Szczęście za dychę

Wielu wrażliwych, dobrych ludzi, słysząc o biedzie, samotności, chorobach, wpada w paraliż: nie wiedzą co i jak mogliby zrobić, żeby sumę tego cierpienia zmniejszyć. A zresztą: czy to ma sens, skoro nieszczęście to hydra – odcinasz jej głowę, a ona natychmiast odrasta w innym miejscu?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >
Szczęście za dychę

fot. Mateusz Hołownia

Parę tygodni temu założyłem Fundację Kasisi. Bo sam nie dałbym rady zrobić tego, co zrobić trzeba. I dlatego, że nie chcę robić tego sam.

Pokusa niespełnionego mesjasza – nie mogę naprawić wszystkiego, więc nie naprawię nic.

Na niej „wykłada“ się wpadając w bierność mnóstwo dobrych ludzi i ich szczerych chęci pomocy. Przerobiłem to na własnej skórze.

Dziś już wiem, że robotę najlepiej zacząć nie od końca, a od początku. Zidentyfikować, znaleźć „swój“ mały kawałek świata i spróbować dać mu wszystko, co można dać – wsparcie, siłę, miłość, szansę, zdrowie.

Nie uzależniać od siebie, ale umożliwić rozwój, dzięki któremu zacznie promieniować na swoje środowisko, mnożyć światło którym ktoś się z nim podzielił.  

Od kilku lat takim „moim“ miejscem jest Dom Dziecka Kasisi prowadzony w Zambii przez Siostry Służebniczki Maryi Niepokalanej z polskiej Starej Wsi.

1/7
Naturalnemu klonowaniu - TAK! Dwa cuda - Jańcia i Marysia, fot. Mateusz Hołownia
2/7
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
3/7
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
4/7
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
5/7
Siostra Mariola, Agnes i Memo
Siostra Mariola, Agnes i Memo
6/7
fot. Mateusz Hołownia
7/7
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
poprzednie
następne

Obecnie jest tu około 250. dzieciaków, część z nich ma HIV, część ma już AIDS, gruźlicę, anemię, grzybice etc. etc. Część jest całkiem zdrowa i jedyne, czego potrzebuje to miłości i wsparcia.

Dzieciaki mają zapewnione nie tylko jedzenie, dach nad głową, lekarstwa, ale też opłaconą szkołę, wszystkie niezbędne zabiegi, a gdy dorosną – pomoc w znalezieniu pracy.

O Kasisi i o bohaterstwie prowadzących je Sióstr, o konkretnych twarzach i losach, które tu spotykam pisałem, mówiłem, będę mówił jeszcze wiele.

Kasisi to nie umieralnia, to miejsce kipiące życiem i szczęściem, szczęśliwa wspólnota sióstr i szczęśliwe dzieci. Nie zawsze zdrowe, prawie zawsze pod finansową kreską, ale promieniujące takim szczęściem, że absolutnie każdy kto tu przyjeżdża, myśli tylko o tym, kiedy będzie mógł tu wrócić.

Przyjeżdżam tu dostatecznie długo, by mieć pewność, że każdy cent jest tu wydany optymalnie. Odpowiada mi filozofia tego miejsca – naśladowanie Angeliny Jolie, wykorzenianie dzieci z ich afrykańskiego domu przez adopcje do zachodnich rajów do niczego nie prowadzi.

Zamiast fundować im traumę bycia emigrantem, trzeba zrobić wszystko by tu gdzie jest stał się mądrym, wrażliwym, kochającym człowiekiem, który będzie zmieniał swój kraj tak, by nieszczęścia było w nim coraz mniej. W ten sposób „kapitał“ który weń zainwestujemy będzie procentował o wiele dłużej niż w życiu jednego pokolenia.

Szczęście za dychę

fot. Mateusz Hołownia

Wolontariusze robią co mogą, ja robię co mogę – dołożyłem się do remontu naszej minikliniki, House of Hope, kupiłem trochę medycznego sprzętu (inkubator, szpitalne łóżka), jezuici podarowali lab. do badania krwi, Fundacja Studnia Nadziei dała pieniądze na wymianę wodociągu, grupa przyjaciół z Wielkiej Brytanii zbiera pieniądze na podgrzewające wodę panele. Wyliczankę można by ciągnąć długo.

Fundacja jest po to, by zaprosić Państwa, byście się w to włączyli. Byście przekonali się, że poświęcenie, zauważanie potrzeb innych nie musi wymagać niewiadomo jakich wyrzeczeń.

Będziemy uruchamiali różne projekty (musimy wyremontować dach, musimy kupić ambulans, żeby można było wozić, czasem koszmarnie obolałe, dzieciaki do odległego o 40 km szpitala w godnych warunkach; ktoś będzie mógł kupić kierownicę, ktoś inny koło, ktoś klakson).

Najważniejsze będzie jednak dla nas codzienne, małe wsparcie. Mówiąc wprost – gdy nie będziemy musieli martwić się o stały dopływ pieniędzy na jedzenie dla 250. małych i większych żarłoków, będziemy w stanie sensowniej zarządzać większymi potrzebami.

1/6
fot. Mateusz Hołownia
2/6
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
3/6
fot. Mateusz Hołownia
4/6
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
5/6
fot. Mateusz Hołownia
6/6
fot. Mateusz Hołownia
fot. Mateusz Hołownia
poprzednie
następne

Podstawą naszego działania chcemy uczynić modlitewny i finansowy „crowdfunding”. Nie prosić bogatych o dużo (bo już wiem, że i tak nie dadzą), prosić wielu o niewiele.

Zlecenie stałe na dziesięć (jak kogoś stać – dwadzieścia czy pięćdziesiąt) złotych miesięcznie to wszystko czego potrzeba nam do szczęścia.

Od tych, którzy wierzą nie oczekujemy wielkich nowenn i samobiczowań, prosimy o dziesiątkę różańca dziennie za dzieciaki i za Siostry.

Skoro w Internecie ludzie są w stanie zebrać milion dolarów na projekt kosmicznej hulajnogi, może nam uda się zebrać tych kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie na to by konkretny człowiek, znany wam z imienia i nazwiska, miał czas przyszły.

Skoro wiara wielkości ziarenka przenosi góry, to może kilka tysięcy ziarenek sprawi, że choć trzeba jej Siostrom coraz więcej, bo coraz więcej jest dzieciaków – nigdy nie zabraknie siły.

Ten świat został tak urządzony, że każdy ma coś, ale nikt nie ma wszystkiego. Dzieciaki z Kasisi nie potrzebują litości. Wy podzielicie się z nimi tym, co macie, one podzielą się z Wami.

Na stronie fundacji, którą mam nadzieję odpalimy za jakiś miesiąc, będą opowiadały o Zambii, o swojej szkole, o życiu w Kasisi, pokażą obrazy które malują, zaproszą do sklepiku z pamiątkami, założą videobloga.

A my będziemy na bieżąco informować, co w Kasisi się dzieje. Pamiętając, że naszą rolą jest pomoc, to Siostry na miejscu wiedzą najlepiej czego potrzeba ich podopiecznym. Nie wolno im przeszkadzać w robocie naszymi złotymi radami, dar to dar – my dajemy i na tym nasza rola się kończy. Mamy do nich zaufanie, że wykorzystają to jak najlepiej.

Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – wielkie sprawy zaczynają się od małych rzeczy.

Pomaganie zaś to nie męka wyrzeczenia, a szczęście płynące z tego, że zyskuje się kompletnie nowy świat. Ja już w niego wsiąkłem, teraz kolej na Was.

A jeśli ktoś jeszcze myśli sobie – i co z tego, że dam tę dychę, co to zmieni – niech wpada do Kasisi, albo na stację7, lub na stronę fundacji. Pokażę mu młodych ludzi, którzy powiedzą: dałeś dziesiątkę różańca i dziesięć złotych, a zmieniłeś w moim życiu wszystko.

Zapraszmy na profil Fundacji Kasisi na Facebooku.

Nr naszego konta: 48109018830000000121013122


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Apostoła potrzebuję od zaraz

Od dwóch tysięcy lat potrzeba nam w Kościele tego samego – namaszczonego Duchem człowieka, który ogłosi nam Chrystusa tak, że chorzy będą zdrowieć, złe duchy uciekać gdzie pieprz rośnie, który będzie mówił tak, że każdy zdumiony odkryje, że mówi w jego własnym języku. Idealizm?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Apostoła potrzebuję od zaraz

Od kilku dni siedzę w moim afrykańskim domu, gdzie łączę się w bólu z tymi, którzy cierpią z powodu zbliżającej się zimy (wieczorem i rano temperatura spada do dziesięciu stopni, na szczęście w dzień wciąż jest trzydzieści).

Dziś na śniadaniu był przełożony tutejszej jezuickiej misji, który odprawiał ranną mszę dla dzieciaków. W każdy weekend on i jego współpracownicy oprócz dwóch mszy na miejscu objeżdżają dwadzieścia dziewięć „outstations”, kaplic w buszu, jedynych okien na wiarę dla mieszkających tam ludzi.

Jezuitów jest tu tylko kilku, nie są więc rzecz jasna w stanie „obrobić“ wszystkich kaplic, każda z nich może więc liczyć na mszę świętą mniej więcej raz w miesiącu.

Gdy tu, w Kasisi, akurat jest pielęgniarka, wybiera się z księdzem, robi opatrunki, podaje leki, wyłapuje tych, którzy natychmiast potrzebują lekarza. Czasem ojcowie zabierają do buszu jakieś jedzenie. Dwadzieścia dziewięć to nie żaden rekord, jedna z jezuickich misji na północy obsługuje blisko pięćdziesiąt takich punktów.

Jezuita, pracujący tu od kilkudziesięciu lat, wyjaśnia mi, czym różni się europejski model duszpasterstwa od afrykańskiego.

W Europie (przynajmniej w naszej jej części), ksiądz siedzi na miejscu, przy parafii i tu pracuje z przychodzącymi ludźmi, w Afryce do kościoła nikt nie przyjdzie, jeśli się najpierw po niego nie pójdzie, albo wręcz nie przyniesie mu kościoła pod nos.

Cały czas jeździ się więc po wioskach, po domach, rozmawia, modli się, tylko w ten sposób jest się w stanie zyskać jako takie pojęcie o tym, co naprawdę dzieje się w życiu ludzi.

Nie tylko dowiedzieć się, że człowiek, który właśnie dał na zapowiedzi ma już jedną żonę, ale tak dawno jej już nie widział, że w zasadzie to już nie jest jego żoną, albo że katechista którego się zostawiło w danym miejscu parę tygodni wcześniej zorganizował kukurydziane piwo i ewangelizacja zmieniła się w balangę.

Czasami parafianie dzielą się takimi historiami, że nie trzeba już innego dowodu, że czas to pojęcie względne – w XXI wieku cierpienie jest dokładnie takie samo jak było w X, nawet okoliczności, sposoby w jaki ludzie je sobie zadają nie różnią się specjalnie od siebie.

Apostoła potrzebuję od zaraz

Mamy teraz w domu dwudziestojednolatkę, ma na imię Precious. Wychowała się w Kasisi, później wróciła do rodziny do buszu, jakiś czas temu trafiła do szpitala w stanie agonalnym.

Przestała brać leki na AIDS, zaraziła się szalejącą w jej domu gruźlicą. Waży niespełnia trzydzieści kilogramów. Ze szpitala wypisano ją, żeby umarła w domu.

Pojechaliśmy po nią w czwartek, ledwo przeżyła podróż (nie mamy ambulansu, wieźliśmy ją na leżąco na fotelach). Od tych kilku dni siostry stają na głowie, żeby zatrzymać ją przy życiu. Karmią, przewijają, udzielają komunii. Wczoraj została wykąpana, wyczesana. Puszczamy jej muzykę, którą lubi, regularnie podajemy leki.

W piątek Preciuos pokazywała, gdzie w jej izolatce siedzą duchy. Były wszędzie – na krzesłach, na łóżkach.  Pomodliliśmy się nad nią modlitwą o uwolnienie.

To nie jest pierwszy raz, kiedy modlę się tu z umierającym dzieciakiem czy młodym dorosłym. Gdy zadajesz mu pytania: czy chce być ochrzczony, albo: czy wierzy, czy przebacza tym, którzy skrzywdzili bijąc, wyrzekając się, ściągając czary, czy wyrzeka się wszelkiego zła i słyszy się to wypowiadane z wysiłkiem „yes“, ma się wrażenie, że moje recytowane każdej niedzieli Credo to przy tym suche formalności.

Precious nie widzi już duchów. Nadal jest jednak bardzo słaba. Czy Pan Bóg zechce ją uzdrowić? Czy będzie miała na tej ziemi jeszcze jakiś czas przyszły? Wyjdzie na słońce? Zatańczy do ulubionego przeboju Rihanny? Zakocha się? Będzie miała dzieci?

Może to dziwne skojarzenie, ale w takich momentach strasznie brakuje mi biskupa. Biskupa Kościół nie święci na HR-owca, PR-owca, koordynatora budów czy publicystę, który musi powiedzieć coś o złych mediach albo o liberalizmie, gdy tylko zobaczy wycelowany w siebie mikrofon.

Biskup to następca apostoła – ma przekazywać ludziom Ewangelię Jezusa Chrystusa, którego sam spotkał. A jeśli będzie głosił jak trzeba, jego nauka będzie potwierdzana znakami. Wyrzucaniem złych duchów, uzdrowieniami.

To jest wyraźnie napisane w Piśmie Świętym.

Apostołowie, którzy to robili nie mieli innego Ducha Świętego niż dzisiejsi biskupi.

Miewali chyba jednak ciut inne priorytety. Biskup to nie biuralista, wykładowca, czy szef proboszczów.

Biskup to świadek, nauczyciel, egzorcysta.

Biskupi nieraz wyśmiewali moje pięknoduchostwo, gdy pisałem, że marzy mi się zobaczyć kiedyś mojego biskupa w kościele, gdy przejeżdżając „wpada“ na adorację. Że co by szkodziło, żeby polski biskup zamiast odprawiać mszę w kaplicy z sekretarzem odprawiał ją codziennie ze swoimi wiernymi w katedrze. Że byłoby świetnie, gdyby zechciał raz czy dwa przejść się po kolędzie wraz z katedralnym (a może nie tylko) proboszczem.

Apostoła potrzebuję od zaraz

Papież Franciszek zdaje się praktykował ten model w Buenos Aires i osiągnął to, co osiągnąć należy – wierni (i niewierni) wiedzieli jak się nazywa, gdzie można go spotkać (kardynał Dolan robi to i dziś w Nowym Jorku, pewnie i w Polsce są przykłady, tylko ja ich nie znam).

Takie postulaty to nie naiwniactwo człowieka, który nie wie jak ciężko jest zarządzać organizacją. Powtórzę – zarządzanie (podobnie jak uprawianie bieżącej publicystyki) nie jest istotą biskupiego charyzmatu. Jego istotą jest to, o czym teraz słyszymy w Dziejach Apostolskich – nauka i znaki, które jej towarzyszą.

Miejsce biskupa jest dzisiaj przy Precious, która bardzo potrzebuje danych mu i tylko mu przez Kościół darów. Ale go tu nie ma. Bo on pewnie nie ma nawet pojęcia, że ona istnieje. A ona nie wie, że jest on.

Jak ma brać odpowiedzialność za owczarnię, skoro nie zna owiec po imieniu? Czy to wystarczy, że tylko niektórzy z jego ludzi znają?

Nie chodzi o to, by wyżywać się na biskupach, wielu z nich staje na rzęsach by obrobić działkę, którą im powierzono. Przeciwnie, trzeba im pomóc.

Widziałem gdzieś w necie akcję duchowej adopcji kleryków. Zróbmy duchową adopcję biskupa. Każdy, kto teraz czyta ten tekst niech wybierze sobie jednego hierarchę (a jak nie wie którego, niech wejdzie na catholic-hierarchy.org, pomodli się chwilę i wylosuje) i przez miesiąc codziennie się za niego pomodli. I wyśle mu majla, że będzie się starał go wspierać. Nie pouczać, wspierać.

Niechby Bóg dał mu, żeby znaleźli się ludzie, którzy odpowiedzialnie zrobią to, czego biskup robić nie musi. A on będzie miał siłę, czas i natchnienie by żyć tym, co jest istotą jego życia.

Ja zajmę się publicystyką, znajdą się tacy, co zajmą się finansami, kadrami, budownictwem i polityką. Jak w Dziejach – gdzie do innej roboty wyznaczono diakonów, bo „nie jest rzeczą słuszną, żebyśmy zaniedbywali Słowo Boże a obsługiwali stoły”.

Od dwóch tysięcy lat potrzeba nam w Kościele tego samego – namaszczonego Duchem człowieka, który ogłosi nam Chrystusa tak, że chorzy będą zdrowieć, złe duchy uciekać gdzie pieprz rośnie, który będzie mówił tak, że każdy zdumiony odkryje, że mówi w jego własnym języku. Idealizm?

Ja przy nim zostanę. Bo ilu ludzi, takich jak Precious, mogłoby jutro wstać ze swoich łóżek, gdyby padł na nich choć wzrok współczesnych następców apostołów?

Pomódlcie się za nią, proszę.

Apostoła potrzebuję od zaraz

Update z 7.05.2013

Precious walczy bardzo dzielnie. Dzis rano byl krwotok, ale teraz zebrala sily i wciaz chce siedziec na powietrzu. Trustina (siostra Bestiny i Lastiny) urzadza jej beauty session :) Modlitwa wciaz potrzebna i wskazana


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >