szefem hospicjum w Pucku, ale także, a może przede wszystkim – kapelanem. Brakuje nam dziś kapelanów z prawdziwego zdarzenia?  Takich, dla których posługa w szpitalu, w hospicjum jest jedynym zajęciem, a nie dodatkiem “po godzinach”?

Kapelan musi być człowiekiem na wskroś dyspozycyjnym, chętnym do pracy, ale przede wszystkim także świetnym psychologiem. Musi być po prostu człowiekiem obdarzonym empatią i kulturą osobistą, nie może być arogantem. Często przez najprostszą, ludzką kulturę zdobywamy dusze nieśmiertelne.

A wiek ma znaczenie?

Myślę, że nie… My, w celibacie możemy się starzeć albo na ojców – i takiego staruszka ojca życzyłbym sobie przy swoim łóżku, albo – kiedy nie pilnujemy swojego człowieczeństwa, ojcostwa – możemy się starzeć na starych zgnuśniałych kawalerów… I takiego kapelana przy swoim łóżku nie chcę… który będzie mnie pouczał, albo będzie się krzywił, że go poprosiłem o spowiedź… Albo który będzie ochrzaniał pielęgniarki, że miały czelność obudzenia go w nocy do umierającego. Na szczęście jest coraz więcej księży, którzy pokazują, że praca kapelana może być pasją, powołaniem.

Kiedy “chwaliłam się”, że spotykam się z księdzem Kaczkowskim, zawsze słyszałam jedno określenie…

Onkocelebryta?

To takie oczywiste?

Bogu dzięki, że jestem nie tylko celebrytą, bo byłoby smutne być znanym z tego, że się jest znanym (śmiech)  Sam ukułem ten termin i nie mam co się obrażać. On żyje już własnym życiem, a jak się ma „publiczną gębę”, to trzeba być gotowym na tego typu ocenę. Skoro już jestem chory, to niech to będzie kluczem do przełamywania różnych sytuacji. Przez książkę z Piotrem Żyłką – „Życie na pełnej petardzie”, chciałem pokazać i mam nadzieję, że się udało – że księdza Jana Kaczkowskiego nie da się zakwalifikować: ksiądz z prawicy albo lewicy, ksiądz liberalny albo konserwatywny. Można być współcześnie relatywnie młodym księdzem i być szczęśliwym, być przywiązanym do Tradycji, do wartości, a także czuć się wolnym. Nie wolnomyślicielskim, ale dramatycznie wolnym w tym, co i jak się mówi.

Wróćmy jeszcze do choroby. Miał Ksiądz chwile zwątpienia?

Miewam… Każdy logiczny człowiek poddaje swoją wiarę probierzowi niewiary – to się nazywa w psychologii pozytywna dezintegracja. Szukamy argumentów, które są na “nie”, żeby swoją pseudowiarę zburzyć i na tym zbudować coś silniejszego.

Ksiądz w pewnym sensie przeżył już cud – operację, która w dawnych czasach była niemożliwa. Dzisiaj w takich sytuacjach, przy osiągnięciach nowoczesnej medycyny – ratujemy życie. Co się zmieniło w Księdza życiu?

Staram się maksymalnie wykorzystać łaskę stanu. Obowiązki stanu – bycia księdzem – wyprzedzają obowiązki religijne. Co z tego, że pozyskam cały świat, jak sam siebie potępię? Właśnie to bycie księdzem musi być dla mnie drogą do zbawienia.


Ks. Jan Kaczkowski zmarł 28 marca 2016 roku, w wieku 38 lat. Od 2012 roku chorował na nowotwór mózgu. Jest doktorem teologii moralnej, bioetykiem, założycielem i szefem Puckiego Hospicjum pw. Św. Ojca Pio. Gdzie mógł – prosił o wsparcie tej inicjatywy. Szczegóły na jej temat można znaleźć na stronie: www.hospitium.org.


szalu_nie_ma_jest_rakPolecamy książkę “Szału nie ma, jest rak” – wywiad Katarzyny Jabłońskiej z ks. Janem Kaczkowskim

Niektórzy wieścili mu, że będzie karykaturą księdza. Niespełna jedenaście lat jego kapłaństwa to m.in. stworzenie domowego hospicjum, potem budowa od podstaw hospicjum stacjonarnego; organizacja Areopagów etycznych – letnich warsztatów dla studentów medycyny; praca katechety w szkole, gdzie ani uczniowie nie oszczędzali jego, ani on ich. 1 czerwca 2012 r. zdiagnozowano u niego nowotwór mózgu. Po dwóch operacjach, poddawany kolejnym chemioterapiom, intensywnie pracował na rzecz hospicjum i służył jego pacjentom. Mówił, że jest „otwarty na cud”, ale jednocześnie przygotowuje się na to, żeby „dobrze przeżyć swoją śmierć”.

Szymon Hołownia powiedział o nim: “Janek ma ze swojego okna niezwykłą perspektywę: i na śmierć, i na życie może patrzeć z dystansu. Na śmierć, bo wciąż żyje pełną piersią. Na życie – bo świadomie i mądrze codziennie zmaga się ze śmiercią. I o życiu, i o śmierci mówi więc takie rzeczy, że oczy stają czasem w słup, a z nóg spadają ciepłe kapcie.”

>>> Kup teraz <<<

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Ostatnie słowo ks. Jana Kaczkowskiego

Jego ostatnim słowem było "miłosierdzie" – mówi o zmarłym w poniedziałek ks. Janie Kaczkowskim, swoim przyjacielu, ks. Piotr Przyborek, który towarzyszył mu w chwili śmierci.

Polub nas na Facebooku!

Ks. Jan nauczył nas jak towarzyszyć bliskim w chwili śmierci. Pokazał jak zachować się do końca. Aż do… “wylogowania”. Jasiek tak by powiedział. On “wylogował się” w poniedziałek – mówi KAI ks. Przyborek. 

 

Z ks. Piotrem Przyborkiem rozmawia Jolanta Roman-Stefanowska (KAI)

 

Jolanta Roman-Stefanowska (KAI): Byliście z księdzem Janem przyjaciółmi.

Ks. Piotr Przyborek: Od dwudziestu lat. To przyjaźń jeszcze z czasów seminarium. Jasiu był ode mnie rok młodszy.

 

Towarzyszył ksiądz swojemu przyjacielowi w czasie choroby i umierania.

Jeszcze w Wielki Poniedziałek odprawiliśmy razem Mszę świętą u Jana w domu. Był już bardzo słaby, ale wiedział doskonale co go czeka i że koniec jest nieuchronny. Rak mózgu to straszna choroba. Odcina stopniowo człowieka od życia. Najpierw narządy ruchu potem świadomość. Jasiek od tygodnia po prostu gasł. Udzieliłem mu sakramentów świętych. W Wielki Czwartek zaczął odchodzić.

 

Jakie było Jego ostatnie słowo?

Miłosierdzie. To było ostatnie słowo. To było właśnie w Wielki Czwartek. W Wielki Piątek już przestał mówić. Umierał w spokoju, w otoczeniu rodziny. Najbliżsi bardzo się nim opiekowali. Byli z nim do końca. To bardzo kochająca rodzina. W tym ostatnich dniach byli przy nim wszyscy. Jan tak chciał. Byli rodzice, rodzeństwo, bratowa, szwagier, siostrzeńcy, bratanek. Trwali przy Jaśku i trzymali za rękę. To ważne dla nas wszystkich, by być z bliskimi w najważniejszych momentach życia. Śmierć jest taką chwilą. Człowiek nie może odchodzić w samotności.

 

Ale zgodzi się ksiądz, że wielu z nas ogarnia strach. Jak się zachować, jak pomóc, co jeszcze zrobić gdy jesteśmy z bliską osobą która umiera? Osoba duchowna zapewne ma do tego inne podejście…

Jan całym swoim życiem w ostatnich latach uczył nas, jak zachować się wobec śmierci. Właściwie to on nas do tego przygotował. Oczy miał otwarte, nie miał siły ich zamknąć. Zamykałem mu je na chwile, by odpoczął. Nie wiem co czuł, ale z pewnością nie czuł bólu. Leki robiły swoje. Tak właśnie uczył lekarzy, gdy już nic nie pomoże – trzeba zrobić wszystko, by nie bolało. Te ostatnie dni to właściwie była modlitwa o śmierć.

 

Śmierć nadeszła w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. I nagle cała społeczność fejsbukowa, która od rana komentowała świąteczną sielankę – zamarła. W ciągu kilku minut tysiące internautów na portalach zamieszczało tylko jedną wiadomość: Ksiądz Jan nie żyje. Nie było ważniejszej informacji.

Jan był po prostu człowiekiem. Podchodził do ludzi po ludzku i z miłością. Tak normalnie. Dlatego ludzie go kochali. I on kochał ludzi.

 

Zostawił po sobie dzieło życia – Hospicjum pw. Ojca Pio w Pucku. Ale zostawił coś więcej – wielką lekcję jak postępować z ludźmi nieuleczalnie chorymi i umierającymi.

To Jego wielkie dzieło. Hospicjum to był Jego dom. A człowiek umierający to nadal przede wszystkim człowiek. To ks. Jan wymyślił Areopagi Etyczne, podczas których studenci kierunków medycznych uczyli się jak postępować i jak rozmawiać z ludźmi umierającymi. Przyjeżdżają więc do Pucka młodzi lekarze i tu spotykają się na przykład z aktorami, którzy grają ludzi śmiertelnie chorych. Okazuje się, że to wielka sztuka rozmawiać z człowiekiem odchodzącym. Jak przekazać informacje o tym, że umrze. Jak to powiedzieć rodzinie? Tu odbywały się swoiste treningi.

Wiele razy już miałem okazję porównywać lekarzy, owszem świetnie wykształconych, ale jednak nie potrafiących rozmawiać ze śmiertelnie chorymi z tymi, których Jan nauczył i wyszkolił. Tak, rozmowa z umierającym to wielka sztuka. Ci, którzy przeszli u Jana przeszkolenie, stawali się innymi ludźmi. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jan nas tego nauczył. Że trzeba człowieka umierającego do końca traktować jak podmiot, a nie przedmiot i jednostkę chorobową. A gdy nie pomaga już medycyna, potrzebna jest opieka paliatywna i duchowa.

 

Można powiedzieć, ze ks. Jan swoim odchodzeniem dał lekcję również tym, którzy towarzyszą bliskim w chwili śmierci.

Tak. Nauczył nas tego. Pokazał jak zachować się do końca. Aż do …”wylogowania”. Jasiek tak by powiedział. On “wylogował się” w poniedziałek.


Rozmawiała Jolanta Roman-Stefanowska / Gdańsk

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę "Miłosierdzie to imię Boga" - wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

Kup teraz!