video-jav.net

Po co ojciec przy porodzie?

Wszystko, co związane z porodem od zawsze należało do kobiet. Mężczyźni w tę strefę nie wchodzili. Mężczyźni wtedy heroicznie się upijali.

Maciej
Maciej "Zuch"
Mazurek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziś to się trochę zmieniło. Dziś my, mężczyźni, możemy być przy swoich żonach przy tak niewiarygodnie ekstremalnym przeżyciu, jakim jest poród. Kilka dni temu byłem przy narodzinach mojego trzeciego dziecka i na świeżo mogę potwierdzić: poród to kosmos, nie da się tego z niczym porównać. Niewyobrażalny wysiłek i ból. To coś, co nie mieści się w mojej skali językowej ani poznawczej. To wykracza poza wszystko, co wiem.

 

Bardzo się cieszę, że żyję w czasach kiedy mogę w tym uczestniczyć. W tym wydarzeniu wypełnia się to, co ślubowałem mojej żonie, co ślubowałem przed Bogiem: że będę z nią we wszystkich trudnych chwilach i że będą ją wspierał jak tylko najlepiej będę potrafił, że będę ją chronił i że jej nie opuszczę.

 

Kiedyś faceci w ogóle nie angażowali się w narodziny czy zajmowanie dzieckiem. Swoje zrobili dziewięć miesięcy wcześniej. Przypomną się znowu za jakieś siedem lat, o ile dziecko przeżyje, żeby wyuczyć zawodu.

 

Jeszcze niedawno facetom nie wolno było wejść na salę porodową. Nie, bo nie. Nasi ojcowie nie mieli tej szansy, bo nie. My mamy. Drodzy panowie, to może być najważniejsza chwila w Waszych małżeństwach. Poród najprawdopodobniej będzie Waszym najtrudniejszym wspólnym przeżyciem. To, co się będzie działo z Waszymi żonami, przerośnie wszystko, z czym sami się kiedykolwiek spotkacie. To dla tej chwili jesteście mężczyznami. Nie schrzańcie tego.

 

Byłem przy narodzinach każdego mojego dziecka. Serce mi pękało, gdy godzinami patrzyłem na cierpienie mojej żony i nie mogłem nic zrobić. Mogłem tylko być, trzymać za rękę i głaskać po głowie. Nic więcej. Ale to jest dokładnie to, co miałem zrobić. Karolina uważa, że moja obecność, właśnie to trzymanie za rękę i głaskanie i po prostu bycie dawało jej poczucie bezpieczeństwa. W obliczu tego wszystkiego, co się działo, kiedy w zasadzie traci się świadomość, moja obecność była światłem, była czymś czego, można się uchwycić i przetrwać.

 

Podczas porodu kobieta z powodu bólu i ogromnego wysiłku jest momentami bezbronna. Jest zdana na osoby, które są wokół niej, a są to osoby obce. W takiej chwili niesamowicie ważne jest, żebyś był przy swojej ukochanej żonie. Żebyś po prostu był. Twoja obecność jest na wagę złota. Po prostu bądź, trzymaj za rękę, głaszcz po głowie. Po prostu bądź, bo to Twój obowiązek – opieka.

 

Nagroda jest bezcenna. Możesz usłyszeć pierwszy krzyk Twojego dziecka. Możesz pogłaskać małą główkę w pierwszych sekundach na tym świecie. Możesz być ze swoim dzieckiem od samego początku. To są momenty, kiedy łzy lecą strumieniami. Trzymasz maleńką rączkę i płaczesz i się śmiejesz i kolana drżą. Stajesz twarzą w twarz z cudem.

 

Moja rada jest taka: bądź, bądź obecny.


Artykuł pochodzi z bloga autora. Zobacz wpis

 

Maciej

Maciej "Zuch" Mazurek

Prywatnie mąż Karoliny oraz tata Szymona, Hani i Adasia. W 2009 roku uruchomił blog zuchrysuje.pl z autorskimi komiksami - satyra na pracę w biurze. Od 2012 zaczął pisać na drugim blogu - zuchpisze.pl o tym jak być facetem: tatą, mężem i geekiem naraz... Prowadzi własne studio graficzne. Jest autorem okładek płyt Luxtorpedy.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maciej
Maciej "Zuch"
Mazurek
zobacz artykuly tego autora >

Jeśli nie dla rodziny, to dla kogo?

Dopiero małżeństwo i ojcostwo – jak ta sól – nadają wielu z nas poczucie celu i misji. Stają się one górą, z którą tak wielu z nas chce się zmierzyć i ją po prostu zdobyć nie szczędząc sił i środków. Są Bieszczadami, dla których pragniemy rzucić to wszystko

Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mateusz Ochman. Mąż Agnieszki, ojciec Leosi.


Nie miałem złudzeń, że ojcostwo to bułka z masłem. Ale nie spodziewałem się też, że bułka ta będzie miała tyle soli. I całe szczęście, bo przecież sól zaprawia, pomaga zachować świeżość i nadaje smak.

Przed narodzinami Leosi wchłonąłem sporo literatury ­­– raz mądrzejszej, innym razem niekoniecznie – dotyczącej ojcostwa; dociekliwie wypytywałem o niuanse znajomych, którzy już wychowują dzieci i przede wszystkim rozpamiętywałem wszystkie te chwile, kiedy sam czułem, że mam kochającego ojca (a autorytet mojego taty jest dla mnie w tym zakresie nieoceniony). Wszystko po to, żeby dobrze i płynnie „wejść w rolę”, żeby od samego początku stać na warcie. Bez zbytniej pewności siebie, rozszalałego ego i przekonania o zjedzeniu każdego z dostępnych rozumów świata, byłem przekonany o swojej gotowości.

Dziś nie wiem, czy była to bardziej głupota czy słodka naiwność. W każdym razie szybko przekonałem się o tym, w jak wielkim błędzie byłem.

 

Narodziny Leosi były dla mnie ostatecznym potwierdzeniem tez frywolnie przemieszczających się po mojej głowie od kilku miesięcy: nigdy nie ma mitycznego „odpowiedniego momentu”, o którym opowiada się niestworzone historie.

 

Mimo intensywnego procesu przygotowań, wyobrażałem sobie, że będzie jakiś proces aklimatyzacji, możliwość zaadaptowania własnego życia do mającej właśnie miejsce sytuacji. Nic z tych rzeczy. Po prostu pewnego dnia (wyczekiwanego, co jasne) otrzymujesz w ramiona małego człowieka, słyszysz „to twoje dziecko” i… to tyle. Nie ma złotych porad, nie ma instrukcji obsługi, nie ma gotowych rozwiązań – od tej pory możesz liczyć jedynie na własne siły, sprzymierzone z siłami żony.

I to w ojcostwie jest najpiękniejsze!

 

Nic nie jest takie samo. Żaden dzień nie przypomina poprzedniego. Jest czysta improwizacja. Na twoich oczach rośnie życie, z dnia na dzień, a ty nie możesz pozwolić sobie na przegapienie choćby dwunastu godzin tego rozwoju, bo już trudno będzie ci odnaleźć się w tej rzeczywistości.

Pragnąc dać dziecku choćby minimum uwagi, na które zasługuje, będziesz musiał dosłownie i w przenośni stawać na głowie, bo do tego zmuszą cię jeszcze inne obowiązki, chociażby tak prozaiczne, jak utrzymanie rodziny. Możliwość porozmawiania z żoną na spokojnie, przy herbacie, bez konieczności wieszania w międzyczasie ubrań czy zapełnienia zmywarki będzie luksusem.

 

Brzmi to strasznie pesymistycznie? Niekoniecznie. Dopiero małżeństwo i ojcostwo – jak ta sól – nadają wielu z nas poczucie celu i misji. Stają się one górą, z którą tak wielu z nas chce się zmierzyć i ją po prostu zdobyć nie szczędząc sił i środków. Są Bieszczadami, dla których pragniemy rzucić to wszystko. Nadają smak życiu sprawiając, że po prostu musimy przestać żyć tylko dla siebie i mimo częstego niewyobrażalnego zmęczenia skupić się na rodzinnym niezapowiedzianym święcie, na które wzywa pierwszy ząbek.

Ale warto. Cholera, warto. Bo jeśli nie dla rodziny, to dla czego warto dziś stawać na rzęsach?

 


Przeczytaj pozostałe męskie spojrzenia na rodzinę


 

Mateusz Ochman

Mateusz Ochman

Specjalista ds. social media. Autor bloga "Bóg, honor & rock`n`roll" oraz programu "Brzytwa Ochmana".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >