video-jav.net

“Kapłanki czy kury?” Macierzyństwo to sztuka

"Kapłanki czy kury. Historia kobiet, które z macierzyństwa uczyniły prawdziwą sztukę" - to tytuł książki dziennikarki KAI, Aliny Petrowej-Wasilewicz. Publikacja ukazała się nakładem Wydawnictwa Esprit.

Polub nas na Facebooku!

Bohaterkami książki jest siedem matek. – “Kapłanki” są efektem pewnego sprzeciwu – mówi autorka. – W przestrzeni publicznej macierzyństwo i praca kobiet w domu, na rzecz rodziny, są bardzo nisko cenione. Krążą opinie, że urodzenie, ale zwłaszcza wychowanie dzieci, kobietę degraduje i ogłupia, zamyka w świecie między kaszkami i kupkami. Mówi się o nich, że są kurami domowymi o ograniczonych horyzontach i że “siedzą” w domu. Chciałam sprawdzić, jak jest naprawdę, zwłaszcza po “skandalu”, który wybuchnął po wywiadzie Małgorzaty Terlikowskiej dla Wysokich Obcasów – wyjaśnia Petrowa-Wasilewicz.

 

Dlatego rozmawiała ze swoimi bohaterkami, które w większości są wielodzietnymi matkami, o tym, jak urodzenie i wychowywanie dzieci wpłynęło na ich życie i rozwój osobowości. Czytelnik dowiaduje się, jakim spełnieniem jest dla nich macierzyństwo, jak bardzo uwrażliwia na innego człowieka i jego potrzeby.

 

“Towarzyszenie dzieciom w pierwszym okresie ich życia to, poza więzią z mężem, najbardziej fascynująca przygoda mojego życia” – wyznaje Joanna Puzyna-Krupska, matka siedmiorga dzieci. I dodaje, że na różnych etapach rozwoju dziecka rodzice muszą opanować kilka różnych języków żeby się z dzieckiem porozumieć. Opowiada też o wspólnym przygotowanie świąt, organizowaniu teatrzyku domowego, śpiewach i domowych zajęciach plastycznych. Kobieta, “siedząc” w domu, tworzy go i ożywia.

 

Podobne są domy innych bohaterek – Małgorzaty Terlikowskiej, Urszuli Bernaś, Teresy Kapeli i jej córki Olgi Rudzińskiej, Igi Stolar-Łybczak, Pauliny Guzik. Żadna z nich nie odczuwa swojej sytuacji jako degradacji, wszystkie mówią o spełnieniu i szczęściu. Choć to nieraz szczęście trudne – zwłaszcza wielodzietność spycha w ubóstwo, ale duże rodziny muszą rozwiązać problem domu – małe mieszkania nie są w stanie pomieścić siedem czy dziewięć osób.

 

Ich odczucia są jednak sprzeczne z panującym trendem, co każda z bohaterek osobiście doświadcza. Zwłaszcza wielodzietne matki spotykają się z agresją i potępieniem, na ulicy słyszą, że są “fabryką” (dzieciorobami), zwłaszcza kobiety komentują i głośno się zastanawiają, jak też taka sobie radzi. Czasem matki stają się obiektem ataku agresji lub dobrych rad, nieraz pytań, czy nie wiedzą, jak ograniczyć liczbę dzieci?

 

– Nie przypuszczałam, że taki obraz wyłoni się z opowieści moich bohaterek, opisując rzeczywistość autor nie jest w stanie do końca przewidzieć efektów swojej pracy – mówi dziennikarka KAI. – A kiedyś kobiety były nazywane kapłankami życia rodzinnego. Zwraca uwagę, że nie tylko mentalność nie sprzyja rodzeniu, zwłaszcza wielodzietności, ale też decydenci, o czym szczególnie przekonała się Paulina Guzik, matka w wielkim mieście. Gdy urodziła Jasia, swoje pierwsze dziecko, zaczęła “testować” miasta, sprawdzać, czy ktoś bierze pod uwagę fakt, że poruszają się po nich matki z małymi dziećmi. Okazuje się, że nie, choć jest światełko nadziei – autorka bloga babyinthecity dostrzega już powolne zmiany na lepsze.

 

Książka nie jest też propagowaniem “modelu domowego”. Wiele matek jest aktywnych zawodowo, choć udzielają się mniej intensywnie. Urszula Bernaś w ciągu dziewięciu lat robi doktorat z chemii, Małgorzata Terlikowska pracuje nad korektami książek, Paulina Guzik, znakomita dziennikarka telewizyjna, po odejściu z TV jest obecnie wykładowcą na UPJPII w Krakowie. Joanna Krupska i Teresa Kapela wraz z grupą osób wielodzietnych zakładają Związek Dużych Rodzin Trzy Plus, prowadzą szeroko zakrojoną działalność informacyjną, lobbowały za uwzględnianiem w rozliczeniach podatkowych liczby wychowywanych dzieci. To dzięki ich wieloletnim wysiłkom została wprowadzona Karta Dużych Rodzin, ich środowisko poruszyło lawinę pozytywnych zmian, gdyż ich argumenty dotarły do polityków.

 

Przy każdej z tych kobiet stoi dojrzały, odpowiedzialny i współpracujący mężczyzna (mężowie i ojcowie też powinni doczekać się książki). Żadna z nich nie zamieniłaby swojego życia i choć otwarcie mówią o trudnościach i cieniach, czują się spełnione.

 

Alina Petrowa-Wasilewicz, “Kapłanki czy kury. Historie kobiet, które z macierzyństwa uczyniły prawdziwą sztukę”, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2016.


tet / Warszawa

Czy ksiądz powinien zajmować się nauką?

Wywiad-rzeka z ks. prof. Michałem Hellerem to bogata rozmowa uczonych z uczonym. Pokazuje jednak, że mimo niewątpliwych osiągnięć i zasług dla wiary i nauki, Heller podchodzi do swoich dokonań ze sporym dystansem i jeszcze większą pokorą.

Paweł
Witek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy ksiądz powinien zajmować się nauką?

Ci, którzy znają i cenią twórczość ks. prof. Michała Hellera, zapewne już dawno sięgnęli po najnowszą książkę z jego udziałem pt. “Wierzę, żeby zrozumieć”. Warto jednak, by po tę publikację sięgnęły również osoby, które słyszą jego nazwisko pierwszy raz.

 

Chcę być księdzem dla inteligencji

Jednym z pierwszych wspomnień, które Michał Heller przywołuje była jego podróż, gdy miał zaledwie cztery lata. Wraz z rodziną i całym dobytkiem jechali pociągiem kilka tygodni, coraz bardziej w głąb Związku Radzieckiego. Mały Michał traktował całą wyprawę raczej jak dobrą zabawę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego wszyscy współpasażerowie płaczą. Wtedy jeszcze nie wiedział, że są właśnie zsyłani na Sybir.

Jednym z najmocniej zapamiętanych obrazów z czasów wygnania były regularne, ogromne pożary tajgi. Jak mówi, wtedy wyobrażał sobie, że tak właśnie wygląda piekło. Wymownym symbolem biedy, która panowała w tamtym czasie w łagrze, była zupa z łupin z ziemniaków, będąca niecodziennym rarytasem. Dla dzieci natomiast największym przywilejem, było zjedzenie okruszyn pozostałych po głodowych porcjach chleba, które otrzymywali.

Jednym z ważnych, przytaczanych przez rozmówcę wątków, były nadzwyczajne interwencje Matki Bożej, która najpierw ochroniła rodzinę Hellerów przed aresztowaniem za odmowę przyjęcia rosyjskiego paszportu, a następnie uratowała cały pociąg powracających z Syberii Polaków przed wykolejeniem.

Michał Heller był zdolnym uczniem – mimo, że miał niepełne wykształcenie podstawowe, to świetnie sobie radził w szkole. Od zawsze był samoukiem i jak sam mówi: “Nauka na ogół mnie ciekawiła, natomiast nie za bardzo lubiłem szkołę. Nie lubiłem dyscypliny ani stadnych zachowań. Kolegów lubiłem, ale stada nie.”

Ojciec – Kazimierz Heller – stawiał na intelektualny rozwój swoich dzieci. Często zapraszał do domu swoich przyjaciół i prowadził dysputy na tematy filozoficzne i społeczne. Zanim jeszcze Michał myślał o seminarium, ojciec mówił mu, że brakuje księży dla inteligencji. Ta myśl była później obecna w całym życiu przyszłego księdza-uczonego.

Ojciec mając już cztery córki, bardzo modlił się o syna. Gdy się już on pojawił, dał mu na imię Michał – żeby walczył ze złem. Kiedy jedyny syn, który mógł przedłużyć ród oświadczył, że idzie do seminarium, ojciec bardzo się sprzeciwiał. Dając w końcu za wygraną powiedział: “Dobrze, nie stawiam weta, modliłem się, żeby mieć syna, który będzie walczył ze złem, i Pan Bóg mnie chwycił za słowo

 

Jestem księdzem i naukowcem, ale mam tylko jedno powołanie.

“Ja miałem zawsze za duże ambicje. Chciałem dać ludzkości dwie najważniejsze rzeczy – naukę i religię” – to zdanie chyba najtrafniej definiuje dążenia i główną oś zainteresowań Hellera. Już w seminarium, gdy z polecenia biskupa klerycy mieli napisać dlaczego chcą zostać księżmi, Michał napisał, że chce być księdzem dla inteligencji.

Opowiada też, że nieraz życie w seminarium było oderwane od rzeczywistości i nie dawało przygotowania do życia duszpasterskiego. Wspomina takie seminaryjne absurdy jak zakaz czytania powieści w roku akademickim (który to później zakaz zniósł natychmiast, gdy został prefektem) czy uznanie za zbytnią rewolucję… wyjazd z klerykami pod namioty.

Późniejsze lata były już skupione raczej na pracy naukowej. Jak sam mówi o obronie swojej pracy ze szczególnej teorii względności: “Egzamin magisterski był prosty, mało kto rozumiał, co ja tam napisałem.”

Ta część książki to dysputy filozoficzne przeplatane barwnymi historiami o naukowcach, organizowanych konferencjach czy przełomowych odkryciach. Z jednej strony naukowiec próbuje znaleźć relację nauki i wiary, filozofii i fizyki, teologii i matematyki, z drugiej zaś strony wykazuje się chęcią zrozumienia innych punktów widzenia, czy systemów filozoficznych. O ateistach mówił m.in.: “Według mnie, nie ma myślącego rozsądnie człowieka, który nie przyjmuje jakiegoś absolutu. Ateizm to nie jest pytanie, czy jest absolut, czy nie, tylko – jak go rozumieć.”

Daje do myślenia również to, w jakim środowisku się obracał ks. prof. Michał Heller. Spotykał się z Romanem Ingardenem, wielokrotnie dyskutował z Karolem Wojtyłą, także w czasie jego pontyfikatu, organizował konferencje z uczniem Heisenberga, mieszkał w Cambridge obok Stephena Hawkinga i polemizował z Richardem Dawkinsem. Myślę, że to, z jakimi wybitnymi ludźmi miał do czynienia, jest jednym z wielu potwierdzeń jego wielkości, która została doceniona w 2008 roku, kiedy jako pierwszy Polak, z rąk księcia Filipa, odebrał Nagrodę Templetona, przyznawaną corocznie za pokonywanie barier między nauką a religią.

Kończąc wywiad, Heller podkreśla, że rolą teologii nie jest ingerowanie w odkrycia naukowe, a interpretacja nauki w świetle wiary. Powołując się, za Galileuszem, na kardynała Baroniusza, mówi: “Pismo święte nie mówi o tym, jak się niebo kręci, ale jak się do niego dostać“.

 

Czy to książka dla każdego?

Wywiad-rzekę z ks. prof. Michałem Hellerem określiłbym jako bogatą rozmowę uczonych z uczonym. Główny bohater, mimo niewątpliwych osiągnięć i zasług dla wiary i nauki, zdaje się podchodzić do swoich dokonań ze sporym dystansem i jeszcze większą pokorą. Zamiast światowej klasy naukowca, jawi się bardziej jako stale poszukujący człowiek renesansu.

Samą książkę przyrównałbym do suto zastawionego stołu przeznaczonego dla wytrawnego konesera, który potrafi zrozumieć i docenić ogrom wyrafinowanych rozważań i dysput na pograniczu filozofii, teologii i nauki. Podczas gdy czytelnik obyty w świecie będzie smakował na tej intelektualnej uczcie, odbiorca pierwszy raz sięgający po tak dojrzałą pozycję, będzie miał problem porównywalny z dobraniem sztućców do nowo poznanej potrawy.

Konsumpcję ułatwiają jednak lekkostrawne przystawki w postaci zabawnych anegdot. Członkiem jakiego gangu był Michał Heller? Jak uratował samolot przed katastrofą? Czy jest możliwe zbudowanie kościoła w 3 dni? Na te i inne pytania odpowiedzi dostarcza garść barwnych zakąsek.

Powyższa lektura dostarczyła mi osobiście więcej pytań niż odpowiedzi, inspirując jednocześnie do ich poszukiwania. Jedyne czego mi zabrakło, to chyba większej ilości przykładów i zależności między wiarą a nauką. Jeśli miałbym jednak opisać jednym zdaniem moje wrażenie po przeczytaniu tej książki, mógłbym jedynie powtórzyć za Sokratesem: “Wiem, że nic nie wiem.”.


Dla każdego czytelnika Stacji7 został przygotowaliśmy specjalny rabat na książkę – 35%!

Wklejka heller rabat

 

Paweł Witek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł
Witek
zobacz artykuly tego autora >