REPORTAŻE

Lizbona – miasto św. Antoniego

Pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj całkiem nieprzygotowani. Nawet bez podstawowych wiadomości na temat miasta, bez wykazu miejsc, które należy zobaczyć. Chcieliśmy tu być, bo to tutaj, w Lizbonie, urodził się św. Antoni. Na całym świecie znany jest jako Antoni z Padwy, a tylko i zawsze w Portugalii – jako Antoni z Lizbony.

Piotr
Bielenin OFMConv
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Lizbona - miasto św. Antoniego
Pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj całkiem nieprzygotowani. Nawet bez podstawowych wiadomości na temat miasta, bez wykazu miejsc, które należy zobaczyć. Chcieliśmy tu być, bo to tutaj, w Lizbonie, urodził się św. Antoni. Na całym świecie znany jest jako Antoni z Padwy, a tylko i zawsze w Portugalii – jako Antoni z Lizbony.

Patron zagubionych

Miasto też było nieprzygotowane na nasz przyjazd, albo raczej trzeba uczciwie powiedzieć – przygotowywało się na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, które miały się odbyć za trzy lata w Portugalii. Lizbona była jednym wielkim placem budowy, przynajmniej tak ją zapamiętałem. Wszędzie rozkopane ulice, zwężenia i objazdy. Nie była to jeszcze era powszechnych GPS-ów, jechaliśmy więc cały czas naprzód, kierując się bardziej intuicją niż rozłożoną na kolanach mapą. Kiedy uznaliśmy wreszcie, że to chyba już centrum, pozostawiliśmy samochód w jakiejś bocznej uliczce i wyruszyliśmy na zwiedzanie. Dosłownie za rogiem weszliśmy na mało reprezentacyjny plac, na którym zobaczyliśmy piękną figurę św. Antoniego z Dzieciątkiem. Później dowiedzieliśmy się, że została ona odsłonięta i poświęcona przez św. Jana Pawła II w roku 1982, w czasie jego wizyty w Lizbonie i modlitwy w krypcie narodzin św. Antoniego, co upamiętnia wmurowana na drodze do krypty tablica. I jak tu nie wierzyć, że św. Antoni jest patronem rzeczy zgubionych i ludzi zagubionych. Przecież nawet gdybyśmy się specjalnie starali, to pewnie nie udałoby się nam tutaj trafić tak szybko, bez przewodnika czy wskazówek przechodniów.

 

Fernando Martins de Bulhões

Na początku nie jesteśmy jeszcze pewni, że to właściwe miejsce, może takich figur św. Antoniego jest więcej? Wchodzimy do kościoła i zaraz napotykamy jednego z braci franciszkanów. Przedstawiamy się i natychmiast jesteśmy oprowadzeni po całym sanktuarium. Zatrzymujemy się na dłuższą modlitwę przed kryptą, gdzie według tradycji w roku 1195 urodził się Fernando Martins de Bulhões, czyli późniejszy św. Antoni. Myślą wędruję do Padwy i do chwil kiedy modliłem się dotykając dłonią jego płyty nagrobnej. Daleką przebył drogę: z Lizbony do Koimbry, potem do Maroka, a następnie w drodze powrotnej z powodu sztormu zamiast u wybrzeży Hiszpanii wylądował na Sycylii. Później pieszo przebył cały Półwysep Apeniński, głosił słowo Boże w południowej Francji i ostatnie lata życia spędził w Dolinie Padu, a Padwa była jego ulubionym miastem, gdzie ostatecznie spoczął na wieki. A gdzie mnie zaprowadzi życie i posłuszeństwo zakonne, gdzie będzie mój grób? Trzeba jednak przerwać rozmyślanie, bo brat zakrystian już woła, że wszystko przygotowane do Mszy Świętej.

 

Sé de Lisboa

CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=161394

Fot. CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=161394

Po Eucharystii oglądamy jeszcze niewielkie muzeum antoniańskie i wędrujemy dalej. Bardzo blisko, zaledwie dwie minuty marszu, i jesteśmy w lizbońskiej katedrze. Nosi ona tytuł Najświętszej Maryi Panny Większej, ale mieszkańcy mówią krótko Sé de Lisboa. Dwie frontowe wieże i bryła tego najstarszego kościoła w Lizbonie, powstałego po zdobyciu miasta przez krzyżowców w 1147 r., bardziej przypominają warowną budowlę niż świątynię. Pomimo różnych przeróbek, związanych m.in. z trzęsieniami ziemi, które nawiedzały miasto, katedra zewnętrznie zachowała romański charakter, jedynie rozeta nad głównym wejściem zapowiada wewnątrz gotyckie elementy, choć w katedrze dominuje osiemnastowieczny wystrój rokokowy.

I tutaj odnajdujemy natychmiast ślady św. Antoniego. Znajduje się tu kaplica jemu poświęcona. Moją uwagę zwracają dwa witraże, myślę, że na obydwu jest św. Antoni. Na jednym jako o. Fernando, kanonik regularny św. Augustyna, w białym habicie z brązowym płaszczem, a na drugim jako br. Antoni, już we franciszkańskim stroju. Oglądam jeszcze starą chrzcielnicę. Czy to tu został ochrzczony? Bliskość rodzinnego domu podpowiada, że tak. A skoro w asyskiej Katedrze św. Rufi na do dziś pokazują miejsce chrztu św. Franciszka, to i katedra lizbońska mogła zachować chrzcielnicę św. Antoniego.

 

Z dala od ruchu miejskiego

Czas ruszać dalej. Na przystanku przed katedrą wsiadamy do tramwaju 28. Jazda tramwajem tej linii to ogromna frajda. Mały, żółty wagonik, wykonany z drewna wypełniony jest po brzegi pasażerami. My znajdujemy miejsce przy oknie, w którym nie ma szyby, nie wiem czy na stałe czy tylko w czasie lata. Ciekawie zerkamy też do przodu i zza pleców motorniczego widzimy jak pojazd cierpliwie wspina się po stromych i ciasnych uliczkach. Mija zaparkowane samochody, choć czasami wydaje się, że ich zarysowanie jest nieuniknione. W pewnym momencie dla kawału udajemy, że chcemy zerwać suszące się w oknie jednego z domów pranie, co budzi ogólną wesołość współpasażerów. Wysiadamy po kilku przystankach, aby z góry podziwiać wspaniały widok na miasto. Następnie zanurzamy się w wąskie uliczki i odchodzimy jak najdalej od tras wydeptanych przez turystów, aby w jakimś zaułku usiąść pod parasolem przy jednym z kilku stolików niewielkiej restauracji. Tu nie słyszy się innej mowy, króluje język portugalski. Zaglądają tu chyba jednak czasami turyści, bo w karcie znajdujemy nazwy potraw także po angielsku, niektóre z zabawnymi błędami. Jedzenie tutaj jest bardzo dobre, a ceny zaskakująco niskie. Kiedy delektujemy się na koniec posiłku filiżanką kawy, mocnej i aromatycznej, rozpoczyna się występ artystów. Cała trójka przynajmniej w średnim wieku, ona śpiewa jakby pełna melancholii czy tęsknoty, oni akompaniują jej grając klasycznie na gitarach. Muzyka przemawia do ucha, ale jeszcze bardziej do serca, to portugalskie fado, powstałe właśnie tu, w lizbońskiej dzielnicy Alfama. Siedzimy zasłuchani dłuższą chwilę, aż zapadający zmrok przypomina, że trzeba wracać. Schodzimy w dół wąskimi uliczkami, czasami przecinając podwórka kamienic, gdzie dopiero teraz kiedy zachodzi palące słońce zaczyna toczyć się życie. Starsze kobiety rozmawiają siedząc na wyniesionych z domu krzesłach, dzieci bawią się w najlepsze, a z drzwi baru wypełnionego mężczyznami bucha dźwięk telewizora, po którego ekranie biegają za piłką zawodnicy. Wydaje się, że pośpiech i troski nie mają tu wstępu, a ludzie wiedzą co w życiu liczy się rzeczywiście.

 

 

W porcie

Na drugi dzień oglądamy Lizbonę z wody. Zaczynamy tam, gdzie mieszają się wody Tagu z tymi atlantyckimi i płyniemy w głąb lądu, tak więc miasto leżące na prawym brzegu rzeki, mamy po lewej stronie. Pierwsze dwie ciekawe budowle wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To Torre de Belém, postawiona w epoce wielkich odkryć geograficznych na początku XVI w. w nurcie rzeki wieża, która była strażnicą lizbońskiego portu, a także punktem orientacyjnym i znakiem bliskości domu dla wracających do ojczyzny żeglarzy oraz symbolem morskiej potęg Portugalii. W głębi lądu widać drugą – Klasztor Hieronimitów. Zbudowany jako wyraz dziękczynienia za szczęśliwą wyprawę Vasco da Gamy do Indii, w pierwszej połowie XVI w. Uważany jest za doskonały przykład stylu manuelińskiego, będącego charakterystyczną dla Portugalii mieszanką gotyku i renesansu. W tej samej chwili mijamy monumentalny Pomnik Odkrywców nawiązujący kształtem do historycznego żaglowca. Na jego dziobie, wystającym ponad lustro wody, stoi książę Henryk Żeglarz, uważany za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego, z modelem karaweli w jednej ręce i mapą świata w drugiej. Dalej stoją Vasco da Gama i Luís Vaz de Camões oraz inni portugalscy bohaterowie, niekoniecznie związani z morzem.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Cuda świętego Antoniego

 

Po pewnym czasie przepływamy pod Mostem 25 Kwietnia. Oddany do użytku w 1966 r. był pierwszym mostem łączącym Lizbonę z drugim brzegiem rzeki. Zaraz za mostem na lewym brzegu króluje ustawiona na wysokim postumencie figura Chrystusa Zbawiciela, wybudowana w 1959 r. Konstrukcja liczy sto dziesięć metrów, a sama statua ma ich dwadzieścia osiem. Nawiązując do bliskości mostu i monumentu ktoś rzuca żart, że błyskawicznie przenieśliśmy się z San Francisco do Rio de Janeiro. Ktoś inny dodaje, że są i analogie z innymi miastami, i że Lizbona, jak Rzym, zbudowana jest na siedmiu wzgórzach, a wreszcie, że jest jak Paryż bo ma Windę Santa Justa, czterdziestopięciometrową konstrukcję wykonaną w stylu neogotyckim, której architektura i historia przypomina tę Wieży Eiffla. W wesołej atmosferze cumujemy w porcie.

 

MOST 25 KWIETNIA, POMNIK CRISTO REI

Park Narodów

Wracamy do samochodu i zgodnie z sugestią jednego z braci franciszkanów jedziemy na tereny zbudowane z okazji odbywającej się w 1998 r. w Lizbonie wystawy Expo. Park Narodów, bo tak nazywane jest teraz to miejsce położone wzdłuż rzeki Tag, to wizytówka współczesnej architektury Lizbony. To naprawdę warto zobaczyć. My kierujemy swoje kroki do Oceanarium, otwartego właśnie na wystawę Expo. To największe Oceanarium w Europie, w którym zobaczyć można ponad dwadzieścia pięć tysięcy morskich stworzeń z całego świata. Szczególne wrażenie robi główny zbiornik, w którym można podziwiać pływające rekiny, tuńczyki, ogromne płaszczki. Jestem jakby w innym świecie, odczuwam zachwyt i ogromną wdzięczność dla Stwórcy za te wszystkie Jego dzieła i myślę, że ma też ogromne poczucie humoru, skoro oprócz żyrafy, słonia i hipopotama stworzył samogłowa – rybę dokładnie taką, jak opisuje to jej nazwa, i to nie jakąś rybkę, ale stworzenie większe od człowieka. Przeżycia są takie, że łagodzą bez reszty ból wywołany ceną wcale niemałego biletu wstępu. Przychodzi jednak czas, aby ruszać dalej.

 

Dom rodzinny przyjaciela

Przejeżdżamy na drugą stronę Tagu imponującym mostem Vasco da Gamy, otwartym również z okazji Expo i nazwanym imieniem tego portugalskiego żeglarza w pięćsetlecie odkrycia przez niego drogi morskiej do Indii. Most ma ponad siedemnaście kilometrów długości i ponad osiemsetmetrowe przęsło główne. Po sześciu pasach ruchu można mknąć z prędkością ponad sto kilometrów na godzinę. Oglądam się wstecz i obiecuję sobie, że jeszcze tutaj przyjadę, bo wszystko odbywało się za szybko i do wielu miejsc chciałbym wrócić, a niektórych nie udało się zobaczyć, jak choćby Klasztoru św. Wincentego za Murami, w którym pierwsze lata swojego zakonnego, augustiańskiego życia, spędził św. Antoni. Bardzo polubiłem to miasto, miasto z duszą, a dla mnie także zawsze miasto św. Antoniego, dom rodzinny przyjaciela.

 


Zapraszamy do lektury czasopisma “Posłaniec“, wydawanego przez Ojców Franciszkanów >>>


 


Partnerem wydania “Szlakiem świętych” jest biuro pielgrzymkowe Misja Travel


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Piotr Bielenin OFMConv

Teolog, pasjonat historii, gwardian klasztoru i rektor bazyliki św. Franciszka z Asyżu w Krakowie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr
Bielenin OFMConv
zobacz artykuly tego autora >

Ludzie w drodze – podobnie jak my

W orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy papież Franciszek podkreśla, że migracje dzisiaj nie są zjawiskiem ograniczonym do niektórych obszarów naszej planety, ale dotykają wszystkich kontynentów. Ludzie zawsze migrowali i migrują również dziś. Przyczynami migracji są wojny, kataklizmy, niesprawiedliwe systemy ekonomiczne. Ludzie migrują także z przyczyn osobistych.

Jacek Gniadek
Jacek
Gniadek
zobacz artykuly tego autora >
Maria Werner
Maria
Werner
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ludzie w drodze – podobnie jak my
W orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy papież Franciszek podkreśla, że migracje dzisiaj nie są zjawiskiem ograniczonym do niektórych obszarów naszej planety, ale dotykają wszystkich kontynentów. Ludzie zawsze migrowali i migrują również dziś. Przyczynami migracji są wojny, kataklizmy, niesprawiedliwe systemy ekonomiczne. Ludzie migrują także z przyczyn osobistych.

Tu realizuję Jego misję

Sylwia Michalczyk, wolontariuszka Fundacji Ośrodek Migranta Fu Shenfu rozpoczęła swoją przygodę z nauką imigrantów języka polskiego cztery lata temu. Jej pierwszym studentem był Jesús, młody mężczyzna z Hiszpanii. Do Polski przyjechał za swoją dziewczyną, Polką. Jej rodzice nie akceptowali ich znajomości. Jesús w Polsce pracował w restauracji za niewielkie pieniądze. Przez przypadek trafił do Fu Shenfu, gdzie zaczął uczyć się języka polskiego.

Sylwia wspomina swojego pierwszego studenta: „Był całkiem zagubiony w obcym kraju. Nieakceptowany. Nie znał języka. Ale miał cel i chciał go zrealizować wbrew wszystkim przeciwnościom”. Za radą Sylwii Jesús porzucił pracę w restauracji i zapisał się na kurs lektorów języka hiszpańskiego.

Po raz kolejny ktoś obcy w Warszawie znalazł pomocną rękę w Fu Shenfu. „Nic wielkiego. Jestem nauczycielką. Uczę w szkole angielskiego. Mam taki talent i dzielę się nim z innymi. Kiedy pomagam imigrantom, czuję jakby Jezus mówił do mnie: Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie (Mt 25,35).”

Sylwia w Fu Shenfu znalazła się po swoim radykalnym nawróceniu. Czy był to przypadek? „Nie – mówi pewna siebie Sylwia. – Mój kierownik duchowy, o. Jan Wróblewski SVD, był dyrektorem Fu Shenfu na Ostrobramskiej. Zarosił mnie do ośrodka i zaproponował nauczanie polskiego. To był znak od Boga. Tu czuję, że realizuję Jego misję”.

 

Nikt nie jest nielegalny

O tym, że Fu Shenfu jest potrzebny migrantom, przekonałem się już kilka tygodni po otwarciu ośrodka. Pewnego ranka do fundacji przyszedł Siergiej. Kilka dni wcześniej wyszedł z więzienia. Chciał wrócić do domu na Ukrainę, ale nie mógł przekroczyć granicy, gdyż jego paszport był jeszcze wydany w czasach ZSRR. Był bardzo chory. Pomogliśmy mu załatwić noclegownię, lekarstwa i jednorazowy paszport na przekroczenie granicy. Kilka miesięcy po powrocie do mamy zmarł.

Prawdziwej pomocy potrzebują najczęściej migranci o nieuregulowanym statusie. Św. Jan Paweł II zwykł nazywać rzecz po imieniu. W orędziu z 1995 r. podkreślał mocno, że Kościół jest sakramentem jedności dla całej ludzkiej rodziny oraz miejscem, gdzie migranci, których sytuacja wobec prawa jest nieuregulowana, powinni być przyjęci i uznani za braci i siostry. Zadaniem Kościoła lokalnego jest zmobilizować swoje działania w taki sposób, by przyjąć te osoby z miłością do własnych wspólnot. Człowiek nie może być nielegalny.

 

Nowi wolontariusze

Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej (Pwt 10,19). Franciszek w swoim orędziu wskazuje, że zjawisko migracji nie jest oderwane od historii zbawienia, a wręcz stanowi jej część. W czerwcu ub.r. wróciłem z Zambii i po sześciu latach przerwy powróciłem do pracy z migrantami w Fu Shenfu. W odpowiedzi na wysłane do trzech sąsiednich parafii ogłoszenie zgłosiło się ośmiu wolontariuszy do nauczania polskiego. Mówiono mi po powrocie z Afryki, że ludzie w Polsce z niechęcią odnoszą się do migrantów, ale mam zupełnie inne doświadczenie. Może dlatego, że nie oglądam telewizji.

Sylwia była półtora roku temu na tygodniowych warsztatach w Krakowie, na których doskonaliła metodę nauki polskiego dla obcokrajowców. Swoim już czteroletnim doświadczeniem podzieliła się z nowymi wolontariuszami. Teraz oni uczą kolejnych przybywających do Fu Shenfu cudzoziemców. Ale wolontariat w Ośrodku to nie tylko nauka. Wchodzę do klasy po lekcji. Pani Urszula została dłużej wraz z jedną uczennicą, pomaga jej pisać prośbę do konsulatu. „Robię to pierwszy raz, ale ja znam język więc mi łatwiej” – mówi z uśmiechem p. Urszula, która uczy od października ub.r. W przerwie gwar i śmiechy. Mirek, mały brat Jezusa od bł. Karola de Foucauld, nowy wolontariusz, serwuje herbatę i kawę swoim uczniom. Rozmawiają nie tylko o języku polskim, jest też czas na dzielenie się życiem. Nauka migrantów jest ważna, ale Fu Shenfu to przede wszystkim bycie z nimi i dla nich. Towarzyszymy im, bo to są ludzie w drodze… podobnie jak my.

Grupa młodych imigrantów z Wietnamu nowy rok szkolny rozpoczęła w nowej klasie wynajętej w Wólce Kosowskiej k. Warszawy, gdzie znajduje się azjatyckie centrum handlowe. Tysiące Wietnamczyków, Chińczyków i Turków sprzedaje swoje towary od rana do wieczora w ciągnących się na kilometry halach handlowych. Nową klasę s. Anna Nguyen FMM dzieli razem z inną grupą Wietnamczyków, którzy dwa razy w tygodniu po pracy uczą się angielskiego. W uczeniu polskiego pomaga jej Tomek, który w ubiegłym roku był na wolontariacie w Zambii i remontował kaplicę w Balmoral na obrzeżach Lusaki. Młodzi Wietnamczycy uczą się polskiego. Wszystko wskazuje na to, że swoją przyszłość chcą związać z Polską

 

Trzykrotnie bezbronne

W Polsce przebywa około 50 tys. Wietnamczyków. Drugie pokolenie wietnamskich imigrantów ma zupełnie inny życiowy start. W kaplicy przy hali handlowej na ul. Marywilskiej, z okazji odpustu w dzień wspomnienia św. Jana Pawła II był kolejny chrzest małego wietnamskiego dziecka. Dzieci Wietnamskich imigrantów chodzą do polskich szkół i często należą do najlepszych uczniów w klasie.

Papież Franciszek w swoim najnowszym orędziu bierze w obronę dzieci imigrantów: „są trzykrotnie bezbronne, ponieważ są nieletnie, ponieważ są cudzoziemcami i ponieważ są bezradne, kiedy z różnych powodów zmuszone są żyć z dala od ojczyzny, oddzielone od miłości rodzinnej”. Dzięki Bogu w coraz mniejszym stopniu dotyczy to już dzieci wietnamskich imigrantów w Polsce.

Wychodząc z odpustowego przyjęcia w wietnamskiej restauracji w Raszynie, pomachałem na pożegnanie wietnamskim dzieciom bawiącym się obok recepcji. Szukałem nerwowo w pamięci odpowiedniego słowa po wietnamsku, ale nie zdążyłem niczego powiedzieć. Usłyszałem od nich w czysto brzmiącym języku polskim: „Do widzenia!”.


Artykuł ukazał się w miesięczniku Zgromadzenia Słowa Bożego (Księży Werbistów) “Misjonarz”
Misjonarz, 1/2017, s.12-13

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Jacek Gniadek

Jacek Gniadek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Werner

Maria Werner

Zobacz inne artykuły tego autora >

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jacek Gniadek
Jacek
Gniadek
zobacz artykuly tego autora >
Maria Werner
Maria
Werner
zobacz artykuly tego autora >