fot. Piotr Butowski, CC BY 4.0, wikipedia.org/Archiwum Zgromadzenia
Siostra Adelgund Tumińska. Zginęła w obronie młodych kobiet. Jaka była?
W skrócie można by ją opisać: zorganizowana, pracowita, wymagająca, wykształcona, niewątpliwie ambitna i odważna. Jej dramatyczna, heroiczna śmierć dopełniła całości... Może stanie się patronką ofiar przemocy?
Tyle skrót. Ale niezbyt w sumie długie życie siostry Adelgund Tumińskiej ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej to materiał na sensacyjny film, którego scenariusza nie trzeba wymyślać. Wystarczą fakty i charakterystyka zakonnicy: kobiety wykształconej, mocnej, w pewien sposób awangardowej, która nie zawahała się – być może wbrew rozsądkowi i zakonnemu posłuszeństwu – ratować innych kobiet (…).
ZOBACZ>>> Oddała życie w obronie innych kobiet. Rusza proces beatyfikacyjny heroicznej zakonnicy
Siostra Adelgund Tumińska. Kim była, jak żyła i dlaczego zginęła?
Urodziła się 24 lipca 1894 roku w Kwiekach koło Czerska. Była czwartym z dwanaściorga dzieci Julianny i Bronisława Tumińskich. Ojciec Bronisław był nauczycielem w szkole w Kwiekach. Za jego zbyt patriotyczną postawę władze pruskie nakazały mu opuścić Kwieki i przeprowadzić się do Małego Gliśna, gdzie mała Kunigunda – jak ją nazywano – uczęszczała do szkoły. Takie przeniesienie było formą represji, często stosowaną wobec osób, które traktowano jako wrogie zaborcom: mniejsza miejscowość i skromna szkoła oznaczały niższe uposażenie i trudności w utrzymaniu rodziny, co miało prawdopodobnie uciszyć odważnego Bronisława Tumińskiego… Ojciec Kunigundy pracował jako nauczyciel, matka zajmowała się domem i dziećmi. Mimo wciąż grożących sankcji ze strony władz pruskich rodzina słynęła z polskości, była pobożna, praktykująca.
Gdy Kunigunda miała cztery lata, przeżyła stratę maleńkich sióstr bliźniaczek. Później na szkarlatynę zmarł jej pięcioletni brat Zygmunt, a następnie siostra Waleria. W jej rodzinie śmierć przeplatała się z życiem. A życie było twarde, uczyło waleczności i hartu ducha. Po dramatycznych wydarzeniach Julianna urodziła jeszcze Rozalię, a po niej Alfonsa, Roberta i Jadwigę. Mała Kunigunda, co zapewne w tamtych czasach nikogo nie dziwiło, w dzieciństwie pomagała mamie w prowadzeniu domu, opiekowała się rodzeństwem. (…) Od 1910 roku Kunigunda była uczennicą i pensjonarką Szkoły Gospodarstwa Domowego w Chojnicach, którą prowadziły siostry franciszkanki. Wówczas szkoła i dom zakonny należały do prowincji niemieckiej, gdyż polska prowincja jeszcze nie istniała. Do szkoły o podobnym profilu uczęszczała kilka lat później w Remagen. (…) Po odebraniu nauk w 1919 roku młoda Kunegunda wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Chrześcijańskiej Miłości i rozpoczyna kandydaturę. (…) 22 lutego 1921 roku Kunegunda rozpoczyna nowicjat, otrzymuje habit i imię zakonne: Adelgund. Pierwszą profesję składa 11 grudnia 1923 roku, a wieczystą 11 grudnia 1926 roku. Formacja odbywa się w Nonnenwerth (zgromadzenie powstało w Holandii, przez Niemcy trafiło na tereny Polski). Imię zakonne Adelgund nie było jej wyborem. Przed Soborem Watykańskim II franciszkanki nie miały takiej możliwości. Obecnie jest inaczej – nowicjuszki same decydują, jakie imię wybiorą: czy będzie nawiązywać do patronki albo świętej.
Dlaczego Adelgund?
Adelgund to imię pochodzenia germańskiego, po spolszczeniu to po prostu Adelgunda. Cząstka „adel” oznacza „szlachetny ród”, z kolei „gund – „walkę, bitwę”. Nietypowe, nieco ciężko brzmiące imię będzie potem niejako charakteryzować jej całe życie: wyszła ze wspaniałego rodu, szlachetnie przeszła najważniejszą walkę, bitwę życia o godność, wolność. Kobieta ze szlachetnego rodu, kobieta waleczna, walczyć będzie bez karabinu i świadomie odda życie za niewinnych.
Przeczytaj również
(…) Młoda siostra uczestniczyła w kursie szycia, była zatrudniona także w klasztornej szwalni. Potem pracowała w wielu miejscach i na różnych stanowiskach. Jak na ówczesne czasy podróże młodej kobiety i podejmowanie się wciąż nowych zadań i zobowiązań były niewątpliwie awangardą, wskazywały na nowoczesność zgromadzenia (…) Gdy w 1933 roku wybucha epidemia tyfusu, razem z siostrą Willehadą organizuje opiekę dla chorych. Obie mieszkają wśród potrzebujących, nie bacząc na ryzyko zakażenia. W lipcu 1934 roku Adelgund zostaje przełożoną Wspólnoty Świętego Antoniego w Więcborku. Jest tam odpowiedzialna za współsiostry, ale opiekuje się również pensjonariuszkami uczącymi się w klasztorze gospodarstwa domowego, prowadzi też parafialne przedszkole. Następnie, między 1937 a 1939 rokiem, jedzie do Poznania, gdzie zajmuje się młodymi, studiującymi i kształcącymi się siostrami. Wiadomo, że jest bardzo wymagająca, dbająca, ale i nieustępliwa: dzięki niej wiele młodych zakonnic zdobywa wiedzę i umiejętności, przygotowuje je też do pracy i aktywności na rzecz potrzebujących.
Wojna
Są wakacje roku 1939. Siostra Adelgund przebywa we wspólnocie w Zamku Bierzgłowskim i to tam zastaje ją wybuch wojny… Siostry zmuszone są uciekać przed Niemcami do Warszawy. Wracają po siedmiotygodniowej tułaczce, ale dom zastają zajęty przez okupanta. Adelgund razem z innymi zakonnicami jedzie więc do Chojnic. Niedługo potem udaje się do klasztoru w Zamartem (kilkanaście kilometrów na południe od Chojnic), gdzie jest przełożoną między 1941 a 1944 rokiem. (…) W klasztorze przez całą wojnę rezydują Niemcy: esesmani, więc siostry żyły w ciągłym lęku i napięciu. Jednocześnie decydują się na pomoc potrzebującym: najpierw tworzą tam obóz przejściowy dla kapłanów wywożonych do obozów. Potem przez klasztor przewijają się różne grupy szukających schronienia, jedzenia i dachu nad głową. Siostry decydują się pomóc między innymi grupom przesiedlonych – uciekającym przed Armią Czerwoną Ukrainkom, które otrzymały u sióstr pomoc i schronienie. Adelgund troszczy się o wyżywienie zarówno dla sióstr, jak i dla przybyszów, co w realiach okupacji i nieustannej groźby śmierci z rąk niemieckich wymagało niewątpliwie ogromnej odwagi, sprytu, gospodarności, inteligencji i ofiarności. (…)
W 1944 roku siostra Adelgund kończy kadencję przełożonej. Wraca do Chojnic i rozpoczyna tam pracę w biurze lekarskim Szpitala Świętego Karola Boromeusza. (….)
Pomagały więc, jak tylko mogły: przygotowując posiłki, przemycając lekarstwa, wspierając dobrym słowem. (…) Co ważne: za swoją ciężką, ofiarną pracę w szpitalu nie otrzymywały wynagrodzenia. Adelgund w szpitalu jest aktywna i wspiera potrzebujących. Pamięta też o sytuacji w Zamartem i o tamtejszych współsiostrach. W styczniu 1945 roku pisze do nich list – jak się okazuje, ostatni: pisze o nadziei na pokój, zapewnia o modlitwie. Ale co ważne, i może wręcz profetyczne, nadmienia o potrzebie ponoszenia ofiar: „trzeba się samemu ofiarować, a to znaczy: przyjmować cierpliwie napomnienia i przykrości od bliźniego, a krzyż i cierpienia od Boga” . (…)
Dobrowolne męczeństwo, w obronie innych
Kończy się wojna! Na początku 1945 roku niemieccy żołnierze stacjonujący na terenie chojnickiego szpitala opuszczają placówkę. W popłochu i pośpiechu. Depcze im po piętach Armia Czerwona. Zgnębiona wieloletnią okupacją ludność miejscowa, w tym siostry, z radością obserwuje wycofywanie się Niemców. Wszyscy cieszą się końcem wojny, sądzą, że to kres niepewności o każdy kolejny dzień, chcą zapomnieć o strachu. Nie przypuszczają, lub nie chcą przypuszczać, że wraz z Armią Czerwoną na ich ziemie przybędzie kolejna fala terroru, lęku o życie i godność. Franciszkanki rozdzielają się: siostry starsze i chore jadą do Zamartego. Na miejscu, w Chojnicach, zostają matka Rafaela Schmitz, siostra przełożona Teresa Filarska, siostry Kosma Lux, Bogumiła Mioduszewska, Ewergisla Holc, Gregoria Kloska, Adriana Wenta i Adelgund Tumińska. Wszystkie, które pracowały przy chorych. Wszystkie, które znają szpital.
Żołnierze radzieccy przejmują placówkę. Zmuszają siostry, aby im towarzyszyły w „inspekcji” szpitala. Jest 14 lutego 1945 roku. Na „inspekcję” idą z żołnierzami siostra Adelgund i siostra Adriana. Z lękiem, ale i godnością oprowadzają uzbrojonych mężczyzn po wszystkich pomieszczeniach. Już wtedy o „wybawicielach ze Wschodu” było wiadomo, że nie są przyjaźni i nie budzą zaufania mieszkańców. Ich zła sława rozeszła się szybko po mieście. Chojniczanie opowiadali sobie z lękiem, że radzieccy żołnierze, idąc ze wschodu na zachód, kradną, są agresywni, gwałcą kobiety… Nie wiadomo, jak dokładnie przebiegała „inspekcja”. Nie wiadomo, czy ani o czym żołnierze rozmawiali z zakonnicami. Wiadomo jednak, że nagle jeden z żołnierzy kolbą od karabinu uderzył siostrę Adelgund tak mocno, że ta przewróciła się na posadzkę. Zupełnie bez powodu. Po zajściu bezbronne i pozbawione jakiejkolwiek pomocy siostry, w jeszcze większej obawie o swoje życie i godność, przenoszą się do pomieszczeń piwnicznych… Uderzenie karabinem siostry Adelgund niewątpliwie miało też wpływ na decyzję przełożonej, żeby jak najszybciej opuścić Chojnice. Czas naglił: dopóki się da, trzeba uciekać. (…) Rano 15 lutego franciszkanki zaczęły więc z lękiem i pośpiechem opuszczać budynek szpitala. Plan był taki, by jak najszybciej dołączyć do domu w Zamartem. Siostry rozpoczęły ewakuację (…). Jak się jednak okazało, w szpitalu pozostały pracownice, dobrze znane siostrom niemalże od dziecka, miejscowe dziewczyny. Podczas wojny pomagały w szpitalnej kuchni. Młode, niewinne, bezbronne. Łatwy łup dla żołnierzy żądnych krwi, i nie tylko krwi…
Był ranek 15 lutego. Rozległ się krzyk dziewcząt napastowanych przez żołnierzy. Sowieci zagonili dziewczęta – Katarzynę, Gertrudę i Marię – do szpitalnej kuchni. Ilu było żołnierzy? Może dwóch, może dziesięciu. Nie zachowały się świadectwa ani pełen opis wydarzenia.
(…) Siostry usłyszały krzyki przerażonych dziewcząt, rozpaczliwie wzywających ratunku. Tylko od kogo ten ratunek miałby przyjść? Od równie bezbronnych, przestraszonych zakonnic? Zakonnic, które akurat w tym czasie, chcąc ratować życie, uciekały z budynku? Zostawić dziewczęta na pastwę losu? Czy jednak je ratować? Przecież było jasne, że jakakolwiek próba ratunku, z racjonalnych powodów, jest bezsensowna. Z góry skazana na porażkę. Nie było szans na wyrwanie dziewcząt z rąk rozochoconych, uzbrojonych i bezkarnych oprawców. Ale zostawić je bez pomocy na pewną śmierć i zgwałcenie? Niepodobna…
Siostra Adelgund staje przed najważniejszym pytaniem i odpowiedzią życia. Szybko dokonuje wyboru: postanawia wrócić do krzyczących i przerażonych dziewcząt. Prawdopodobnie wbrew kategorycznemu i rozsądnemu zresztą nakazowi przełożonej, by ratowała siebie… Co się wydarzyło dalej? Wiedza jest bardzo, bardzo szczątkowa. Można jedynie się domyślać. I każdy domysł budzi dreszcz grozy i współczucia…
Siostra Adelgund schodzi do żołnierzy i pojmanych dziewcząt. Zastaje przerażone ofiary i oprawców w szpitalnej kotłowni. Jak i czy z Sowietami rozmawiała, co im mówiła, tego nie wiadomo. Nie wiadomo, czy w ogóle dopuścili ją do głosu. Jest jednak pewne, że jej działanie było konkretne i skuteczne: dziewczętom udało się uciec. Katarzyna, Gertruda i Maria uciekły z kotłowni i przeżyły. (…) Z kotłowni niedługo potem słychać było zduszone krzyki, szamotaninę, a potem strzał… – to relacja sióstr, które uciekały i przeżyły. Dziewczęta szczęśliwie również uciekły, nie zdając sobie sprawy, co spotkało ich wybawczynię. (…)
Co się stało w kotłowni? Adelgund Tumińska została w bestialski sposób prawdopodobnie najpierw zgwałcona, a następnie zamordowana. „Wybawiciele ze Wschodu” przeszyli ją na wskroś, wielokrotnie, bagnetami, o czym świadczą cięcia na zachowanym do dziś szkaplerzu siostry. Szkaplerz, jak relikwia, przechowywany jest w domu franciszkanek, w Orliku oddalonym od Chojnic o kilkadziesiąt kilometrów. Ciało zamordowanej, po dwóch lub trzech dniach od zbrodni, znalazł ksiądz Brunon Rieband, który w czasie wojny pracował w szpitalu jako sanitariusz. Próbował dowiedzieć się, co stało się z zakonnicami, i zastał przerażający widok… Ciało Adelgund było bardzo zakrwawione, a sposób jego ułożenia świadczył, że siostra broniła się przed napastnikami.
Siostra Adelgund Tumińska została pospiesznie i potajemnie pochowana przez księdza Riebanda w ogródku klasztornym przed figurą świętego Franciszka. Przed pochówkiem jedna z mniszek zdjęła szkaplerz zamordowanej – poorany bagnetami zabójców. (…) Od tajemnego pochówku, mimo strachu, wśród wielu chojniczan i wielu sióstr panowało przekonanie, że oto pochowano świętą…
PRZECZYTAJ TEŻ>>> Kim są siostry z powstania?
Pamięć
Siostry po wojnie nie zbierały informacji o jej śmierci, nie zachowały się na przykład świadectwa uratowanych dziewcząt (wszystkie od dawna nie żyją). Oczywiście, co zrozumiałe, zakonnice bały się komunistów, (…) ale jeszcze jeden aspekt skutecznie blokował wspominanie dramatycznych wydarzeń z końca wojny: w jednej z kronik zgromadzenia znalazły się słowa o współsiostrach Adelgund. Brzmiały one tak: „wciągnięto [je] do różnych pomieszczeń, zakneblowano, zdeptano i poniżono”. Kiedy się to stało? Co się dokładnie stało? (…) Można jednak przypuszczać, że zakonnice pamiętające o tej historii doświadczyły przemocy, być może również zostały zgwałcone przez rosyjskich żołnierzy. Jeśli tak było w rzeczywistości, to straszliwa trauma powodowała, że nie mogły o niej mówić: było to zbyt bolesne, zbyt straszne, żeby chcieć pamiętać. Ówczesny sposób patrzenia na kobiety, w tym na kobiety zgwałcone, diametralnie zresztą różnił się od współczesnego. Ówczesna mentalność piętnowała ofiary, traktowała je jako niegodne, zbrukane i niemal winne swojej sytuacji… (…)
Mimo powojennego strachu, mimo zrozumiałej traumy starszych i nieżyjących już sióstr, które same podczas wojny przeszły piekło, pamięć o siostrze Adelgund nie tylko przetrwała, ale się rozwija. Młode siostry odkrywają jej postać na nowo. Jest dla nich wzorem. Niedawno też w archiwum franciszkanek w Rzymie zostały odkryte nieznane dotąd materiały na temat Adelgund. Zapiski sięgają 1947 roku i wynika z nich, że miała ona w momencie śmierci przebitą głowę i usta, co wskazuje, że Sowieci strzelili jej prosto w twarz…
(…)
Siostra czeka na wyniesienie na ołtarze. Czyż nie byłaby idealną patronką kobiet ofiar przemocy? W tym ofiar przemocy na tle seksualnym?
Fragment pochodzi z książki pt. „Wojenne siostry” autorstwa Agaty Puścikowskiej.










