Prymas Wyszyński „od siebie” o kryzysie rodziny

Dzisiaj dzieje się, niestety, odwrotnie — poświęca się dziecko, aby matka i ojciec mogli sobie spokojnie żyć. Tymczasem trzeba poświęcić siebie, aby dać życie dziecięciu, bo ono jest najważniejsze.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pierwsze dzieło uszczęśliwienia człowieka zaczął Bóg od mężczyzny, z którego boku wyprowadził niewiastę. Wszystko zostało zburzone przez grzech. Drugi raz zaczął od Niewiasty, z której wywiódł nowego Adama. Tym razem poszło dobrze. Pierwszy Adam przegrał przez niewiastę; drugi Adam zwyciężył przez Niewiastę: Ewa i Maryja…

To refleksja Stefana Wyszyńskiego z drugiej więziennej wigilii Bożego Narodzenia, którą spędzał w Prudniku Śląskim. Te najbardziej rodzinne święta kierowały jego myśl ku początkowi wspólnej drogi Boga z człowiekiem. Wszak 24 grudnia Kościół co roku wspomina pierwszych rodziców – Adama i Ewę – jakby chcąc podkreślić, że narodziny Boga – Człowieka mają ścisły związek z tym, co wydarzyło się w raju, gdzie Bóg stworzył człowieka „na swój obraz”.

Prymas, którego na wolności najbliższe otoczenie nazywało ojcem, był głęboko świadom tego, że kształtowanie relacji w każdej ludzkiej wspólnocie powinno mieć charakter rodzinny. O to starał się również w więzieniu. Nazajutrz, w sam dzień Bożego Narodzenia 1954 pisał:

Śniadanie, obiad i wieczerza są pełne zdrowej pogody i humoru; na szczęście nikt nie choruje. Po obiedzie czytamy sobie opisy dnia świętego Szczepana w Potopie – to ostatni dzień oblężenia Jasnej Góry przez Szwedów. Po czym śpiewamy do samego wieczora kolędy. Ksiądz Stanisław broni się dzielnie, chociaż chora matka przychodzi mu często na myśl. Po wieczornych modlitwach umyślnie pozostajemy dłużej razem, ażeby ksiądz Stanisław nie miał czasu na rozważania o „wyglądającej oknem matce”. Zdaje się, że wyszedł z tych pokus zwycięsko.

Co ciekawe, w kategoriach „rodzinnych” więzień patrzy również na swoich strażników. Zauważa i docenia to, że nie są zbyt widoczni. I zaraz zastanawia się: A może, biedni, myślą, że nie umielibyśmy spojrzeć na nich po bratersku? Może uważają, że święta religijne są zarazem wzrostem napięcia antybezbożniczego? A myśmy modlili się o ich pogodę i o miłość, która się rodzi w stajni, dla ludzi stajni i obór[1]. Oby mogli zrozumieć, jak bardzo Chrystus jest właśnie dla nich.

 

Bóg nie jest samotny, lecz jest relacją. Dlatego, stwarzając człowieka na swój obraz stworzył go do relacji – mężczyzną i kobietą. Jest to relacja miłości, która daje życie. Życiodajna miłość nie ogranicza się tylko do wymiaru biologicznego lecz ma znaczenie duchowe

Z godnym podziwu spokojem Prymas przyjmuje pozbawienie go wolności. Gdyby ją miał, świętowałby Boże Narodzenie w katedrze przewodnicząc liturgii: Z przyzwolenia Ojca Niebieskiego nie mogę dziś stanąć przy ołtarzu katedralnym, by wielbić rodzinne święto Trójcy Świętej: Ojca – Rodzica i Syna Narodzonego, i Ducha Oblubieńca.

Nieprzypadkowo Prymas mówi o święcie rodzinnym Trójcy. Tajemnica wiary chrześcijańskiej głosi, że jest wprawdzie jeden Bóg, ale w trzech Osobach. A więc Bóg nie jest samotny, lecz jest relacją. Dlatego, stwarzając człowieka na swój obraz stworzył go do relacji – mężczyzną i kobietą. Jest to relacja miłości, która daje życie. Życiodajna miłość nie ogranicza się tylko do wymiaru biologicznego lecz ma znaczenie duchowe, co oznacza w praktyce, że rodzice otrzymują prawo do wychowania i poprowadzenia swojego dziecka ku życiu nadprzyrodzonemu.

 

Czy musimy cofnąć się aż do Adama i Ewy, aby zrozumieć czym jest rodzina?

Nie lękajcie się, że będę od raju ciągnął aż do czasów dzisiejszych. Ale nie można zaprzeczyć, że jest tam jakiś prawzór każdej pracy, która w wymiarze dziejowym trwa, pozostaje do skończenia świata. Wprawdzie w okresie zamętu posoborowego były próby zastąpienia rodziny innymi formami instytucji społecznych, nie wyłączając pomysłu duńsko-holenderskiego, tak zwanej „dużej rodziny”, jednakże, wcześniej niż się spodziewano, instytucja ta wykazała niezdolność do przedłużenia swojej egzystencji. Pozostaje więc nadal tych dwoje, których wzór ustanowił Ojciec niebieski w raju.

 

Pierwszy został stworzony Adam, a po nim Ewa określona przez samego Boga, jako „odpowiednia dla niego pomoc”. Czy to znaczy, że kobieta jest mniej ważna od mężczyzny?

Rzecz znamienna, że jakkolwiek mężczyzna w tym układzie ma pewną postać prymatu egzystencji, istnienia, bytowania, to jednakże ten eksperyment Boży, eksperyment któremu Bóg sam bacznie się przyglądał, nie zdał egzaminu, w ogóle. Bardzo często tak bywa, że mężczyźni mniej egzaminów zdają od kobiet. Dlatego Bóg obmyślił pomoc podobną mężczyźnie. Była to właśnie kobieta. Wprawdzie wyprowadził ją z Adama, ale programował w przyszłość. Będzie bowiem czas, gdy ponownie z boku uśpionego na krzyżu nowego Adama wyprowadzi Matkę-Kościół. Bóg lubi trzymać się utrwalonych wzorów. Sam trwa w nieskończoność i sam też nieustannie pod­trzymuje wzory przez siebie ustanowione.

Rzecz ciekawa, że to ma być pomoc. A komu daje się pomoc? Temu, który sam sobie poradzić nie może. Jasne, że pomoc pod każdym względem jest bardziej wartościowa aniżeli ten, któremu się pomaga.

 

Ewa odegrała jednak niechlubną rolę tej, która dała się skusić…

Pomoc, którą otrzymał Adam w raju była bardziej operatywna i ona to dostrzegła wielkie walory owocu zakazanego. Jak nam to wykłada Księga Rodzaju, Ewa przyglądając się owocowi dostrzegła, że jest uroczy, piękny, że nadaje się do podtrzymania bytu, do zaspokojenia potrzeb życiowych. I jeszcze, rzecz ciekawa, nadaje się do rozeznania prawdy. Trzy więc walory, wprawdzie chwilowo zakazane, odkryła Ewa w owocu. Była ona wrażliwa na właściwości estetyczne, na wartości bytowe i na wartości intelektualne. I te wartości dostrzegła w zakazanym owocu. Dlaczego zakazanym? Bo przedwczesnym. A wszystko musi przyjść w swoim czasie. Mógłby ktoś powiedzieć: Ale ta pomoc wyszła Adamowi bokiem, utknęła mu w gardle. To wszystko jest prawda, lecz do czasu.

 

Zadaniem matki jest wytrwać do końca, chociażby wszyscy opuścili. Na tym polega, udana tym razem, pomoc dana każdemu człowiekowi, który przychodzi na świat i staje się przyczyną radości; bo człowiek na świat się narodził.

Ksiądz Prymas zwraca uwagę, że ten owoc nie był zakazany na zawsze, tylko na pewien czas, a człowiek niejako się „pospieszył” i przez to pierwsza rodzina – Adama i Ewy doświadczyła zła. Co w takim razie jest potrzebne, aby doświadczyć dobra?

Bóg ma swój schemat i oto go ponawia: zapowiada nową próbę, Niewiastę, której błogosławiony Owoc zetrze głowę węża i da pełne poznanie. Ponawia wzór w Rodzinie z Nazaretu. Tam jest udoskonalony obraz. Józef staje się cieniem Ojca – jak to wyłożył Dobraczyński w swojej książce, natomiast Matką par excellence jest Bogurodzica Maryja, chociaż błogosławiony Owoc Jej życia był Obojgu poddany i posłuszny. Zadanie Józefa było dyskretne, chociaż autentyczne i niezwykle doniosłe. Natomiast zadanie Maryi jest tak wyjątkowe, że gdy Józef przez cały czas swego istnienia milczy – nawet wtedy gdy przemawiają do niego aniołowie Boży we śnie – to Maryja mówi, niewiele mówi, ale jednakże mówi. Dopytuje się Anioła: Quomodo fiet istud (Łk 1, 34), jak ten Owoc, który nadaje się do poznania prawdy, Jezus – jak On powstanie? Co więcej, Ona mówi w Ain Karim i w świątyni jerozolimskiej. Milczy wprawdzie na Kalwarii, ale jest tam do końca i staje się Matką Kościoła swego Syna. Józefa już nie ma w pięknej Rodzinie Nazaretańskiej, ale Ona jest tam, musi być. Bo Ona nie zraża się najtrudniejszymi sytuacjami rodzinnymi. Jak kiedyś mówiono do matki skazańca, którego powieszono: Nie wstyd [ci] stać pod szubienicą? Nie, bo to mój syn. Zadaniem matki jest wytrwać do końca, chociażby wszyscy opuścili. Na tym polega, udana tym razem, pomoc dana każdemu człowiekowi, który przychodzi na świat i staje się przyczyną radości; bo człowiek na świat się narodził.

 

Bóg łączy ich i uświęca przez sakrament małżeństwa. Aby wszystko w nich „grało”, muszą mieć zasadnicze cnoty: miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość.

Tym człowiekiem, który przyszedł na świat jest Jezus. Małżeństwo Maryi i Józefa stało się w tym momencie rodziną, ale bardzo szczególną. Czy zatem zwykła rodzina może pójść ich śladami?

Najświętsza Rodzina była wyjątkowa, ale Kościół chce, aby ta wyjątkowa Rodzina stała się wzorem współżycia wszystkich. Dlatego też w uroczystość Najświętszej Rodziny szkicuje w Lekcji  z Listu świę­tego Pawła do Kolosan, obyczaje każdej rodziny: „Przyobleczcież się zatem jako wybrani Boży, święci i umiłowani, w czułe miłosierdzie, w dobroć, w pokorę, w cichość, w cierpliwość” (Kol 3,12). Czytając to, czu­jemy się tak, jak gdybyśmy patrzyli na Świętą Rodzinę.

To z niej biją promienie na życie każdej rodziny domowej. Wy­brańcy Boży, umiłowani! Bóg łączy ich i uświęca przez sakrament małżeństwa. Aby wszystko w nich „grało”, muszą mieć zasadnicze cnoty: miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość. „Znoście jedni dru­gich i wybaczajcie sobie, jeśliby ktoś miał skargę przeciw komu…” „A nadto wszystko miejcie miłość, która jest więzią doskonałości. Pokój zaś Chrystusowy, do którego też wezwani jesteście w jednym ciele, niech panuje w sercach waszych” (Kol 3,14-15). Jest to chyba lekarstwo dla każdej rodziny domowej. Dzisiaj może dlatego widzi się w niej tyle męki, że ludzie za mało patrzą na Świętą Rodzinę, która ma swego „Łącznika” — Dziecię. Ono jest najważniejsze! W rodzinie nie jest najważniejszy ojciec ani matka, tylko dziecię. Można powiedzieć: najważniejsi są rodzice, ale tylko tak długo, jak długo nie ma dziecka. A gdy ono już jest, ojciec i matka poniekąd spełnili swoje zadanie. Dlatego dla dziecka trzeba wszystko poświęcić, nawet życie własne!

 

Obecnie rodzi się coraz mniej dzieci. Dlaczego?

Dzisiaj dzieje się, niestety, odwrotnie — poświęca się dziecko, aby matka i ojciec mogli sobie spokojnie żyć. Tymczasem trzeba poświęcić siebie, aby dać życie dziecięciu, bo ono jest najważniejsze. Nie ojciec, nie matka, tylko dziecię! Istnieje piękna legenda bretońska. Na brzegu morskim, w cza­sie sztormu, woda zalewa chatę. Nie można już nic uratować. Na da­chu mąż podtrzymuje żonę, żona trzyma wysoko nad sobą dziecko… Oboje giną, ale dziecko zostaje ocalone. Nadjeżdżająca łódź ratunkowa zdołała jeszcze wyrwać z rąk tonących rodziców żywe dziecię. Uratować dziecię!… Za wszelką cenę uratować dziecię!

 

Ludzie, nie mogą iść obok siebie, lecz muszą się wspierać wzajemnie, aby wypełnić wspólne zadanie, które im obojgu powierzył Ojciec niebieski

Mąż, który podtrzymuje żonę, żona, która trzyma dziecko. Obraz, który pokazuje ksiądz Prymas zakłada, że oboje będą mieli ten sam cel i gotowi są ramię w ramię go realizować, nawet za cenę największej ofiary. Jednak nie każdy jest na nią gotowy…

Przykazanie, które dał Stwórca pierwszym rodzicom, właściwie w porządku naturalnym, nie zna wyjątków: „Rośnijcie i mnóżcie się, i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną” (Rdz 1,28). Ale za tym przykazaniem musi pójść specjalne powołanie, a więc takie usposobienie, w którym człowiek poważnie, rzetelnie i świadomie pragnie wykonać przykazanie Boże. (…) Ludzie, nie mogą iść obok siebie, lecz muszą się wspierać wzajemnie, aby wypełnić wspólne zadanie, które im obojgu powierzył Ojciec niebieski. Tak jest w porządku przyrodzonym i tak jest również w porządku nad­przyrodzonym, w którym idzie o przekazywanie życiu przyrodzonemu — życia nadprzyrodzonego. I tu istnieje ta sama wzajemna zależność i współdziałanie.

 

Niełatwo w tym zachować właściwą równowagę. Czy lepiej jest, aby to kobieta podejmowała trud wychowania, czy też może mężczyzna powinien wziąć sprawy w swoje ręce?

Wychowanie rodzinne tylko przez kobiety, bez pomocy mężczyzn, zawodzi. I wychowanie rodzinne tylko przez mężczyzn, bez pomocy kobiet, również zawodzi. Musi być współdziałanie ojców i matek. Jest źle, gdy oj­ciec nie troszczy się o wychowanie dzieci, lub gdy matka nie ma czasu na zajęcie się dziećmi i domem. Ale jest dobrze, gdy oboje sprawują dzieło przekazywania życia — zarówno doczesnego jak i nadprzyro­dzonego — dzieciom, które im Bóg powierzył. Gdy je razem pielęgnują i wychowują. I tak już będzie aż do skończenia świata! Nie zrozumiemy i nie wypełnimy zadania w rodzinie bez wza­jemnej pomocy dwojga — mężczyzny i niewiasty. Wiemy z pedagogiki rodzinnej, że najlepsza jest i najskuteczniej wychowuje rodzina mie­szana, gdzie jest pewna ilość synów i pewna ilość córek. Wychowujące jest już samo współdziałanie płci i harmonia charakterów, które wzajemnie sobie coś użyczają.

 

Ksiądz Prymas podkreśla, że rodzinność ważna jest nie tylko w tworzeniu ogniska domowego, ale również w innych wspólnotach, w tym w Kościele. Na czym polega to podobieństwo?

W Kościele człowiek jest najważniejszy! Dlaczego? Bo Chrystus — „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba”. Ty jesteś najważniejszy w Kościele Chrystusowym! A wszyscy inni — plackiem „przed Jego królewską mością”! Nawet biskup! Nawet papież, który jest „servus servorum Dei” — sługą sług Bożych. Na kolana! Jak w Wielki Czwartek [2], tak i na co dzień. Tak samo jest w rodzinie zakonnej: „Ale który jest większy mię­dzy wami, niech będzie jako mniejszy; a przełożony, jako ten, co służy” (Łk 22,26). Biada, gdy przeorysza zostanie wielką ksienią. Wtedy robi się z niej „magnifica” [wspaniałość – red.], wszystko zaś inne jest nędzą. A przecież idzie o to, aby ona była sługą i nigdy o tym nie zapomniała.

 

Bywa, że w rodzinie dzieci przysparzają rodzicom zmartwień i zgryzot. Ksiądz Prymas jako biskup (a na biskupa mówi się Papa czyli ojciec) miewał pewnie „dobre dzieci” i te trudniejsze… Jak sobie radził?

Tak, jak w każdej społeczności rodzinnej, najważniejsze są dzieci! One mogą być kapryśne, mogą tego czy owego nie rozumieć i zbyt wiele wymagać. Mogą się nawet rozzuchwalać, gdy poczują, że są ważniejsze — oczywiście niech tego nie robią — ale tak jest! Co z ojca i matki, wszystko jest dla nich! Oni są nie dla siebie, tylko dla dzieci, a wszystko, co jest z nich, służy temu, aby życie rodziło się i rozwijało jak najobficiej. Jeśli mówię — dzieci są najważniejsze — to jeszcze dodam: nie mam myśleć, że ja jestem najważniejszy, ale ono, to małe, to drugie… Jeżeli każdy tak będzie myślał, wówczas zrealizujemy to, o czym święty Paweł cudownie nam mówi: „Znoście jedni drugich i wybaczajcie sobie, jeśli kto ma skargę przeciw komu…” (Kol 3,13).

 

[1] Strażnicy Prymasa pochodzili głównie z rodzin wiejskich

[2] W Wielki Czwartek kapłan i biskup myje nogi 12 mężczyznom dla upamiętnienia umycia nóg apostołom przez Jezusa.

 

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Prymas Wyszyński „od siebie” o wytrwałości

Prymas był świadom, że to nie jego ludzkie siły decydują o wytrwaniu. A raczej – decyduje o nim świadomość jak te siły są nikłe w obliczu pokus, których doświadcza i zaufanie, że nie jest w tej walce sam.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

30 VII 1954, piątek.

Ukochany mój Synu!

W moim i najbliższych imieniu przesyłam Ci, Najdroższy mój Synu, na zbliżający się dzień Twego Patrona i 30-lecie święceń kapłańskich, najserdeczniejsze życzenia wszelkich łask Bożych i spełnienia pragnień, a zwłaszcza, by Dobry Bóg nie szczędził Ci sił, zdrowia i wytrwałości.

Te słowa przeczytał Prymas Wyszyński w liście od ojca 30 lipca 1954 roku, na dzień przed swoimi pierwszymi więziennymi imieninami. Życzenia dotyczą sfery fizycznej (sił, zdrowia), ale też sfery duchowej – wytrwałości. Który ojciec nie pragnie, aby jego dziecko – nawet w trudnych warunkach – okazało konsekwencję i doprowadziło zaczętą rzecz do końca?

 

Półtora roku później, już w Komańczy, Prymas zapisze:

19 II 1956

W I niedzielę Czterdziestnicy nieustannie wraca nam tragiczna scena z Wielkiego Kuszenia Syna Człowieczego. Do dziś dnia powtarza się w dziejach człowieczeństwa, w życiu Kościoła Chrystusowego, w duszy każdego chrześcijanina. Wielką jest łaską, że Chrystus dał poznać na sobie, jakimi metodami posługuje się kusiciel, jakie są jego kusicielskie chwyty. Czyż nie widzę w sobie, jak wrażliwy jestem na pokusę „chleba”, na pokusę łatwizny życiowej, na pokusę „świętego spokoju”. Czyż nie dobrze podpatrzył kusiciel moje słabości? Jeślim nie uległ tym pokusom dotąd, to wcale nie znaczy, żem już bezpieczny. Jeślim wytrwał, to czy nie dlatego, że Bóg walczył za mnie?

„Jeślim wytrwał” – znowu pojawia się na kartach „Zapisków więziennych” sprawa konsekwencji w podjętych decyzjach, sprostania próbom, które mogły odwieść więźnia od kierunku, który sobie wyznaczył, gdy został pozbawiony zewnętrznej wolności. Ale sprawa ta podniesiona zostaje na wyższy poziom. Ojciec życzył mu wytrwałości chyba bardziej jako pewnej ludzkiej zdolności do bycia konsekwentnym. Prymas, po dwóch i pół roku od uwięzienia jest świadom, że to nie jego ludzkie siły decydują o wytrwaniu. A raczej – decyduje o nim świadomość jak te siły są nikłe w obliczu pokus, których doświadcza i zaufanie, że nie jest w tej walce sam. Zdaje sobie jednocześnie sprawę, że życie wypełnione jest przeszkodami (pokusami), z których każda może zniechęcić do kontynuowania wysiłku.

Walka dziś toczona z Kościołem zwycięża w wielu ludziach właśnie dlatego, że pieką sobie chleby z kamieni, rzuconych Kościołowi pod nogi; że pozwalają się nosić na rękach złym duchom, że nieustannie padają plackiem na twarz, bijąc służalcze hołdy wszystkim kusicielom.

Ciekawe, że ten silny wewnętrznie mężczyzna, który nie raz dał dowód wierności i konsekwencji upatruje wzoru dla wytrwałości – w kobiecie. Nikt z artystów nie przedstawił Maryi w postawie oparcia o krzyż – zapisze 26 czerwca 1956. Ona stała o własnych siłach. Wszystko wokół się chwiało! Ale ktokolwiek spojrzał na Maryję, widział, że Ona się nie chwiała! Zawsze była Virgo Auxiliatrix [Dziewica Wspomożycielka] – wspomagała postawą swoją wszystkich wokół. I wytrwała!

Wytrwał i Prymas. Przez trzy lata więzienia nie stracił nadziei, nie zrezygnował z codziennego, wypełniającego cały dzień szczegółowego planu, nie poddał się machinacjom władz. Wiele siły dodawała mu myśl, że dzieli on los wielu rodaków i los katolików poddawanych represjom przez stalinowskie władze.

 

Zarówno w czasie wojny jak i później, w okresie komunizmu, ksiądz Prymas był świadkiem niesamowitej konsekwencji ludzi gotowych wytrwać do końca. Jaki jest motyw takiej postawy?

Ludzie umieją ginąć za prawdę. To jest postawa prawdziwie chrześcijańska, ludzka i męska. Świadczy o pełnej dojrzałości człowieka, umiejącego nawet cierpieć w obronie prawdy i wiary, która go zrodziła i która ubogaca jego życie. Ale ludzie giną też bez prawdy, giną, gdy jej nie mają. Bo wtedy rodzi się tragedia kłamliwości. Jeżeli na miejsce tych, którzy gotowi są ginąć za prawdę i dać życie w jej obronie, powstanie pokolenie kłamców; jeżeli społeczność ludzka nie doceni wysokiej godności człowieka, obowiązanego do prawdy, i wysokiej godności braci, którym trzeba mówić prawdę, jak upomina Apostoł: „Niech każdy z was mówi prawdę do bliźniego, bo jesteście nawzajem dla siebie członkami” (Ef 4,25) — wówczas rozpoczyna się straszliwa tragedia osoby, narodu i całej rodziny ludzkiej.

 

Człowiek, który dotrzymuje zobowiązań budzi zaufanie, ktoś kto jest niekonsekwentny takiego zaufania nie zdobywa. A jednak w różnych kontaktach międzyludzkich dostrzega się sporą łatwość do dużej zmienności w podejmowaniu zobowiązań i wypełnieniu ich…

Ludzie nie tylko myślą, iż w wielu okolicznościach i sytuacjach są upoważnieni do mówienia nieprawdy, ale uważają to nawet za pewną umiejętność życia, za spryt życiowy. „Wykręcili się sianem”, coś tam powiedzieli na odczepnego i mają… „święty spokój”. — Czy rzeczywiście mają oni „święty spokój”? Czy sumienie nic im nie mówi? Czy ma „święty spokój” z nimi otoczenie, które kilkakrotnie okłamane, zaczyna podejrzewać: a może i tym razem skłamał? To jest straszne, jeżeli utrzyma się taki właśnie obyczaj sprytnego okłamywania się wzajemnie. Słowa są wspaniałym narzędziem przekazywania tego, co mamy w sercu, w myślach. Są chlebem pożywnym, którym serdecznie i szczerze łamiemy się, sami pożywamy i dzielimy się z bratem. Wówczas wszyscy widzą: oto człowiek, który sam żyje prawdą i innych nią obdarza, uszczęśliwia i ubogaca.

 

Z czego wynika niewierność podjętym zobowiązaniom?

Wielkim nieszczęściem niemal całej rodziny ludzkiej jest upowszechniająca się nieprawda, którą bardzo często nazywa się roztropnością. Człowiek „roztropny” ukrywa, co ma do powiedzenia. Po co się narażać? Powstaje pokolenie ludzi nad miarę roztropnych, których niejako dowodem osobistym, sprawdzianem ich roztropności jest, że mają swoje przekonania, z którymi — jak mówią dowcipnie — sami się nie zgadzają, ukrywają je w myślach, a mówią zupełnie co innego. To jest prawdziwa katastrofa! Katastrofa osób, bo człowiek sam zniekształca się w nieprawdzie, i społeczeństwa, bo jeśli społeczeństwo składać się będzie z ludzi rządzących się nieprawdą, wtedy powstanie społeczność wzajemnie się okłamująca. Jakże wówczas będzie wyglądało nasze codzienne życie? Będzie ono trudne, niemożliwe, ciągle trzeba będzie doszukiwać się: czy mówisz prawdę? czy naprawdę tak jest?

 

Symulanctwo moralne, ukrywanie swoich przekonań osobistych, społecznych a nawet religijnych — niekiedy z obawy — w stosunkach pracy, jest bodaj większym nieszczęściem i większą tragedią współczesną, zniekształcającą naród psychicznie aniżeli rozwiązłość, niemoralność, nietrzeźwość i inne bolesne przejawy życia.

Czy Ksiądz Prymas obserwuje wpływ takiej postawy na wychowanie młodego pokolenia?

Nieraz dziwimy się, że ma ono tak mało zaufania do pokolenia starszego. Może młode pokolenie jest przedwcześnie zmęczone atmosferą nieprawdy, kłamstwa, kłamliwości, nieszczerości, faryzeizmu i obłudy, z którą spotyka się tak często? Młode pokolenie jest pełne przedziwnego oczekiwania — jak ongiś pisał Eugeniusz Małaczewski — na „nowych ludzi plemię, jakich jeszcze nie widziano”(…). Dzisiaj, rozglądając się po ulicach, stwierdzamy: jakże współczesna młodzież jest śmieszna, jak się śmiesznie ubiera, jak gdyby cyrk wyszedł na ulice miast, a wszyscy poprzebierali się za cyrkowców. Czy „śmieszna” młodzież, czy tragiczna — i dlaczego? Czy ona jest prawdziwa, czy też jest to symulowanie, okrywanie jakiejś prawdy bolesnej, którą noszą w sobie, a którą trudno pokazać innym, bo się człowiek boi, by nie ucierpiał z ujawnienie całej swej prawdy? Symulanctwo moralne, ukrywanie swoich przekonań osobistych, społecznych a nawet religijnych — niekiedy z obawy — w stosunkach pracy, jest bodaj większym nieszczęściem i większą tragedią współczesną, zniekształcającą naród psychicznie aniżeli rozwiązłość, niemoralność, nietrzeźwość i inne bolesne przejawy życia.

 

Jednak trzeba przyznać, że i w dziejach Kościoła niemało było przykładów niekonsekwencji, zakłamania, niedotrzymywania obietnic. Nawet apostołowie uciekli, gdy Jezus został aresztowany…

Zastanawia nas (…) tajemnica ludzkiego lęku, jego potęgi i siły. Pozbawia nas on wolności i trzeźwości myślenia i to do tego stopnia, że człowiek zapomina o radosnych perspektywach. Bo cóż właściwie ła­twiej pamiętać niż to… co będzie. Ludzie bawią się w proroków, pocie­szają się jak mogą. Proroctwa zawsze kończą się dobrze. Jest źle, ale wszystko dobrze się skończy… Tak sobie nieraz ludzie dodają otuchy. A uczniowie o wszystkim pamiętali — o tym, że będzie pojmany, ubi­czowany i ukrzyżowany, tylko o jednym zapomnieli — że zmartwych­wstanie. O tym „na śmierć” zapomnieli!

Oto tajemnica lęku, który odbiera rozsądek, trzeźwość, spokoj­ne myślenie i rozumienie. A lęki bywają różne, nieraz przed wielkimi, niekiedy przed banalnymi rzeczami. Jest lęk przed tym, co o mnie po­myślą? Człowiek chce się bronić, aby o nim przypadkiem źle nie pomy­śleli. Trzeba się ratować przed ludzkim myśleniem o nas i to za wszel­ką cenę. Wynajduje się więc różne sposoby ratunku. Tak samo ratowali się uczniowie Chrystusa.

 

Apostołowie uciekli, ale Piotr postąpił jeszcze gorzej, zaparł się Mistrza…

Wiemy, jak się ratował Piotr. — Nie wiem, nie znam, nie słyszałem, co mówicie… — (Mt 26,69-74). Aż tak się zląkł zwykłych kobiet z dziedzińca, które wyle­ciały od warząchwi i garnków, i zaczęły jedna przez drugą świergotać, jak wróble na dachu: — I tyś był, i tyś był na pewno, i tyś był z nimi! Mowa twoja cię zdradza! — Och, poważny Piotr, który zapewniał: z Tobą, Panie, na śmierć i do więzienia! A teraz służebnych się zląkł! Cały rozsądek, mądrość, wierność przepadły. W tym momencie wszystko by zrobił, aby się przypodobać tej hołocie, hałastrze z podwórka. Wszystko by zrobił, aby się tylko nie ośmieszyć, aby się nie wydało, że i on był z Jezusem… Oto, co może się stać z porządnym i przyzwoitym człowiekiem, z naszym wielkim przyjacielem, który na wszystko jest gotów — na śmierć i więzienie.. A tu masz! Oto tajemnica ludzkiego lęku i zmien­ności.

 

Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego.

Z czego bierze się ten lęk?

Przyglądałem się wiewiórce, która cała była zielona! Pytali mnie niektórzy: Dlaczego ona jest zielona? — Bo się przystoso­wała. A dlaczego się przystosowała? — Bo się boi, że ją ktoś połknie. Zmieniła więc kolor, żeby jej nie było widać. Jak się to mogło stać? —  Najadła się zielonych szyszek i innych rzeczy. Dotychczas ruda, zmieniła kolor i teraz jest zielona, jak szyszka. Przystosowała się do otocze­nia. Na drzewach został już tylko mech. Wiewiórka musi więc być taka sama! Mój Boże, co się dziwić wiewiórce?

Całe gromady takich „wiewiórek” znajdują się wśród ludzi. Każdy na swój sposób przystosowuje się i przemalowuje… Jeden przypnie sobie ogonek dłuższy, drugi krótszy, tak czy inaczej go pomaluje, bo się boi np., aby go za głupca nie wzięli. Tak samo „przystosowali się” Apostołowie. Chociaż widzieli cuda Chrystusa, podziwiali Jego naukę i mądrość, nagle o wszystkim zapomnieli, bo groziło im niebezpieczeństwo. A zapomnieli tak głęboko, że całkiem nie spodziewali się już — Zmartwychwstania.

 

Zatem, aby wytrwać trzeba widzieć cel. Jednak wiemy też, że cele po ich osiągnięciu tracą swoją atrakcyjność i człowiek traci też motywację. Jaki cel pozwolił Księdzu Prymasowi być tak konsekwentnym?

Cokolwiek mamy, wszystko mamy dla Boga. Ale nieskończony Bóg może – że się tak wyrażę – wypić całe nasze życie do ostatniej kropelki i jeszcze będzie łaknąć: amplius, amplius! – Więcej, więcej! Sursum corda! W górę serca, wyżej, jeszcze wyżej! Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego. Wymawiamy się powtarzając: nie mogę już więcej! – Jak to nie możesz? Wszak wszystko możesz w Tym, który cię umacnia! – Ale jestem słaby, nieudolny. – To nic! W przeciwnościach, w cierpieniu, w słabościach moc doskonalszą się staje.

 

Współczucie, które budzi we mnie Chrystus na krzyżu, przeniosę na wszystkich, którzy mnie otaczają. Od razu coś się we mnie „przyhamuje”, jakieś zapędy osobiste, nieuporządkowane uczucia, egoizm, samolubstwo, złośliwość, niecierpliwość, popędliwość, osąd zuchwały o innych, nieszczerość wewnętrzna

Jak się tego nauczyć?

Patrzę na krzyż, który jest wielką szkołą miłości i for­macji ludzkiej osobowości. Nie chcę — za nic — aby to wszystko, co stało się na krzyżu, powtórzyło się na kimkolwiek. Nie chcę, aby to samo wycierpiał „drugi Chrystus”, mój brat i bliźni… „Będzie wydany, wyśmiany, ubiczowany, oplwany…” (…) Na tym polega szkoła krzyża, któ­ry budzi wyrzuty sumienia, jest rachunkiem sumienia, wolą reformy, odmiany (…). Współczucie, które budzi we mnie Chrystus na krzyżu, przeniosę na wszystkich, którzy mnie otaczają. Od razu coś się we mnie „przyhamuje”, jakieś zapędy osobiste, nieuporządkowane uczucia, egoizm, samolubstwo, złośliwość, niecierpliwość, popędliwość, osąd zuchwały o innych, nieszczerość wewnętrzna itd.

 

Czy za takim program pójdzie dzisiaj człowiek, szczególnie młody?

Widzimy współcześnie odnawiający się ciągle głód ludzi prawdziwych, to znaczy żyjących w prawdzie, ludzi jasnych, przejrzystych, którzy mają oblicze prawdziwe, nie zniekształcone kłamstwem. Na takich ludzi czeka młode pokolenie.

 

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap