Nasze projekty
Anna Hazuka

„Miriam” czyli pozwól Bogu zakochać się w sobie

Tę książę napisała wielka miłość. Czytając ją czułam się jak intruz, któremu przyszło oglądać od podszewki czyjeś serce. Serce kochające Boga bez granic, serce, które łamie się dla mnie na każdej ze stron i mówi „Bierz i jedz. Nie zatrzymuję dla siebie tego, co dano mi zobaczyć.

Reklama

„To nie ma prawa się udać” – pomyślałam, kiedy skończyłam czytać „Miriam” – najnowszą książkę o. Adama Szustaka. Nie ma szans, żebym zdołała opisać wszystko to, co wydarzyło się we mnie podczas tej lektury. Jak opisać takie bogactwo? Jak nie skrzywdzić tak osobistej i wyjątkowej książki swoimi niepotrzebnymi dywagacjami? Prawdę mówiąc – nie wiem.

Kiedy siadałam do tej recenzji, towarzyszył mi lęk, że nie napiszę jej wystarczająco dobrze i przeze mnie ktoś podejmie błędną decyzję i ominie w księgarni „Miriam” – przejmujący, zaskakujący a przede wszystkim wzruszający komentarz do Litanii Loretańskiej. Komentarz, który napisało kochające do granic możliwości serce. Co mi zatem pozostaje? Zawezwawszy wspomożenia Pańskiego, skierować Wasz wzrok na kluczowe – moim zdaniem – aspekty „Miriam”.

Jezus

Jest wszędzie. W każdym wezwaniu opiewającym Maryję, w każdym zdaniu o. Adama zachwycającym się Nią. Chrystus stoi w centrum tej książki tak, jak stoi w centrum każdej prawdziwie maryjnej modlitwy. Idziemy za Maryją po to, by nauczyła nas kochać swojego Syna. Chcemy na Nią patrzeć po to, by na jej wzór upodobnić się do Chrystusa. O. Szustak z podziwu godnym uporem, a w komentarzu do nieszczęsnego zwrotu o Ojcu, „który rozwścieczony siecze” – nawet z gniewem – podkreśla pierwszeństwo Boga nie tylko w życiu Miriam, ale i tych wszystkich, którzy ochoczo zapisali się do jej niezwykłej szkoły wiary.

Reklama
Reklama

Bliskość

Nie chciałabym umieszczać w tej recenzji zbyt wielu cytatów, bo każda z perełek, które sobie wypisałam w notatkach, sprawi Wam ogromnie dużo przyjemności i dostarczy wielkich wzruszeń podczas lektury całości. Ale jest kilka fragmentów, które po prostu muszą się tu pojawić, chociażby z tego powodu, że przyprawiły mnie o nad wyraz silne wzruszenie.

Pierwszy z cytatów to ten, w którym o. Adam pisze o zwyczajności Maryi, o tym, że Ona naprawdę znała trudy życia i że „lukrowany” obraz Świętej Rodziny jest – wbrew pozorom – daleki od prawdy. Zatem, gdyby ktoś się jeszcze wahał, z jaką książką przeżyć najpiękniejszy miesiąc roku, na wszelki wypadek cytuję: „Ona nie jest więc patronką rodzin doskonałych, nieskazitelnych, rodzin, które nie przechodzą kryzysów. Ona jest patronką rodzin, w których mąż chciał się rozstać z żoną, a dziecko zniknęło na trzy dni. Co zatem spowodowało, że jednak możemy mówić o nich Święta Rodzina? Uratował ich Bóg”.

I to był moment, w którym poryczałam się po raz pierwszy….

Reklama
Reklama

Męskość

Rzadko to robię, ale tym razem naprawdę nie mogłam się powstrzymać i co rusz podczas czytania wołałam do Wojtka „Musisz to przeczytać!”. Bo o. Szustak napisał o Maryi… po męsku. Prosto i konkretnie. Ta książka, choć w całości opiewająca niezwykłą Kobietę, mówi równocześnie zadziwiająco dużo o męskiej naturze. Jak mantra powtarzają się w każdym omawianym wezwaniu litanii zdania typu „Czego możemy się tutaj od Miriam nauczyć?”, „Co nam Maryja tu pokazuje?”, „Jak możemy ją w tym naśladować?”. W moich roboczych notatkach z lektury zapisałam sobie po prostu „Konkret, konkret, konkret”.

Lekkość

Wspominałam wyżej, że w książce o. Adama możemy znaleźć męskie spojrzenie na Miriam. Ale jeśli miałabym wskazać na akcent kobiecy, to jest nim niewątpliwie lekkość, z jaką udało się Autorowi ukazać Maryję. Lubię sobie czasem myśleć o Niej, że wchodzi do mojego domu, kiedy jest mi najtrudniej, i z gracją, i właśnie z lekkością zagania wszystkich do lekcji, kąpania, czytania książek. Że krząta się po mojej zwykle nie do końca posprzątanej kuchni, żartując i śmiejąc się na okrągło po to, żeby mi przypomnieć, że nad wszystkim jest dobry Bóg i że to, co trudne, przeminie. I właśnie tak – dynamicznie i z werwą – Maryja została odmalowana w tej książce.

Po przeczytaniu „Miriam” zdałam sobie sprawę, że ta lekkość wcale nie wyraża się w tym, że Królowa nieba i ziemi „pląsa” ze strony na stronę, ukazując całą swoją niezwykłość, ale w tym, że od pierwszego zdania biegnie ku mnie. „Maryja biega po całym świecie i tylko szuka, komu pomóc, bo wie, że jest królową tej ziemi, więc to ona jest pierwsza, która powinna (i chce!) klękać przed człowiekiem, by mu usłużyć na wzór swojego Syna”.

Reklama

I to był moment, w którym poryczałam się po raz drugi.

Zaskoczenie

I to niejedno! Jak się jest w Kościele od ponad 20 lat, to się człowiekowi wydaje, że coś tam o Biblii wie, coś o przymiotach Maryi czytał, a jednak były momenty, w których o. Adam wyrzucał mnie na kompletnie zaskakującą orbitę i ukazywał niezwykle głębokie znaczenia dobrze znanych mi słów. Jeśli cechą świętych jest nieprzewidywalność, to trudno, żeby w książce o Królowej Wyznawców nie było też zaskakujących zwrotów akcji!

Tak było chociażby wtedy, kiedy Autor omawiał dogmat o Niepokalanym Poczęciu. Ludzie złoci! Przecież ja go tak dobrze znam! Tak często zachwycałam się Bożą delikatnością w nim objawioną, ale czasem – przyznaję z dużym wstydem – zazdrościłam Maryi tej łaski. Czasem, kiedy dobijała mnie do granic moja pycha, a lęk odbierał śmiałość kroków, myślałam z dużym smutkiem o sobie, która musi zmagać się z grzechem i jego skutkami, i o Miriam, która nigdy nie uległa złu.

Aż tu nagle czytam: „Patrząc na Maryję poczętą bez zmazy grzechu, spróbujmy zatem całym sercem uwierzyć, że nie ma w nas i wokół nas rzeczy, które byłyby niemożliwe. Ich urzeczywistnienie nie leży jednak w naszej możności, chęci, pracy czy świętości, ale całkowicie w rękach Boga. Podobnie jak w Maryi, tak i w nas Bóg może uczynić wszelkie cuda”.

I to był moment, kiedy poryczałam się po raz trzeci.

Zuchwałość

To nie jest zuchwałość pyszałka ani śmiałość chłopca w czepku urodzonego, który żyje w przeświadczeniu, że wszystko mu się należy. „Miriam” została napisała zuchwałością grzesznika, któremu wiele darowano, człowieka oglądającego na własne oczy cuda, których dobry Bóg dokonuje w jego duszy.

W moim domu na honorowym miejscu stoi zdjęcie św. Tereski z jej dzieciństwa. Ma na nim z 8 lat. Strasznie je lubię, bo wydaje mi się, że Teresa patrzy na mnie z niego w zadziorny sposób. Te jej oczy mówią do mnie od lat: „Pragnij! Pragnij bardzo! Pragnij zuchwale! Wołaj o wszystko i jeszcze o więcej! Wyciągaj puste ręce i proś! A będzie ci dane tak, iż nadmiar mieć będziesz”.

Kiedy czytałam u o. Szustaka zdanie „[Bóg] chce nas – takich, jakimi nas stworzył, wyjątkowych, niepowtarzalnych, pełnych przepychu”, moje myśli jak bumerang wracały do „Dziejów duszy” karmelitanki z Lisieux. Prymas Wyszyński pisał o porozumieniu dusz, ja napiszę o wzajemnym zrozumieniu biedaków. Nie wiem, czy o. Adam przyjaźni się z Teresą, ale z całą pewnością oboje przyjaźnią się z Tą, która wszystko dostała darmo i od wieków przekazuje Kościołowi swój największy sekret – „Cała piękna jestem… Jego pięknem”.

Obecność

Bardzo trudno było mi czytać tę książkę szybko, strona po stronie, wezwanie po wezwaniu. Gdy tylko kończyłam omawianie jakiegoś przymiotu Maryi, moje serce dosłownie rwało się do tego, by uklęknąć przed jej ikoną i przy Niej trwać. Patrzeć, słuchać i kochać. „Miriam” jest idealną pozycją na tzw. lekturę duchową.

Nie wiem jak o. Adam ją tworzył, ale wiele wskazuje na to, że albo tuż po modlitwie, albo w jej trakcie. Każde słowo wibruje tu obecnością Ducha św. Autor zabiera nas w świat Ewangelii, której postaci, pozornie tylko jednowymiarowe, stają się do tego stopnia obecne, że nim się spostrzeżemy, robi się tłoczno w naszym pokoju. Wszystko staje się żywe, pachnące, szeleszczące, głośne, namacalne. Doświadczenie obecności Maryi w życiu o. Adama  jest tak pociągające i mocne, że człowiek ma ochotę wołać ze wszystkich sił: „Weź mnie w swoje ramiona! Bądź dla mnie Przewodniczką, Królową, Mamą!”.

Piszę to wciąż odczuwając skutki rwy kulszowej, która od lat dopada mnie w najmniej spodziewanych momentach. I choć przeszłam już niejedno, wciąż jest mi ciężko zgodzić się na przymusowe leżenie w łóżku, zwłaszcza wtedy, kiedy wokół wszystko woła „mamo”, a ja jestem do wieczora jedynym dorosłym w okolicy. Więc tak leżę, trochę popłakuję z bólu, niemocy i niepokoju, czy będę miała siły napisać tę recenzję, gdy nagle czytam zdanie: „Gdy więc wołamy Maryję imieniem Pocieszycielka strapionych, to nie modlimy się do niej: «Spraw, by strapienie odeszło», (…) ale raczej prosimy ją: «Stań przy mnie, bym nie był sam i pociesz mnie».

I to był moment, w którym poryczałam się już na całego…

Miłość

Tę książę napisała wielka miłość. Czytając ją czułam się jak intruz, któremu przyszło oglądać od podszewki czyjeś serce. Serce kochające Boga bez granic, serce, które łamie się dla mnie na każdej ze stron i mówi „Bierz i jedz. Nie zatrzymuję dla siebie tego, co dano mi zobaczyć. Nie chowam przed tobą skarbów, jakie odkryłem. Czas jest krótki, więc bierz i jedz z mojej miłości do Miriam, bierz i jedz z mojej miłości do Boga”. A kiedy spotyka się taką miłość, najlepiej po prostu skapitulować… i ryczeć na całego.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite