Nasze projekty
Roman Graczyk

Profesora wymyśliła Danusia!

Zaprzyjaźniliśmy się, a potem okazało się, że na tej przyjaźni można polegać.

Reklama

Danusię poznałem bliżej dopiero w Radiu Kraków, gdzie szefem był od jesieni 1989 r., ściągnięty w tym celu z Paryża, Bronek Wildstein, a jego zastępcą właśnie ona. Poznaliśmy się bliżej dzięki Tosi, chociaż bez jej zasługi, a było to tak:

 

Danusia z Bronkiem ciężko tam pracowali, ponieważ trzeba było tę instytucję, bądź co bądź, przynależącą do „frontu ideologicznego” PRL, gruntownie przebudować. Byliśmy jednak wtedy, ćwierć wieku temu, wszyscy w tej fazie życia, kiedy rodzą się dzieci. I zdarzyło się, że miała się urodzić Tosia, a w tym Radiu kontrrewolucja w toku. Brzuch Danusi stawał się coraz większy i większy, a roboty ciągle huk.

Reklama
Reklama

 

Bronek, jak go znam, pewnie nie uważał tego za duży problem, no ale w końcu zauważył, że na jakiś czas nastąpi w Radiu vacat i wtedy uradzili z Danusią, że zaproponują mnie jako zastępcę dyrektora. Było jednak jasne, że nie zastąpię Danusi: nie znam się na zarządzaniu „zasobami ludzkimi”, ani na finansach. Uznali jednak, że Bronek potrzebuje tam kogoś, do kogo będzie miał zaufanie. Stanęło na tym, że będę zastępcą dyrektora do spraw programowych, dzisiaj powiedziałoby się: do spraw anteny.

 

Reklama
Reklama

Profesora wymyśliła Danusia!

Danusia wróciła do pracy bardzo szybko i przez pewien czas (może rok) funkcjonowaliśmy we troje, w zgranym – jak sądzę – zespole. Niezapomniany rok. Wtedy zrozumiałem w pełni, dlaczego Bronek zatrudnił Danusię. Powiem dosadnie: toutes proportions gardeés, premierowi Mazowieckiemu zabrakło przy boku kogoś takiego. Zresztą oni obydwoje, Danusia i Bronek, mieli to coś, co decyduje o powodzeniu lub klęsce przebudowy struktur służących państwu totalitarnemu na struktury służące państwu demokratycznemu. Wiedzieli, że nie należy nadmiernie polegać na zdaniu urzędników. Ani nadmiernie ufać utartym procedurom. Mieli rację. Ale Radio to był dopiero początek naszej znajomości.

 

Reklama

Zaprzyjaźniliśmy się, a potem okazało się, że na tej przyjaźni można polegać.

 

Krzyś, nasz syn, mając 15 lat doznał udaru mózgu. Stan ciężki, po tygodniu opieki w szpitalu najwyższej referencyjności, przeszedł w stan krytyczny. Powiedziano nam, żebyśmy się z Krzysiem żegnali, była niedziela rano, 9 stycznia 2005 roku – pamiętam po tylu latach i chyba nigdy nie zapomnę. Odrętwienie i głupie pytanie: „dlaczego?”.

 

Tymczasem Danusia już kilka dni wcześniej dotarła sobie wiadomymi ścieżkami do profesora Tomasza Trojanowskiego z Lublina. Była umówiona z nim w Lublinie na poniedziałek. W niedzielę Krzyś był umierający, jednak żegnając się wieczorem w szpitalu powiedzieliśmy: „jeśli nie umrze do rana, jedźcie!”.

Profesora wymyśliła Danusia!
Danuta Skóra z chrześniakiem Krzysiem

Danusia, jej mąż Zbyszek i moja siostra Elżbieta wyruszyli samochodem w poniedziałek wczesnym rankiem, nie wiedząc, czy ich misja jest ciągle celowa. My, czuwając od rana przy łóżku Krzysia widzieliśmy, jak ciśnienie tętnicze niebezpiecznie rosło, co pokazywało pośrednio, że niebezpiecznie rośnie ciśnienie wewnątrzczaszkowe (nie monitorowano go). Jego mózg był dramatycznie uciśnięty…

 

Około południa zadzwonił z Lublina Profesor: „Proszę Pana, ja myślę, że możemy dać chłopcu szansę, jeśli otworzymy czaszkę”. Lekarze krakowscy odradzali operację, my z Krysią nie mieliśmy cienia wątpliwości, że trzeba tę szansę, choćby najbardziej ulotną, wykorzystać.

 

Minęło dziewięć lat, Krzyś ma bardzo pod górkę, ale ma życie. I ma – Bogu dzięki – wolę walki. Wykorzystał wtedy i ciągle wykorzystuje szansę, którą dojrzał jako pierwszy Profesor. Ale Profesora wymyśliła Danusia.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite