Nasze czyny muszą mówić o wierze

Polska lekarka trędowatych została laureatką nagrody „Pontifici" - Budowniczemu Mostów. Doktor Helena Pyz prawie od prawie ćwierć wieku pracuje w Indiach niosąc trędowatym nie tylko pomoc medyczną, ale też stwarzając im – dzieciom z rodzin trędowatych – szansę na zdobycie wykształcenie, a co za tym idzie godnego życia. Przez swych podopiecznych nazywana jest Mamą z Jeevodaya – tak nazywa się ośrodek, którym kieruje, co w tłumaczeniu oznacza świt życia.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Nagroda „Pontifici” – Budowniczemu Mostów przyznawana jest przez Klub Inteligencji Katolickiej, osobie, która całym swoim życiem ukazuje wartości dobra wspólnego, dialogu i poświęcenia na rzecz bliźnich. Jak podkreślił w laudacji członek kapituły nagrody, były ambasador RP w Indiach Krzysztof Byrski „osoba pani doktor Heleny Pyz nie tylko jest jak najbardziej godna tego odznaczenia, ale wręcz swoją osobą i swymi dokonaniami dodaje blasku tej nagrodzie. W dodatku jest ona pierwszą laureatką, działającą nie w obszarze jednej cywilizacji, ale budującą mosty między dwiema wielkimi cywilizacjami Euroazji. Relacje między tymi cywilizacjami będą dominowały w XXI wieku, dlatego jest tak ważne, by gromadzić i podawać do publicznej wiadomości wszystko to dobre, co już się dzieje w tej materii, i co sprawi, że te relacje układać się będą dobrze w przyszłości.”

Z okazji przyznania tej nagrody, polecamy gorąco specjalny wywiad z Heleną Pyz – lekarką trędowatych przygotowany przez Beatę Zajączkowską:

Nagroda „Pontifici” – Budowniczemu Mostów – rozszyfrujmy, co dla Pani oznacza budować mosty w codziennym życiu?

Bo ja wiem? Czy wszystkie pytania będą takie trudne? „Budowanie mostów” wśród ludzi to chyba znajdowanie dróg do trudno dostępnych społeczności, nawiązywanie łączności z tymi, którzy są daleko, pogłębianie więzi międzyludzkich. Czasem trzeba przekroczyć jakiś rubikon…

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Prawie ćwierć wieku leczy Pani w Indiach trędowatych, dla wielu jest Pani siłaczką, prawdziwą bohaterką. Odnajduje się Pani w tych określeniach? Czym dla Pani jest ta praca?

Bohaterką nie czuję się wcale. Silną kobietą – chyba tak. Myślę, że bez siły moralnej, wewnętrznej nie byłabym tutaj tak długo, a może wcale. Praca lekarza jest dla mnie spełnieniem marzeń o pomaganiu cierpiącym, jakąś spłatą długu: bardzo dużo pomocy, choć nie tylko od lekarzy potrzebowałam w dzieciństwie, teraz zresztą też! I doświadczałam jej w pięknej postaci. Większym wyzwaniem jest zajmowanie się wieloma innymi sprawami związanymi z egzystencją Ośrodka, ale mam wielu pomocników, wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane.

Trudny dla europejczyków klimat; hindi czyli zupełnie nam obcy język; trąd, czyli choroba której musiała Pani się uczyć możemy powiedzieć na pierwszej linii frontu i pewno wiele innych bardzo trudnych rzeczy – jak wspomina Pani swoje początki w Jeevodaya?

Dziś myślę, że jednak najtrudniejsze było odkrywanie ludzi, tak innych mentalnie od wszystkich których znałam. Po przekroczeniu bariery języka ciągle nie rozumiałam bardzo wielu zjawisk, zachowań, sposobu myślenia, reagowania, podejmowania decyzji, motywów postępowania i małych i starych ludzi. Zarówno trąd jak i inne choroby tropikalne to nauka od podstaw, a inne specjalności jak dermatologia, laryngologia, okulistyka czy położnictwo też znałam tylko w zarysie. A musiałam podejmować najróżniejsze decyzje trochę na ślepo – to najczęściej przyprawiało mnie o drżenie serca i niepewność: czy miałam rację? Czy właśnie dobrze postanowiłam? To dużo kosztowało.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Założyciel Ośrodka Jeevodaya, którym był polski pallotyn ks. Adam Wiśniewski od samego początku wskazywał, że samo leczenie to zbyt mało, że trzeba tym ludziom stwarzać nowe szanse, pomóc otworzyć im drzwi, które wydają się zamknięte dla kogoś kto jest trędowaty lub pochodzi z takiej rodziny. Wizja, która jak pokazuje czas sprawdza się i daje nowe życie…

Tę ideę poznawałam na miejscu od świadków pracy ks. Adama, który był przecież lekarzem i to mnie zafascynowało. Po wyleczeniu choroby, jeśli jest zewnętrzny znak jej przebycia: rany, deformacje, porażenia były pacjent nie ma najmniejszych szans na normalne życie, jego najbliżsi z reguły też. Stąd pomysł edukacji dzieci z kolonii, tworzenia miejsc pracy dla wyleczonych, pomoc w usamodzielnianiu się młodego pokolenia dotkniętego trądem. Ale jeszcze wcześniej przywracanie im poczucia godności. Nikt ich nie chce, wypędzają z domów, wiosek – a ja/my mieszkamy w jednym domu, jemy z tego samego gara, pracujemy razem, są naszymi braćmi. Oni też mogą pracować i być potrzebni innym – to jest dopiero pełnia rehabilitacji społecznej.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Czy możemy powiedzieć, że trąd to choroba odrzucenia, samotności…

Zdecydowanie, szczególnie w społeczeństwie kastowym. Nasi pacjenci są na samym dnie. Żeby uchronić przed ostracyzmem całą rodzinę chorzy często opuszczają dom, dzieci, rodziców, żony i mężów. Częściej są wywożeni czy wypędzani z domów, inaczej cała rodzina musiałaby odejść ze wsi.

Kilka przykładów z mojego podwórka. Młodszy brat Jeetrama poprosił go, żeby odszedł, bo przecież żadna kobieta nie przyjdzie do męża, w którego domu jest okaleczony trędowaty. Inną naszą podopieczną, Mamtę, wypędził brat po śmierci matki, która ją chroniła, nie chciał dłużej jej utrzymywać. Już w pierwszej pracy straciła część palców – nie czuła, że kamienie, które nosiła są gorące! Sevti zostawiła z mężem pięcioro dzieci, wiedziała, że to dla ich dobra, normalnego dalszego życia.

Pani też jest naznaczona trądem swej niepełnosprawności. Najpierw były kule, teraz wózek inwalidzki i polio, na które Pani chorowała, a które wciąż jest obecne w Indiach…

Tu jestem szczególnie naznaczona, dla wielu jest nie do pojęcia, że człowiek niepełnosprawny fizycznie może być wykształcony i pełnić ważne role społeczne. A w kontakcie z pacjentami to mi zawsze pomagało i w Polsce i tu: wiedzą czy raczej czują, że znam cierpienie, że rozumiem ich lęki, niepewność, ból…

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Jest Pani świecką misjonarką należącą do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, Ośrodek Jeevodaya jest katolicki, jednak 90 procent podopiecznych nie jest chrześcijanami. Przyjechała Pani z katolickiej Polski, musiała się Pani uczyć egzystowania w tym wieloreligijnym społeczeństwie? Czy było to trudne, jak wyglądało?

Tak, musiałam się uczyć, ale to ja przyjechałam do kraju, gdzie osiemdziesiąt kilka procent ludności to hinduiści, a kilkanaście to muzułmanie. Do tego ośrodka po leczenie, edukację czy inną pomoc socjalną ciągnęły rzesze biednych i chorych ludzi już od kilkunastu lat i oczywiście wiedzieli, że tu pomagamy w imię Jezusa Chrystusa. Tę rzeczywistość zastałam i o tyle nie było trudno, że trzon załogi pracującej tu – w większości osoby  wyleczone z trądu – to katolicy. I ten katolicyzm też jest inny, może to nawet była większa trudność, niż wieloreligijność czy wielokulturowość. Dla mnie takim znakiem, że wystarczająco opanowałam hindi był moment, kiedy właśnie o sprawach ducha mogłam już swobodnie z nimi rozmawiać.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

fot. Beata Zajączkowska

Przychodzą i pytają Panią o Chrystusa?

Rzadko. Jak już zdecydują o zmianie wyznania. Myślę, że nasze czyny muszą im mówić o naszej wierze. Dobrze byłoby, żeby też nasze zachowania, styl życia, mówiły ludziom wokół o naszym związku z Jezusem.

Nie chrzcicie na siłę, chrzty się jednak zdarzają….

Tak i to jest moja wielka radość. Są to tym dojrzalsze decyzje. Dla Kalpany z dłońmi pozbawionymi palców na pewno najbliższy jest Jezus na Krzyżu. Gopal-Martin przyjął chrzest dla żony, Janki-Monica dla męża. Santosh, sierota, od niemowlęctwa w ośrodku, powiedział mi jako uzasadnienie decyzji: nie znam innego Boga. Przyjmują też chrzest w obliczu niebezpieczeństwa śmierci, ale są konsekwentni jeśli jednak wyzdrowieją.

Indie nie są generalnie krajem przychylnym chrześcijanom, była Pani tam w czasie prześladowań. Budziło to pytania, czy warto dalej być i pracować tam gdzie na dobrą sprawę nie do końca jestem mile widziana?

Nieprzychylny stosunek nie tylko z powodu mojej przynależności do Kościoła katolickiego odczuwam od czasu do czasu. Ale jakie to ma znaczenie, co o mnie myśli ktoś z zewnątrz? Od strony tych, którzy mnie tu zaprosili, przygarnęli, korzystają z mojej pomocy nigdy czegoś takiego nie odczułam. Czy tym, którym nie podoba się pomoc niesiona przez chrześcijan najbardziej upośledzonym warstwom tego społeczeństwa zależy na ludziach dotkniętych trądem? A mnie tak i dlatego wiem, że WARTO.

Na ile wiara jest dla Pani motorem w tej pracy?

W 100 procentach: wierzę, że Pan Bóg mnie tu chce, wierzę, że jestem wciąż potrzebna, wierzę, że jeszcze mogę zrobić coś dobrego.

Mówi się do Pani w ośrodku Mami, czyli Mamo. Ma Pani całkiem sporą gromadkę dzieci…

Każdy ma tu jakiś „tytuł”, którym określa relację z innymi, bo nie używa się imion starszych od siebie osób. Nazywają mnie też używając określeń od mojego zawodu:  didi czy beti (starsza siostra czy córka), ale najczęściej mówią do mnie Mami. Może doceniają to, co kobieta europejska w odróżnieniu od, niestety większości, indyjskich, umie spontanicznie okazać: serdeczność, dobrość, miłość. Staram się wiele pokazywać, to musi być lekcja dla moich podopiecznych, bo tutejsze „wychowywanie” bardziej przypomina tresurę, co dla mnie od początku jest nie do przyjęcia. Okazywanie czułości jest czymś zupełnie obcym w tym klimacie! Myślę, że zdecydował też o tym mój wiek. Miałam już 40 lat, kiedy dotarłam tu po raz pierwszy. A „moje córki”, choć bez formalnej adopcji, to te niczyje, którym poświęciłam najwięcej czasu – zdążyły się przywiązać i tak zostało. Staram się jednak, żeby wszyscy odczuwali, że jestem dla każdego.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Patrząc choćby na ten aspekt macierzyński – Pan Bóg daje stokroć więcej, niż sami możemy nawet zamarzyć?

Przecież tak obiecał Piotrowi, gdy ten domagał się określenia nagrody jaką dostaną apostołowie opuszczając wszystko na Jego wezwanie, dla Jego imienia. To przydarzyło się i mnie…

Pani jest „ogniwem” w całym łańcuchu pomocy. Polacy są hojni, otwarci, wrażliwi… na potrzeby innych? Bez nich praca Pani pewno byłaby niemożliwa?

Jestem o tym przekonana, zresztą początki były bardzo biedne. Przyjechałam 1,5 roku po śmierci ks. Adama Wiśniewskiego i wiele osób po prostu zakończyło swoją wcześniejszą pomoc, głównie z powodu braku informacji. Byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że tylko Polacy są hojni, otwarci i wrażliwi, ale istotnie większość pomocy otrzymuję z Polski. Jestem takim pierwszym ogniwem – od strony beneficjentów,  a dobrodzieje są często szczęśliwi, że znajdują miejsce, gdzie mogą skutecznie nieść pomoc. Dzięki pomocy finansowej z Polski Ośrodek nadal się rozrasta, z 220 osób przed ćwierć wiekiem do 600, mamy nowe budynki, konieczną nową szkołę, kuchnię, powiększone gospodarstwo itp. Ośrodek pełni służbę medyczną i edukacyjną bezpłatnie, dlatego bez pomocy z zewnątrz nie byłoby to możliwe.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Decyzję o wyjeździe do chorych na trąd w Indiach podjęła Pani w jednej chwili na imieninach u koleżanki – szybko i ostatecznie. Co by Pani radziła młodym ludziom, którzy coraz bardziej boją się podejmować decyzje na całe życie?

Myślę, że ludzie, nie tylko młodzi, za rzadko pytają Pana Boga co mają robić ze sobą. Tak naprawdę celem naszego życia jest wypełnienie Woli Pana życia wobec nas. Od Niego mamy wszystko, to czego nie moglibyśmy Mu oddać, jeśli tego sobie zażyczy dla Siebie samego czy dla dobra ludzi wokół nas, czy to będzie rodzina, zawód, pełniona służba? A jak taką decyzję podejmę to już wszystko układa się dobrze. Niemniej raz podjąwszy decyzję w jakimś sensie codziennie na nowo muszę ją podejmować. Ale wytrwać mogę też tylko z Bożą pomocą. Rada więc jest prosta: oprzyj się na swoim Stwórcy i Zbawicielu.

Lata wyrzeczeń, praca w bardzo trudnych warunkach, tęsknota za bliskimi – a co jest największym darem, który Mami dostała w Jeevodaya?

Miłość moich „dzieci” i tych starszych i tych najmłodszych. Poczucie, że jestem im potrzebna, przynajmniej jeszcze dziś. To jest nie do przecenienia, nie uważa Pani Redaktor?

Gdybyśmy cofnęły „film z Pani życiem” o te minione ćwierć wieku w Indiach, czy wiedząc co Pani przeżyła, ile to kosztowało, podjęłaby Pani tę samą decyzję?

Tak, tak, oczywiście. Teraz, kiedy wiem jak to było, sądzę, że łatwiej podjęłabym decyzję. Nie pamiętam takiego momentu, żebym miała pokusę: uciekam, nie dam rady, to nie dla mnie. Gdy było bardzo ciężko, to przecież wiedziałam, że nie tylko mnie jest źle. Wiedziałam, że tylko jak razem to podźwigniemy, to mamy szansę wyjść na prostą. Jestem Panu Bogu wdzięczna, że właśnie takie zadania przede mną postawił.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Wiara – podaj dalej

„Stawiamy sobie często pytanie: Na kogo chcemy wychować swoje dziecko? Egoistę, samoluba? Nie, nigdy – odpowiada każdy. Jak chcemy wychowywać? Byle jak? Byle jak dziecko wychowa się samo – trochę lepiej, trochę gorzej. Wiara natomiast pomaga, bo daje wskazówki”. Dziennikarze o tym, jak przekazać wiarę dzieciom.

Zadaliśmy im trzy, poniższe pytania:

1.         Jak mówić dzieciom o Panu Bogu, żeby ich nie zniechęcać do religii?

2.         Wiara pomaga czy przeszkadza w wychowaniu?

3.         Czy wiara w Boga pomaga dzieciom w poznawaniu świata?

Wiara - podaj dalej

Marek Balawajder z synem


Marek Balawajder, Dyrektor Informacji RMF FM

1. Mówić ciekawie. Tak jakbyśmy mówili o kimś znanym, lubianym, kimś,  kto jest tuż obok,  kto nam pomaga, na kogo możemy liczyć; kimś, kto jest –  „tylko” go nie widać. Dzisiaj bardzo rzadko jesteśmy w tak komfortowej sytuacji, że mamy kogoś, kto zawsze może nam pomóc, ,,kto jest praktycznie na każde zawołanie”. A Pan BÓG  – choć dziecko nie może go zobaczyć, poczuć, dotknąć – jest właśnie ZAWSZE.

To do Pana Boga, obojętnie od pory dnia i roku, można się zwracać, prosząc o pomoc. Pytanie tylko, czy potrafimy uświadomić dziecku istnienie KOGOŚ, kogo nie widzi, z kim nie rozmawia. Dorośli wierzą i jest im łatwiej. Kiedy sami poradzimy sobie z kwestią wiary – to zaczniemy z dziećmi rozmawiać już o Bogu w innym wymiarze. Będziemy traktować Go jak towarzysza, przyjaciela. Kiedy dziecko też uwierzy – wtedy nauka religii będzie naturalną konsekwencją tego, co wcześniej mówiliśmy o Bogu. Nauka religii dla dziecka ma być trochę jak nauka przyrody, nauka życia  – odkrywamy codziennie coś nowego, coś dotąd tajemniczego, ekscytującego.  Jednocześnie ma być to edukacja, która pozwoli nam uwierzyć, że nie jesteśmy sami, że jest KTOŚ, na kogo zawsze możemy liczyć.

2. Pomaga – i tutaj chyba nie ma wątpliwości. Samo wychowanie dziecka, to moim zdaniem,  jedno z najtrudniejszych życiowych wyzwań, jakie pojawiają się przed człowiekiem. Dobre wychowanie dziecka to misterna sztuka, która wcześniej musi mieć odpowiednią podbudowę. To jak malowanie obrazu na płótnie, które wcześniej trzeba było zagruntować. Bez gruntu obraz będzie zły, nieudany. Tak bez podstaw wiary wychowanie będzie złe, miałkie, nijakie. Jeżeli jeszcze będzie to wychowanie. Najbardziej bolą małe wychowawcze porażki – takich jest najwięcej i takie niszczą wolniej, ale boleśniej. Bez wiary trudno jest dobrze wychowywać dzieci. Zasady wiary chrześcijańskiej są uniwersalne dla każdego – wierzącego czy odrzucającego Boga. Miłość, szacunek, wszystkie zasady dekalogu – to tylko może pomagać.

Stawiamy sobie często pytanie: Na kogo chcemy wychować swoje dziecko? Egoistę, samoluba? Nie, nigdy – odpowiada każdy. Jak chcemy wychowywać? Byle jak? Byle jak dziecko wychowa się samo – trochę lepiej, trochę gorzej.

Wiara natomiast pomaga, bo daje wskazówki. Często, kiedy sami już nie wiemy co dalej, to właśnie głęboka wiara pomaga nam odkryć, zrozumieć, przekazać – a co za tym idzie, wychować.

3. I tak, i nie. Nic co w sobie ma iskrę wiary, co nie opiera się tylko na suchym racjonalizmie, nie jest łatwe. Każdy element religii, wiary, powoduje, że poznawanie świata może być utrudnione. Ale przez to bardziej interesujące. Na pewno nie jest to proste poznawanie, nie jest to poznawanie zero – jedynkowe, zawierające się w stwierdzeniu: coś, co jest białe i zawsze będzie białe, a czarne będzie zawsze czarne. W poznawaniu świata wiara czasem może przeszkadzać. Bo jak wytłumaczyć dziecku, że śmierć i zniknięcie na zawsze ukochanej babci, to tylko przystanek, to tylko chwila. Że gdzieś Babcia czeka, gdzieś jest, tylko poszła na chwilę, by coś załatwić. Tutaj na zrozumienie dziecka nie ma co liczyć. Ale to właśnie wiara pozwala zmniejszyć cierpienie i dać nadzieję, bo zamknięcie bliskiej osoby na cmentarnej płaszczyźnie nie jest najbardziej rozsądnym przekazem dla kilkuletniego dziecka. I właśnie wiara pomaga wtedy przez te najtrudniejsze chwile przejść. Czy pomaga poznać świat? Może pomaga w zrozumieniu i złagodzeniu obrazu złego świata. A także pobudza ciekawość u dziecka, a ciekawość to pierwszy krok do dalszego  poznawania świata.

Wiara - podaj dalej

Barbara Zielińska-Mordarska


Barbara Zielińska-Mordarska, dziennikarz-reporter RMF FM

1. Nie straszę, tłumaczę. Tak staram się opowiadać swoim dzieciom, dziś już 13-letniemu synowi i 6-cioletniej córce o Bogu.

Czy w piekle naprawdę są diabły i smażą ludzi w kotłach? Ja tam nie chcę iść i nie będę chodzić do kościoła – wykrzyczał kiedyś mój syn. Nawet mu się nie dziwiłam. Wytłumaczyłam jednak, że tak jak w życiu są nagrody za coś, co zrobiliśmy dobrze i kary za nasze błędy, tak samo jest u Pana Boga. Kiedy zachowujemy się grzecznie, dobrze się uczymy to i On i rodzice bardzo się cieszą i są dumni, a kiedy są niegrzeczni, kłamią,  biją się – to i On i rodzice nie są zadowoleni. I że trzeba ponieść konsekwencje, że jest i kara, i nagroda. Tak właśnie jest z piekłem i niebem. Na razie takie wytłumaczenie wystarcza. Zawsze to życie boskie staram się odnosić do życia tu na ziemi. Tak, by to boskie nie wydawało się straszne, by nie było czymś przed czym się ucieka, czego się boi i tym samym ucieka od Kościoła.

2. W żadnej chwili mojego życia wiara nie przeszkadzała mi w tym, jak wychowuję moje dzieci. Mam jednak trudności z językiem wiary, z językiem modlitw jakich uczę moje dzieci. Na co dzień zajmuje się newsami, jestem reporterką od 20 prawie lat. I wiem, że to co opisuję musi być podane w sposób niezmiernie prosty. Tak, by każdy kto słucha tych relacji mógł je zrozumieć. Tę regułę zawsze powtarzam moim dzieciom, żeby pisząc swoje opowiadania w szkole, właśnie tak je konstruowały.

W przypadku modlitw to jednak wcale nie jest takie proste. A dzieci, jak wiadomo są teraz wyjątkowo dociekliwe i zadają bardzo trudne pytania. Po prostu chcą wiedzieć o czym jest otaczający ich świat czy zjawisko. Jak wiec wytłumaczyć  6-ciolatce, w sposób zgodny z prawdą a jednocześnie delikatny fakt, że matka Jezusa – jest Marią Zawsze Dziewicą? Jakoś sobie poradziłam, ale było to karkołomne zajęcie. Łatwiej poszło z „Błogosławioną między niewiastami i błogosławionym owocem żywota Twojego”, ale ten bardzo archaiczny język jest ogromną przeszkodą do nauczenia się modlitwy ze zrozumieniem. Trójca Święta też nie jest łatwym do wytłumaczenia zjawiskiem, bo jeżeli Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty są jednym, to dlaczego różnie się nazywają – pyta moja córka i ja nie mogę jej powiedzieć, że to dogmat wiary, bo wpakuję się w jeszcze większe problemy. 

A co to jest to pokuszenie, to tak jak ukąszenie – kolejne pytanie mojej córki, z którą właśnie uczymy się modlitwy Ojcze Nasz. Tu tłumaczenie nie było tak trudne, ale już Litanię do Najświętszej Maryi Panny odmawiamy w kościele razem ze wszystkim bez wdawania się w szczegóły – zwłaszcza w momencie: Różo duchowa, Wieżo Dawidowa, Wieżo z kości słoniowej, Domie złoty, Arko przymierza, Bramo niebieska.

Szkoda, że i na religii, i w kościele podczas mszy dla dzieci nie tłumaczy się poszczególnych, trudnych sformułować modlitw Kościoła katolickiego. Ja w każdym razie nie spotkałam się z takim wykładem. Dzieci uczą się więc modlitw pamięciowo. Bez zrozumienia.

Brakuje mi także pieśni napisanych w obowiązującej polszczyźnie. Te śpiewane przez scholę w naszej parafii są w porządku, dzieci są wstanie zrozumieć ich przesłanie, jednak zdecydowana większość pieśni wykonywanych podczas mszy, ma sformułowania nieczytelne.

Ktoś, kto nie zna Biblii nie jest w stanie wiedzieć o co chodzi, bez wykładu na temat konkretnych sformułowań. Sama będąc dziewczynką zastanawiałam się, co to za dziwne imię ta Nacudja, głośno w kościele śpiewałam razem z koleżankami: Nacudjo nasza, alleluja! Po latach dopiero odkryłam, że nie śpiewam o naszej Nacudji, a o cudzie Jonasza. No, ale wcześniej nikt mi nie opowiedział o Jonaszu, który uratowany przez wieloryba mógł jednak wypełnić misję Boga w Niniwie.

3. Kiedy podczas jednej z Mszy świętych w czytaniu z Księgi Jeremiasza pojawił się król o bardzo trudnym imieniu Nabudochonozor, córka była zaskoczona, że tak się można dziwnie nazywać, syn próbował kilka razy powiedzieć jego imię bez pomyłki. Mąż opowiedział o tym, jak w czasach, kiedy był młodym lektorem za punkt honoru postawił sobie przedstawienie czytania bez zająknięcia. I w ten sposób Nabudochonozor stał się niespodziewanie przyczyną do fajnej rodzinnej pogawędki. Kiedy ten sam król pojawił się w książce do historii I klasy gimnazjum – jako król Babilonii z dynastii chaldejskiej, syn i następca Nabopolassara – syn potraktował go już jako dobrego znajomego.

Ten przykład pokazuje, że wiele postaci, wydarzeń, zjawisk, które poznajemy poprzez czytanie Nowego czy Starego Testamentu prowokuje do odkrywania świata i jego historii.

To też utwierdza w przekonaniu, że czasy, w których żył Jezus nie są jakimś nierealnym scenariuszem, że nie stworzono ich na potrzebę jednego Człowieka, prawie takiego samego, jak my. Prawie.

Wiara - podaj dalej

Marek Zając


Marek Zając, dziennikarz TVP

1. Z wyżyn mego nad wyraz jeszcze skromnego rodzicielstwa – Zuzia ma pięć lat, Jaś ma dwa – mogę postawić tezę następującą: Bóg i wiara niezwykle fascynują małe dzieci, ale nudzi je Msza święta. Nawet ta szczególnie im dedykowana, z dialogowanym kazaniem i wesołymi piosenkami przy akompaniamencie gitary. Bo mimo wszystko rytuał i język pozostają niezrozumiałe. I mówiąc szczerze, jest to dość poważny problem dla rodzica.

Chciałbym swoim dzieciom pokazać, że niedzielna Msza jest ważna, a jednocześnie nie zniechęcić ich do wiary i Kościoła, nie zanudzić; nie utwierdzać negatywnych skojarzeń, że to wszystko jest ciągnącą się jak flaki z olejem godziną przymusowego nudziarstwa. Na szczęście sam Bóg przyciąga niczym magnes. Serio. Z doświadczenia wiem, jak np. biblijne opowieści poruszają dziecięcą wyobraźnię. Historia Jezusa – a było to moim wielkim zaskoczeniem – już u trzylatka budzi mnóstwo emocji i pytań. Dlatego też radzę: wystarczy po prostu o Bogu mówić, co jednak najważniejsze – z autentycznym zaangażowaniem, bo dzieci to natychmiast wyczuwają. I szybko może się okazać, że z tajemnic wiary rozumieją o wiele więcej niż dorośli. Gdy Zuzia miała niecałe trzy lata, czytaliśmy „Pinokia” – jest tam historia o dobrej wróżce, która umiera. Zapewne z rozpaczy, że pajacyk jest wciąż niegrzeczny i nieposłuszny. Skruszony Pinokio zalewa się łzami nad jej grobem. Potem jednak okazuje się, że wróżka żyje – niby ta sama, ale już nie ta sama. Zuzię to bardzo zaintrygowało, ale biedny Tata nie potrafił wyjaśnić, co i jak. Aż tu nagle sama Zuźka z miną profesora teologii z Gregorianum oświadcza: – Hmm, przecież to tak jak z Panem Jezusem! No i wszystko jasne!

2. Gdy wiara przeszkadza w wychowaniu, to znaczy, że coś jest z nią nie tak.

Dziś niektórzy dorośli wydają tysiące złotych na sesje u coachów, aby odkryć własne pragnienia i talenty, znaleźć głębszą motywację albo sens; na lepsze zmienić życie prywatne czy zawodowe. Tymczasem, zapominamy, że świadomie przeżywane i praktykowane chrześcijaństwo to arcyskuteczny coaching, liczący sobie już dwa tysiące lat.

Empatia, szczerość wobec siebie i innych, zdolność do rezygnowania z czegoś w imię pragnień wyższych, prawdziwa wolność, umiejętność odróżniania ważnego od nieważnego – to wszystko i jeszcze tysiące innych rzeczy, wiara mądra i głęboka pozwala kształtować zarówno w dorosłych, jak i w dzieciach.

3. Wiara uwrażliwia wszystko, co jest PONAD. Nie jest prostym wytrychem do świata, który zwalnia z samodzielnego myślenia, ale nieskończenie poszerza perspektywę. Doskonale komponuje się więc z dziecięcym nieograniczonym pragnieniem eksplorowania świata. Dopóki tej naturalnej i nieposkromionej ciekawości nie zabijemy w nich my, strasznie poważni i ostrożni dorośli…

Wiara - podaj dalej

Aneta Liberacka z dziećmi


Aneta Liberacka, Dyrektor Zarządzająca Stacja7.pl

1. Najlepiej na świecie o Panu Bogu mówił mój dziadek Wenancjusz, opowiadał nam historie biblijne jak najpiękniejsze baśnie. Myślę, że gdy dzieci są małe, właśnie tak trzeba robić, opowiadać, wzbudzać ciekawość, starać się odpowiadać na wszystkie pytania. Ważne jest aby w dziecku systematycznie budować wiarę, tak aby stała się nieodłącznym elementem ich życia, to bardzo trudne zadanie.

Wiarę dziecku trzeba pokazać. Pokazywać każdego dnia swoim życiem.

Przede wszystkim niedziela. To powinien być dzień niezwykły, za którym dziecko będzie tęsknić przez cały tydzień. Niedzielna Msza Święta nie musi być nudnym, przydługim obowiązkiem, ale ciekawym eventem, radosnym świętem, którego nie może się doczekać, uwieńczeniem tygodnia. Naprawdę można tak to urządzić. Wszystko zależy od rodziców, jak będą celebrować to wydarzenie, jak będą celebrować całą niedzielę. To ma być dzień inny niż wszystkie, wyjątkowy.

Codzienna modlitwa. Wszystkie poradniki uczą konsekwentnego wykonywania kolejnych czynności np. przed zaśnięciem, po to by dziecko czuło się bezpiecznie i spokojnie zasypiało. Wspólna, systematyczna modlitwa każdego dnia, budzi w dziecku potrzebę rozmowy z Bogiem, daje poczucie bezpieczeństwa i zostaje na zawsze. Później, gdy dzieci są już nastolatkami, same zaczynają dostrzegać, że nic w ich życiu nie dzieje się przypadkowo, wszystko jest po coś i ma swój określony skutek w przyszłości. Codzienna modlitwa coraz bardziej staje się świadomą rozmową dziecka z Bogiem. Zauważa, że jest Ktoś Wszechmocny, z Kim można się podzielić szczęściem, ale też poprosić, pożalić się. Zauważyłam, że gdy były młodsze częściej dziękowały, teraz więcej proszą: o zdanie egzaminu, dobrą ocenę ze sprawdzianu, rozwiązanie trudnej sytuacji z kolegami. Jest wiele takich spraw.

2. Wiara w wychowaniu przeszkadza. Oj, jak bardzo przeszkadza, bo wymaga, podnosi poprzeczkę, ożywia sumienie, które nie daje spokoju, gdy się czegoś nie chce zrobić, gdy sił nie wystarcza, a tu jeszcze te zasady wiary, których nie dość, że samemu trzeba przestrzegać, to jeszcze pilnować ich przestrzegania u dzieci. Wychowanie czwórki dzieci, o naprawdę radosnych temperamentach, wiąże się też z wezwaniami do szkoły i przykrymi rozmowami z nauczycielami. Jednak, pomimo, iż przy takich rozmowach słuchamy, że gadają na lekcji, śmieją się, dowcipkują, biegają, po przegranym meczu zbyt mocno artykułują niezadowolenie, to mają niezwykle mocny kręgosłup moralny. I to jest największy komplement jaki słyszymy, choć wiemy, że nie wynika z naszych zasług – to właśnie sprawa wiary.

3. Wiara w Boga przede wszystkim pomaga im odróżnić dobro od zła, co dzisiaj nie jest trywialne. Pomaga też pogodzić się z pewnymi sytuacjami, zrozumieć coś, na co pozornie się nie godzą. Poznawanie świata to przede wszystkim poznawanie drugiego człowieka. W ich wieku bardzo ważne są relacje z rówieśnikami, myślę, że często to zderzenie jest dość bolesne. Nie jestem pewna, czy już to rozumieją, ale wiem, że nie raz będą się w tej sprawie odwoływać do Niego. Mam nadzieję, że dzięki temu ziarenku wiary, które może udało nam się w nich zaszczepić, wiedzą skąd są i dokąd zmierzają.

Wiara - podaj dalej

Marcin Żebrowski


Marcin Żebrowski, dziennikarz TVN24

1. Przede wszystkim dzieciom trzeba mówić prawdę. One są infantylne tylko w bajkach, albo w niektórych poradnikach dla rodziców (wychodzi na to samo). Bóg rzeczywiście stworzył kolorowe motylki, pięknego pieska, no i oczywiście słoneczko, chmurki… ale Bóg też wymaga. A dziecko wymaga tłumaczenia, musi wiedzieć, że On wymaga nie dlatego, żeby było nam gorzej, ale żebyśmy byli lepsi. Wtedy dziecko na pewno nagrodzi nas zrozumieniem i nie zniechęci się do religii nawet jeśli jesienią zabraknie motyli, piesek będzie wściekle ujadał, a przez cały tydzień będzie tylko lało.

2. Wiara jeszcze nigdy mi nie przeszkodziła. Gdyby tak było najpierw spojrzałbym w lustro, a dopiero potem szukałbym odpowiedzi, albo usprawiedliwienia w wychowaniu.

3. Dzieciom nie jest potrzebna pomoc. Jakakolwiek pomoc. One sobie poradzą. Dzieci potrzebują miłości i poczucia bezpieczeństwa. Jeśli Bóg będzie w kochającej rodzinie, to każdy w niej będzie bezpieczny. Wtedy poznawanie świata przychodzi w naturalny, spontaniczny sposób.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas