video-jav.net

Portret donosiciela

IPN to taka instytucja, gdzie co jakiś czas, ktoś wychodzi z czytelni, by nerwowo zapalić papierosa albo rzęsiście zakląć...

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedy paru mądrych ludzi zaczyna wprowadzać w Kościele coś nowego – nowy styl duszpasterstwa, nowy język mówienia o Bogu – to od razu pojawiają się grupy chętne do korygowania, krytykowania tych zmian według własnych „słusznych” przekonań i działają z dużym zaangażowaniem, konsekwentnie do końca swojego pobytu na ziemi.

Tacy ochotnicy pojawiali się w historii i pojawiają nadal. Ile dobrych programów duszpasterskich tkwi w  rękach owych „kościelnych skrupulantów”, nie wiem. Ale wiem, jak z takimi osobnikami musieli męczyć się pierwsi akademiccy duszpasterze, z ks. Wojtyłą na czele.

Miałam okazję prześledzić w archiwach IPN historię wdrażania programu duszpasterstwa akademickiego w Polsce po drugiej wojnie światowej, przede wszystkim w oparciu o licznie zgromadzone w aktach dominikańskich donosy. Wczytywałam się w nie z różnymi emocjami, poszukując informacji na temat ojca Joachima Badeniego (współtwórcy programu duszpasterstw akademickich). Program ten był spisywany przez wiele lat przez członków komisji powołanej wtedy przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Uzupełniano go w oparciu o nowe doświadczenia, które zbierali charyzmatyczni zakonnicy, diecezjalni księża a także świeccy liderzy. Wszyscy wtedy poszukiwali sposobów docierania do ludzi młodych. Duszpasterze chodzili ze studentami na górskie wędrówki, palili ogniska na bieszczadzkich połoninach, organizowali spływy kajakowe i codziennie wychodzili poza stare mury Kościoła, który w tamtym czasie bardzo potrzebował ożywienia.

Kto nie zna zawartości teczek z donosami może myśleć, że był to czas, w którym Ci pierwsi duszpasterze byli wspierani przez cały Kościół. Tymczasem program wprowadzania zmian i większego angażowania świeckich w życie wspólnoty był pod stałą kontrolą władz, z którymi współpracowali „kościelni” donosiciele.

Portret donosiciela

A donosy sprowadzały na pierwszych akademickich duszpasterzy nie tylko stałą inwigilację SB, ale też zakaz opuszczania kraju. Dla przykładu: ojciec Badeni przez wiele lat nie otrzymywał paszportu na wyjazd do chorej matki mieszkającej w Szwecji.

Przeczytałam setki donosów z lat 60′, 70′ i 80-tych XX wieku i – poza tym, że wychodziłam nerwowo w czasie lektury, by rzęsiście zakląć – wypisywałam sobie słowa kluczowe, które nakreśliły mi portret donosiciela:

Tajność

Każdy donosiciel zabiegał o to, by nikt nie dowiedział się o jego działalności, a informacje, które przekazywał docierały wyłącznie do osób decyzyjnych, które mogłyby wpłynąć na zmianę danej sytuacji.

Skrupulatność

Praktycznie wśród donosicieli żaden nie deklarował tolerancji dla nowych inicjatyw w Kościele,  nawet, jeżeli była to msza akademicka czy rekolekcje. Te wydarzenia szczególnie przeszkadzały „przywiązanym” do tradycji zakonnikom czy osobom świeckim. Domagali się więc w donosach, by władza ludowa zrobiła porządek z tymi akademikami – czyli studentami. Każdy szmer na dominikańskich czy kurialnych krużgankach, był dla nich jak najcięższy grzech, który łamał świętą ciszę i burzył spokój pragnących pobożnie praktykować nabożeństwa. Nawet wosk na posadzce po rekolekcjach studenckich urastał w oczach donosicieli do rangi ogromnego nieszczęścia.

Powinność

„Powinno się zrobić… zakazać…” sugerował każdy donosiciel urzędnikowi, bądź funkcjonariuszowi. I ten zwrot powtarza się we wszystkich teczkach osób świeckich oraz duchownych.

Powaga (moje ulubione słowo), której często towarzyszyła też obawa.

Donosiciel w czasach PRL-u nie znosił studenckich dowcipów a wycieczki górskie, w których brali udział duszpasterze budziły obawę. Pierwsze koncerty chrześcijańskie?… – o zgrozo! Były zagrożeniem dla poważnego wizerunku Kościoła katolickiego!

Przez kilka lat krakowscy donosiciele skarżyli się też na brak powagi u duszpasterzy dominikańskich (o. Pawłowskiego i o. Badeniego), którzy pozwalali hipisom organizować tak zwane msze bitowe.

Oburzenie

Ostatnie na mojej kartce, ale daje mocny impuls donosicielowi do wygłaszania „najsłuszniejszych” przekonań na temat bliźnich oraz ich nowych projektów…

IPN to taka instytucja, gdzie co jakiś czas, ktoś wychodzi z czytelni, by nerwowo zapalić papierosa albo rzęsiście zakląć… Nie jest więc prosto dojść tam do dobrych wniosków. Jednak po wielu tygodniach lektury zdobyta wiedza i doświadczenie w badaniu dokumentów historycznych, pomagają nagle inaczej spojrzeć na to, co dzieje się w Kościele dzisiaj. A w tym nowym spojrzeniu jest i wiara, i strach.

Strach, bo pewni ludzi ciągle są wśród nas, wychowują nowe pokolenie, a kluczowe słowa są w stałym obiegu.

Wiara, bo liczba młodych ludzi zaangażowanych dzisiaj w duszpasterstwa w Kościele, jest większa niż liczba tych, którzy chcieli duszpasterstwa pogrążyć ze względu na swoje „słuszne” przekonania.

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Niedzielne rytuały

Co się stało z wyczekiwaniem niedzieli jako „innego” dnia? Dziś po prostu czekamy na weekend, aby odetchnąć po ciężkim tygodniu.

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pamiętam z dzieciństwa rodzaj pozytywnego napięcia, który towarzyszył nadejściu niedzieli. Pamiętam też rytuał tego dnia. Dziadka golącego się przed poranną Mszą, „niedzielne” ubrania wyciągane z szafy, kobiety przed wejściem do wiejskiego kościoła zmieniające buty, bo przecież w tych, w których wędrowały po zakurzonych bądź zabłoconych (w zależności od aury) ścieżkach, na Mszę wejść nie wypadało. Po Mszy był świąteczny obiad, po nim spotkania z rodziną lub znajomymi. Niedziela z wczesnego dzieciństwa kojarzy mi się ciepło, radośnie i odświętnie. Te czasy, rytuały, zapewne wyidealizowane dziecięcym spojrzeniem, nie wrócą i nie ma się co nad tym rozczulać. Zastanawiam się jednak co się stało z wyczekiwaniem niedzieli jako „innego” dnia. Dziś po prostu czekamy na weekend, aby odetchnąć po ciężkim tygodniu, ale też aby załatwić wszystkie sprawy, na które po pracy nie starcza czasu, nadrobić różne domowe czy zawodowe zaległości.

Tak się składa, że dużą część mojej zawodowej pracy wykonuję w domu. Ma to swoje zalety, ale i wady. Do tych ostatnich należy niebezpieczeństwo zawłaszczania przez pracę czasu dla bliskich. Zapewne zdarza się i wam (piszę to z nadzieją, że nie jestem jedyny) zostawić coś na później. Przecież jest jeszcze trochę czasu. W końcu jednak okazuje się, że nadchodzi niedzielne popołudnie lub wieczór, a rzeczy, które muszą być zrobione na poniedziałek, nadal zrobione nie są. Po kolejnej takiej niedzieli przed następną zamiast pozytywnego napięcia pojawia się zniechęcenie. Nie mówiąc już o trosce o religijny wymiar tego dnia. Niedziela staje się wtedy pierwszym dniem tygodnia pracy. Co prawda jest ona pierwszym dniem tygodnia, ale Kościołowi, kiedy na świętowanie tego dnia się decydował, raczej nie o taką interpretację chodziło. Moja żona, która pracuje w podobnym zawodzie, również przynosi do domu pracę. Jest jednak ode mnie zdecydowanie lepiej zorganizowaną osobą, a przy tym niedzielnej pracy nie uznaje. Co więcej, skutecznie torpeduje wszelkie moje próby wykonywania jej w ten dzień, przypominając zasłyszane od znajomego żartobliwe powiedzenie: „Pamiętaj, w niedzielę praca w g…o się obraca”. Pobożni Żydzi w szabat nie mogą wykonywać 39 czynności, m.in. rozpalać ognia, sprzątać, podróżować na duże odległości, zdobywać pożywienia. Jezus też zachowywał szabat. Tępił co prawda u faryzeuszy przywiązanie do litery Prawa, ale w ten dzień również odpoczywał i chodził do synagogi.

Niedziela szabatem nie jest, ale być może warto postanowić sobie, że w ten dzień pewne rzeczy sobie odpuścimy. Może łatwiej nam będzie wtedy odnaleźć prawdziwy sens tego dnia.

Niedziela to nie tylko „nie-działanie”. „Od uczniów Chrystusa oczekuje się – pisał Jan Paweł II – by nie mylili świętowania niedzieli, które powinno być prawdziwym uświęceniem dnia Pańskiego, z «zakończeniem tygodnia», rozumianym zasadniczo jako czas odpoczynku i rozrywki”.

Niedzielne rytuały

Chciałbym, aby moi kilkuletni synowie, tak jak ja w ich wieku, z niecierpliwością oczekiwali niedzieli, wspólnego wyjścia na Mszę, czasu spędzonego razem. W tygodniu trudno nieraz znaleźć czas na wspólne rodzinne wyjście, w niedzielę jest to możliwe. Staramy się więc z wszelkimi domowymi pracami, porządkami i zakupami uporać w sobotę, by uwolnić niedzielę od pośpiechu, od nerwów, od niepotrzebnego spinania się, żeby z czymś lub gdzieś zdążyć. Śpieszymy się przecież cały tydzień.

W niedzielę mamy dzięki temu więcej czasu na to, by znaleźć choć część odpowiedzi na pytania mojego pięciolatka typu: jakie auto jedzie szybciej na szutrze, a jakie na asfalcie, jak długa jest szczęka wieloryba i gdzie dokładnie przebiega granica między oceanami…

Jest czas na męskie zapasy na podłodze i na czytanie książek. Jest też czas, żeby bez pośpiechu wybrać się do kościoła. Żeby siąść kilka minut przed Mszą w ławce i pooglądać figurki aniołów czy świętych, żeby powiedzieć, o czym dziś ksiądz będzie czytał na Mszy. Nie zawsze wszystko wychodzi, ale wiem, że warto się starać.

Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >