video-jav.net

Kafka. Życie to śmiertelna choroba

Z jednej strony człowiek zasługuje na współczucie, bo rodzimy się i od razu jesteśmy skazani na śmierć, z drugiej podziw, bo dostrzegamy swój tragizm i próbujemy swe ograniczenia przezwyciężyć.


zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Geralt nie miał złudzeń. Co prawda przeszedł okrutną Próbę Traw, dzięki której wyostrzyły się jego zmysły, szybciej się poruszał, przetrwał morderczy trening, zdobył wiedzę na temat różnych bestii. Tak przygotowany ruszył do boju, by ratować ludzi przed monstrami. Ale nie czuł się bohaterem, który walczy ze złem i zyskuje za to nieśmiertelną sławę i podziw ocalonych. Wiedział, że za wyjątkowość wiedźmin musi zapłacić alienacją, zamiast wdzięczności dostanie odrazę i pogardę tych normalnych, dla których był wynaturzeniem. Wiedział, że nie ubije wszystkich stworów i nie uratuje wszystkich potrzebujących pomocy. Co gorsza, nie wierzył w happy end, bo dostrzegał, że ludzie bywają straszniejsi i bardziej okrutni niż potwory, które eliminował, a świat nie jest ani sprawiedliwy, ani uporządkowany, ani sensowny. Taki cynik jak on, który miał zresztą różne grzeszki na swoim sumieniu i nieobce mu były uciechy cielesne, mógł tylko wędrować w poszukiwaniu kolejnych zleceń i zarobku, by w końcu spotkać swą śmierć, wpisaną w jego los.

Józef K. miał złudzenia. Wierzył, że jest niewinny, choć już na samym początku strażnicy podczas jego aresztowania odrzucają możliwość omyłki ze strony wszechwiedzącej, anonimowej władzy, która nie szuka winy wśród ludności, raczej wina sama przyciąga organy sądowe. Bohater wciąż był przekonany, że nie zasłużył na żadne prześladowania, więc podczas pierwszego przesłuchania z zapałem udowadniał swą niewinność, czuł się pokrzywdzony i zaszczuty. Z czasem jednak stracił pewność siebie i zaczął podważać dotychczasowe przekonania na temat istoty świata, uległ procesowi, który wytrącił go z równowagi. Titorelli uświadomił mu, że nie ma człowieka, który by miał wpływ na prawdziwe uwolnienie, musimy więc przyjąć swój los, który ustala nieprzenikniona i bezwzględna siła.

 

Dotychczasowe życie Józefa K. było jałowe, pełne rutyny i pustki. Zadowolony z siebie człowiek nie zadaje żadnych pytań, nie snuje refleksji, jest skupiony na odgrywaniu swej roli, pewny swej pozycji.

Dopiero aresztowanie zmusza go do spojrzenia na swoje życie, szukania odpowiedzi, męczenia się, analizowania istoty Sądu.

Kluczowa okazała się rozmowa z kapelanem, gdy zagubiony bohater przyznał, że wątpi w dobre zakończenie, dopuszcza myśl, że nie uniknie kary. Nadal zastanawia się jednak nad swym grzechem, Józef K. zadaje księdzu pytanie: Jak człowiek może być w ogóle winny? Przecież wszyscy jesteśmy tu ludźmi, jeden jak drugi, ale słyszy, że tak zwykli mówić winni. Kapelan jest jednocześnie rozgniewany i przerażony niewiedzą Józefa K. Z politowaniem patrzy na zaślepionego bohatera, próbuje wyjaśnić mu jego sytuację, choć nie robi tego wprost. Jest przedstawicielem Sądu, który jawi się jako obiektywna, chłodna siła wyższa, górująca nad ułomnym i ograniczonym człowiekiem. Odpowiedź duchownego sugeruje, że wina nie jest w tym przypadku jednostkowa. Odnosi się do wszystkich ludzkich istnień. Podobnie zdanie: wyrok nie zapada nagle, samo postępowanie przechodzi stopniowo w wyrok można interpretować jako ocenę ludzkiego losu. Kafka sugeruje, że nie ma niewinnych, wszyscy jesteśmy skażeni złem, a nasze grzeszne życie w istocie staje się dążeniem do tego, co jako jedyne jest pewne – naszej śmierci. Wszelki bunt wobec niej jest bezsensowny i próżny, możemy tylko z pokorą przyjąć informację, że nasza ziemska egzystencja jest pełna paradoksów. Człowiek może próbować odnaleźć sens istnienia, ale nie jest to możliwe i tę prawdę zaczyna w końcu akceptować Józef K. 

 

Życie pozbawiło Geralta złudzeń w dzieciństwie, Józef K. musiał poczekać na swój proces, ale obaj dostrzegli, że świat jest pozbawiony harmonii, a ludzkie istnienie naznaczone cierpieniem.

Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy walczyć, nawet jeśli i tak skazani jesteśmy na klęskę. Wiedźmin zaznał prawdziwej miłości jako przybrany ojciec Ciri, zdobył wiernych przyjaciół i odnalazł człowieczeństwo, stając po stronie słabych i bezbronnych. Józef K. otwiera się na inny wymiar ludzkiej egzystencji. Wyjście z niewiedzy, odrzucenie bierności, odkrycie pierwiastka duchowego jest jedynym sposobem na odkupienie grzechu pierworodnego, choć jednocześnie oznacza ból i gorycz, bo w tym wymiarze nasze życie jest absurdalne.

Historia Józefa K. pokazuje, że z jednej strony człowiek zasługuje na współczucie, bo jesteśmy przeklęci, rodzimy się i od razu jesteśmy skazani na śmierć, z drugiej podziw, bo dostrzegamy swój tragizm i próbujemy swe ograniczenia przezwyciężyć.

Zobacz inne artykuły tego autora >

zobacz artykuly tego autora >

Baczyński. Śmierć na co dzień

Internet huczy od informacji o śmierci gwiazdora muzyki popularnej, wszyscy zapalamy znicze na Facebooku w ramach poczucia wspólnoty pokoleniowej.

Dorota
Bajorek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Podobno znajomy znajomego nie żyje, trzeba uczcić jego śmierć [*]. Znowu zginęło kilkadziesiąt osób w zamachu w którymś z krajów – jako wyraz solidarności wystarczy, że wstawimy odpowiednią flagę na profilu.

I to by było właściwie na tyle, jeśli chodzi o zderzenie ze śmiercią i przeżywanie jej przez nas.

Tymczasem kilkadziesiąt lat temu pokolenie nastolatków ze śmiercią miało do czynienia na co dzień. W wierszu pt. „Poległym” Krzysztof Kamil Baczyński dał temu wyraz, oddając hołd wszystkim, którzy oddali swoje życie za Ojczyznę. Śmierć i jej żniwo ukazane zostały przy użyciu metafory nocy, ciemności, czarnego zwierzęcia, które czyha na wciąż jeszcze żywych. Po tym ataku w dzień, który jest symbolem życia, pozostaje jedynie ciągle potykać się o groby zmarłych. Skąd ich tyle?

W czasie wojny codziennie umierają ludzie, umierają w konspiracji, w walce, ale także w egzekucjach i obozach. Każdy traci bliskich.

Ich twarze i ciała uporczywie tkwią w pamięci, są ciągle obecne, choć rozkazują, by o nich zapomnieć i żyć dalej. Jednak zapominanie i przeżywanie żałoby w czasie wojny jest szczególnie trudne. Nie jest łatwo zająć się codziennymi obowiązkami i oderwać myśli od tragedii, gdy wokół trwa okupacyjny terror, a śmierć znów zabiera kolejne osoby.

Tym bardziej na podziw zasługuje postawa młodych ludzi, którzy buntowniczo i na przekór tej, wydawałoby się, beznadziejnej sytuacji, nie poddają się, ale wiedzą, że „trzeba martwą broń zamienić w krzyż i płomień”, czyli walczyć.

Droga całego pokolenia, jak twierdzi Baczyński, wiodła stromo i pod górę, ale nie zabrakło młodzieży w tej sytuacji ani odwagi, ani odpowiedzialności.

Wszyscy, którzy czuli potrzebę walki o wolność, zdawali sobie sprawę ze swojego obowiązku wobec Ojczyzny. Nawet jeśli kłębiły się w nich różne gwałtowne uczucia: miłość, rozczarowanie, rozpacz, strach – obowiązek ten pozostawał na pierwszym miejscu.

Postawa taka jest tym bardziej godna podziwu, że Baczyński, jak i wszyscy z jego pokolenia zdawali sobie sprawę, że na wojnie nie ma gwarancji przeżycia. Starali się odsuwać od siebie tę świadomość, by działać dalej. Chcieli zapomnieć, oderwać się od myśli, że „cienka struga krwi jak lont się spala – do mnie”. W każdej chwili można było zginąć. Podmiot liryczny też spodziewa się śmierci: „rano ktoś się potknie o mój dymiący grób”. A jednak chce walczyć, nie ustaje w wysiłku, by działać. Na tym polegała wówczas solidarność i wspólnota pokoleniowa.

Pokolenie Kolumbów to młodzi ludzie ukształtowani w poczuciu wspólnego patriotycznego obowiązku wobec Polski.

W trudnym czasie okupacji podjęli walkę z Niemcami, bo czuli się odpowiedzialni za losy kraju. Pragnęli powrotu normalności, zwykłego życia, wolności, a wbrew woli stali się świadkami śmierci najbliższych im ludzi. Często ta śmierć dodawała im odwagi, chcieli walczyć także za to, by utrata kolegów czy znajomych nie poszła na marne, by zakończyć to bezsensowne masowe umieranie najlepszych i najzdolniejszych ludzi swoich czasów.

Krzysztof Kamil Baczyński nie łączył się w bólu po stracie, zapalając znicz w Internecie. Śmierć tych, którzy „noc po nocy” odchodzili w czasie wojny, przeżywał naprawdę.

Miał z nią do czynienia przez kilka lat jako konspirator, a potem żołnierz, który odważnie walczy dalej mimo wszystko. Chciał krzyczeć z bólu, ale coś łapało go za gardło i po poległych kolegach pozostała tylko dzwoniąca w uszach cisza.

Dorota Bajorek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota
Bajorek
zobacz artykuly tego autora >