Chłopiec, który wrócił z zaświatów

W styczniu 2000 roku Matteo miał siedem lat i mieszkał wraz z rodziną w San Giovanni Rotondo. Rankiem 20 stycznia chłopiec poszedł do szkoły

Antonio
Socci
zobacz artykuly tego autora >

(…) Diagnoza była dramatyczna; w ciągu kilku dni lekarze stwierdzili u chłopca ostre zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, szybko postępujące w wyniku wystąpienia wstrząsu septycznego, poważnego uszkodzenia układu sercowo-naczyniowego, nerek, układu oddechowego oraz układu krzepnięcia krwi, a także kwasicy metabolicznej.(…)

Chłopiec, który wrócił z zaświatów

 Z perspektywy medycznej podczas tych godzin zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią Matteo nie mógł niczego słyszeć ani widzieć, ani tym bardziej pamiętać czegokolwiek z tego czasu. Jednak zaraz po swoim przebudzeniu dokładnie zrelacjonował to, co ujrzał: „W trakcie mojego snu nie byłem sam. Zobaczyłem starca. Widziałem siebie z daleka, na tym łóżku, przez okrągły otwór. Znajdowałem się w pobliżu urządzeń, a starzec z białą brodą, ubrany w długą, brązową suknię, podał mi prawą dłoń i powiedział: „Matteo, nie martw się, wkrótce wyzdrowiejesz i uśmiechał się do mnie”. Chłopiec uściślił także pewne szczegóły: „Spałem i patrzyłem na siebie zza łóżka, z miejsca, gdzie stały pompy; potem w pewnym momencie zobaczyłem dużo promieni silnego światła, które docierało przez drzwi. To światło mnie obudziło i wtedy dostrzegłem najpierw ojca Pio, a potem, z drugiej strony, aniołów. Widziałem siebie i było mi dobrze. A kiedy wy mnie obudziliście, było mi źle i byłem sam, nie było już ojca Pio ani aniołów, szukałem ich i cierpiałem”


fragment książki Antonio Socci: Ci, którzy wrócili z zaświatów

Antonio Socci

Zobacz inne artykuły tego autora >
Antonio
Socci
zobacz artykuly tego autora >

Pięć palców Faustyny

Zakonnica stanęła w otwartych drzwiach sali na pierwszym piętrze oddziału neurologicznego szpitala Luigi Sacco w Mediolanie. Luciano Boschetto i Francesco Ficarotti dostrzegli ją już chwilę wcześniej, kiedy szła długim korytarzem.

Ewa K. Czaczkowska
Ewa K.
Czaczkowska
zobacz artykuly tego autora >

Fragment książki „Cuda św. Faustyny” Ewy Czaczkowskiej.

Początkowo widzieli tylko, że przygaszone nocą światło jaśnieje, a potem ujrzeli jakiś cień. Myśleli, że to pielęgniarka idzie do chorego z lekarstwem. Ale światło stawało się coraz silniejsze. Nagle zobaczyli w nim siostrę zakonną. „Co ona tutaj robi? W dodatku o tej porze?” – dziwili się. „To chyba jakaś wariatka” – mówił Luciano. Była trzecia w nocy z 20 na 21 kwietnia 2004 roku. Zakonnica popatrzyła na częściowo sparaliżowanego Luciana, który leżał najbliżej drzwi. Następnie spojrzała na Francesca, który po lekkim udarze mózgu mówił niewyraźnie. Na koniec skierowała wzrok na śpiącego w głębi trzeciego pacjenta, którego imienia dwaj pozostali nie zapamiętali. Potem zrobiła trzy kroki i stanęła przy łóżku Luciana, na wysokości jego nóg.

– „Nie bój się. Przyszłam do ciebie”. – Luciano zapamiętał to spotkanie w najdrobniejszych szczegółach.

– Nie rozumiałem, co się dzieje. Byłem ogromnie przestraszony. Ona znowu zrobiła trzy kroki i podeszła blisko mnie. Położyła prawą rękę na mojej piersi, o tutaj… – Luciano ubrany w jasny wzorzysty sweter wskazuje środek klatki piersiowej.

– Poczułem ogromny ból i ciepło. Powiedziała: „Przyszłam cię uzdrowić i cię uzdrowię. Jedyna rzecz, o którą cię proszę, to żebyś przyszedł do mnie, jak będziesz już zdrowy”. Ona mówiła, a ja drżałem ze strachu. Płakałem.

fot. Piotr Drabik

– Czy coś powiedziałeś?

– Jąkałem się. Trudno było mi mówić. Ale powiedziałem coś takiego: „Oczywiście, jak wyzdrowieję, to przyjdę do ciebie, ale ja cię nie znam. Nie wiem, kim jesteś. Nie wiem, gdzie mam cię szukać”. Wtedy ona cofnęła rękę z mojej piersi i pokazała otwartą dłoń. Na jej ręku pojawił się kościół. Wydawało mi się, że jestem na jego dziedzińcu. „Co ja tutaj robię?”, myślałem. Widziałem go bardzo dokładnie. Był nieduży, z czerwonej cegły, do wejścia prowadziły cztery stopnie po trzy schodki, po lewej stronie był betonowy mur, po prawej budynek z czerwonej cegły. Z przyzwyczajenia, bo jestem murarzem, policzyłem nawet okna, miał jedenaście okien na parterze i jedenaście na piętrze. Nigdy wcześniej nie widziałem tego kościoła i nadal niczego nie rozumiałem. A ona mówiła: „Ja jestem tutaj. To jest mój dom. Pamiętaj, że dla ciebie jest zawsze otwarty. Czy przyjdziesz w dzień, czy w nocy, ja tu zawsze czekam. A teraz muszę iść”. I poszła.

Wizyta trwała nie dłużej niż dziesięć minut. Francesco również widział zakonnicę. Ale tylko do momentu, gdy stanęła w progu sali. Słyszał natomiast, że Luciano z kimś rozmawia. Długo wołał go po imieniu, ale ten nie reagował. Gdy Luciano wreszcie ocknął się jakby z odrętwienia, powiedział, że rozmawiał z zakonnicą, która przyszła go uzdrowić.

– Niechby cię uzdrowiła i mnie też – powiedział Francesco z tęsknotą w głosie. Wraz z Lucianem szukałam Francesca, który w 2004 roku miał około siedemdziesiątki, ale bezskutecznie. W klubie sportowym, do którego zaglądał jeszcze kilka lat temu, słuch o nim zaginął. Mówiono, że z chorą żoną wyjechał z Mediolanu w swoje rodzinne strony, ale dokąd – nikt nie umiał powiedzieć.

Luciano był bardzo poruszony wizytą tajemniczej siostry.

– Widziałeś jej twarz? Jak wyglądała? – pytam, gdy na marmurowym blacie dużego kuchennego stołu niespiesznie stawia espresso.

– Widziałem twarz, jej niewysoką postać i strój zakonny. To nie była zjawa, duch. Miała ciało jak my. Wyglądała dokładnie tak. – Luciano chwyta telefon komórkowy. Na ekranie, w formie tapety, wyświetla się zdjęcie świętej. – Szukałem jej przez cztery miesiące.

Pięćdziesięcioośmioletni Luciano Boschetto ma siwe włosy, druciane okulary i dużo spokoju w sobie. Mieszka w Pero pod Mediolanem. Pociąg podmiejski z centrum Mediolanu dojeżdża tu w dwadzieścia minut. Z dworca tylko kilometr, może trochę więcej, i jesteśmy na osiedlu bliźniaczych piętrowych domów osłoniętych od ulicy zawsze zielonymi żywopłotami. Na końcu drogi, otoczony ogrodem z drzewami rodzącymi żółtopomarańczowe owoce kaki, stoi dom Luciana. Od kilku miesięcy Luciano spędza w nim więcej czasu. Jest na emeryturze.

Opiekuje się chorą teściową, która leży w salonie obok. Żona Luciana Fiorella jest w pracy w firmie samochodowej, córka Ilaria, studentka ekonomii, na uniwersytecie. Za godzinę wróci ze szkoły czternastoletni Jacob. 14 kwietnia 2004 roku, gdy ojciec został sparaliżowany, Jacob miał cztery lata. Matka akurat wyszła z domu, by odebrać go z przedszkola. Chwilę wcześniej wybiegł Luciano, aby pojechać po córkę do szkoły. Wsiadał do samochodu, gdy ciśnienie podskoczyło mu gwałtownie. Żona znalazła go na wpół sparaliżowanego. Wezwane natychmiast pogotowie przewiozło go do odległego o dziesięć kilometrów szpitala Luigi Sacco. Luciano pokazuje swoją kartę choroby, w której lekarze zapisali rozpoznanie: udar niedokrwienny mózgu, ostry niedowład kończyn po lewej stronie ciała, wysokie nadciśnienie tętnicze. Sześć dni leczenia, od 14 do 20 kwietnia, na oddziale neurologii nie cofnęło skutków wylewu, a lekarze nie dawali na to specjalnej nadziei. 20 kwietnia po południu konsylium lekarskie zdecydowało o przeniesieniu Luciana Boschetta na oddział rehabilitacyjny.

Pięć palców Faustyny

Kilka godzin później odwiedziła go siostra zakonna. Po wizycie nieznajomej siostry Luciano nie zasnął do rana. O świcie powoli, z mieszaniną strachu i nadziei w sercu, zaczął sprawdzać, czy paraliż ustąpił.

– Czułem części ciała. Znów mogłem poruszać palcami lewej stopy, podnieść lewą rękę. Powoli wstałem więc i trzymając się jeszcze łóżka, zrobiłem kilka kroków. A potem włożyłem pantofle i poszedłem do szpitalnej kaplicy.

O 8.30 na oddział przyszła neurolog Francesca Clerici. Zaskoczona widokiem sparaliżowanego pacjenta, który stał na korytarzu oparty o kaloryfer, zawołała pielęgniarkę. Poleciła odprowadzić go do łóżka, a po chwili przyszła z innym lekarzem. Ten, widząc, że Luciano odzyskał czucie w kończynach, zapytał, co się stało.

– „Jak panu powiem, to pan nie uwierzy, więc nawet nie będę mówił”. – Luciano pamięta dobrze swoją odpowiedź. – Nie chciałem wyjaśniać, co się wydarzyło, z obawy, że uznają mnie za wariata. Lekarz więc dalej mnie badał: pukał młoteczkiem w lewe kolano, które podskoczyło do góry; kazał dotknąć lewą ręką nosa – dotknąłem, potem dotknąć nogi – dotknąłem, wreszcie polecił: „Proszę przejść tam i z powrotem”– przeszedłem. Gdy po raz drugi zapytał: „Co się stało?”, powiedziałem mu, że przyszła do mnie w nocy siostra zakonna. „Niech pan nie mówi głupstw. Księża, siostry, dajmy sobie z tym spokój” – lekarz lekceważąco machnął ręką i wyszedł. W sali została doktor Clerici. Do rozmowy wtrącił się Francesco. Potwierdził, że w nocy odwiedziła ich siostra zakonna, która przez kilka minut rozmawiała z Lucianem.– Powiedziałem lekarce: „Dobrze, zostawmy siostrę. Wczoraj po południu leżałem w łóżku sparaliżowany, przyszło siedmiu lekarzy. Stwierdziliście, że moje leczenie będzie długie, że nie będę wyleczony przed Bożym Narodzeniem i że musicie mnie przenieść na inny oddział. Dzisiaj rano jestem na nogach, mogę chodzić. Co to znaczy? Czy ja zwariowałem?”. Lekarka zleciła Lucianowi wiele szczegółowych badań. Trwały od środy do poniedziałku. Nie wykazały niczego, prócz tego, że jest zdrowy. Luciano pokazuje wypis ze szpitala, w którym neurolog doktor medycyny Francesca Clerici napisała ostrożnie:

„Podczas hospitalizacji pacjent wykazał postępujące stopniowo polepszenie w ruchach i czuciu w lewej części ciała. Obiektywne badanie neurologiczne w normie”.

– Lekarze powiedzieli mi: „Znajdź sobie inny szpital, bo my nic z tego nie rozumiemy”. – Luciano z uśmiechem wspomina bezradność medyków. Nie mogli pojąć, jak to się stało, że nagle wyzdrowiał. Luciano wyszedł ze szpitala 28 kwietnia.

Dwa dni później już był w pracy, na budowie. Ze szpitala Luigi Sacco otrzymał skierowanie na kompleksowe badania do innego, renomowanego szpitala San Rafaello, wyposażonego w najnowocześniejszą specjalistyczną aparaturę. Stawił się tam w czerwcu, a następnie w sierpniu. Lekarze tej placówki potwierdzili, że kilka miesięcy wcześniej był poważnie chory. Zrobili mu wszechstronne badania kontrolne. Na koniec stwierdzili, że nie są w stanie wytłumaczyć, co się stało, ale jest zdrowy. Dopiero wtedy żona Luciana, która do tej pory nie bardzo wierzyła w jego cudowne uzdrowienie, przyjęła to do wiadomości.

W Luigi Sacco Luciano oprócz skierowania na kompleksowe badania dostał maść, którą miał smarować czerwone plamy na piersi. Pięć czerwonych plamek. Zauważył je kardiolog w czasie badania EKG i zaalarmował dermatologa. Ten stwierdził, że po zaleconej kuracji na pewno znikną. Luciano nie tłumaczył lekarzowi ich pochodzenia. Posmarował się maścią tylko raz, w szpitalu. Ślady zniknęły dopiero po sześciu latach, w 2010 roku. Samoistnie. Luciano pokazuje zdjęcie, które ma zawsze przy sobie, w telefonie komórkowym: pięć śladów palców zakonnicy. Zostały na ciele w miejscu, w którym go dotknęła, a jego przeszyły ból i gorąco takie, „jakby się gotował”. Po wyjściu ze szpitala Luciano zaczął szukać zakonnicy i kościoła, który mu pokazała, by złożyć jej rewizytę. W poszukiwaniach pomagała mu jego siostra Giovanna, mieszkająca wraz z rodziną w podmediolańskim Baranzate. To zaledwie półtora kilometra od szpitala, w którym leżał Luciano. Giovanna odwiedzała brata codziennie, rozmawiała z lekarzami i modliła się o jego uzdrowienie. Nie była zdumiona cudownym uleczeniem Luciana. Zdziwiło ją coś innego.

– Byłam zaskoczona dobrocią Boga, który sprawił, że mój brat, tak daleki wówczas od Kościoła, od świętych i aniołów, mógł doświadczyć ich realnej obecności, stając się naocznym świadkiem mocy Bożego Miłosierdzia – mówi Giovanna. Niewysoka, o jasnych włosach, w czarnym golfie, bez makijażu, serdecznym gestem zaprasza do mieszkania. Przy drzwiach w przedpokoju wisi nieduży obraz Matki Bożej tuż obok najcenniejszych rodzinnych pamiątek – ze zdjęciem prababki Gianny i Luciana na czele. Giovanna przyznaje, że początkowo nie zrozumiała tego, co mówił Luciano o siostrze zakonnej. Myślała, że owej nocy u brata zjawiła się Matka Boża, do której modliła się modlitwą różańcową, a dokładniej: Matka Boża z Loreto, do której ma szczególne nabożeństwo. Przynosiła więc Lucianowi pocztówki najpierw z Loreto, a potem z innych włoskich sanktuariów maryjnych. Ale odpowiedź zawsze była taka sama: „Nie, to nie to”.– Przeczuwałem, że ten kościół nie znajduje się we Włoszech, gdyż był inny niż nasze świątynie – mniejszy, bez wysokiej, stojącej oddzielnie dzwonnicy, zbudowany z czerwonej cegły – mówi Luciano, który z racji zawodu zwraca uwagę na detale konstrukcyjne i architektoniczne.

Pięć palców Faustyny

Szukali więc dalej. Luciano prosił o pomoc przyjaciół, Giovanna pytała siostry zakonne i księży. O cudownym uzdrowieniu brata opowiedziała również don Gregoriowi Vitalemu, rektorowi Sanktuarium Maryjnego Madonna della Bozzola w Garlasco niedaleko Pawii, dokąd jeździła na pielgrzymki. Ksiądz poprosił, aby przyjechała z bratem. Pojechali w czerwcu. Ale don Gregorio był bardzo tajemniczy, niemal tak jak zakonnica, której szukał Luciano. – Powiedział, że wie, kim jest ta siostra zakonna, ale nie powie mi, gdyż mam to odkryć sam – opowiada Luciano. – Dodał jeszcze: „Za dwa miesiące, gdy będziesz oglądał telewizję albo czytał gazetę, dowiesz się, gdzie jest ten kościół i kim jest ta siostra. A wtedy przyjedź do mnie”.

Niestety, don Gregorio Vitali nie pamięta tamtego spotkania ani tamtych słów. Ale na pewno znał wówczas orędzie o Bożym Miłosierdziu i historię życia świętej Faustyny, gdyż już od 1998 roku w jednym z ołtarzy jego świątyni wisi obraz Jezusa Miłosiernego. Luciano natomiast dobrze zapamiętał słowa don Gregoria, lecz nic z nich nie pojmował. Wydawały mu się one tak niedorzeczne, że myślał, iż ksiądz nie zrozumiał nic z tego, o czym mu powiedział. Dlatego zdecydował, że dalej będzie szukał kościoła i siostry zakonnej, tak jak robił to do tej pory. Giovanna miała więcej zaufania do don Gregoria: „Skoro ci powiedział, że za dwa miesiące się dowiesz, to tak się stanie” – zawyrokowała i czekała spokojnie.

Minęły dwa miesiące. Był sierpień 2004 roku. Deszczowa sobota. Dzień, w którym najchętniej siedzi się w domu i czyta książki albo ogląda telewizję. Luciano wrócił z zakupów, włączył telewizor. Na kanale sportowym trwała relacja z wyścigu kolarskiego. Kiedy na ekranie pojawiły się reklamy, zaczął przerzucać kanały. Na Rete 4 w programie o cudach jakiś amerykański biskup opowiadał o swoim nadzwyczajnym uzdrowieniu, którego doznał w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w Polsce. Opowieść ilustrowały zdjęcia kościoła i świętej Faustyny.

– To był kościół, którego szukałem! I to była ta zakonnica! – w głosie Luciana słychać dawne emocje.

– Rozpłakałem się ze wzruszenia. Za chwilę płakali razem: Luciano, jego żona Fiorella, córka Ilaria i syn Jacob, który najmniej rozumiał z całej tej historii. Luciano natychmiast zadzwonił do Giovanny. Robiła akurat sobotnie zakupy jak połowa Włochów o tej porze. Jej reakcja zelektryzowała go. Gdy stojąc między półkami w sklepie, usłyszała, że znalazł kościół i zakonnicę, która ma na imię Faustyna, powiedziała: „Faustyna Kowalska? Mam o niej w domu książkę”. Przywiozła mu ją jeszcze tego samego dnia. Luciano po raz drugi zobaczył zdjęcie tej, którą widział w szpitalu. Nie miał wątpliwości: to była ona.


Czaczkowska_CudaswietejFaustyny500px

Książka “Cuda świętej Faustyny” autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

“Cuda świętej Faustyny” to 12 reportaży o ludziach, których ocaliło Boże Miłosierdzie. Ocaliło życie i zdrowie, wyprowadziło z uzależnień duchowych i z nałogów, obdarzyło rodzicielstwem… Wszystkie historie są emocjonujące i poruszające. Prawdziwe!

Kardynał Franciszek Macharski, gorliwy orędownik Bożego Miłosierdzia, chory na nowotwór został uzdrowiony.

Magda, młoda i utalentowana dziewczyna, w wypadku straciła części czaszki. Dziś chodzi, mówi w kilku językach obcych.

Sparaliżowany Luciano pewnej nocy w szpitalu zobaczył tajemniczą postać. Święta Faustyna podeszła do niego ze słowami „Nie bój się”. Następnego dnia Luciano wstał z łóżka.

Ewa K. Czaczkowska

Ewa K. Czaczkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ewa K. Czaczkowska
Ewa K.
Czaczkowska
zobacz artykuly tego autora >