Dzieciństwo w cieniu tabletów i tabloidów

Wakacje, które spędziłam z synkami, uświadomiły mi dwie istotne rzeczy: po pierwsze dostrzegłam u nich początki uzależnienia od sprzętu elektronicznego, a po drugie zauważyłam, że troska dorosłych o bezpieczeństwo dzieci niebezpiecznie idzie w kierunku paranoi uniemożliwiającej normalne funkcjonowanie jednym i drugim.

Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Dzieci, szczególnie takie małe jak moje (6 i 8 lat) same sobie tableta nie kupią, więc skoro mają do niego dostęp, to zasługa/wina nas – rodziców. Zabrałam tablet na wakacje w obawie, że w przypadku deszczowej aury będą z nudów chodzić po ścianach, czego moi rodzice, u których zakotwiczyliśmy, mogą nie przeżyć. Pogoda dopisała, ale i tak ciągnęli do tabletu jak pszczoły do miodu. Pół biedy, gdyby odbywało się w spokoju, ale nie – awantury wybuchały co krok: że starszy miał tablet dłużej, że młodszemu skończył się czas, a on dalej gra, że starszy przeszkadza młodszemu, że młodszy… W końcu moja mama, zmęczona nieustannymi wrzaskami nad ekranem, skonfiskowała urządzenie.

Próbowali się przerzucić na bajki z komputera, ale natrafili na mój zdecydowany sprzeciw – bajka owszem, ale na dobranoc, a nie gapienie się w ekran od rana.

Dzieciństwo w cieniu tabletów i tabloidów

I okazało się, że dzieci nie mają co robić. Przez dwa dni snuli się po domu z ogrodem, po pokoju pełnym gier i klocków marudząc o bajkę, powtarzając, że nuuuuda i kiedy babcia odda laptopa? Trzeciego dnia coś się zmieniło. Obudziły mnie odgłosy wspólnej zabawy. Chłopcy siedzieli na dywanie i nadzwyczaj zgodnie budowali z klocków.

Tak się złożyło (co za pech!) że babcia, jak to starsza osoba, zapomniała, gdzie schowała tablet i nie przypomniała sobie aż do końca wakacji. Myślicie, że chłopcom go brakuje? A skąd. Zapomnieli o nim tak skutecznie, że dopiero po powrocie do domu uświadomili sobie, że został u babci. Kiedyś go odbierzemy, ale nie zamierzam się z tym spieszyć.

Dzieciństwo w cieniu tabletów i tabloidów

Moja mama jest cudowną osobą. Ale kiedy dzieci kąpią się w nadmuchiwanym basenie, stoi nad nimi i upomina. Kiedy skaczą na trampolinie, stoi i nadzoruje. Kiedy wychodzą do ogrodu, idzie z nimi. Doskonale rozumiem jej troskę o bezpieczeństwo, bo opieka nad cudzymi dziećmi to wielka odpowiedzialność, ale z drugiej strony odbiera chłopcom szansę na takie dzieciństwo, jakie ja miałam.

Moja babcia miała kilka hektarów pola, dwie krowy i resztę gospodarstwa do obrobienia. Kiedy jeździłyśmy do niej na wakacje, doiła nam mleko prosto do kubków i kroiła szerokie pajdy chleba z domowym masłem, przy żniwach częstowała kompotem truskawkowym z metalowej bańki, rozmieszanym z lodowatą wodą ze studni i często śpiewała piosenkę o Matce Bożej Gidelskiej. Poza tym zajmowała się swoją pracą, a dzieci bawiły się same. Chodziliśmy po stodołach i komórkach pełnych niebezpiecznych narzędzi rolniczych, bywaliśmy nad rzeką, nad którą przewieszona była chybotliwa kładka zwana ławą (i największą frajdą kuzyna było rozhuśtywanie jej, gdy akurat byłam w połowie), chodziliśmy po sianie i słomie, zaglądaliśmy do studni, pohukując w głąb, przechodziliśmy po wąskiej kładce przerzuconej nad gnojówką, brodziliśmy w trocinach w szopie sąsiada-stolarza. Byliśmy w grupie, świetnie radziliśmy sobie sami, doskonale się bawiliśmy. Kiedyś koleżanka nakarmiła mnie nieznanymi jagodami, po których dostałam wysypki. Myślicie, że ktoś poszedł ze mną do lekarza? Po kilku dniach wysypka sama znikła. Kiedy dziecko ukąsiła osa, nikt nie panikował, że może być uczulone, po prostu robiono okłady z cebuli, aż opuchlizna sklęsła.

Dzieciństwo w cieniu tabletów i tabloidów

Mama tłumaczy mi, że teraz są bardzo niebezpieczne czasy, na dzieci czyhają krzywdziciele i porywacze. To prawda, ale zawsze czyhali. Po lekturze książki Przemysława Semczuka „Czarna wołga. Kryminalna historia PRL” (ZNAK 2013) utwierdziłam się w przekonaniu, że dzisiejsza histeria na punkcie bezpieczeństwa dzieci jest spowodowana przed media, które kochają się w tragediach i karmią się nimi. W czasach PRL władze robiły wszystko, by przekonać obywateli jak bezpiecznym państwem jest Ludowa Ojczyzna, zatem nawet jeśli działo się coś złego, opinia publiczna niewiele wiedziała na ten temat.

Dzieciństwo w cieniu tabletów i tabloidów

Nie dajmy się zwariować. Wbrew mrożącym krew w żyłach tytułom z okładek tabloidów, dzisiejsze czasy nie są jakoś szczególnie niebezpieczne. Granica między troską o bezpieczeństwo dziecka a nadopiekuńczością jest bardzo cienka. Warto zastanowić się, czy jej nie przekroczyliśmy, bo jeśli tak, to wszyscy na tym stracimy. Carl Honore, propagator idei slow parenting, w swojej książce „Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój” (Drzewo Babel 2011) opisuje krańcowe przypadki takiej nadopiekuńczości, gdy matka przychodzi z dzieckiem na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy i negocjuje warunki w jego imieniu. Wydaje się to śmieszne, ale jak się dobrze zastanowić, to jest to konsekwencja tego, że nasze dziecko nigdy nie bywa samo i nie podejmuje własnych decyzji, bo nieustannie krążymy nad nim jak satelita, wozimy do szkoły i na zajęcia pozaszkolne, organizujemy czas, nadzorujemy. Nie zostawiamy dzieciom przestrzeni na nauczenie się samodzielności i odpowiedzialności za siebie. Czynimy to wszystko z troski i obawy o bezpieczeństwo dziecka, tymczasem strach przed tym, co ewentualnie-potencjalnie może się przydarzyć, paraliżuje rodziców i w efekcie ani my, ani nasze dzieci nie żyjemy normalnie.

 

 

Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dorota Smoleń

Dorota Smoleń

Dziennikarka, redaktorka, blogerka, żona, matka trzech chłopców. Autorka książek „Mamo dasz radę!”, „Sześciolatki w szkole” i "Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter", koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Sześciolatki do szkoły

Edukacja szkolna sześciolatków jest przedmiotem debaty publicznej od kilku lat, odkąd minister edukacji Katarzyna Hall w 2008 r. wprowadziła reformę obniżającą wiek szkolny. Z upływem czasu sprawa nabiera coraz większego rozgłosu. Ministerstwo uparcie twierdzi, że szkoła dla sześciolatka to najlepsza szansa na rozwój, ignorując fakty i potężny głos rodzicielskiego sprzeciwu.

Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Na mocy reformy obowiązkowa edukacja przedszkolna objęła pięciolatki, a szkolna dzieci sześcioletnie. Już w 2009 roku do pierwszej klasy miały iść zarówno siedmio- jak i sześciolatki, jednak ministerstwo dało trzy lata okresu przejściowego, w którym to szkoły miały się przygotować na przyjęcie młodszych uczniów, a decyzja, czy zapisać dziecko do szkoły, do oddziału przedszkolnego w szkole (czyli do „zerówki”), czy też pozostawić w przedszkolu pozostawała w gestii rodziców. Zachęcano do szkoły, ale wybór był.

Minęły dwa lata. Mimo intensywnej kampanii ministerialnej w szkołach pojawiły się nieliczne sześciolatki, w jednej klasie z większymi, silniejszymi i lepiej zorganizowanymi siedmiolatkami.

Tylko sporadycznie udało się stworzyć klasy złożone wyłącznie z rocznikowych sześciolatków. Nie wszystkie szkoły zdobyły fundusze konieczne na właściwe przygotowanie placówek. Ministerialne wytyczne nakazują m.in. zapewnienie miejsca, w którym dzieci będą zostawiać część podręczników i przyborów szkolnych, aby odciążyć tornistry, co wiąże się z zakupem nowych mebli. Młodszych dzieci w szkołach przybyło w 2011 r., bo rodzice kierowali się głównie obawą przed przepełnionymi klasami – od 2012 do szkół miały trafić wszystkie sześciolatki. W ten sposób do szkoły trafił mój starszy synek. Tymczasem rząd znów przesunął reformę o kolejne dwa lata i według obecnej wersji (sierpień 2013) sześciolatki obowiązkowo pójdą do szkoły we wrześniu 2014 r. Premier, odnosząc się do obaw rodziców, ustalił, że obowiązek dotyczył będzie dzieci z pierwszej połowy roku 2008, rodzice dzieci urodzonych od lipca do grudnia nadal będę mieli wybór. Tym razem nie dałam się zastraszyć przepełnionymi klasami i młodszy synek został w przedszkolu.

Sześciolatki do szkoły

Dlaczego? Źle wspominam pierwszą klasę starszego. Mimo dużej życzliwości wychowawczyni, doskonale przygotowanej do pracy z sześciolatkami, mimo dobrze, jak na polskie warunki, zorganizowanej szkoły, był to bardzo trudny rok dla nas obojga. Po optymistycznych zapewnieniach ministerstwa nie spodziewałam się, że nauka szkolna może przerastać moje bystre, rezolutne i ciekawe świata dziecko. Polegliśmy na tym, co w polskiej szkole jest podstawą: szlaczki i literki przez pierwsze półrocze pierwszej klasy, rzecz niewymownie nudna i wymagająca zarówno cierpliwości, koncentracji i dużej sprawności manualnej. Nie miałam pojęcia, że to może być aż taki koszmar. Syn potrzebował ruchu, biegania, swobodnej zabawy, a tymczasem po kilku godzinach w szkole musiał znowu siedzieć przy stole i robić rzeczy, do których nie był przygotowany ani jego system nerwowy, ani mięśnie. Być może z drugim dzieckiem byłoby inaczej, wiadomo, że każde jest inne, ale nie zdecydowałam się spróbować.

W czerwcu 2013 ruch „Ratuj maluchy”, skupiający rodziców, nauczycieli i psychologów dostrzegających niebezpieczeństwa płynące z wcześniejszego rozpoczynania edukacji w warunkach nieodpowiednich dla młodszych dzieci, złożył w Sejmie prawie milion podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o referendum edukacyjnym.

Obejmuje on pytania zarówno o edukację pięcio- i sześciolatków, podnosi kwestię istnienia gimnazjów i okrojonego programu historii i innych przedmiotów w liceach ogólnokształcących. Głos prawie miliona obywateli, szczerze zatroskanych o przyszłość swoich dzieci, jest konsekwentnie ignorowany przez rządzących. Przez pięć lat działalności „Ratuj maluchy” ani minister Hall, ani minister Szumilas, ani premier Tusk nie znaleźli czasu na spotkanie z przedstawicielami ruchu.

Sześciolatki do szkoły

Bardzo często pada pytanie, czy polskie szkoły są gotowe na przyjęcie sześciolatków. Wiele z nich tak, ale wiele, niestety, nie. W wielu nie ma warunków, by najmłodsze dzieci mogły uczyć się w oddzielnym skrzydle, by miały dostęp do placu zabaw, a sale lekcyjne są za małe, by wydzielić w niej część do nauki (z ławkami) i część do zabawy (z dywanikiem). Są w Polsce szkoły, w których dzieci nie mają dostępu do ciepłej wody, w których nie ma świetlicy czy stołówki. Zapewniano, że nauczyciel sześciolatków będzie miał osobę do pomocy, jak w przedszkolu, ale – jak to w polskiej rzeczywistości – zabrakło na to pieniędzy. Dopiero od niedawna organizuje się szkolenia dla nauczycieli, przygotowujące ich do pracy z dziećmi młodszymi niż siedmiolatki.

Pojawiają się alarmujące wyniki badań przeprowadzonych wśród sześcioletnich uczniów: szybko tracą zapał do nauki, a ich osiągnięcia są gorsze, niż dzieci starszych o rok.

Sześciolatki do szkoły

Myśl o wrześniu 2014 podnosi ciśnienie rodzicom i nauczycielom w rejonach, gdzie dzieci jest dużo. Już teraz w tych placówkach dzieci uczą się na dwie zmiany, a co będzie, gdy trzeba będzie zmieścić w nich kolejne 3 klasy? Tych problemów nie widać z ministerialnego gabinetu, a taka właśnie jest polska rzeczywistość.

Dorota Smoleń jest współautorką książki „Sześciolatki w szkole”, wyd. Bliżej Przedszkola 2013, napisanej wspólnie z psychologiem Karoliną Piekoś.

 

 

Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dorota Smoleń

Dorota Smoleń

Dziennikarka, redaktorka, blogerka, żona, matka trzech chłopców. Autorka książek „Mamo dasz radę!”, „Sześciolatki w szkole” i "Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter", koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >