Nasze projekty

Odziedziczone ojcostwo cz. II

Moje odejście z domu rodzinnego wiązało się ze wstąpieniem do dominikanów. Zakon w procesie formacji ukazał nową przestrzeń ojcostwa w osobach mistrzów i kierowników duchowych. Wtedy także odkryłem ojcostwo Boga wobec mnie samego.

Reklama

Gdy wczytywałem się w słowa Ewangelii, dotarł do mnie sens słów Jezusa: „kto mnie zobaczył, zobaczył także Ojca” (J 14,9). Na Jezusa nauczyłem się patrzeć jak na brata w człowieczeństwie, który przemierza wraz ze mną drogi tego świata, który towarzyszy mi w każdej sytuacji. Jezus wskazywał na Boga, jako na Ojca, ukazywał Jego bezwarunkową miłość i miłosierdzie, tłumaczył klarowność przykazań oraz poszanowanie dla ludzkiej wolności. I jeszcze doskonałą świętość, która była na Jego miarę, a do której mnie w sposób niepojęty zapraszał.

 

Na fundamencie mojego taty, budowali jeszcze inni nauczyciele (ojcowie), ale osoba mojego rodziciela była darem, który pomógł mi zobaczyć ojca w Bogu – zachwycić się Nim i wejść w osobistą relację wiary. Na tym gruncie wyrosło też moje osobiste powołanie do ojcostwa.

Reklama
Reklama

 

W pewnym momencie odkryłem bowiem, że moją posługę wobec ludzi, do których jestem posłany na mocy święceń kapłańskich, najlepiej opisują terminy i kategorie, które zawierają się w słowie „ojcostwo”. Tę rzeczywistość nie ja stworzyłem, nie ja wymyśliłem – odziedziczyłem ją.

Odziedziczone ojcostwo cz.II

Reklama
Reklama

Jak zatem rozumiem ojcostwo w przestrzeni duszpasterskiej?

 

Pamiętam zawsze o słowach Jana Pawła II, że ludzie przychodzący do kapłana po to, by się wyspowiadać lub porozmawiać, powinni w jego osobie dostrzec odblask miłosiernego Ojca. Jakkolwiek wezwanie, by kochać jak Ojciec Niebieski przekracza wyobrażenia i możliwości grzesznika, to jednak próbuję na miarę swoich sił i łaski, danej przez Jezusa, tak właśnie czynić.

Reklama

 

Nie zostałem posłany, by ludzi sądzić, by oddzielać złych od dobrych; ale by mówić i ukazywać im dobrą nowinę o miłości Ojca, który jest w niebie – mówić zwłaszcza tym, którzy zniewoleni są grzechem i sami o sobie myślą jak najgorzej. Miłosierny ojciec to ten, który daje wolność swojemu dziecku. Gdy ono zapragnie odjechać w odległe krainy, ojciec nie powinien obrażać się, czynić wyrzutów, zatrzymywać na siłę, nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że kierunek, w którym podąża dziecko nie jest właściwy.

 

Ojciec – bezradny od chwili takiego rozstania, czeka na powrót dziecka; a ono, gdy wraca, widzi ojca wybiegającego mu naprzeciw.

Odziedziczone ojcostwo cz.II

Drugim wymiarem, o którym zawsze staram się pamiętać w kwestii ojcostwa to fakt, że jestem dany człowiekowi, by w solidarnym wysiłku pomagać mu odkrywać prawdę o tym kim jest Bóg, kim jest człowiek i jaki jest świat, który nas otacza. Czasem trzeba również ukazać bolesną prawdę o ludzkim grzechu i niewierności. Nigdy nie sądziłem, że moim zadaniem jest kierować czy rozkazywać, autorytarnie stwierdzać, co ktoś powinien albo czego nie powinien zrobić.

 

W mojej wizji ojciec bardziej towarzyszy niż prowadzi, idzie pół kroku za dzieckiem; jest gotowy do pomocy, do wspierania w chwilach trudnych, do podtrzymywania na duchu w momentach zniechęcenia, wyjaśniania, jakie mogą być konsekwencje konkretnych decyzji, uczenia go odróżniania dobra od zła.

 

Taka postawa przychodzi mi łatwiej, jeśli mam wspierać kogoś na duchowej drodze, którą sam już przeszedłem, którą znam z własnego doświadczenia. Pamiętam jednak zawsze, że żadna droga nie jest identyczna z moją; dlatego boję się, gdy ktoś próbuje budować swoje życie na mnie samym, na moim tylko doświadczeniu. Ufam, że Ten, który jest Prawdą, prowadzi człowieka ku Życiu, prowadzi go jego własną Drogą, a moim zadaniem – jako ojca duchowego – jest tylko pomóc ten Osobowy głos usłyszeć. Wierzę, że Bóg w sercu każdego człowieka złożył niepowtarzalne dobro, które potrzebuje odpowiednich warunków, by wydało owoc wielokrotny. Zdaję sobie też sprawę, że żaden ojciec nie przeżyje życia za swoje dziecko, nie podejmie za nie w chwilach decydujących właściwego wyboru, a gdyby chciał tak uczynić, skrzywdzi je, ograniczając jego wolność.

Oczywiście zdarzają się ludzie, którzy chcieliby, by duszpasterz dokonał za nich wyboru; by określił, co mają robić, jak postępować. Znam osoby, które jak ognia unikają podjęcia decyzji, które są tak słabe i chwiejne, że podjęcie odpowiedzialności za własne życie przerasta je. Latami stoją w jednym miejscu, nawet nie próbując zmienić sytuacji, która jest dla nich przytłaczająca. Staram się w takich momentach maksymalnie takie osoby wspierać, wzmacniać, dodawać im sił, mobilizować, ale nie podejmuję decyzji ani nie robię nic za nich. Mogę nawet obniżać poprzeczkę, zmniejszać wymagania, pomagać robić niewielkie kroczki, ale nigdy nie robię czegoś za nich.

 

Taka postawa wynika z mojego przekonania, że ojcostwo ma sens o tyle, o ile prowadzi do dojrzałej samodzielności. Jego spełnieniem nie jest chwila, gdy dziecko osiąga jakiś sukces, ale ten czas, gdy dziecko nie potrzebując już ojca, może go opuścić, by żyć samodzielnie i twórczo sobie radzić z nowymi wyzwaniami.

 

Pięknym wymiarem życia ojca jest moment, gdy może on towarzyszyć dziecku, które dorosło; które jego samego przerosło. Wtedy, dorosłe już dziecko, wchodzi na nieznane ojcu drogi. Role niejako odwracają się; to ojciec może się wtedy uczyć od swojego dziecka. Ojciec, dzięki dziecku, może odkrywać nowe światy.

Odziedziczone ojcostwo cz.II

Dobrze jest, gdy ojciec zdaje sobie sprawę, że każde dziecko, nawet małe i nieświadome swego istnienia, może go czegoś nauczyć. Dziecko wymaga od ojca, by ten przekraczał siebie; dziecko prowokuje sytuacje, których ojciec dotąd nie przeżył. Doświadczam analogicznej sytuacji podczas wielu spowiedzi czy rozmów, gdy czyjeś słowa lub zachowania, w sposób czasem dla ich autora nieświadomy, stawały się przyczyną mojego własnego rachunku sumienia albo inspirujących myśli czy kreatywnych działań.

 

Ojcostwo duchowe, połączone z posługą sakramentalną to o wiele bogatsza rzeczywistość. Gdy dziecko przerasta ojca, kroczy na drodze duchowej szybciej od niego, ojciec w pewnym momencie stwierdza, że już za dzieckiem nie nadąża. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że nawet wtedy ojciec może być nadal pomocny. Miałem okazję być  spowiednikiem osób, które były wiekiem ode mnie starsze, a na drodze duchowej bardziej doświadczone. Mogłyby być dla mnie mistrzami duchowymi, których to ja powinienem pytać o radę i prosić o pomoc. A jednak, gdy z drżeniem serca służyłem im w sakramencie spowiedzi, moje słowa stanowiły dla nich światło i drogowskaz, na którym polegali.

 

Staram się dorastać do ojcostwa ze wszystkich sił. Staram się wsłuchać w Boga i w człowieka. Dbam o racjonalne zakorzenienie w rzeczywistości. A jednak tylko fakt, że to Bóg jest Ojcem i źródłem wszelkiego ojcostwa, a my wszyscy jesteśmy Jego dziećmi i żyjemy w Jego przestrzeni, daje mi śmiałość do podejmowania tego zadania. Gdybym miał to powołanie wykonywać sam z siebie, opierając się na swoich talentach i zdolnościach, nigdy nie miałbym śmiałości, aby się go podjąć. Jeśli mimo wszystko próbuję, to dlatego; że wierzę, iż to Bóg powołał mnie do takiej odpowiedzialności.


Przeczytaj również pierwszą część artykułu: „Dar, którym był mój rodzony ojciec stał się naturalnym fundamentem, na którym wyrosło moje własne powołanie do ojcostwa, ukształtował się sposób, w jaki traktuję ludzi szukających u mnie wsparcia.”


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę