Nasze projekty
Reklama
Fot. Wikipedia

Jan Frycz: „Bóg jest do mnie podobny”

Jan Frycz w jednym z ostatnich wywiadów mówił o wierze, Bogu i sumieniu z niezwykłą szczerością. "Bóg jest do mnie podobny. Tak samo jak do pana. Teraz gdzieś tu siedzi obok nas, przy kawie i lemoniadzie, i wcale nie poucza, nie pokazuje palcem, co mamy robić"

Jan Frycz w jednym z ostatnich dużych wywiadów przyznał, że wiara „bywa niezbędna, żeby się w świecie odnaleźć”, a Boga wyobraża sobie nie jako kogoś, kto poucza i grozi palcem, ale jako bliską obecność przy człowieku.

Jan Frycz zmarł 15 sierpnia 2026 roku. Miał 72 lata. Był jednym z najważniejszych polskich aktorów teatralnych i filmowych, przez lata związanym m.in. z Teatrem Narodowym w Warszawie, Starym Teatrem w Krakowie i scenami, na których pracował z najwybitniejszymi reżyserami. W ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, ale nadal pozostawał aktywny zawodowo. Jeszcze w ostatnim sezonie stworzył rolę króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w „Termopilach polskich” Jana Klaty w Teatrze Narodowym.

ZOBACZ >>> Nie żyje Jan Frycz. Znany aktor miał 72 lata

Reklama

Po jego śmierci wiele wspomnień skupia się na rolach, charakterze, talencie i niezwykłej intensywności, z jaką był obecny na scenie. Ale w rozmowie, którą przypomniał Onet, odsłania się także inny Jan Frycz: człowiek mówiący o wierze z przejmującą szczerością.

Bóg „przy kawie i lemoniadzie”

W wywiadzie Jan Frycz został zapytany, czy wiara jest ważna. Odpowiedział, że „bywa niezbędna, żeby się w świecie odnaleźć”. Mówił o wierze jako o czymś, co pomaga człowiekowi nie zgubić się w świecie pełnym chaosu, skrajności, hałasu i moralnego zamętu.

Najbardziej poruszający jest jednak sposób, w jaki opowiadał o Bogu. Frycz mówił, że wyobraża sobie Boga podobnego do siebie i podobnego do rozmówcy. Siedzącego blisko, „przy kawie i lemoniadzie”, nie jako kogoś, kto nieustannie poucza, pokazuje palcem i mówi człowiekowi, co ma robić. „Po to dał nam sumienie”.

Reklama

Wiara bez uniesień

Frycz jawi się jako człowiek nie skory do łatwych wzruszeń i emocjonalnych efektów. W tym samym wywiadzie powtarzał zwrot: „bez uniesień”. Nie próbował kreować się na autorytet duchowy. Przeciwnie, w rozmowie wracał temat pytań, sumienia, ludzkiej słabości, potrzeby uczciwego mierzenia się z życiem. W pewnym momencie mówił, że „granicą nazywa się sumienie”, a obok niego jest także szacunek wobec siebie i drugiego człowieka.

Uważał, że jeśli Bóg nie jest dla człowieka kimś, kto prowadzi go za rękę przez system gotowych nakazów, to odpowiedzialność spada na sumienie. Człowiek nie może zasłonić się cudzym palcem, cudzym tonem, cudzą zachowaniem. Musi sam zapytać: co jest prawdziwe? co jest dobre? czy nie krzywdzę drugiego?

Wiara, która pomaga wstać

W różnych rozmowach Frycz mówił otwarcie o trudnych momentach życia i o problemie z alkoholem. Przyznawał, że alkohol bywał sposobem na odreagowanie napięcia po pracy, ale okazał się pułapką. W końcu powiedział sobie, że ma problem, i poszedł na terapię.
Gazeta.pl nawet zauważa, że w mierzeniu się ze słabościami – obok terapii i bliskich – pomagała mu także wiara.

Reklama

Tęsknota za dobrem

Jan Frycz mówił, że najbardziej cieszy go, kiedy ludzie „dostrzegają w sobie człowieka” i nie potrzeba do tego kolejnej dramatycznej sytuacji, która tylko na chwilę nas jednoczy. Chciałby, aby ludziom żyło się lepiej ze sobą nawzajem i żeby politycy przestali nakręcać konflikty. Że odpowiedzialność naprawdę istnieje. Że nie wolno całkiem zrezygnować z dobra.

To daje przestrzeń aby zobaczyć w Janie Fryczu nie tylko wielkiego aktora, ale także człowieka, który do końca szukał prawdy, z sumieniem jako granicą i z Bogiem wyobrażonym bardzo blisko. „Przy kawie i lemoniadzie”.

Źródła: Onet Kultura, Gazeta.pl/Kobieta, Dzieje.pl/PAP.

Reklama

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Zatrudnij nas