Nasze projekty
Szymon Hołownia

Pani Angelinie z serca życzę zdrowia

Czy wszystkie zagrożone kobiety powinny więc teraz biec do chirurgów i dokonywać mastektomii?

Reklama

Dzień podróżowania wyłącznie po Warszawie, ale tu też ileż się dzieje. Wspomnę tylko o jednym: udzielałem dziś wywiadu do tzw. kobiecego magazynu i miłe panie chciały wiedzieć, co myślę o decyzji Angeliny Jolie, którą – jak się okazuje – żyje cała Polska (wczoraj w „Faktach“ czołówka, drugi news, i „Fakty po faktach“).

 

Od strony medycznej nie mam nic do powiedzenia, bo nie jestem lekarzem. W Stanach są pewnie trochę inne procedury niż w Europie, tam profilaktyka (nie tylko w nowotworach piersi) jest dużo bardziej radykalna. By oszczędzić cierpień ludziom ale również dlatego, żeby nie generować kosztów dla systemu, gdy przyjdzie do leczenia.

Reklama

 

Czy wszystkie zagrożone kobiety powinny więc teraz biec do chirurgów i dokonywać mastektomii (a takie przesłanie zdawały się nieść wczorajsze komentarze)?

Nie sądzę, żeby taką sugestię dało się medycznie uzasadnić. Pewne jest to, że powinny regularnie się badać. A że często mają to w nosie, albo się boją – może trzeba było dramatycznej decyzji pani Angeliny, żeby im o tym przypomnieć.

Reklama

 

Panie z magazynu postanowiły jednak ugryźć temat, od strony która od wczoraj i mi chodzi mocno po głowie.

 

Reklama

Jak radykalne kroki mogę podejmować, żeby uniknąć nieszczęścia, które – statystycznie rzecz biorąc – może mi się przydarzyć?

 

Trudno znaleźć sensowne porównanie, gdy w grę wchodzi potencjalnie śmiertelny nowotwór.

 

W innej kategorii wagowej mechanizm dałoby się jednak opisać tak: mam gen, który sprawia, że próchnica kiedyś (nie teraz) wykończy mi zęby (i potencjalnie wywoła poważniejsze zakażenia) – czy ma więc sens usunięcie wszystkich zdrowych zębów, i wstawienie implantów?

 

Albo bardziej dramatycznie (ale nie nierealnie): czy jeśli w mojej rodzinie jest gen, który odpowiada dajmy na to za nowotwory w gałce ocznej – mam się w tej chwili oślepić, aby w przyszłości uniknąć śmierci tym właśnie spowodowanej (bo na coś i tak przecież umrę)?

Pani Angelinie z serca życzę zdrowia

To nie pierwsze masakrycznie trudne pytania, przed jakimi stawia nas rozwój medycyny i wiedzy o człowieku.

 

Mam 80 proc. szans na to, że dopadnie mnie choroba. Mam też 20., proc. że mnie nie dopadnie. Dokonuję okaleczenia zdrowego ciała, zakładając się z losem, że nie załapię się do tej drugiej grupy. Teraz mam 95. proc., że nie zachoruję na ten właśnie nowotwór, ale 5. proc na zachorowanie wciąż mam. Wciąż też będę mógł załapać się do 46 proc. tych, którzy umierają z powodu chorób serca (w Polsce, w Stanach to 75 proc.).

 

Bogu zarzucano czasem, że robi z ludzi marionetki, nie mające wyboru, muszące odgrywać to, co im przeznaczono. Czy teraz w rolę wszechautora determinującego kształt naszego życia nie wchodzi przypadkiem statystyka?

 

Powtarzam – nie oceniam tej, jednostkowej decyzji pani Jolie. Wierzę, że była przemyślana, skonsultowana z lekarzem, słuszna.

 

Pytam nie o nią, ale o to jak ja zachowałbym się w analogicznej sytuacji? Czy wiara w to, że jednak nie zachoruję (a jak zachoruję, to podejmę skuteczną terapię), że wystarczy się modlić i przestrzegać zaleceń, a wszystko będzie dobrze, nie jest – w świetle tego co wiemy o ludzkim organiźmie – naiwnością? Ile procent szans musiałbym mieć, żeby podjąć tak radykalną decyzję: 80., a może wystarczyłoby mi 50.?

A skoro już wejdę na tę drogę – czy wraz ze wzrostem wiedzy nie dojdzie do sytuacji, w której profilaktycznie zechcę usunąć sobie wszystko, co w przyszłości mogłoby stanowić ewentualne zagrożenie? Jak nie przekroczyć bariery, za którą ucieczka od cierpienia skończy się cierpieniem?

 

I tak, powiem to głośno, zastrzegając, że dotyczy to tylko mnie, to moja osobista sprawa, mój dylemat, nikomu nie chcę przeszczepiać mojego mózgu czy duszy – ile jednak w tym wszystkim byłoby zaufania do Tego, który nie opuści mnie niezależnie od tego, co się w moim życiu przydarzy, a co dziś jest dla mnie tajemnicą?

 

Który twierdzi (patrz Psalm 73), że „prowadzi mnie za rękę”? Który sam miał wszelkie szanse by uniknąć (dającego się wyraźnie przewidzieć) cierpienia, ale go nie uniknął (nie szukał, ale gdy przyszło – nie uniknął)? Pomoże mi – wierzę – rozwijać swoje człowieczeństwo w zdrowiu, w chorobie, w doli i niedoli?

 

I naprawdę nie chodzi tu o to, że katolicy kochają cierpieć, a ich Bóg kocha ich katować chorobami. To rzewne brednie. Albo, że Bóg skaże ich za odcinanie sobie zdrowych narządów. Inna rzecz, że widzę też logiczną sprzeczność w rozumowaniu tych, co wczoraj z jednej strony tak wybijali, że pani Angelina jest ikoną kobiecości, a tu – proszę – amputuje sobie piersi (owej kobiecości atrybut); z drugiej – pomstowali na tych  (kretynów), dla których piersi są właśnie nieodzownym owej kobiecości atrybutem.

Może to wszystko są teoretyczne rozważania kogoś, kto nowotworu jeszcze nie ma. Pewnie jest tak, że jak już się ma diagnozy w garści myśli się o tym zupełnie inaczej.

 

Pani Angelinie z serca życzę zdrowia, wypada jej też podziękować, że zmusiła panie do tego by na poważnie pomyślały o swoim zdrowiu i poszły wreszcie na badania, a – mnie do zadania sobie paru ważnych pytań o wzajemne relacje statystyk, Opatrzności i działania człowieka, który musi się z nimi konfrontować.

 

A co Wy o tym myślicie?

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite