Portret donosiciela

IPN to taka instytucja, gdzie co jakiś czas, ktoś wychodzi z czytelni, by nerwowo zapalić papierosa albo rzęsiście zakląć...

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Kiedy paru mądrych ludzi zaczyna wprowadzać w Kościele coś nowego – nowy styl duszpasterstwa, nowy język mówienia o Bogu – to od razu pojawiają się grupy chętne do korygowania, krytykowania tych zmian według własnych „słusznych” przekonań i działają z dużym zaangażowaniem, konsekwentnie do końca swojego pobytu na ziemi.

Tacy ochotnicy pojawiali się w historii i pojawiają nadal. Ile dobrych programów duszpasterskich tkwi w  rękach owych „kościelnych skrupulantów”, nie wiem. Ale wiem, jak z takimi osobnikami musieli męczyć się pierwsi akademiccy duszpasterze, z ks. Wojtyłą na czele.

Miałam okazję prześledzić w archiwach IPN historię wdrażania programu duszpasterstwa akademickiego w Polsce po drugiej wojnie światowej, przede wszystkim w oparciu o licznie zgromadzone w aktach dominikańskich donosy. Wczytywałam się w nie z różnymi emocjami, poszukując informacji na temat ojca Joachima Badeniego (współtwórcy programu duszpasterstw akademickich). Program ten był spisywany przez wiele lat przez członków komisji powołanej wtedy przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Uzupełniano go w oparciu o nowe doświadczenia, które zbierali charyzmatyczni zakonnicy, diecezjalni księża a także świeccy liderzy. Wszyscy wtedy poszukiwali sposobów docierania do ludzi młodych. Duszpasterze chodzili ze studentami na górskie wędrówki, palili ogniska na bieszczadzkich połoninach, organizowali spływy kajakowe i codziennie wychodzili poza stare mury Kościoła, który w tamtym czasie bardzo potrzebował ożywienia.

Kto nie zna zawartości teczek z donosami może myśleć, że był to czas, w którym Ci pierwsi duszpasterze byli wspierani przez cały Kościół. Tymczasem program wprowadzania zmian i większego angażowania świeckich w życie wspólnoty był pod stałą kontrolą władz, z którymi współpracowali „kościelni” donosiciele.

Portret donosiciela

A donosy sprowadzały na pierwszych akademickich duszpasterzy nie tylko stałą inwigilację SB, ale też zakaz opuszczania kraju. Dla przykładu: ojciec Badeni przez wiele lat nie otrzymywał paszportu na wyjazd do chorej matki mieszkającej w Szwecji.

Przeczytałam setki donosów z lat 60', 70' i 80-tych XX wieku i – poza tym, że wychodziłam nerwowo w czasie lektury, by rzęsiście zakląć – wypisywałam sobie słowa kluczowe, które nakreśliły mi portret donosiciela:

Tajność

Każdy donosiciel zabiegał o to, by nikt nie dowiedział się o jego działalności, a informacje, które przekazywał docierały wyłącznie do osób decyzyjnych, które mogłyby wpłynąć na zmianę danej sytuacji.

Skrupulatność

Praktycznie wśród donosicieli żaden nie deklarował tolerancji dla nowych inicjatyw w Kościele,  nawet, jeżeli była to msza akademicka czy rekolekcje. Te wydarzenia szczególnie przeszkadzały „przywiązanym” do tradycji zakonnikom czy osobom świeckim. Domagali się więc w donosach, by władza ludowa zrobiła porządek z tymi akademikami – czyli studentami. Każdy szmer na dominikańskich czy kurialnych krużgankach, był dla nich jak najcięższy grzech, który łamał świętą ciszę i burzył spokój pragnących pobożnie praktykować nabożeństwa. Nawet wosk na posadzce po rekolekcjach studenckich urastał w oczach donosicieli do rangi ogromnego nieszczęścia.

Powinność

„Powinno się zrobić… zakazać…” sugerował każdy donosiciel urzędnikowi, bądź funkcjonariuszowi. I ten zwrot powtarza się we wszystkich teczkach osób świeckich oraz duchownych.

Powaga (moje ulubione słowo), której często towarzyszyła też obawa.

Donosiciel w czasach PRL-u nie znosił studenckich dowcipów a wycieczki górskie, w których brali udział duszpasterze budziły obawę. Pierwsze koncerty chrześcijańskie?… – o zgrozo! Były zagrożeniem dla poważnego wizerunku Kościoła katolickiego!

Przez kilka lat krakowscy donosiciele skarżyli się też na brak powagi u duszpasterzy dominikańskich (o. Pawłowskiego i o. Badeniego), którzy pozwalali hipisom organizować tak zwane msze bitowe.

Oburzenie

Ostatnie na mojej kartce, ale daje mocny impuls donosicielowi do wygłaszania „najsłuszniejszych” przekonań na temat bliźnich oraz ich nowych projektów…

IPN to taka instytucja, gdzie co jakiś czas, ktoś wychodzi z czytelni, by nerwowo zapalić papierosa albo rzęsiście zakląć… Nie jest więc prosto dojść tam do dobrych wniosków. Jednak po wielu tygodniach lektury zdobyta wiedza i doświadczenie w badaniu dokumentów historycznych, pomagają nagle inaczej spojrzeć na to, co dzieje się w Kościele dzisiaj. A w tym nowym spojrzeniu jest i wiara, i strach.

Strach, bo pewni ludzi ciągle są wśród nas, wychowują nowe pokolenie, a kluczowe słowa są w stałym obiegu.

Wiara, bo liczba młodych ludzi zaangażowanych dzisiaj w duszpasterstwa w Kościele, jest większa niż liczba tych, którzy chcieli duszpasterstwa pogrążyć ze względu na swoje „słuszne” przekonania.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Judyta Syrek

Judyta Syrek

PR Manager i z-ca dyrektora portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Ma głowę pełną pomysłów i... anegdotek z zakonnikami w tle. Niekiedy mamy wrażenie, że za jej plecami widać cień śp. o. Joachima Badeniego OP, który nawet po śmierci wspiera ją w zmaganiach zawodowych i prywatnych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Dobry donos nie jest zły!

Donosy noszą na sobie piętno podłości, dlatego człowiek przyzwoity, gdy słyszy, że powinien komukolwiek na kogokolwiek donieść, czuje się niewygodnie.

Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Biorąc do ręki Biblię Tysiąclecia i czytając fragment Ewangelii św. Mateusza o upomnieniu braterskim natrafiamy na słowa, które budzą automatyczny opór. Otóż Pan Jezus pouczając swoich uczniów, jak mają wyglądać relacje w ich wspólnocie mówi:

„Gdy brat twój zgrzeszy <przeciw tobie>, idź i upomnij go w cztery oczy. (…) Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi!”.

Słysząc w tłumaczeniu Tysiąclatki słowa „donieś Kościołowi” możemy zobaczyć oczami wyobraźni szpiclów z czasów komunistycznych, którzy donosili do władz na swoich bliźnich. Czasami byli to tajni współpracownicy, czasami ludzie podlizujący się władzom, czasami tacy, którzy chcieli pognębić nielubianych sąsiadów czy kolegów.

Takie praktyki w czasach stalinowskich mogły kończyć się dla poszkodowanych wieloletnim więzieniem, a nawet śmiercią, a w czasach małej stabilizacji dotkliwymi uciążliwościami. Donosy noszą na sobie piętno podłości, dlatego człowiek przyzwoity, gdy słyszy, że powinien komukolwiek na kogokolwiek donieść, czuje się niewygodnie.

Wierząc i wiedząc, że Pan Jezus nigdy nie namawia do zła, spróbuję na przekór historycznym skojarzeniom, zdjąć z tego fragmentu negatywne odium.

Warto na początku zauważyć, że w oryginalnym, greckim tekście Ewangelii nie ma słowa „donieś” i inne tłumaczenia Biblii oddają to słowo w języku polskim jako „powiedz”. Ktoś mógłby stwierdzić, że „donieś”, „powiedz”, „naskarż”, „poinformuj”, są to tylko odcieniami znaczeniowymi, a istota jest ta sama: mówienie o kimś źle osobom, które mają nad nim jakąś władzę.

Dobry donos nie jest zły!

Sam stałem się adresatem takiego mówienia, gdy bracia wybrali mnie na swojego przeora, a co za tym idzie dostałem jakąś władzę w Kościele. Miałem wtedy okazję usłyszeć i przeczytać, co ludzie sądzą o kazaniach moich braci, o ich tekstach drukowanych, ich stylu duszpasterskim, a nawet o tym, jak spowiadają w konfesjonale. Dochodziło do mnie, co robią w wolnym czasie, z kim i jakie mają kontakty.

Zdarzyło mi się nawet przeczytać list do przeora pani, która skarżyła się na Pawła Kozackiego. Co ciekawe, to za co jedni chwalili któregoś z moich braci, inni go potępiali. Czasami dostawałem zwykłe paszkwile, a czasami dowiadywałem się o sprawach delikatnych, którymi ludzie dzielili się z prawdziwą troską. Musiałem zatem bardzo szybko nauczyć się selekcjonować i odróżniać informacje mające postać niewiele wartego donosu od tych, w których ktoś powierzał mi w zaufaniu informacje, licząc na pomoc.

Paszkwile – Anonimy

Gdybym miał podać kryteria, to do pierwszej grupy zaliczyłbym wszelkiej maści anonimy, które zawierały prawie wyłącznie inwektywy.

Jeśli z listu/maila/telefonu dowiadywałem się, jak okropny jest ten czy tamten dominikanin, jeśli autor wypowiedzi zwracał się do mnie w sposób agresywny i nie znoszący sprzeciwu, odwołujący się do tego, co powszechnie wiadomo, jeśli czułem, że chodziło raczej o wykrzyczenie swoich emocji, oburzenia, gniewu, frustracji, jeśli ktoś oczekiwał, że będę zakazywał, karał lub potępić wyrzucałem list do kosza lub starałem się zapomnieć o rozmowie.

Troska o człowieka

Na drugim biegunie postawiłbym ludzi, którzy poruszali bolesny temat, będąc wobec niego bezradni. Czasem opowiadali, jak próbowali rozmawiać z moim współbratem, jak dzielili się problemem w gronie zaufanych znajomych, a nie znajdując rozwiązania przychodzili do mnie. Tacy ludzie często pytali, prosili o wyjaśnienie jakiejś kwestii, zakładali, że nie wszystko wiedzą. W ich przypadku można było mówić o odpowiedzialności, chęci zaradzenia złu, które dostrzegali, trosce o konkretnego człowieka, który zbłądził. Liczyli oni, że ktoś mający większe możliwości podejmowania decyzji i działań może zrobić coś, czego oni nie potrafili albo nie mogli. Zdarzało się niejednokrotnie, że ich interwencja przynosiła dobre owoce.

Jak widać z powyżej naszkicowanych sytuacji trudno wszystkie doniesienia Kościołowi wrzucić do jednego worka, bowiem intencje i sposób mówienia czy pisania bardzo się różnią.  

Ten, do kogo takie głosy docierają powinien zawsze brać słowa Pana Jezusa za kryterium, dzięki któremu będzie rozróżniał ziarno od plew: zapytać, czy informator zwrócił komuś uwagę w cztery oczy i wyczuć, czy rzeczywiście zależy mu na pozyskaniu brata.

A co najważniejsze, informacja powinna być dla jej adresata tylko impulsem, by zainteresować się sprawą lub człowiekiem, a dopiero po zapoznaniu się ze sytuacją odpowiedzialnie podjąć działanie lub go zaniechać.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >