video-jav.net

Rachunek sumienia człowieka zapracowanego

Udało się – dostałeś wymarzoną pracę. Czujesz się jakbyś złapał Pana Boga za nogi! Pierwszego dnia stajesz w drzwiach z sercem pełnym dobrych intencji. Zamierzasz uczciwie zarabiać na życie. To przecież takie proste...

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zaczyna się niewinnie. W domu skończyły się spinacze, a masz w planie porządkowanie dokumentów. Mógłbyś co prawda kupić je w sklepie, to przecież tylko parę groszy… ale skoro to „nic nie kosztuje”, to przecież firma nawet nie odczuje straty. Brakującej paczki papieru ksero też przecież nikt nie zauważy, tyle się go codziennie zużywa. A właśnie – ksero. Niby nie wolno korzystać z niego do celów prywatnych, ale pani Zosia z księgowości przyniosła świetne przepisy na sałatki. Przecież to tylko kilka kartek…

Początki w nowej pracy są trudne – wiesz, że musisz dać z siebie wszystko, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Ale co, jeśli twoje „wszystko” to za mało? Postanawiasz grać va banque i przyjmujesz zadania, które przekraczają twoje kompetencje. Wiesz, że nie potrafisz tego zrobić dobrze – ale może jakoś jednak się uda… I jest! Pełen sukces. Nikt nie zauważył, że praca jest wykonana po łebkach. To może nie trzeba się aż tak przejmować? Może nikt nie zauważy niedociągnięć?

W końcu czas na przerwę. Zalewasz kawę, wyciągasz śniadanie i gazetę. Mija pół godziny a ty nadal jesz pierwszą kanapkę. Potem jeszcze chwila rozmowy z koleżanką, dwa telefony do domu, rzut oka na facebooka. Oo, już 16:00? Jak to szybko zleciało… Tylko efekty jakieś mizerne. No nic, jutro będzie lepiej.

Czeka cię wizyta u dentysty, więc wychodzisz z pracy kwadrans wcześniej. Nie ustalasz tego z nikim – bo co, jeśli szef się nie zgodzi? Na szczęście nikt nie zauważył. Kolejne okazje zdarzają się szybko – występy dziecka w przedszkolu, weekendowy wyjazd… To nie jest tak, że urywasz się bez powodu – zawsze masz poważny argument! A że nie przedstawiasz go szefowi…

Podczas jednej z przerw kolega opowiada o swoim nowym pomyśle – to naprawdę świetna sprawa! Koncepcja chodzi ci po głowie, zastanawiasz się, dopracowujesz szczegóły. W końcu idziesz do szefa i opowiadasz mu, co wymyśliłeś. No dobra, może nie wymyśliłeś, ale przecież dużo nad tym siedziałeś, oszlifowałeś ten diamencik. Kolega powinien się cieszyć, że jego projekt został wcielony w życie. Nie ważne, że pod twoim nazwiskiem – w końcu jesteście zespołem, prawda?

A jednak kolega się obraził. Do tego nastawił przeciwko tobie innych pracowników z działu. Atmosfera zrobiła się bardzo nieprzyjemna… W takich warunkach ciężko pracować, ale o urlopie w szczycie sezonu możesz zapomnieć. Na szczęście twój lekarz nie jest zbyt drobiazgowy – wymyślisz jakieś bóle głowy albo inne niepokojące dolegliwości i dwa tygodnie zwolnienia murowane. Może w tym czasie koledzy zapomną o tym „pożyczonym” pomyśle?

Najwyższy czas pójść do spowiedzi. Siadasz do rachunku sumienia. Czytając kolejne pytania w końcu trafiasz i na takie: czy pracowałeś uczciwie? Hmm.. Niczego nie ukradłeś, nie zdefraudowałeś pieniędzy. Nieuczciwy to może być szef – może oszukiwać na podatkach albo wypłatach pracowników. Ale szeregowy pracownik? Gdzie tam. Ty przecież uczciwie zarabiasz na życie…

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Mission impossible: pielgrzymka rodzinna

Ilekroć rzucamy się w jakieś przedsięwzięcie z założeniem „jakoś to będzie” – okazuje się, że jest zdecydowanie lepiej niż „jakoś”. Błogosławieństwa sypią się obficie i z niespodziewanej strony.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Uważny czytelnik poprzednich tekstów może się bez trudu zorientować, że jako rodzice bardzo wierzymy w dobroczynny wpływ ruchu, przyrody i przygody na wszechstronny rozwój naszych dzieci. Poza tym jesteśmy nieuleczalnymi (albo bezmyślnymi, zdaniem niektórych) optymistami: ktoś rzuca pomysł, druga strona podchwytuje, biedne (zdaniem niektórych) dziatki pakują plecaczki i ruszamy na rozpoznanie bojem.

Na przykład wybieramy się na pielgrzymkę, co prawda jednodniową, ale po górzystym terenie i z całkiem długą trasą do pokonania.

Z pięciorgiem dzieci w wieku od roku do 11 lat.

Bo niby czemu nie.

W zeszłym roku poszliśmy z Korbielowa na Jasną Górkę z parafialną pielgrzymką dominikańską. Ojcowie i bracia bardzo dbali o równowagę między powagą, modlitwą a rozrywką. Czy odśpiewano parę hitów z cyklu „dżdżownica i ślimak nas mija”? Ależ oczywiście. Czy opowiedziano parę sucharów o odciskach? No raczej. Ale były też Godzinki, były piękne staromodne pieśni maryjne, postój na konferencję (uroczo speszeni młodziutcy neoprofesi opowiadali z zaangażowaniem i szczerością o Panu Bogu) i Różaniec. Na miejscu Msza Święta z porządnym kazaniem i wręczenie pamiątek dla najstarszych, najmłodszych, najdłużej pielgrzymujących itd. Dobry, wesoły, Boży dzień.

A gdzie te dzieci, pytacie? Najmłodsza, półtoraroczna, w nosidle. Najstarszy z przodu, rozwijał się towarzysko. Dzielna i sprawna ośmiolatka sunęła przed siebie jak czołg, nastawiona jak zwykle na wycisk, docisk i osiąg (czasem się jej trochę boję).

Newralgicznym punktem naszego planu (jakiego planu?) była środkowa dwójka, sześciolatek i czterolatka. Przy czym młoda cierpi na przypadłość wdzięcznie zwaną „bolinóżką”, inaczej luźny mięsień. Ujmując rzecz delikatnie – nie jest tytanem sportu. Umie za to bardzo elokwentnie opowiedzieć, dlaczego nie jest w stanie uczynić już ani kroku.

Właściwie nie wiem, na co liczyliśmy, zabierając ją.

Okazało się jednak, nie po raz pierwszy w naszej karierze, że Pan Bóg kocha wariatów i nasyła jednych na drugich, żeby im ułatwiać. Na początku było z górki i młoda szła niesiona entuzjazmem. Potem był postój na herbatę i coś słodkiego. A kiedy zaczęło się robić trudniej – obok nas pojawiła się, jak niebieski, pięknie pomarszczony anioł, mała siostra Barbara. Maleńka, szczuplutka, żwawa, odziana w solidne górskie buty. Najpierw wybuchnęła entuzjazmem na widok naszego wdzięcznego stadła, a potem ujęła Pannę Bolinóżkę i jej starszego brata za rączki i ruszyła z nami. Trochę rozmawiała z dorosłymi, ale większość uwagi skupiła na dzieciach, wypytując o różne sprawy i słuchając z zaangażowaniem. Kiedy było bardzo pod górkę, sypała opowieściami o szczelinach na Mont Blanc, które pokonywała za młodu.

Mali, oczarowani i zasłuchani, niepostrzeżenie dotarli do celu. Na samym końcu pielgrzymiego węża, właściwie to kwadrans za peletonem, ale nieistotne: na swoich krótkich nóżkach pokonali ponad 25 kilometrów bez płaczu i awantur – wręcz przeciwnie, ubawieni i w wybornych nastrojach.

Po Mszy siostra Barbara odebrała nagrodę dla najstarszego pielgrzyma. Okazało się, że ma lat 86.

Takie rzeczy spotykają nas często, i z tego względu nasz bezmyślny optymizm nijak nie chce nas opuścić, bo ilekroć rzucamy się w jakieś przedsięwzięcie z założeniem „jakoś to będzie” – okazuje się, że jest zdecydowanie lepiej niż „jakoś”. Błogosławieństwa sypią się obficie i z niespodziewanej strony.

Dlatego, jeśli zastanawiacie się czy iść na pielgrzymkę, z dziećmi czy bez – idźcie! Jakoś to będzie!

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >