Nasze projekty
Alina Petrowa-Wasilewicz

Czekamy

Niecierpliwe odliczanie dni i męczące wrażenie, że popsuły się wszystkie zegary. Wyobraźnia, która podsuwa setki obrazów i wersji, jak będzie wyglądać chwila spotkania. Chodzenie w kółko po pokoju. Gorliwa krzątanina, nadaktywność, która ma „zatkać” czas. Albo poddanie się strumieniowi czasu, rozsądna kapitulacja, bo mimo niezliczonych przyspieszaczy i tak przecież wiadomo, że ta chwila sama do nas przypłynie.

Reklama

Oczekiwanie. I przygotowania.

W grudniu rozpoczyna się nasze oczekiwanie na narodziny Jezusa w Betlejem. To nic, że narodził się dawno i tak co roku zaczyna się wielkie odliczanie, dla handlowców już w listopadzie, dla pozostałych w grudniu, ale wszystkich ogarnia gorączka, tyle że nie dla wszystkich znaczy to samo. A czym będzie dla nas ten czas, zależy od tego, kogo widzimy w tym Dziecku, które przyniosło na ziemię pokój i miecz i kompletne wywrócenie banalnej logiki świata.

Czekamy

Reklama
Reklama

Jeśli czekamy na małą, kruchą istotę, która ma się narodzić, zaczynamy się jej podporządkowywać. Nasłuchujemy, wyostrza nam się słuch, staramy sobie wyobrazić istotę, czyich rysów nie znamy, choć jest tak bardzo bliska, jakby w nas zamieszkała. Przyzwyczajamy się do ukrytej obecności, bliskości nieznajomego, który paradoksalnie staje się częścią naszego „ja”.

To czekanie na dziecko to gotowość do opieki, zgoda na to, że wtargnie w nasze życie, pokrzyżuje plany, po prostu zagarnie je całe.

Będziemy musieli się na to zgodzić i być do dyspozycji 24 godziny na dobę, bo ono nas potrzebuje, co zadziwiało wszystkie pokolenia, a nasi przodkowie zaczęli śpiewać z tego zdziwienia o granicach Nieskończonego.

Reklama
Reklama

Bardzo wielu z nas widzi w Nim przyjaciela i czeka na przyjaciela, tego niezrównanego, najlepszego, do tańca, do różańca i co to z nim można konie kraść. No i ostatecznego, bo zostaje zawsze do końca.

Czekamy, bo wiemy, że bez obaw możemy opowiedzieć Mu wszystko, że nagadamy się z Nim do syta, pobiadolimy, ponarzekamy. Taka terapia wymaga jednak nie tylko nauczenia się wspólnego języka, ale słuchania i zastanawiania się, jak pewna szalona, mała karmelitanka, co Mu sprawi największą przyjemność? Czy tylko czyny wielkie, niezwykłe i historyczne, czy zadowoli się może drobiazgami, czymś, o czym nawet nie warto wspominać w nekrologu, opisującym zasługi i dokonania zmarłego.

Może widzimy w Nim przewodnika, bo czujemy od dawna, że mimo zastępu specjalistów i nadprodukcji poradników nadal brakuje nam światła, jesteśmy w mroku.

Reklama

Nadchodzą chwile, gdy nie wiemy już gdzie się udać i kogo pytać i oświeca nas, że bez Niego nie złapiemy właściwego kierunku. Dlatego, żeby się całkiem nie pogubić, wstajemy gdy jeszcze jest ciemno i idziemy do kościoła, zapalamy lampiony i modlimy się żeby ten przewodnik już się pojawił, bo bez pochodni stopy się gubią, i sens i rytm też się gubią i nie wiadomo, po co to wszystko. Szukamy Go, bo potrzebujemy pewności, twardego gruntu, bo to nieprawda, że gdy wszystko jest płynne, będziemy szczęśliwi. Idziemy po Jego „tak” i „nie”, bo przeczuwamy, że żeby nie wiadomo co się działo, z Nim wszystko zakończy się dobrze.

Ale być może czekamy na Króla, a Króla trzeba słuchać, ale też Jego przyjęcie nie może być byle jakie, chciałoby się jakoś postawić.

Tak więc sprzątamy chałupę na błysk, robimy mega zakupy i kilka dni z rzędu gotujemy, żeby przyjęcie było godne króla, zaglądając do przepisów, które zostawiły nam prababki. Barszcz i uszka lub grzybowa, ryby na wszelkie sposoby – śledzie i karpie, makowniki i susz. I jeszcze ustawienie i ubranie choinki, biały obrus i sianko. A ponieważ to Król paradoksów, w swoje urodziny to On rozdaje prezenty, więc w Jego imieniu trzeba wybrać się znowu na mega zakupy, obiec galerie handlowe i małe sklepiki żeby uszczęśliwić każdego z naszych bliskich, a Jego poddanych. I wśród tej krzątaniny warto zapytać, czy On rzeczywiście jest Królem, czy może jesteśmy uzurpatorami i co by się z nami stało, gdyby On naprawdę rządził, jak zmieniłoby się nasze życie?

A jeśli czekamy na Zbawiciela i kiedyś, choć w ułamku sekundy przeżyliśmy pewność, że nie ma ratunku poza Nim, modlimy się, medytujemy i spowalniamy, wyłączamy się, szukamy ciszy, chociaż codzienność się toczy normalnie i proza życia wciąż jest ta sama, ale musimy zareagować, bo czekamy na Kogoś, dzięki komu odwróciła się karta śmierci, bo wyciąga za włosy z błotnej topieli i stawia na skale. I podarowuje nam nowe życie, bo jest samym życiem. Dlatego szukamy w ciszy ciężarnej dziewczyny z Nazaretu, bo wiemy, że Ona nas doprowadzi do Tego, który daje życie i wyprowadza w światło.

Wyobrażamy sobie Jego rysy, uczymy Jego języka, wsłuchujemy. Tak naprawdę ten czas to ćwiczenie i trening. I wielka szansa żeby czekanie upodobniło nas do Tego, na kogo czekamy.

Ale jeśli przegapiliśmy ten czas niepowtarzalny, nie powinniśmy długo się smucić, bo upłynie rok i zacznie się znowu wielkie odliczanie grudniowe. I otrzymamy kolejną szansę od Niego. Tylko wówczas bądźmy ostrożni i nie pozwólmy, by czas przeleciał nam koło nosa.

Jest coś pięknego w tym, że Jego narodziny wciąż powtarzają się jak baśń, opowiadana w nieskończoność zasłuchanemu dziecku, ale nie możemy się tym pocieszać, musimy pamiętać, że przecież czas – nasz, twój, mój – kiedyś nieodwracalnie się skończy i ominęło nas to jedyne, najważniejsze w życiu spotkanie.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite