Ile czasu trzeba żeby stracić wiarę?

Ile czasu potrzebujemy żeby stracić wiarę? – Dwustu sześćdziesięciu lat? Sześćdziesięciu? Może czterdziestu pięciu? – Albo może siedemdziesięciu pięciu dni?

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ile czasu trzeba żeby stracić wiarę?
Ile czasu potrzebujemy żeby stracić wiarę? – Dwustu sześćdziesięciu lat? Sześćdziesięciu? Może czterdziestu pięciu? – Albo może siedemdziesięciu pięciu dni?

Pytanie nie jest wzięte “z sufitu”, ostatnio słyszymy je często, wypowiadają je z niepokojem księża i świeccy, ale oni mówią o dwóch i pół miesiącach i wiążą to, rzecz jasna, z epidemią koronawirusa i czasem, gdy katolicy otrzymali dyspensę od uczestniczenia w niedzielnej Mszy św. i przeniesienia życia wiary z realu do wirtualu. Katolicy uczestniczyli więc w transmitowanych Mszach św., rekolekcjach i konferencjach i jak to u nas bywa, dzięki wielkiej kreatywności – powstało mnóstwo możliwości, w końcu można było się modlić nie tylko ze swoim biskupem w katedrze, ale nawet Ojcem Świętym w Rzymie. Oraz we własnej parafii, bo liczne parafie zaczęły transmitować Eucharystię online.

Ale w miarę upływu czasu, po efekcie nowości i oswojeniu się z nadzwyczajnymi okolicznościami, powstało pytanie, podszyte niepokojem: A jeśli ta sytuacja wpłynie na zobojętnienie, jeśli wierni nie wrócą do kościołów? Czy wrócą? Później, gdy zwiększył się dozwolony limit wiernych, którzy mogli uczestniczyć w nabożeństwach, nastąpiły sprawozdania: ludzi na Mszach św. było mniej niż zwykle, czy wszyscy wrócą?

Muszę przyznać: nie rozumiem tego niepokoju. Bo jeśli ktoś „odpadł”, jaka jest lub była jego wiara, której wystarczy siedemdziesiąt pięć dni żeby oziębła, zniknęła, wyparowała bez śladu? Co trzymało tę osobę przy kościele/Kościele? – Przyzwyczajenie? Tradycja? Inercja? Jak przeżyła czas izolacji? Tęskniła za Eucharystią, Komunią św., spowiedzią? A teraz już wie, że może aż nie tak bardzo… i odejdzie?

Czy epidemia nie stała się też czasem odsiewania? To smutne, ale mój smutek pomieszany jest ze spokojem. Bo wiem, że zachowanie wiary nie zależy jedynie od jej praktykowania w kościele.

Odejdą. To bardzo smutne, bo tracą to, co najcenniejsze. Ale czy wobec tego epidemia nie stała się też czasem odsiewania? To smutne, ale mój smutek pomieszany jest ze spokojem. Bo wiem, że zachowanie wiary nie zależy jedynie od jej praktykowania w kościele. I mówię to z pełną świadomością, bo wychowałam się w Bułgarii i spotkałam tam zbyt wielu katolików, którzy dziesiątki lat nie mieli nie tylko transmisji Mszy św. (co to byłaby dla nich za radość!), ale nie mieli niczego – katechezy, księży, modlitewników. Byli mordowani, a gdy reżim złagodniał, byli bici, nie dawano im pracy, byli inwigilowani, a ich dzieci nie miały dostępu do wyższych uczelni. A oni trwali. Modlili się w domach, rodzice, ale zwłaszcza babki, uczyli dzieci pacierza, uczestniczyli w tajnych Mszach św., dzieci posyłali do Komunii, choć było to bardzo ryzykowne, młodzież była “oczkiem w głowie” partyjnych ideologów. I tak dzień po dniu, przez długich czterdzieści pięć lat.

Myślę też o zesłanych na Syberię Polakach, ci mieli jeszcze gorzej, bo nieraz całe dziesięciolecia nie mieli nawet “nielegalnych” Eucharystii, a mimo to modlili się, śpiewali pieśni, w niedzielę i święta zbierali się po domach i odczytywali teksty Mszy św., czytali śmiertelnie wytarte karty modlitewników.

A katolicy japońscy? Przechowali wiarę przez dwieście sześćdziesiąt lat, znieśli potworne prześladowania, tortury, męczeństwo. Modlili się, chrzcili dzieci i wpatrując się w morze, bo większość z nich mieszkała na wyspach, śpiewali pieśń o okręcie papieża, który kiedyś przypłynie, a będzie miał znak Maryi na rufie… I wtedy skończą się prześladowania i nie będą musieli się ukrywać i będą mieli Msze św. Gdy papież Franciszek był w Japonii stwierdził, że japońscy katolicy przechowali wiarę dzięki osobistej więzi z Jezusem.

 

 

W czasie izolacji zdarzały się rzeczy niezwykłe. Spowiedzi po dekadach, błagania o Komunię św. Ten czas dla wielu był odkryciem, jakim skarbem są sakramenty, wspólnota wiary.

I jest to sprawa kluczowa – osobista więź z Jezusem.

Od tego wszystko zależy. Jest – czy jej nie ma? Bo jeśli jest – zniesie wszystko. Jeśli zaś nie – wystarczy siedemdziesiąt pięć dni. I wielu być może odejdzie, niczym bogaty młodzieniec, który miał w zanadrzu alternatywne scenariusze, przywiązania i tyle atrakcji. Być może, to bardzo prawdopodobne, spadnie liczba praktykujących. Patrzę na to ze smutkiem… i spokojem.

Znajomy ksiądz opowiadał, że w czasie izolacji zdarzały się rzeczy niezwykłe. Spowiedzi po dekadach, błagania o Komunię św. Ten czas dla wielu był odkryciem, jakim skarbem są sakramenty, wspólnota wiary. Tym ludziom łatwiej byłoby zrozumieć japońskich czy bułgarskich braci i lepiej docenić to, co zazwyczaj jest na wyciągnięcie ręki. I ci ludzie zostaną, a przed nimi jest wiele zadań. Nie wierzę, że czeka nas scenariusz, opisany w “Opcji Benedykta” Roda Drehera, który jakoś godzi się z faktem zalewu powszechnego pogaństwa, a wobec tego postuluje budowę małych wspólnot wiary, które kiedyś znowu staną się zaczynem odnowy naszej cywilizacji.

Może trochę rozpieścił Pan Bóg, nas, katolików w Polsce, bo nawet za głębokiej komuny mieliśmy dostęp do sakramentów, może to nas rozleniwiło, zwolniło z osobistego wysiłku?

Nie jestem zwolenniczką kapitulacji i pogodzenia się z taką wizją przyszłości. Ta mniej liczna grupa owszem, ma budować małe wspólnoty, ale także wychodzić na zewnątrz – ma wpływać na rodziny, edukację, uniwersytety, kształtowanie prawa, walczyć o życie i nie oddawać instytucji walkowerem, bo instytucje są ważne. Ale nade wszystko najważniejsze są: modlitwa i dawanie świadectwa nawet wtedy, gdy jest to bardzo pod prąd. I jeszcze jedno ważne zadanie – ta grupa ma być depozytariuszem Adresu. W oczekiwaniu na tych, którzy zechcą wrócić i zapytają o drogę. Przypominam sobie spotkanie z rumuńskim księdzem katolickim obrządku wschodniego, Matheim Boilą (gdy komuniści go uwięzili, kopał rozmaite kanały pod Dunajem kilkanaście lat). Mój rozmówca opowiadał, że gdy rozpoczął się bunt Rumunów w 1989 r., na głównym placu w Timiszoarze zebrali się młodzi ludzie, była milicja, która zaczęła strzelać do demonstrantów, zginęło około sześćdziesięciu osób, narastał strach i obawa o życie i ci ludzie spontanicznie zaczęli klękać i… nie wiedzieli co mówić. Był wśród nich także syn o. Mathei z przyjaciółmi i ci przyjaciele, wiedząc, że jest synem księdza, zaczęli krzyczeć: Tudor, co mamy mówić? Naucz nas! – A chłopak zaczął odmawiać “Ojcze nasz” i wszyscy dookoła wraz z nim, choć pierwszy raz słyszeli te słowa. Właśnie o to chodzi z tym Adresem – o szukających domu lub powracających – żeby wiedzieli, do kogo można się udać i pytać o drogę i dostać precyzyjne wskazówki.

Ufam, że w tak dramatycznych okolicznościach jak Japończycy czy Polacy na zesłaniu, nigdy się nie znajdziemy. Może trochę rozpieścił Pan Bóg, nas, katolików w Polsce, bo nawet za głębokiej komuny mieliśmy dostęp do sakramentów, może to nas rozleniwiło, zwolniło z osobistego wysiłku? Może stąd w nas tyle strachu i tak mało ufności, wiary w zwycięstwo Chrystusa?

Osobista więź z Jezusem. Dzięki niej wiara trwa. Mimo okoliczności zewnętrznych. Nie tylko dwa i pół miesiąca, ale dwa i pół roku, dwieście sześćdziesiąt lat, całą wieczność… A to wymaga osobistego wysiłku.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
FELIETONY

Komu jest potrzebna beatyfikacja?

Wyniesienie na ołtarze nie zmienia nic w niebiańskiej sytuacji nowego błogosławionego! To nie jest tak, że po uroczystości przesiądzie się w Niebie na wygodniejsze krzesło, albo – jak napisał jeden z internautów – dostanie +10 punktów w niebiańskich kartach mocy.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Komu jest potrzebna beatyfikacja?
Wyniesienie na ołtarze nie zmienia nic w niebiańskiej sytuacji nowego błogosławionego! To nie jest tak, że po uroczystości przesiądzie się w Niebie na wygodniejsze krzesło, albo – jak napisał jeden z internautów – dostanie +10 punktów w niebiańskich kartach mocy.

Nie minęło jeszcze pół godziny od zakończenia briefingu prasowego, podczas którego kard. Kazimierz Nycz ogłosił decyzję o bezterminowym przesunięciu beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia, a już polscy katolicy zdążyli się pokłócić o zasadność tej decyzji. Z jednej strony to dobrze – przelewające się przez internet dyskusje pokazują, że sprawy Kościoła są dla wielu ludzi ważne, a podejmowane decyzje nie są im obojętne. Z drugiej – szkoda, że nawet wokół tego, który tak bardzo chciał zjednoczenia Polaków, muszą pojawiać się spory.

Pytanie, które nasuwa mi się od razu, brzmi: czy to naprawdę tak ważna w swoich skutkach decyzja? Owszem, nie będzie beatyfikacji 7 czerwca. Ale nie znaczy to, że uroczystość w ogóle się nie odbędzie, że pojawiły się jakieś nowe okoliczności związane z osobą samego Prymasa. Inaczej rzecz się miała w przypadku odłożenia beatyfikacji abp. Fultona Sheena – tam wyszły na jaw fakty, które domagały się głębszego zbadania, aby w przyszłości nikt nie mógł zarzucić Kościołowi podjęcia niewłaściwej decyzji. W przypadku kard. Wyszyńskiego problem sprowadza się tylko do możliwości zorganizowania publicznej uroczystości z udziałem papieskiego legata i wielu wiernych.

I właśnie o tę publiczną uroczystość toczy się najzacieklejszy spór. Bo czy można było przeprowadzić beatyfikację bez udziału wiernych? Tak, można. Do tej ceremonii nie jest wymagana obecność ludu. Legata ustanawia sam papież – w przypadku zamkniętych granic mógłby nim zostać kard. Nycz albo inny członek polskiego episkopatu.

Uroczysta beatyfikacja jest ogłoszeniem ludowi faktu, który już zaistniał, a Kościół tylko go potwierdza: dana osoba jest zbawiona.

Ale wydaje mi się, że w tym toku myślenia umyka jeden wątek. Beatyfikacja jest właśnie dla wiernych. Wyniesienie na ołtarze nie zmienia nic w niebiańskiej sytuacji nowego błogosławionego! To nie jest tak, że po uroczystości przesiądzie się w Niebie na wygodniejsze krzesło, albo – jak napisał jeden z internautów – dostanie +10 punktów w niebiańskich kartach mocy. Przecież on już nie może „bardziej być w Niebie”! Uroczysta beatyfikacja jest ogłoszeniem ludowi faktu, który już zaistniał, a Kościół tylko go potwierdza: dana osoba jest zbawiona. To się już stało. Proces beatyfikacyjny ma na celu jak najdokładniej zbadać życie, a cud niejako jest „pieczęcią z Góry”, która daje Kościołowi ostateczne potwierdzenie, wyrażone potem w uroczystości. Ale dla samego kandydata to, czy na ziemi nosi tytuł sługi Bożego, czy błogosławionego albo świętego, nie robi różnicy. Można się za jego wstawiennictwem modlić i wypraszać łaski. Owszem, nie można oddawać mu publicznego kultu, ale można modlić się indywidualnie, wcale nie mniej skutecznie. W końcu cud, potrzebny do wyniesienia na ołtarze, jest zawsze wymodlony właśnie przed oficjalną beatyfikacją…

Właśnie dziś, kiedy od tygodni zamknięci w domach coraz boleśniej doświadczamy skutków izolacji, potrzebujemy przekonać się, że nie jesteśmy pojedynczymi elektronami, krążącymi we wszechświecie, ale jesteśmy jednością.

Niektórzy krytycy przesunięcia beatyfikacji przywołują Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego, podczas których prymasowski tron pozostawał pusty – kardynał był wtedy więziony w Komańczy. „Może tamtą uroczystość też trzeba było odłożyć?” – pytają. Jest tylko jedna różnica. Podczas uroczystości nie było Prymasa, ale byli wierni, których nieprzebrany tłum zalał jasnogórski szczyt. Było poczucie jedności, które teraz jest nam tak bardzo potrzebne. Bo właśnie dziś, kiedy od tygodni zamknięci w domach coraz boleśniej doświadczamy skutków izolacji, potrzebujemy przekonać się, że nie jesteśmy pojedynczymi elektronami, krążącymi we wszechświecie, ale jesteśmy jednością. I ta fizyczna bliskość, stanie w tłumie ludzi z całej Polski i znoszenie niewygód, ścisku, tłoku, albo widok morza ludzkich głów na ekranie telewizora, jest potrzebne, żebyśmy na nowo przypomnieli sobie, że słowo Kościół – greckie ecclesia – oznacza „zwołanie”.

Prymas Wyszyński potrafił czekać. Trzy lata uwięzienia było jednym wielkim czekaniem, aż znowu będzie mógł chwycić ster Kościoła w swoje ręce. Ale to czekanie nie było bezczynnością, przeciwnie – gdyby nie lata w Stoczku, Prudniku i Komańczy, prawdopodobnie nie byłoby Wielkiej Nowenny czy Jasnogórskich Ślubów Narodu. Teraz nam pozostaje czekać na beatyfikację Prymasa Tysiąclecia. Czy to czekanie wykorzystamy na bliższe poznanie jego samego i tego, co nam zostawił?

 

Tekst opublikowany na blogowni Stacji7.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap