video-jav.net

“Działy się cuda, odlot totalny!” – Maleo o nawróceniu

"Były uzdrowienia, ludzie wstawali z wózków, cuda się działy. Ojciec Bartek lewitował, uniósł się nad ziemię i płynął nad nami, i wszystkich błogosławił. Odlot totalny." - Nielegalny chrzest, Maryja i charyzmatyczny odlot - poznaj historię nawrócenia Dariusza Malejonka!

Darek
Darek "Maleo"
Malejonek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Fragment pochodzi z książki:

malejonek-ksiazka-pasek3

 

Po wypadku, w którym zginęła jego żona, Stopa był jak martwy. Jak zombie. Niby normalnie funkcjonował, ale kompletnie nic nie czuł. Prawdopodobnie strasznie się obwiniał za ten wypadek, chociaż to nie była jego wina, bo kierowca tira zasnął i zjechał na jego stronę. Ale mimo wszystko potem człowiek myśli: gdybym pojechał inną drogą…

 

Przy okazji chciałbym zdementować plotkę, że żona Stopy w chwili wypadku była w ciąży. Ciągle się o tym pisze. Ale to nieprawda, Kasia nie była wtedy w ciąży.

 

Pan Bóg przywrócił Stopie życie, kiedy pojechaliśmy na Jasną Górę na słynne REO – rekolekcje ewangelizacyjne Odnowy w Duchu Świętym. Na REO działy się cuda. Tamtego roku nastąpiło podobno jedno z większych wylań Ducha Świętego. REO prowadził ojciec Krzysztof Kowalski z grupą Miecz Boży. Stopa przeżył upadek w Duchu Świętym i doznał wielkiej łaski, Pan Bóg mocno go tam dotknął.

 

Maryja wyjednała mi uwolnienie

Moja przygoda z odnową charyzmatyczną zaczęła się już wcześniej, świeżo po epizodzie protestanckim. Po tym telefonie Budzego spotkaliśmy się z ojcem Augustynem, z którym Budzy już się skumał, i totalnie się nim zajaraliśmy. Objawił się nam jako niesamowity mistyk, człowiek o wielkiej wiedzy. Potrafił pięknie tłumaczyć Pismo Święte, mówił nam na przykład o gematrii, czyli zależności między słowami a liczbami w języku hebrajskim: gdy prze- łożyć litery na liczby według określonego klucza, okazuje się, że układ liter w danym słowie potwierdza prawdy opisane w innym miejscu Pisma. Do tego jeszcze był malarzem. Kiedy przychodził do nas do domu i opowiadał o aniołach, o eschatologii, jawiło się nam to jako coś pięknego, niesamowitego. To były dla mnie pierwsze katechezy.

 

Poznaliśmy go w klasztorze na Długiej, gdzie chodziliśmy na modlitewne czuwania. Już za pierwszym razem przystąpiłem do modlitwy o uwolnienie. Augustyn na mój widok powiedział, że mam w sobie wiele demonów, ale też ducha wołającego na pustyni, ducha Jana Chrzciciela. Modlił się nade mną, w pewnym momencie stwierdził jednak, że sam nie da rady, bo tych demonów jest za dużo. Wpadłem w przerażenie. Augustyn zawołał całą grupę i razem modlili się nade mną w zakrystii. Pamiętam te osoby: Izę, Ninę, której imieniem Budzyńscy nazwali potem swoją córkę (Nina bardzo im pomagała, Natalia się z nią blisko przyjaźniła), ojca Stanisława Jarosza, księży Nowosielskich (braci). Usłyszałem od nich, że Jezus pyta mnie: „Czego chcesz, jakie masz życzenie?”. Odpowiedziałem: „Chciałbym mieć Twoje oczy!”. Do tej pory się nie spełniło, ale może jeszcze kiedyś się spełni. W czasie tej modlitwy objawiło się, że Maryja wyjednała mi uwolnienie. To było niesamowite.

 

Maryja jest kimś bardzo ważnym w moim życiu. Opowiadałem o tym później na kongresie Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze, jeszcze w czasach świetności tego ruchu, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Także w książce Radykalni pojawiła się historia, że to Maryja wyjednała mi wejście do Kościoła. Potem w zborze u baptystów i u innych polskich protestantów chodziły pogłoski, że zostałem zwiedziony. Ktoś nawet napisał na ten temat, że to sprawka demona – bo oni uważają, że Maryja to tak naprawdę demon, który uobecnia się w obrazach, podszywa pod nie.

 

Chrzest na nielegalu

Niedługo potem przyjąłem chrzest. W Jabłonnej pod Warszawą, trochę na nielegalu, bo brakowało jakichś papierów od biskupa. Ochrzcił mnie w nocy w pustym kościele wikary ksiądz Sławek Tomaszewski, ojciec Augustyn był moim ojcem chrzestnym, matki chrzestnej nie miałem. Prosto stamtąd pojechałem na czuwanie do paulinów.

 

Podczas pierwszej generalnej spowiedzi po raz pierwszy poczułem, że Pan Bóg na mnie czeka i przyjmuje mnie bezwarunkowo, że taka jest właśnie miłość – nie pyta, nie drąży, nie dociska, tylko przyjmuje mnie takiego, jaki jestem. W pewnym sensie czuję się tak do dziś po każdej spowiedzi. W spowiedzi ważna jest intencja: chodzi o to, żeby się pojednać, ale też przyjąć dar przebaczenia grzechów i wydać tego owoce.

 

Przyjąłem chrzest w wieku dorosłym, ponieważ bardzo tego chciałem. Nadszedł po prostu moment, kiedy zrozumiałem, że to jest moja droga, że Chrystus wzywa mnie do tego, żebym przyjął Jego śmierć, ale zarazem Jego zmartwychwstanie. Śmierć bez zmartwychwstania jest czymś absurdalnym, oznacza tylko koniec: dół w ziemi do końca świata. To straszna perspektywa. Bardzo wielu ludzi jej doświadcza. Przekonanie, że nie ma nic po śmierci, niewiara w zmartwychwstanie, to chyba jeden z najgorszych stanów, jakie można sobie wyobrazić. To wielki dar, że dostałem łaskę wiary, mogłem uwierzyć w życie wieczne.

 

Kiedyś na spotkaniu z młodzieżą w Liceum imienia Kenara w Zakopanem usłyszałem pytanie: „Czy chciałby pan mieć znowu, jak my teraz, osiemnaście lat?”. Najpierw odpowiedziałem, że jasne, chciałbym. Ale pomyślałem chwilę i mówię, że nie, jednak nie. Dlaczego? Bo nie wiem, czy bym drugi raz dał się złapać Panu Bogu.

 

Charyzmaty

Na wspomniane REO pojechaliśmy większą grupą: z Grzegorzem Górnym, Budzyńskimi, Stopą, Dzikim. Podczas jednego ze spotkań modlitewnych ludzie zaczęli nagle otrzymywać różne charyzmaty. Kowalski mówił na przykład: „Teraz przychodzi charyzmat płaczu za ojczyznę” – i nagle wszyscy płaczą jak bobry. Albo charyzmat radości – i wszyscy się cieszą jak dzieci! Potem przyszedł dar języków. Ela dostała czysty aramejski, to pewne, bo Augustyn go tłumaczył, wiedzieliśmy więc, że Ela chwali Boga po aramejsku. Górny dostał dziwny język, taki jakby chiński, w każdym razie bardzo brutalny w brzmieniu. To było coś strasznego, bo Grzesiek jest bardzo spokojny, a język dostał taki ordynarny, wykrzykiwał różne dziwne wyrazy. Byłem cholernie zazdrosny o to, że akurat tego daru nie otrzymałem. Stopa dostał totalny pokój serca i usłyszał zapewnienie, że Kasia jest w niebie. Kiedy śpiewaliśmy razem „Alleluja”, spełnił się znany kawał o tym, jak to przychodzi pani na spotkanie Odnowy w Duchu Świętym i mówi: „Kto chce herbaty, ręka w dół!”.

 

Było tam obecnych wielu paulinów, siedzieli po dwóch stronach sali. Nagle jeden z nich zaczął trzepotać swoim białym habitem i krzyczy: „Wiara! Wiara!”. Najwyraźniej miał jakieś kłopoty i dostał właśnie taki dar. Aż tu nagle z drugiej strony inny ojciec, który miał chore ucho i nie mógł przez to spowiadać: „Spowiadam! Spowiadam!”. Pan Bóg odetkał mu ucho. Były uzdrowienia, ludzie wstawali z wózków, cuda się działy. Ojciec Bartek lewitował, uniósł się nad ziemię i płynął nad nami, i wszystkich błogosławił. Odlot totalny.

 

Demon zawsze przychodzi z lękiem

Po tym spotkaniu miałem ważne przeżycie w jasnogórskiej kaplicy. Byłem świeżo po epizodzie z baptystami, wcześniej studiowałem Pismo Święte ze świadkami Jehowy, do Maryi miałem więc stosunek typowo protestancki, trochę niechętny. W kaplicy, podczas mszy na zakończenie rekolekcji, odsłonięto obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Spojrzałem na niego i ogarnęło mnie kompletne przerażenie: co ja tu robię, gdzie ja jestem, to przecież bałwochwalstwo! Wszyscy się modlą do kobiety, Jezusa nie ma, jestem zwiedziony przez diabła, koniec, piekło! I wtedy przyszła świadomość, że to nie są moje myśli, że to przerażenie daje mi właśnie demon. Po raz pierwszy doświadczyłem rozeznania duchowego: zdałem sobie sprawę, że nie wszystkie myśli są moje własne, ale mogą być mi przez kogoś podsuwane i w dodatku mogą pochodzić albo od dobrego, albo od złego. Do tej pory tego nie wiedziałem, sądziłem, że wszystkie moje myśli stanowią integralną część mnie. Tymczasem dowiedziałem się, że trzeba być czujnym, patrzeć, od kogo przychodzą niektóre myśli, niejako je sortować. I odkryłem, że demon zawsze przychodzi z lękiem.

 

Inni mieli podobne doświadczenia. Górny wyszedł z kaplicy sam, w nocy, i spotkał na placu gościa w czarnym kapturze, który go zaczepił: „A co ty tu robisz?”. Grzesiek się przeraził. Natalię dopadł nawrót depresji i lęk, przez jakiś czas bała się spojrzeć w okno… Każdy z nas przeżył coś mocnego, różne dziwne wydarzenia.

 

“Wy kompletnie nie macie wiary!”

Gdy wróciliśmy do Warszawy, nadal byłem zazdrosny, dlaczego akurat ja nie mam daru języków. Kombinowałem sobie, że dostanę najpierw ten dar, po nim jakiś inny, potem jeszcze uzdrawiania – będę miał cały komplet. Zacząłem czytać rozmaite książeczki o darach Ducha Świętego. Jadę raz tramwajem koło kina Moskwa, a w książeczce czytam akurat: „Jeśli chcesz mieć dar modlitwy językami, możesz o niego poprosić już teraz”. Zacząłem się w tym tramwaju modlić na cały głos – językami! Wybiegłem z niego i krzyczałem na ulicy. Przyleciałem do domu, wołając: „Ela, Ela, mam dar języków!”.

 

To był okres totalnego szczęścia, niemal unosiłem się nad ziemią. Wtedy znów zadzwonił Budzyński, że wzywają nas na Długą paulini – Staszek Jarosz z Krzyśkiem Kowalskim. Myślę: „O kurde, zaraz coś będzie się działo, może dostaniemy jakieś kolejne dary, charyzmaty”. Przyjechałem, na miejscu byli też Tomek i Dziki. Ojcowie patrzą na nas zatroskanym wzrokiem. Pytam, co się dzieje, czy coś jest nie tak. „Jest problem – mówią. – To, co macie teraz, to są dary, takie cukierki od Pana Boga na dobry początek, duchowe mleko. Ale wy kompletnie nie macie wiary. Jesteście niemowlakami w wierze”. „Mamy takie rozeznanie – mówią dalej – żebyście wstąpili do wspólnoty, na Drogę, czyli do neokatechumenatu”. Pytam: „Co? Do neo, do tych smutasów?”. Wiedziałem już, o czym mowa, bo wcześniej Kowalski zaprosił nas na Eucharystię wspólnoty neokatechumenalnej: smętne pieśni, wszystko takie smutne… Mówimy więc: „Nie, tylko nie tam!”. Na co oni: „Trzeba, bo tam będziecie mieli formację. Jeśli chcecie, żeby was diabeł nie zwiódł i żebyście całkiem nie upadli, to idźcie do neokatechumenatu”.

 

Byli dla nas takimi autorytetami, że uznaliśmy: no dobra, trudno, jak mus, to mus. Poszliśmy na katechezy – my w Warszawie, Budzy w Poznaniu, dokąd się wyprowadził. Budzy zaprosił też Litzę. Potem na kanwie tych naszych wspólnych przeżyć powstał zespół 2Tm2,3 (Tymoteusz), bo wszyscy mieliśmy mniej więcej w tym samym czasie mocne doświadczenie Boga, Jego dotknięcia w naszym życiu. Doświadczenie Litzy było trochę inne, bo wiązało się też z chorobą: miał wtedy ciężką operację. Litzę znaliśmy wcześniej jako kolegę z branży, sporadycznie nawet graliśmy razem, pochodziliśmy jednak z różnych środowisk – Acidzi byli metalowi. Podszedł do nas po jednym z koncertów, spękany, długowłosy niuniuś, a my cali jeszcze nabuzowani tymi rekolekcjami, mówimy mu o Panu Bogu. Był zszokowany i nieufny, o co nam w ogóle chodzi. Wzięliśmy go na czuwanie na Długą. Siedział z Elą w prezbiterium, przy ołtarzu, i dziwił się wszystkiemu… Ale zgodził się pójść z Budzym na katechezy w Poznaniu, weszli razem do wspólnoty Ślub kościelny u warszawskich paulinów, 1994 r. i do tej pory są w niej razem. A ja w Warszawie dołączyłem do wspólnoty ze Stopą i z Dzikim; potem Dziki się ochajtał i spadł do żony. A Staszek Jarosz wszystkich, którzy chodzili na te czuwania, wysyłał później na katechezy neokatechumenalne.

 

Na spotkania wspólnoty przyszedł z nami kilka razy Janek Grudziński z Kultu, bardzo się zafascynował Drogą. Kiedy przyszedł pierwszy raz, czytania biblijne były akurat o kulcie i potem cała homilia była temu poświęcona: „Pan Bóg nienawidzi kultu”, „Pan Bóg brzydzi się kultem”, „fałszywy kult”, „każdy kult będzie usunięty”… Ela dostała głupawki, a Janek siedział i tego wszystkiego wysłuchiwał. To było straszne. Ale okazało się, że mu się spodobało. „To ja już będę stale przychodził na te wasze dyskusje”, mówi. Tłumaczymy mu: „Raz cię zaprosiliśmy, ale teraz musisz iść najpierw na katechezy”. Ale tak to Janek nie chciał.

 

Do Krzysztofa Kowalskiego, który miał wiele charyzmatów, dobrał się diabeł. Fizycznie go bił. Krzysztof chodził cały w siniakach. Nikt nie chciał z nim spać w jednej celi, nawet Piecuch nie miał odwagi, tylko Augustyn. Nocami Krzysztof uciekał z celi, na cały głos wykrzykiwał modlitwy. Oddał te wszystkie charyzmaty.

Darek

Darek "Maleo" Malejonek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Darek
Darek "Maleo"
Malejonek
zobacz artykuly tego autora >

Nie będziecie się nudzić podczas tej lektury

Darka poznałem na przełomie lat 80‘tych po jednym z koncertów „andergrandowych” w studenckim klubie, gdzieś na obrzeżach Rzeszowa. Koncert skończył się późno a ostatni autobus właśnie odjeżdżał z pętli – puściliśmy się biegiem, krzycząc i machając, ale dopóki nie zacząłem z całej siły kopać glanami w osłonę silnika, nie miał zamiaru się zatrzymywać.

Grzegorz Wacław
Grzegorz
Wacław "Dziki"
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedy już udało nam się „zaokrętować”, Darek wyjął gitarę akustyczną i na znaną melodię zaśpiewał „Rzeszów da się kochać, Rzeszów da się lubić”. Cały autobus załogantów zaczął się chichrać, bo było to tak absurdalne stwierdzenie w naszych uszach, że mogło się równać jedynie z wystrzeleniem w kosmos krowy wraz z towarzyszącej jej pastuchem i to w dodatku bez skafandrów próżniowych. Miał na sobie czarną skórę, krótkie rude dredy i szelmowski uśmiech cwaniaka, który wyciął właśnie przecudny numer.

Itym mnie przekonał – ten luz i uśmiech tak inny od agresji wczesnej załogi pankowej, która jak jej zabrakło na jabola potrafiła obić szuflą nocnego stróża, który nie chciał zasponsorować zakupu… Przekonał mnie do tego, by zostać właśnie takim freakiem. Zmieniać świat chciał każdy, ale nie każdy potrafił znaleźć sposób. Wśród szarzyzny głębokiego Peerelu taki luz i uśmiech był jak samorodek złota pośród oceanu gówna.

Ludzi przybitych, złych, nieszczęśliwych, którzy jedyne ujście dla swej frustracji znajdowali w alkoholu i agresji, nie mogących zaakceptować tego, że ktoś może mieć wy***ane na ogólnie przyjęte formy, bezsensowne komunistyczne prawo, czy obowiązujące normy zachowań.

Wobec lekko zjaranych zielskiem świrów, którzy za wszelką cenę unikali zaszczytnego obowiązku obrony granic PRL oraz zdobyczy sojuszu z bohaterskim Związkiem Radzieckim ta agresja była tyleż samo bezcelowa, co częsta. I zdecydowała o tym, że właśnie takiej drogi życia zapragnąłem dla siebie, bo alternatywa była po prostu nie do zaakceptowania.

Bardzo cieszę się z lektury tej książki – faktograficznie i emocjonalnie jest to perełka jak i wcześniejsze wydawnictwa Andrzeja „Sowy” czy Tomka Budzyńskiego – jest jak wehikuł czasu, który przeniósł mnie na powrót w czasy mego dzieciństwa i młodości, otworzył worek ze wspomnieniami dawnych przygód i sytuacji, które już dawno pogrzebane zostały troskami dnia codziennego w odmętach mojej własnej niepamięci.

Znamy się od wielu lat, większości sytuacji opisanych w książce sam byłem świadkiem i mogę zaręczyć, że właśnie tak było – cudnie chaotycznie, bo Darek jest chaotyczny i rozkojarzony jak jasna cholera czym nie raz potrafił wkurzyć swoich kolegów z zespołu (słynna była historia z czasów przed wynalezieniem telefonów komórkowych , kiedy przychodził spóźniony cztery godziny na wyjazd na koncert tłumacząc się zmianą czasu, która miała miejsce dwa tygodnie wcześniej, a tajemnicą  poliszynela jest, że dzieciom najłatwiej było wyciągnąć od niego kasę w momencie, gdy rozmawiał przez telefon komórkowy…)

Dla mnie najciekawszy jest początek tej książki, gdy Maleo wspomina skomplikowane losy swojej rodziny – dziadków, cioć, wujków… historie rodziny jakich w Polsce jest na kopy, przez które przejechał walec historii, kilka wojen i dwa totalitaryzmy – te historie rzucają trochę światła na to kim i dlaczego stał się dzisiaj.

Zaręczam, że nie będziecie się nudzić podczas tej lektury jak i ja się nie nudziłem. Aby nie psuć wam zabawy drodzy czytelnicy powiem tylko, że warto wytrzymać do strony 370-tej, bo wtedy padają dla mnie, a mam nadzieję, że i dla innych słowa najważniejsze, dla których prawdopodobnie ta książka powstała. I nie psujcie sobie zabawy, nie zaczynajcie od 370-tej strony, bo każda narracja, budowanie historii, zakorzenianie jej ma głęboki w tym przypadku sens.

W ten oto sposób, dzięki wydawnictwu ZNAK dostajemy do ręki kolejną książkę, drugiego z czterech „Radykalnych” (z trzech, którzy pozostali jeszcze przy życiu), która jest cennym uzupełnieniem czy wręcz podsumowaniem historii, która bez mała dwadzieścia lat temu odbiła się głośnym echem w naszym pięknym kraju… No to jeszcze tylko ja zostałem…

 

Grzegorz Wacław

Grzegorz Wacław "Dziki"

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz Wacław
Grzegorz
Wacław "Dziki"
zobacz artykuly tego autora >