Fot. Stacja7/Canva
Małżeństwo z dziećmi na końcu kolejki po kredyt mieszkaniowy
Dlaczego państwo z taką energią zajmuje się regulowaniem kolejnych form relacji między dorosłymi ludźmi, a jednocześnie nie rozwiązuje problemów rodzin, które wychowują dzieci?
Prezydent zawetował ustawę o statusie osoby najbliższej. Można dyskutować, czy była potrzebna. Można spierać się o jej zakres i konsekwencje. Moim zdaniem rozwiązania w niej zawarte po raz kolejny godziły w stabilność polskich rodzin. Pisałam już o tym wcześniej: >>> Związek Smart, czy Premium? Czyli, jak się ma związek partnerski do małżeńskiego
Nie ten jednak temat chciałam tu poruszyć. Prace nad tą ustawą, dyskusje o jej projekcie, a następnie cały proces legislacyjny, uświadomiły mi, jak bardzo źle rozkładamy akcenty w ustawach dotyczących rodziny, małżeństwa i w końcu stabilności państwa. Państwa, które bądź co bądź opiera się na ludziach, którzy tu się rodzą, wychowują, uczą, pracują i żyją.
Dlaczego państwo z taką energią zajmuje się regulowaniem kolejnych form relacji między dorosłymi ludźmi, a jednocześnie nie rozwiązuje się problemów rodzin, które wychowują dzieci? Bo prawdziwy dramat wielu młodych małżeństw nie polega na braku odpowiednich przepisów dotyczących statusu partnera. Polega na tym, że małżeństwo mając troje lub czworo dzieci nie ma praktycznie szans np. na kredyt mieszkaniowy. A już na pewno nie ma szans na podobne warunki, jak osoba bezdzietna.
Im więcej dzieci, tym mniejsza zdolność
Pracujące małżeństwo ma stałe dochody, płaci podatki, zbiera pieniądze na cele mieszkaniowe i w tym czasie rodzą się dzieci – robi więc dokładnie to, czego należy oczekiwać od odpowiedzialnych obywateli. Kiedy jednak przychodzi do zakupu mieszkania, okazuje się, że liczba dzieci staje się finansowym obciążeniem. Bank, oceniając zdolność kredytową, uwzględnia koszty utrzymania całej rodziny. Im więcej dzieci, tym mniejsza zdolność kredytowa.
Przeczytaj również
Efekt? Singiel o takich samych dochodach może pożyczyć więcej pieniędzy niż małżeństwo wychowujące kilkoro dzieci. Co więcej, może przeznaczyć mniejszą część swoich oszczędności na wkład własny, a resztę spokojnie wykorzystać na wykończenie mieszkania. Tymczasem dla niektórych rodzin zebranie nawet 20-procentowego wkładu własnego jest progiem, którego nigdy nie będą w stanie osiągnąć.
Niektóre banki nie wliczają już nawet do zdolności kredytowej małżeństwa środków z „800+”, choć jako wsparcie od państwa powinno być ono przecież jednym z najbardziej stabilnych dodatków do budżetu rodziny.
ZOBACZ TAKŻE >>> Zostawcie aborcję. Zadbajcie dla odmiany o matki Polki
Rodzina na przegranej pozycji
Oczywiście banki kierują się oceną ryzyka i obowiązującymi regulacjami. Trudno mieć pretensje do prywatnych instytucji finansowych, że liczą wszystko tak, aby zarobić. Skoro jednak wszyscy mówimy od lat o katastrofie demograficznej, to skąd ta nierówność? Dlaczego zajmujemy się tematami typu legalizacja różnych form związków, zamiast wzmacnianiem stabilności gospodarki poprzez mądre inwestowanie państwa w rodziny?
Dlaczego rodzina wychowująca przyszłych podatników, pracowników i obywateli ma gorszy dostęp do tak podstawowego dobra, jakim jest własne mieszkanie?
Od lat słyszymy alarmujące dane demograficzne. Powstają strategie, programy, konferencje i raporty. Politycy wszystkich opcji zgodnie mówią o potrzebie wspierania rodzin. Tymczasem młodzi rodzice zderzają się z rzeczywistością, w której każde kolejne dziecko oznacza coraz mniejszą szansę na własny dach nad głową.
Jeżeli każdego roku rodzi się coraz mniej dzieci, jeżeli młodzi ludzie odkładają decyzję o rodzicielstwie z powodów ekonomicznych, jeżeli brak mieszkań jest jedną z najczęściej wskazywanych przyczyn rezygnacji z powiększenia rodziny, to może właśnie tutaj powinien koncentrować się wysiłek ustawodawcy. Nie na tworzeniu kolejnych definicji relacji między dorosłymi. Ale na tym, by rodzina wychowująca dzieci nie była finansowo na przegranej pozycji już na starcie.
Wyobrażam sobie rozwiązania, które nie naruszają zasad ostrożności banków: państwowe gwarancje kredytów rodzin wielodzietnych, inny sposób obliczania zdolności kredytowej dla rodzin z dziećmi, odliczenia podatkowe, dopłaty do wkładu własnego czy system poręczeń uzależniony od liczby wychowywanych dzieci.
Dzieci jako dobro wspólne
Drodzy posłowie, jeśli naprawdę wierzymy, że dzieci są dobrem wspólnym, zróbmy coś, by nie pogłębiać tych nierówności społecznych.
Dziś ludzie młodzi decydujący się na troje lub czworo dzieci są herosami. Budują przyszłość dla nas wszystkich, a jednocześnie – jeśli chodzi o koszty tej budowy – są zostawieni sami sobie. Trudno nie odczuć dyskomfortu i nierówności społecznej, a ja powiedziałabym wręcz – nienormalności, kiedy patrzy się na kolegę singla z rasowym zwierzęciem u boku, który otrzymuje kredyt na apartament w centrum miasta, podczas gdy jego kolega mający rodzinę wyprowadza się z tegoż miasta, ponieważ nie jest w stanie opłacić nawet najmu mieszkania, by w miarę godnie wyżywić rodzinę.
I nie mówię tu o grupie osób korzystających z opieki społecznej. Mówię o ludziach po studiach, z dobrą pracą, z ambicjami, uczciwie płacących podatki, pracowitych i świadomych odpowiedzialności za Polskę. Może dla odmiany warto byłoby ich jakoś wspomóc, zamiast dyskryminować za to, że zdecydowali się mieć dzieci? To oni własnym kosztem próbują nas ratować przed katastrofą demograficzną.
Wcale nie są odosobnione głosy, że ludzie, którzy decydują się na dzieci i jeszcze próbują wziąć kredyt, są nieodpowiedzialni. Że Jak można świadomie zakładać sobie na szyję taką pętlę i brać na siebie tyle zobowiązań?
Spada nie tylko finansowy, ale i społeczny status rodzin. Powoli zaczynają one funkcjonować w świadomości części ludzi jako środowisko gorszej kategorii. Czy naprawdę próbujemy zrobić coś z demografią i polityką prorodzinną, czy tylko udajemy, powtarzając chwytliwe hasła?
Puste deklaracje o demografii
Myślę, że poradzimy sobie bez ujmowania różnego rodzaju związków w odrębne nazwy i formy prawne. Nie poradzimy sobie jednak bez rodzin wychowujących kolejne pokolenia.
Obecnie jedna piąta osób żyjących w Polsce ma ponad 65 lat i ten odsetek cały czas rośnie. Natomiast maleje odsetek dzieci w naszej populacji. Jeśli państwo będzie zachęcać ludzi do tworzenia różnego rodzaju nieformalnych związków, a zapomni o rodzinach zmagających się każdego dnia z trudnościami – źle się to skończy dla nas wszystkich.
Na razie wszystkie deklaracje o trosce o demografię pozostają tylko pustymi deklaracjami.










