Naucz swoje dzieci widzieć niewidzialne

Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Naucz swoje dzieci widzieć niewidzialne
Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

To oczywiście nie jest prosta sprawa. Jedno przy piersi, drugie chce myć jeszcze raz zęby, trzecie marudne, czwarte ze zmęczenia pogrąża się w kryzysie, a piąte – najstarsze chciałoby w spokoju czytać już Narnię. I w tym wszystkim my – chrześcijańscy rodzice – usiłujący zlepić z tych rozpadających się na miliony kawałeczków elementów, jedną modlitewną całość. Padamy więc sami na kolana w pokoju najmłodszego i spokojnie czekamy. Zwykle towarzystwo schodzi się dość żwawo. Lubimy ten moment. Lubimy być razem przed Panem Jezusem z naszymi dziećmi, lubimy opowiadać Mu wspólnie o naszym dniu, lubimy prosić Go w ich małych – wielkich sprawach, ale przede wszystkim lubimy słuchać modlitw naszych dzieci. Czujemy się wtedy jak nauczyciele pływania, którzy stoją na brzegu i patrzą jak podopieczni coraz śmielej i coraz lepiej radzą sobie w wodzie. Ale coraz częściej czujemy też, że Ktoś inny uczy już je pływać. I wtedy przeszywa nas prawdziwy dreszcz szczęścia.

Temat dziecięcej modlitwy można potraktować bardzo dosłownie. Pisać o zapalaniu świeczki, o piosenkach (koniecznie z pokazywaniem), o modlitwie spontanicznej. Pisać o nauce skupienia, o wyciszaniu, o tym jak skutecznie stworzyć wieczorny rytuał „Siusiu, paciorek, spać”, ale przecież tak naprawdę nie o to nam chodzi. Na dobrą sprawę prostej modlitwy moglibyśmy chyba nauczyć jakąś zdolną papugę, a nabożnie składać łapki potrafiłby pewnie – przy odrobinie wprawy – każdy szympans. Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

Jeżeli w porę zrozumiemy, że naszym najważniejszym obowiązkiem jako rodziców jest przyjęcie naszych pociech z całym ich bogactwem, ale i z całą ułomnością, wtedy przekaz wiary wydarzy się niespodziewanie.

Na początku naszej rodzicielskiej podróży wpadła nam w rękę dobrze znana książka Moniki i Marcina Gajdów „Rodzice w akcji”. Ma ona podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości”. Jednak – wbrew pozorom – konkretnie temu zagadnieniu poświęcony jest jeden, ostatni rozdział książki. Cała reszta traktuje m.in. o umiejętnym stawianiu granic dzieciom, o nieprzyklejaniu im definiujących łatek, o obowiązkach i uczeniu samodzielności. Co chcieli nam przez to powiedzieć Gajdowie? Że w temacie przekazywania wiary, zagadnienia „techniczne” są dużo mniej ważne od całokształtu naszej więzi z dziećmi. Jeżeli uda się nam stworzyć z dziećmi relację opartą na zaufaniu i wzajemnym szacunku, jeżeli w porę zrozumiemy, że naszym najważniejszym obowiązkiem jako rodziców jest przyjęcie naszych pociech z całym ich bogactwem, ale i z całą ułomnością, wtedy przekaz wiary wydarzy się niespodziewanie. Nasze dzieci zobaczą w nas miłość Boga i wiara zjawi się w ich życiu jak ewangeliczny złodziej w nocy, będzie jak ziarnko gorczycy, rosnące bez naszego udziału.

Ale mądre wychowanie to nie wszystko. Aby udało się zaszczepić w naszych dzieciach głód Boga konieczna jest też piękna relacja między nami – rodzicami. Ilekroć czytam w Ewangelii św. Jana mowę pożegnalną Pana Jezusa, przeszywa mnie dreszcz przy słowach: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (J 13,35). To najskuteczniejsza rada ewangelizacyjna świata. Każde małżeństwo wie też jednak jaka trudna. Ale nie ma odwrotu! Chcemy, aby nasze maluchy miały w Bogu przyjaciela i obrońcę? Chcemy, żeby wiara dodawała im odwagi, a w chwilach rozpaczy nie pozwalała zwątpić do końca? To pracujmy do utraty tchu nad naszą jednością! Jeżeli ochronimy w sobie wyjątkowość naszej małżeńskiej miłości, wtedy nasze dzieci zobaczą w nas uczniów Chrystusa.

Aby udało się zaszczepić w naszych dzieciach głód Boga konieczna jest też piękna relacja między nami – rodzicami.

I wreszcie trzeci warunek: to nasze autentyczne życie wiarą. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki ujmowała to śp. Mariola Wołochowicz. Odpowiadając na pytania rodziców jak sprawić, aby dzieci uwierzyły w Pana Jezusa mówiła m.in.: prowadźcie atrakcyjny tryb życia. Pokażmy dzieciom do czego jest zdolny człowiek niesiony mocą Ducha św.! Pokażmy, że mamy w sobie Jego wolność. Pokażmy, że można zdobywać świat służbą! A nade wszystko współpracujmy z łaską w sklejaniu naszego połamanego serca. Stawiajmy mężnie czoła naszym lękom i zranieniom po to, aby nie przekazać ich naszym dzieciom. Jeżeli nasze dzieciaki zobaczą w nas odwagę, siłę i wolność nie pójdą, ale pobiegną w nasze ślady.

Czyli trzy warunki: piękna miłość rodziców, mądre wychowanie i autentyczne życie wiarą. A już samo uczenie dzieci modlitwy jest wielką przygodą. Dzieci mają w sobie naturalną głębię; warto pomóc im ją odkrywać. Jak? Każdy dom jest z pewnością inny, ale uniwersalnym narzędziem jest prosta modlitwa biblijna. Czytajmy dzieciakom Biblię od początku. Dostosowujmy wydania pod wiek dziecka i czyńmy z opowiadań biblijnych kanwę naszej modlitwy. Pomóżmy dzieciom odnajdywać się w konkretnych scenach z życia Pana Jezusa i pokażmy im jak można z takiej modlitwy czerpać siłę. Pomocne może okazać się “Pismo Święte dla młodych“, które zawiera grafiki, komentarze, objaśnienia, ciekawostki, didaskalia, przygodową stylizację, kolorowe mapy i wiele innych elementów, które pozwolą dzieciom w pełni i ze zrozumieniem poznawać Słowo Boże. Kiedy nasza najstarsza córeczka zmagała się z lękiem przed snem, bardzo często czytaliśmy w jej osobistej Biblii fragment o burzy na jeziorze. Zachęcaliśmy też ją do stworzenia własnej ikony przedstawiającej tę scenę. Pokazywaliśmy, że obok Pana Jezusa na łodzi jest miejsce gdzie może koło Niego spokojnie zasnąć, nawet jeśli na około szaleje sztorm. Potem ta ikona towarzyszyła nam na rodzinnej modlitwie, aż wreszcie Marysia sama zaczęła przez ten obrazek rozmawiać z Panem Jezusem o swoim lęku. Takich obrazów – ikon w Ewangelii jest bardzo dużo. Warto ich szukać razem z dziećmi.

Czytajmy dzieciakom Biblię od początku. Dostosowujmy wydania pod wiek dziecka i czyńmy z opowiadań biblijnych kanwę naszej modlitwy.

Młodsze dzieciaki, poza uczestniczeniem w rodzinnej modlitwie, lubimy zachęcać do modlitwy gestem. Wiosną zbieramy kwiatki dla Maryi, kiedy zapalamy świeczkę mówimy, że robimy to dla Pana Jezusa, żeby widział jak gorące są nasze serduszka, w czasie Boże Narodzenia okrywamy w żłóbku Dzieciątko, machamy naszemu Aniołowi Stróżowi przed wyjściem z domu i uśmiechamy się do św. Tereski, której fotografia stoi w salonie. A w czasie smutku dajemy dzieciom do przytulenia nasz wielki rodzinny skarb – podarowaną przez przyjaciół figurkę Dzieciątka ze zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa. Nie ma takiego smutku, którego by nie utulił ten uśmiechnięty, malutki Król.

To, co jako rodzice możemy – zrobimy. Reszta będzie należała do naszych dzieci. Nadejdzie dzień, kiedy same zdecydują czy pójdą za Mistrzem z Nazaretu. Mamy nadzieję, że tak się stanie. Ale nawet jeśli wybiorą inaczej, jeżeli pogubią drogę, a nam rodzicom pozostanie uczyć się od ojca syna marnotrawnego czekania, nawet wtedy jednego będziemy pewni – On – ich mały Król na pewno pójdzie za nimi.

 

ZAMÓW PERSONALIZOWANĄ BIBLIĘ JUŻ TERAZ!

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
MARYJA

Różaniec w rękach Wojownika

Jeszcze sześć lat temu moje myślenie o różańcu sprowadzało się do bardzo prostych, stereotypowych skojarzeń. Kiedyś różaniec był dla mnie łańcuchem nudy. Później stał się drogą szukania ratunku i sensu życia.

Piotr Hubert Kowalski
Piotr Hubert
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Różaniec w rękach Wojownika
Jeszcze sześć lat temu moje myślenie o różańcu sprowadzało się do bardzo prostych, stereotypowych skojarzeń. Kiedyś różaniec był dla mnie łańcuchem nudy. Później stał się drogą szukania ratunku i sensu życia.

Różaniec kojarzył mi się ze starszymi babciami modlącymi się zawodzącym tonem. Był synonimem negatywnie rozumianej dewocji i obciachu. Była to dla mnie najnudniejsza i męcząca modlitwa. Odrzucałem ten rodzaj duchowości całym sobą. Wszystko się zmieniło gdy w 2014 roku pojechałem do Medjugorie na rekolekcje małżeńskie prowadzone przez ks. Dominika Chmielewskiego. Stojąc przy niebieskim krzyżu, wysłuchałem opowieści kapłana, który doświadczył całkowitej wewnętrznej przemiany. Uwiedziony miłością, czułością i akceptacją Maryi, facet ten zdecydował się całkowicie zmienić swoje życie i zostać księdzem. Zastanowiło mnie to, że ten mistrz wschodnich sztuk walki, które ja także kiedyś trenowałem, tak dużo mówił o różańcu i Maryi. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem, że Matka Boża powiedziała podczas jednego ze swych objawień, że poprzez modlitwę na różańcu można powstrzymać największe zło, nawet wojnę. Postanowiłem i ja wziąć do ręki sznurek z paciorkami.

 

Tajemnice przemiany

Odtąd zaczęła się moja przygoda z różańcem. Dotarło do mnie, że różaniec jest jednym z najwspanialszych sposobów rozmowy z Bogiem. Zrozumiałem, że modlitwa ta przedstawia przełomowe momenty z życia Boga i Jego Mamy. Zacząłem go odmawiać w sposób kontemplacyjny, tzn. wnikając duszą w głębię tajemnic życia Jezusa i Maryi na ziemi, równocześnie odnosiłem ich treść do mojej sytuacji. Odkryłem, że w każdej tajemnicy różańca jest odzwierciedlone moje życie – z jego radościami, światłem, cierpieniem i zmartwychwstawaniem. Spędzając w ten sposób czas z Maryją, poczułem, że Jezus zaczął mnie całkowicie przemieniać. W tamtym czasie moje życie było w całkowitej rozsypce. Moje małżeństwo wisiało na włosku – niewiele było trzeba, żebyśmy rozstali się z żoną. Straciłem dobrze płatną pracę, miałem wypadek samochodowy, wpadłem w zadłużenie a jednocześnie opiekowałem się ciężko chorym ojcem, który niedługo potem zmarł. W tym czasie zwątpienia, doświadczenia wewnętrznego piekła, odrzucenia ze strony rodziny, śmierci ojca oraz lęku spowodowanego brakiem środków do życia – towarzyszyła mi Maryja ze swoimi „paciorkami”.

 

Fot. Piotr Hubert Kowalski

Odkryłem, że w każdej tajemnicy różańca jest odzwierciedlone moje życie – z jego radościami, światłem, cierpieniem i zmartwychwstawaniem.

 

Różaniec był drogą za pomocą której Jezus wraz ze swą Ukochaną Mamą wyprowadzili mnie z największych ciemności życia. Zobaczyłem je w świetle Ewangelii i zrozumiałem, że przez wiele lat doświadczałem nędzy upadków, których przyczyną były moje grzechy i złe wybory życiowe. Postanowiłem więc podjąć pokutę nie tylko za siebie ale także za zło, które popełnili moi rodzice i dziadkowie. Rozpoczęła się długa droga do uzdrowienia. Maryja przemieniała moje serce w relacji małżeńskiej. Zacząłem dostrzegać potrzeby żony i je realizować. Wybaczyliśmy sobie wszystkie wzajemnie zadane rany. Pan obdarował nasze małżeństwo licznymi łaskami, również materialnymi. Otrzymałem bardzo dobrą pracę, która nie jest – tak jak wcześniej – jedynie źródłem pieniędzy, ale także misją dzięki której mogę towarzyszyć moim klientom na ich drodze to znajdowania sensu i celu w życiu. Przestałem nieustannie bać się o byt i pieniądze. Ponadto, zostałem uzdrowiony z najokropniejszej choroby ducha – depresji – która dręczyła mnie od urodzenia.

 

 

Kobieta, która uzdrawia męskie serca

Dzięki rozmowie z Maryją na różańcu doświadczyłem ogromnej miłości, ciepła i ukochania ze strony Taty Niebieskiego. Poczułem, że byłem przez Niego kochany od samego poczęcia i że On naprawdę od samego początku zapragnął mnie mieć właśnie takiego jakim jestem. W miejsce tożsamości niewolnika, w której żyłem przez wiele lat, otrzymałem nową tożsamość Syna potężnego i kochającego Ojca Świateł.

Kiedyś różaniec był dla mnie łańcuchem nudy. Później stał się drogą szukania ratunku i sensu życia. Dziś jest to modlitwa pokuty i wzrastania w męskiej tożsamości.

W czasie, gdy Bóg uzdrawiał moje męskie serce, zacząłem chodzić na spotkania męskiej wspólnoty założonej przez ks. Dominika Chmielewskiego. Na początku było nas około 40 mężczyzn spotykających się w kaplicy domu zakonnego Salezjanów w podwarszawskich Łomiankach. Obecnie jest nas 1500, nazywamy się Wojownikami Maryi i formujemy się na ogólnopolskich spotkaniach w Lądzie nad Wartą. Jednak nie w liczbie jest nasza siła, ale w Tej która nas prowadzi. Od samego początku, zaraz po Eucharystii, Adoracji i Słowie Bożym, Maryja była w centrum naszej duchowości. Na jednym z pierwszych spotkań oddałem swoje życie Maryi jako jej sługa i niewolnik miłości. Oddając Maryi władzę nad sobą, umożliwiłem Jej prowadzenie mnie do pełnego rozkwitu swojej męskości.

 

 

Kiedyś różaniec był dla mnie łańcuchem nudy. Później stał się drogą szukania ratunku i sensu życia. Dziś jest to modlitwa pokuty i wzrastania w męskiej tożsamości wojownika, której istotą jest nieustanna walka. Najtrudniejszą walką jaką stacza wojownik to walka ze swoimi słabościami, nałogami i grzechem. Jest to walka najbardziej bolesna a zarazem najwspanialsza, gdyż Maryja pomaga mi i moim Braciom osiągać potężne zwycięstwa nad dziełem diabła w naszym życiu. Jestem świadkiem nieustannych cudów powstawania z martwych mężczyzn, którzy latami żyli zanurzeni w pornografii, złodziejstwie, narkotykach, hazardzie, zdradach i kłamstwie. I wszystko to dzięki „niepozornej” Niewiaście, którą Bóg wybrał sobie na Matkę, Żonę i Córkę. Ta pokorna Niewiasta ma jednak ogromną moc daną od Boga, aby uzdrawiać męskie serca. A robi to właśnie za pomocą różańca.

Nasz Ojciec Niebieski jest Bogiem paradoksów. Jest zarazem wszechpotężnym wszechwładcą oraz małym bezbronnym dzieciątkiem leżącym w zimnej grocie wśród zwierząt. Jest pełen niezmierzonej głębi a jednocześnie zaskakującej prostoty. Taką właśnie prostą Bożą modlitwą jest różaniec. Z pozoru nie zawiera nic nadzwyczajnego – znane i oklepane „formułki” i modlitwy. Ale pod tymi zewnętrznymi pozorami kryje się głębia, sens i bliskość w relacji jakiej żadna inna modlitwa na ziemi nie daje. Chwytając różaniec do ręki mam zapewnione zwycięstwo nad wszelkim złem w moim życiu, a zarazem czuję, że jestem chcianym i kochanym Synem Ojca Niebieskiego.

 


Formacja Wojowników Maryi Warszawa odbywa się w Niepokalanowie. Wojownicy spotykają się najczęściej w pierwszą sobotę miesiąca po udziale w Męskim Publicznym Różańcu w Warszawie. Spotkania są otwarte dla wszystkich od 18 do 50 roku życia. 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Piotr Hubert Kowalski

Piotr Hubert Kowalski

Lider regionalnego oddziału Wspólnoty Wojowników Maryi w Warszawie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr Hubert Kowalski
Piotr Hubert
Kowalski
zobacz artykuly tego autora >