video-jav.net

Tylko nie wracajcie bez dzidziusia

Drobna, długowłosa dziewczynka. Ciągle się uśmiecha. Może właśnie przez to szczęście wymalowane na jej twarzy rodzice nigdy nie zdobyli się na to, by powiedzieć jej prawdę. Marysia nie wie, że nie są jej biologicznymi rodzicami, że bracia nie są jej rodzonymi braćmi, że jej historia zaczyna się w innym mieście, w innej rodzinie, w innym związku. Że pewnego dnia te dwie nici swojego życia będzie musiała ze sobą związać.

Polub nas na Facebooku!

Fragment książki Katarzyny Kolskiej pt. “Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach”


Mama na dziewięć miesięcy

Kiedy 10 lat temu Ewa i Mariusz dowiedzieli się, że jest niemowlę, którym trzeba się zaopiekować, nie zastanawiali się ani chwili. Wsiedli do samochodu i pojechali. Dziś mówią zgodnie, że była to najlepsza decyzja w ich życiu. – Byliśmy spełnionymi rodzicami, mieliśmy dwóch wspaniałych synów. Ale od dawna dojrzewała w nas myśl, by uratować jedno dziecko, by dać mu miłość, ciepło i rodzinny dom. I to dziecko do nas przyszło – mówią.

Mariusz nigdy nie zapomni twarzy tej dziewczyny: uważnie patrzył, jak bierze swoje dziecko na ręce i jak bardzo przygnieciona jest ciężarem nieszczęścia, które na nią spadło. Była młodziutka, miała siedemnaście lat, uczyła się. To niezwykłe szczęście, że Basia trafiła na Marię, że posłuchała jej rady, by nie usuwała ciąży. Maria taka była: walczyła o każde poczęte dziecko. Pomagała samotnym dziewczynom, które zostawione przez swoich partnerów, często wyrzucone z domu rodzinnego, same musiały podejmować decyzję. Maria zawsze im mówiła: – Jeśli nie możesz tego dziecka wychować, oddasz je innej rodzinie, to będzie twój gest miłości, najważniejsza rzecz, jaką zrobisz dla swojego dziecka. Nie odbieraj mu życia. Znajdę rodzinę, która na nie czeka, która pokocha je jak własne. Maria chciała ochronić te dziewczyny, ratowała je przed wyrzutami sumienia, których po aborcji nigdy by się nie pozbyły.

Tym razem się udało. Dopóki ciąża nie była widoczna, Basia chodziła do szkoły. Zaliczyła kolejną klasę. Marysia przyszła na świat śliczna i zdrowa. Zgodnie z prawem dopiero po sześciu tygodniach biologiczna matka może wyrazić zgodę na adopcję. Gdy Mariusz z Ewą zobaczyli Marysię pierwszy raz, miała dwa tygodnie. Wychodząc z domu, powiedzieli swoim synom, że jadą po dziecko, które na jakiś czas zostanie u nich. – Tylko nie wracajcie bez dzidziusia – rzucił na pożegnanie ich najstarszy, siedemnastoletni syn i popędził do szkoły.

 

photo-1438962136829-452260720431

 

Dziecko ze szpitala musiała odebrać Basia, biologiczna matka. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła córeczkę. Po porodzie wolała się nią nie zajmować. Bała się siebie, swoich uczuć, wiedziała, że nie podoła wychowaniu. Maria wzięła niemowlę na ręce, zaniosła je do samochodu. Gdy wsiadali, Basia zapytała: – Czy mogę potrzymać Marysię na rękach? – Siedziałem za kierownicą, nie mogłem jej obserwować. Ale czułem, że ona żegna się ze swoim dzieckiem. Podziwiałem ją za odwagę podjęcia decyzji, miała siedemnaście lat i musiała dokonać najtrudniejszego w życiu wyboru. Widzieliśmy, jak bardzo wdzięczna jest Marii, że się nią zajęła, że namówiła do urodzenia dziecka, do bycia mamą na krótko, na dziewięć miesięcy. To właśnie z tej wdzięczności i na jej cześć dała swojej córce to samo imię, Maria – wspomina Mariusz.

Pojechali do domu samotnej matki. Tam podpisała zgodę na to, by przez najbliższe tygodnie opiekę nad Marysią sprawowali Mariusz i Ewa. Razem z nią była jej matka, babcia Marysi. – Łamała się, było widać, że to dla niej trudna decyzja, by oddać obcym ludziom swoją wnuczkę. Może liczyła na to, że córka w ostatniej chwili zmieni zdanie, powie: „Jakoś damy sobie radę, nie oddawajmy jej”. Dlatego zapytała jeszcze: „No to jaką podejmujemy decyzję?”. Basia trzymała się tego, co już dawno ustaliła: musi oddać dziecko. Sama nie jest w stanie go wychować. Obie były smutne i przybite tym, co się dzieje. – Wiedzieliśmy, że są biedne, że decyzja o oddaniu dziecka jest aktem ich najgłębszej miłości. Ich nieszczęście miało stać się szczęściem innych. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to będzie nasze szczęście – mówi Ewa. Gdy żegnali się z Marią, powiedzieli do niej: „Jeśli będzie taka możliwość, to niech Marysia zostanie już u nas na zawsze”.

 

baby-821625_1280

 

Wieczorem zadzwonili do rodziców: – Przyjedźcie koniecznie, mamy dla was niespodziankę – zachęcali przez telefon. – Pewnie psa kupiliście – domyślała się mama Mariusza, bo wiedziała, że od jakiegoś czasu mieli takie plany. – Zamurowało ich z wrażenia, nie wiedzieli, co powiedzieć. Cieszyli się i przez kolejne tygodnie kibicowali nam, by Marysia mogła u nas zostać – przypomina sobie Ewa. – Ze strony naszych znajomych i przyjaciół spotkało nas tyle miłości i dobroci. Przynosili nam rzeczy po swoich dzieciach, dostaliśmy mnóstwo praktycznych prezentów, wszyscy cieszyli się razem z nami – mówi Mariusz. Sąsiadki zaglądały ciekawie do wózka i rozczulały się nad dzidziusiem. Ewa jest dość puszysta, więc żadnej z nich nie przyszło raczej do głowy, że to może nie być jej dziecko.

Grzegorz miał wówczas trzynaście lat. – Do tej pory byłem najmłodszy w rodzinie. Z chwilą pojawienia się Marysi wskoczyłem na pozycję średniego i bardzo mi to odpowiadało – przypomina sobie. – Byłem już na tyle duży, że nie czułem żadnej zazdrości. Koledzy w klasie też mieli młodsze rodzeństwo, więc mieliśmy wspólne tematy.

Gdy kilka miesięcy później Ewa z Mariuszem dostali kwalifikacje na rodziców adopcyjnych, byli najszczęśliwsi na świecie. Zbliżało się właśnie Boże Narodzenie – potraktowali to jak prezent pod choinkę. I od tej chwili poczuli się prawdziwą pięcioosobową rodziną.

Marysia świetnie się chowała: była bardzo grzeczna, przesypiała całe noce, niewiele płakała – wystarczyło ją przytulić i natychmiast się uspokajała. Stała się oczkiem w głowie całej rodziny. Różnica wieku między chłopcami a Marysią była na tyle duża, że nie funkcjonowali jak typowe rodzeństwo: nie było kłótni, bitwy o zabawki, zaczepiania, bójek. Grzegorz, który dziś ma już dwadzieścia trzy lata, nadal bardzo wiele czasu poświęca Marysi. – Moja dziewczyna czasami jest zazdrosna i ma pretensje, że wszędzie Maryśka chodzi z nami – mówi Grzegorz.

 

0983h4ron

 

Za wcześnie, za późno

Od chwili, gdy było już wiadomo, że Marysia zostanie w ich domu na zawsze, Ewa z Mariuszem zakładali, że kiedyś powiedzą swojej córce prawdę. Najpierw wydawało im się, że jest za wcześnie, że nie zrozumie. Potem, patrząc na to, jaka jest szczęśliwa, uznali, że nie będą jej burzyć dzieciństwa. Raz zapytała nas o to, jak przyszła na świat. Siedzieliśmy w kuchni, przy kolacji. Miała najwyżej trzy latka. Nie wiem, skąd przyszło jej do głowy takie pytanie. Nie mieliśmy czasu, by zastanawiać się nad odpowiedzią. Powiedziałem wówczas, że Szymon urodził się normalnie, Grzegorza lekarze musieli wyjąć z brzuszka mamusi, a ty jesteś prezentem od Pana Boga. Najwyraźniej ta informacja jej wystarczyła, bo nigdy więcej nie wracała do tego tematu – mówi Mariusz.

Oboje z Ewą mają świadomość, że niedługo przyjdzie okres dojrzewania i buntu. I to nie jest dobry czas, by właśnie wtedy rozmawiać o tak trudnych sprawach. – Dlatego na razie nie będziemy jej o tym mówić. Być może jesteśmy nieodpowiedzialni, być może to my musimy dojrzeć do takiej trudnej rozmowy. Ale jestem optymistą: skoro Pan Bóg ją do nas przyprowadził, to wierzę, że z Jego pomocą także ten problem uda nam się rozwiązać. Osoby postronne nie wiedzą, że Marysia jest dzieckiem adoptowanym, ci, którzy znają prawdę, nigdy jej tego nie powiedzą – uspokaja się Mariusz. (…)

Szymon, który dziś ma już swoje dziecko, przyznaje, że czasami myśli o tym, co będzie, gdy Marysia pozna prawdę. – Nie chcę, by poczuła, że ktoś ją porzucił, nie kochał jej. To byłoby najgorsze. Ale wiem, jak bardzo jest do nas przywiązana, jak nas kocha, dlatego mam nadzieję, że to jej pomoże – mówi i deklaruje: – Jeśli kiedykolwiek będzie chciała poszukać swoich rodziców, sam jej w tym pomogę, będę przy niej.

Znajomi czasami im mówią: „Ale wam się udało”. A Ewa i Mariusz zgodnie przyznają, że to prawda. – Adopcja jest wielką niewiadomą. Nie mogliśmy w żadnym wypadku przewidzieć, jak Marysia będzie się rozwijać, z jakimi problemami przyjdzie nam się zmierzyć. Mamy fantastyczną córkę, nie umiem sobie wyobrazić naszego życia bez niej. Po prostu samo szczęście! – mówi Mariusz.

 

T169086Polecamy książkę Aliny Petrowej-Wasilewicz:
“Kapłanki czy kury? Historie kobiet, które z macierzyństwa uczyniły prawdziwą sztukę”

Siedem niesamowitych historii o siedmiu niezwykłych kobietach – znakomicie wykształconych, o nietypowych zainteresowaniach, z perspektywą wielkiej kariery zawodowej, które zdecydowały postawić wszystko na Boga i rodzinę. Kochające żony, zwariowane matki potrafiące zadbać o dzieci i swój osobisty rozwój. Same nazywają siebie „kapłankami domowego ogniska” i oburzają się, gdy inni nazywają je „domowymi kurami”.

>>> Kup teraz <<<

Nie bój się samotności

Nie ma ludzi, którzy nie doświadczaliby samotności. Nie oznacza to jednak, że trzeba od niej uciekać, bo doświadczenie samotności może pomóc lepiej zrozumieć siebie i drugiego człowieka.

Urszula Mela
Urszula
Mela
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
otylia
sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Urszulą Melą rozmawia Otylia Brendel


Czy są ludzie, którzy nie doświadczają samotności?

Wydaje mi się, że nie ma. Myślę, że każdy człowiek w jakiś sposób doświadcza samotności, chociaż czasem tego nie widać – bo to są pewne procesy wewnętrzne. Wiemy, że każdy z nas jest niepowtarzalny, wyjątkowy – i to jest oczywiście piękne, ale to też oznacza, że nikt z nas nie znajdzie nikogo tak bardzo podobnego do siebie, by być w pełni zrozumianym. Każdy doświadcza więc samotności w swojej wyjątkowości, inności, odrębności. Z jednej strony potrzebujemy się różnić, ale z drugiej to też powoduje w nas jakiś lęk tego, że nie ma nikogo takiego samego jak my.

 

A czy samotność może być czymś rozwojowym?

Oczywiście, samotność pozwala lepiej poznać siebie samego. Skoro jest niejako naszym lękiem, to warto – gdy się pojawia – dotknąć jej, doświadczyć egzystencjalnie. Na tym poziomie często możemy poznać swoje własne, podstawowe potrzeby, szukać odpowiedzi na pytanie – kim jestem, czego naprawdę chcę od życia, jaki sens ma moje życie. To bardzo ważny moment. Ten wewnętrzny obszar samotności jest też miejscem, w którym możemy spotkać się z Bogiem. To On zna nas w naszej osobności.

 

wood-light-fashion-people

 

To znaczy, że nie warto uciekać od samotności?

Raczej warto rzeczywiście ją poczuć – to może być punkt, z którego bardziej przytomnie popatrzymy na swoje życie. Jeśli pojawia się doświadczenie samotności i od razu nas wyrywa, żeby biec gdzieś do ludzi i się przykleić, to bieda z nami. Ten lęk będzie nas gonił cały czas – tak z nim jest. W jednej z książek – wprawdzie nie jest to jakaś katolicka książka – „Czarnoksiężnik z Archipelagu” jest taka historia: jeden z czarowników popełnił jakieś zło, a potem przed skutkami tego nieustannie uciekał. Im bardziej starał się uciec, tym miał wrażenie, że to, co go goni, jest coraz większe. Pewnego razu zdecydował się odwrócić i stanąć twarzą w twarz z – jak się okazało – ciemną stroną jego samego.

 

Trochę przypomina to porównanie do negatywnych emocji, które – kiedy nie da im się żadnego upustu – nadymają się jak balon. A balon musi w pewnym momencie pęknąć.

Dokładnie tak – a w dodatku z lękami jest tak, że się przekładają na wszystkie nasze życiowe sytuacje. Negatywne emocje są też dla nas sygnałem, że jakieś nasze potrzeby nie są zaspokojone – jeśli podejdziemy do tego w ten sposób, to możemy odnieść wielką korzyść. Tu przypomina się też Jung i jego teoria cienia. Każdy z nas ma swój cień i naprawdę nie jest bezpiecznie na niego nie patrzeć, bo on przejmie kontrolę. Trochę się to spotyka z koncepcją świętości – świętość nie polega na tym, że ktoś robi wyłącznie dobre rzeczy, to przecież niemożliwe. Chrześcijanin, który dąży do świętości, musi mieć świadomość swojego grzechu, świadomość, że jest zdolny do popełnienia absolutnie każdego grzechu – to zależy tylko od okoliczności – a miłosierdzie Boga po prostu do tego nie dopuszcza.

 

life-863037_1920

 

W jakich sytuacjach najbardziej doświadczamy samotności?

Można powiedzieć że są dwa rodzaje samotności – egzystencjalna, codzienna – że każdy z nas jest niepowtarzalny i u nikogo nie znajdziemy pełnego zrozumienia oraz samotność w cierpieniu. Jest taki wiersz Miłosza, „Campo di Fiori”. Opowiada w nim o śmierci Giordana Bruno (znany renesansowy myśliciel – przyp. red.) na jednym z rzymskich placów – został skazany. Wspomina też Miłosz sytuację z Warszawy – karuzela i bawiący się ludzie przy murze, za którym płonie getto. Są tam takie słowa „Ja jednak wtedy myślałem o samotności ginących”. Doświadczenie samotności w cierpieniu jest chyba najtrudniejsze – przeżywamy wtedy nierzadko rzeczy, które trudno jest nam nazwać. To sprawia też, że jeszcze bardziej czujemy się niezrozumiani.

 

Jak pomagać takim ludziom – samotnym w cierpieniu?

Taka pomoc polega na tym, by znaleźć w sobie podobną samotność. Chodzi o danie poczucia „wiem, gdzie jesteś, tam jest strasznie”. Taka solidarność w cierpieniu. Nie chodzi o jakieś wzajemne dołowanie się, ale zauważenie. Miłosz dostrzegł tych ludzi. Podobnie Jezus – przyszedł i wziął nasze cierpienie. W całym naszym poniżeniu, odrzuceniu – On jest. On to wszystko przeżył również jako człowiek – tak jak każdy z nas doświadcza.

 

Czyli najlepszą pomoc osobie samotnej może dać ktoś, kto przeżył coś podobnego?

Można tak powiedzieć, choć brzmi to okrutnie. Wiadomo też, że ja nie jestem w stanie doświadczyć wszystkich trudności tego świata. Są jednak pewne podobne mechanizmy np. uzależnień i w tych niejako kawałkach jakiegoś problemu mogę się z daną osobą realnie porozumieć – jakąś część naszych doświadczeń mamy wspólną.

Każdemu z nas trudno jest patrzeć na cierpienie. Dlaczego? Dlatego, że prawdopodobnie podobną trudność, podobne doświadczenie mamy w sobie nieprzepracowane. Czasami więc najlepszą pomocą dla takiej osoby jest przede wszystkim poradzenie sobie ze swoim cierpieniem. Wtedy mogę się spotkać na podobnej płaszczyźnie z kimś innym.

 

girl-1001192_1920

 

Dzisiaj na popularności zyskują bardzo media społecznościowe. Wydawałoby się, że to ma być pomoc w budowaniu znajomości, a jednak zdarza się częściej, że osoby coraz mocniej obecne w takich miejscach, mają coraz większe trudności z budowaniem relacji w rzeczywistym świecie. Z czego to wynika?

Myślę, że z kilku rzeczy. Przede wszystkim – to mogą być trudności z komunikacją. Wiemy, że mały procent, zaledwie 7% przekazu, to przekaz werbalny. Cała reszta to komunikacja niewerbalna – mowa ciała, ton głosu, mimika. Jeśli spotykam się z kimś twarzą w twarz, mogę lepiej, pełniej człowieka poznać. Zauważam wtedy więcej podobieństw między nami. Jeśli komunikacja idzie tylko za pomocą czatu – ogołacamy się z pełnego prawdziwego przekazu, nie możemy też do końca ufać temu, co ktoś do nas pisze. Nierzadko też mowa ciała mówi więcej, niż nasze słowa, bo w słowach jesteśmy w stanie przekazać tylko to, z czego sami zdajemy sobie sprawę. To, co widzimy w Internecie to tylko wycinek czyjegoś życia. W dodatku komputer można w każdej chwili wyłączyć, a człowiek potrzebuje realnej obecności, nawet milczącej.


Urszula Mela – z wyształcenia psycholog, mieszka z mężem i dwiema córkami w Malborku. Jej najstarszy syn, Jasiek, zdobył z Markiem Kamińskim dwa bieguny jako pierwsza osoba niepełnosprawna na świecie. W 2016 roku ukazała się nakałdem wydawnicwa Znak książka-wywiad z U. Melą, zatytułowana “Bóg dał mi kopa w górę”.

 

WKLEJKAULAMELA

Urszula Mela

Urszula Mela

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Sałek

otylia sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Urszula Mela
Urszula
Mela
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
otylia
sałek
zobacz artykuly tego autora >