Czy czcić „świętego Chlora?“

9. marca 1989. o trzeciej w nocy, w Białymstoku, nieopodal mojego rodzinnego osiedla, wykoleił się pociąg przewożący ciekły chlor. Wychowałem się w sąsiedztwie tej linii kolejowej, przebiegającej z ZSRR na zachód (czyli do NRD).

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętam tłukące się z hukiem w środku nocy czterdziestowagonowe składy wyładowane czołgami i aksamitną ciszę, która zapadała, gdy oddalały się w stronę dworca Białystok Fabryczny.

Praktykowana od wczesnego dzieciństwa namiętność do liczenia wagonów dała solidne podstawy mojej późniejszej trói z matematyki, na oznaczeniach radzieckich cystern przewożących materiały niebezpieczne uczyłem się cyrylicy oraz podstaw chemii.

Mówiło się: „o, dziś szedł propan butan“ gdy pasek na cysternach był czerwony. Związki siarki to pasek brązowy. Nie pamiętam już, co oznaczał pasek żółty, zielony to z pewnością był chlor.

W pociągu, który wypadł wtedy z szyn cystern z chlorem było w sumie dwanaście, cztery sturlały się po nasypie, w każdej było około pięćdziesięciu ton zabójczego płynu. Wszystko to odbywało się ze dwa kilometry od mojego domu, a mimo to – o dziwne czasy, gdy nie było TVN24 – rano normalnie poszedłem do szkoły, w której dopiero około jedenastej powiedziano nam, że wszyscy mają zostać w budynku i iść na najwyższe piętro (bo chlor ściele się po ziemi i zabija wszystko na co trafi). Gdyby choćby jedna z cystern rozszczelniła się liczba ofiar mogłaby iść w setki.

Czy czcić „świętego Chlora?“

Cysterny jednak ocalały. A jako, że zdarzenie miało miejsce w parafii Miłosierdzia Bożego, w pobliżu kaplicy przy której długie lata mieszkał spowiednik siostry Faustyny, ks. Michał Sopoćko, ogłoszony chwilę wcześniej Sługą Bożym, uznano, że od katastrofy zachowało miasto jego wstawiennictwo oraz samo Miłosierdzie Boże.

W miejscu katastrofy postawiono pomnik – krzyż z napisem „Jezu Ufam Tobie“ i opisem zajścia, odtąd co roku w marcu odbywają się pod nim obchody, są władze, biskupi i sztandary. Miejscowa ludność albo się w nie włącza dziękując za cudowne ocalenie, albo krytykuje twierdząc, że nie będzie się modlić z okazji zbiegów okoliczności albo fachowości strażaków pożarnych, nazywając te uroczystości złośliwie „obchodami świętego Chlora“.

Pytanie: czy to, że cysterna się nie rozszczelniła, choć mogła (ale nie musiała), to już specjalna boska interwencja? Rozumiem – gdyby chlor jednak wyciekł, a nikt mimo to nie zginął – ewidentny cud, zawieszenie praw natury.

Czy czcić „świętego Chlora?“

bł. Michał Sopoćko

Analogiczna sytuacja: samolot wpada w uskok wiatru, zlatuje pół kilometra w dół, ale odzyskuje stabilność. Mogła być tragedia, a nie było. Uznajemy to za cudowne ocalenie dwustu osób? Albo – jadę autem, jakiś kretyn wylatuje mi na czołówkę, udaje mi się minąć go poboczem. Jak to zakwalifikować? Za każdym razem czcić pomnikiem?

W mojej ocenie to co stało się w Białymstoku cudem jednak chyba nie było, bo żeby tak stwierdzić, trzeba by mieć pewność, że wyciek byłby tu jak amen w pacierzu. Moim zdaniem nie ma sensu jej szukać (ani na płaszczyźnie nauk o kolei, ani na płaszczyźnie ducha).

Ja na swoje prywatne potrzeby nazywam to zdarzenie momentem szczególnej ekspresji Bożej Opatrzności. Znam dobrze te chwile, gdy robię straszne głupoty a następnie czuję jak ktoś mnie z nich za uszy wyciąga. Najczęściej otwierając mi oczy na możliwe moich działań skutki.

Na tym odcinku torów (dwukilometrowym) po którym codziennie jechała jakaś bomba było kilka pęknięć szyn, siedemset spróchniałych podkładów a 70 proc. śrub było niedokręconych.

Powtarzam: szanuję tych, co zmysłem wiary wyczuwają, że byłby wybuch, ale Bóg zlitował się i przerwał reakcję łańcuchową złych zdarzeń. Ja jednak działania Bożego szukam tu pięć minut wcześniej.

Nie widzę anioła dokręcającego zawór post factum. Widzę wypadek którego Opatrzność nie powstrzymała ultrainterwencją, by pokazać, co może się stać, gdy zawczasu nie dokręcę w swoim życiu jakiejś ważnej śrubki.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

A myśmy się spodziewali

Czekaliśmy na „expose“ o Vatileaks, Bertone i gejach. Albo na show, coś ekstra z dziedziny zadziwiającej nas od kilku dni papieskiej spontaniczności.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Inauguracja pontyfikatu przebiegła w postnym duchu – papież wielu rzeczy nie zrobił, wielu nie powiedział. Spodziewano się, że wystąpi w odkurzonych za poprzednika złotych mitrach i kapach, on tymczasem pojawił się w stroju przywiezionym jeszcze z Argentyny (jeden z  miłośników przerostu formy nad treścią, już był uprzejmy skomentować, że bardziej godne ornaty widywał w polskich, wiejskich parafiach). Ceremoniał ograniczono do minimum, to była po prostu zwykła msza w uroczystość świętego Józefa, z kazaniem Józefowi właśnie poświęconym.

No właśnie. Czekaliśmy na „expose“ o Vatileaks, Bertone i gejach. Albo na show, coś ekstra z dziedziny zadziwiającej nas od kilku dni papieskiej spontaniczności.

Podobny klimat otaczał chyba swego czasu Jezusa. Spora część ze słuchających go kiwała pewnie głowami, mówiąc: „Piękne słowa… A kiedy przepędzisz Rzymian?“, niejeden ganiał też za Nim z miejsca na miejsce, czekając aż pokaże jakąś sztuczkę.

A myśmy się spodziewali

Kamery wyostrzone, tłumy na placu, ręce przygotowane do oklasków. I cisza. Papież nie przerwał mszy, żeby opowiedzieć dykteryjkę albo rzucić się w tłum i zaliczyć „crowd surfing“.

Żadnej pompy, żadnego celebrowania swojego kościelnego awansu, wiele o świętym Józefie, dużo o Chrystusie. O tym, że jeśli dano Ci władzę, to po to żebyś służył. Żebyś dla Boga, człowieka, świata, dla siebie był tylko i aż człowiekiem.

Głębokie kazanie jakie chciałbym usłyszeć u siebie w parafii. Czy to znaczy, że staje się nią właśnie Bazylika świętego Piotra?

I jak to w ogóle możliwe? Od papieża oczekiwaliśmy przecież dotąd, że będzie inny. Osobny. Wypychaliśmy go w chmury traktując jak inkarnację, a nie jak następcę jednego (a nie jedynego, choć pierwszego, z apostołów).

Watykan robił ostatnio wszystko, by upodobnić się do biblijnych opisów pysznego niebiańskiego Jeruzalem. Czy Franciszek znajdzie sposób, by to miejsce nie było mózgiem, portfelem, galerią chrześcijaństwa? Żeby było sercem, o którym leżący na ulicznym barłogu w Sao Paulo żebrak będzie mógł powiedzieć: to mój dom?

Po ludzku jakoś rozumiem miłośników tradycyjnego liturgicznego przepychu z czasów Benedykta. Czują, że odebrano im święto, radosny triumf na oczach świata. Zrobiono to jednak po coś – żeby oddać je biednym.

Franciszek, który w dniu wyboru kazał nam wznieść się na chwilę nad palącą „bieżączkę“ i spojrzeć na wszystko z góry, dziś ominął kolejną rafę – tradycjonalistom i postępowcom powiedział: pobijecie się później, teraz jedziemy do sensu.

A myśmy się spodziewali

Bo jaki jest sens liturgii, co najpełniej oddaje piękno Boga? Złota nitka czy chęć nakarmienia uczniów chlebem życia? I do czego władcy mają służyć insygnia? Do tego, by odróżnić się od tłumu, czy – w myśl homilii – do tego, by być jeszcze bliżej nich?

Czy Jezus, Głowa Kościoła, spowijał się (choć mógł) w bisior i purpurę? Jasne, że lex orandi lex credendi – sposób w jaki się modlisz również determinuje to, w jaki sposób wierzysz. Pytanie, czy również w liturgii, w ceremoniale, we wspólnym przeżywaniu relacji z Bogiem również nie powinniśmy oczyścić się z nadmiaru?

Tradycjonaliści – ze swojego przekonania, iż czerwone kapcie na papieskich piętach zmieniają na lepsze ten świat, postępowcy – z nadmiaru emocji i myślenia wyłącznie o tym, jakie to ich potrzeby liturgia miałaby zaspokajać.

Gdy patrzyłem dziś na spiętych jak agrafki papieskich ceremoniarzy, na kolejnych prałatów z Sekretariatu Stanu przedstawiających papieżowi oficjalnych gości, po ludzku im współczułem, bo patrząc na Franciszka zdają już chyba sobie sprawę, że siekiera do pnia jest już przyłożona.

A myśmy się spodziewali

Z drugiej strony – cieszę się, bo szlag mnie trafia ilekroć patrzę, ile kapłańskich powołań marnuje się w takim Watykanie. Podobnie jak absurdem jest święcenie księży, by później przez całe życie bawili się w budowlańców, tak samo bezsensowne jest robienie z kapłanów stylistów, ministrantów (czasem nawet w randze biskupa), dyplomatycznych urzędasów.

Te role z powodzeniem mogą spełniać świeccy, tymczasem tysiące pustych parafii na świecie wołają o księży. Ci poprawiają fałdki papieskich ornatów i anonsują Roberta Mugabe, a ludzie w Brazylii czy na Syberii umierają duchowo z braku sakramentów.

Dziś niektórzy z przekąsem mówią, że zaczyna się era papieża proboszcza. Dałby Bóg. Żeby wreszcie nie było „centrali“ i „dołów“, żebyśmy znowu zobaczyli w sobie sąsiadów, parafię, rodzinę. A ci, których Pan Bóg powołał do prymatu, wsłuchali się w to nowe (a z punktu widzenia światowej polityki – absurdalne) rozumienie prymatu, które dziś podał papież: pochylam przed wami głowę i będę wam służyć.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >