Papież: Bóg rzuca ziarno słowa wszędzie, szczodrze i bez względu na straty

W katechezie przed modlitwą Anioł Pański Papież Franciszek zaapelował o otwarcie serc na Słowo Boga. Nawiązując do czytanej dziś w Ewangelii przypowieści o siewcy zachęcił, by każdy wierzący zadał sobie pytanie, jaką jest glebą.

Polub nas na Facebooku!

Papież zwrócił uwagę, że „rozproszenie będące wielkim zagrożeniem naszych czasów” przeszkadza nam dobrze przyjąć Słowo Boga. – Nękani licznymi plotkami, wieloma ideologiami, nieustannymi możliwościami rozrywki wewnątrz i na zewnątrz domu, możemy zatracić smak ciszy, skupienia, dialogu z Panem, tak bardzo, że grozi nam utrata wiary – przestrzegł papież.

Słowo Boże, symbolizowane przez ziarna, nie jest słowem abstrakcyjnym, ale to sam Chrystus, Słowo Ojca. Zatem przyjęcie Słowa Bożego oznacza przyjęcie osoby Chrystusa.

Inne przeszkody w przyjmowaniu Słowa Bożego to według Franciszka “chwilowy entuzjazm, który pozostaje jednak powierzchowny czy też “ułudy bogactwa, sukcesu, trosk światowych”, które zagłuszają wzrastające ziarno.

Słowo Boże można przyjąć jednak także jak żyzna gleba. – Tutaj i tylko tutaj ziarno się zakorzenia i wydaje owoce. Ziarno, które padło na tę żyzną glebę, przedstawia tych, którzy słuchają Słowa, przyjmują je, zachowują w swoich sercach i wprowadzają je w czyn w codziennym życiu – podkreślił Franciszek i ponownie zachęcił, by nosić przy sobie kieszonkowe wydanie Ewangelii i codziennie czytać jej fragment.

Papież zwrócił również uwagę, że przypowieść o siewcy przypomina nam, że „Słowo Boże jest ziarnem, które samo w sobie jest owocne i skuteczne, a Bóg rozrzuca je wszędzie szczodrze, bez względu na straty”.

Takie jest serce Boga! Każdy z nas jest glebą, na którą pada ziarno Słowa, nikt nie jest wykluczony!

Papież zachęcił, by każdy z nas zadał sobie pytanie, jakim jest rodzajem gleby. – Czy przypominam drogę, grunt skalisty, ciernisty krzew? Jeśli chcemy, możemy stać się żyzną glebą, troskliwie uprawianą i pielęgnowaną, aby doprowadzić ziarno Słowa do dojrzałości. Jest już ono obecne w naszych sercach, ale sprawienie, by dojrzało zależy od nas, zależy od tego, jak przyjmiemy to ziarno. Często jesteśmy rozproszeni przez zbyt wiele interesów, przez zbyt wiele przynęt i trudno nam rozeznać pośród wielu głosów i wielu słów, Słowo Pana, jedyne, czyniące nas wolnymi – powiedział Ojciec Święty.

 

os, KAI/Stacja7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Z WATYKANU

Niezwykły 15-latek z Włoch o krok bliżej beatyfikacji

Papież zatwierdził dekret o heroiczności cnót 15-letniego chłopca z Włoch. Angiolino Bonetta był członkiem wspólnoty Cichych Pracowników Krzyża.

Polub nas na Facebooku!

Niedługo przed śmiercią Angiolino uspokajał swoją mamę: “Powiem ci, kiedy umrę. Zawarłem pakt z Matką Bożą. Kiedy nadejdzie godzina… Ona przyjdzie po mnie! Poprosiłem ją, abym przez Czyściec przeszedł na tym świecie. Kiedy umrę, polecę od razu do Nieba!”.

Angiolino Bonetta urodził się 18 września 1948 roku w Cigole, w prostej, wiejskiej rodzinie jako drugie z trojga dzieci. Był żywym, inteligentnym i wesołym dzieckiem. W wieku siedmiu lat przyjął Pierwszą Komunię Świętą i niedługo później został ministrantem. Miał mnóstwo zainteresowań – kibicował Juventusowi, interesowało go aktorstwo. Koledzy pamiętają go też z psot – pewnego dnia namówił kolegów z klasy, żeby obkleili krzesło nauczyciela gumą do żucia…

 

 

W 1960 roku trafił do szkoły zawodowej w Bresci, która była prowadzona przez zakonników. Już po kilku tygodniach nauki zaczął mu dokuczać ból w kolanie. Nie skarżył się, ale odwiedzająca Angiolino matka zauważyła, że z jego zdrowiem dzieje się coś złego. Diagnoza potwierdziła najgorsze przypuszczenia: nieuleczalny nowotwór. Angiolino wielokrotnie trafiał do szpitala, gdzie przechodził wyczerpującą chemio- i radioterapię. Chłopak był jednak przekonany, że w modlitwie, miłości do Matki Bożej i w Eucharystii znajdzie siły do znoszenia choroby. Całkowicie zdał się na wolę Bożą i poświęcił się służbie “przyjaciela – Jezusa”, aby zbawić biednych grzeszników. Do choroby podchodził z charakterystyczną dla siebie pogodą ducha, a nawet żartem. Kiedy dowiedział się, że lekarze zmuszeni są amputować mu nogę, powiedział matce: „Jedna noga więcej, jedna mniej…! Ale pamiętaj! Jeżeli obetną mi nogę … będę chciał w zastępstwie nową, dokładnie taką samą jak ta!”. Jednocześnie do swojego cierpienia podchodził z pełną świadomością. Siostrze, która podpowiadała mu tuż przed operacją, aby nadał sens swojemu cierpieniu ofiarowując je w jakiejś intencji, Angiolino odpowiedział: „Tak, Siostro, ofiarowałem już wszystko za nawrócenie grzeszników! Nie bój się. Jezus przychodzi mi zawsze z pomocą!”.

 

 

Operacja i okres pooperacyjny przysporzyły chłopcu ogromnego bólu. Profesor Pozzan, który przeprowadził operację, podziwiał odwagę i wytrzymałość pacjenta, który w chwilach największego bólu wzywał Jezusa i Matkę Bożą: „Boże, ofiarowałem Ci wszystko za biednych grzeszników; ale teraz… pomóż mi! Pomóż mi!”.

W szpitalu odmawiał z innymi chorymi różaniec, a kiedy tylko zaczął chodzić o kulach, odwiedzał innych pacjentów, dodając im otuchy i zarażając radością. Tam też pierwszy raz spotkał Ochotników Cierpienia z Bresci i odkrył idee krzewione przez księdza prałata Luigiego Novarese. Zauroczył się duchowością Cichych Pracowników Krzyża i zapragnął tak, jak oni, działać na rzecz zbawienia grzeszników. Miał ogromne nabożeństwo do Matki Bożej, ukochał modlitwę różańcową.

 

 

Po operacji wrócił do rodzinnego domu. Kiedy ktoś widząc jego kalectwo pytał, co się stało z jego nogą, odpowiadał z szelmowskim uśmiechem: “Zjadły mi ją szczury!”. Albo: „Ktoś miał apetyt na dobrego befsztyka!”. W tym samym czasie zaczął regularnie uczęszczać na spotkania Ochotników Cierpienia w Brescii. Towarzyszyła mu myśl ks. Novarese: „Krzyż jest źródłem radości; nie jest on karą, ani przeznaczeniem. Jest źródłem oczyszczenia, odkupienia i głębokiej radości. Krzyż jest krynicą radości!”. Kiedy podczas spotkania z całkowicie sparaliżowaną kobietą dowiedział się, że znajduje się ona w tym stanie już od dwudziestu sześciu lat, zawołał z nutą zazdrości: „Ileż zasług dla siebie i dla innych dusz! A ja zaledwie od kilku miesięcy dostąpiłem tej łaski!”.

Choroba ustąpiła na kilka miesięcy, potem jednak wróciła z ogromną siłą. Żarliwie modlił się o uzdrowienie, marzył o pielgrzymce do Lourdes, ale kiedy zrozumiał powagę sytuacji, stwierdził: „Dotychczas prosiłem o uzdrowienie. Od tej chwili będę prosił tylko o łaskę uświęcenia!”. Kilka dni później powiedział przyjaciołom: „Teraz wiem już wszystko o mojej chorobie. Ale jestem spokojny. Nie mogę jechać do Lourdes, ale szybko udam się do Nieba na spotkanie z Matką Bożą! Moim powołaniem jest cierpieć, aż do samego końca!”

 

 

21 września 1962 Angiolino złożył śluby we wspólnocie Cichych Pracowników Krzyża. Do kaplicy, w której odbywała się ceremonia, został już wniesiony na noszach. Powrócił do domu, gdzie jego stan szybko się pogarszał. Cierpiał ogromne bóle, ale nie skarżył się. „Ja rozumiałam, kiedy był bardzo cierpiący – wspominała jego mama – gdyż, nawet gdy milczał i starał się to ukryć, dostawał gęsiej skórki. I wtedy mu mówiłam: „Angiolino, zrób sobie zastrzyk!”. Nauczył się sam robić sobie zastrzyki z morfiny. Ale on odpowiadał: „Odczekajmy jeszcze chwilę, mamo. Jeszcze mogę coś ofiarować za grzeszników. A poza tym, lekarze mnie przestrzegali, abym zbytnio się nie przyzwyczaił do morfiny”. W styczniu 1963 roku cierpienie stało się niewyobrażalne. 27 stycznia wieczorem zwrócił się do mamy z pogodną pewnością: „Powiem ci kiedy umrę. Zawarłem pakt z Matką Bożą. Kiedy nadejdzie godzina … Ona przyjdzie po mnie! Poprosiłem ją, abym przez Czyściec przeszedł na tym świecie. Kiedy umrę, polecę od razu do Nieba!” Spojrzał na zegar, który wskazywał 22:00 i powiedział: “jeszcze cztery godziny”. O drugiej w nocy spojrzał ostatni raz na figurkę Maryi i spokojnie skonał. Był 28 stycznia 1963 roku.

Dekret o heroiczności cnót oznacza, że od teraz Angiolino może być nazywany Czcigodnym Sługą Bożym. Od beatyfikacji dzieli go już tylko zatwierdzenie cudu za jego wstawiennictwem.

Papież uznał wczoraj także cud przypisany wstawiennictwu Czcigodnej Sługi Bożej Marii Antonii Samà,  urodzonej 2 marca 1875 r. w Sant’Andrea Jonio (Włochy) i tam zmarłej 27 maja 1953 r, a także podpisał trzy inne dekrety o heroiczności cnót Sług Bożych: Eusebio Francesco Chini, Mariano Giuseppe de Ibargüengoitia y Zuloaga i Marii Félix Torres. 

 

ah, vatcan.news, Felice Moscone “Siewcy nadziei”/Stacja7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap