Nasze projekty

Jak się wspinać, to zawsze wysoko!

Myślę, że gdybym nie odkryła powołania zakonnego, całkowicie oddałabym się pasji do gór - mówi w rozmowie z Agatą Puścikowską s. Jolanta Glapka.

Reklama

Fragment książki „Siostra na krawędzi” – z s. Jolantą Glapką


Tata zaszczepił ci miłość do gór?

Góry nie były jego pasją. Tata wolał np. pływanie po jeziorach. Ja sama powoli odkrywałam Tatry i pasję wspinaczkową. Gdy miałam tak z szesnaście lat, przyjeżdżałam do Zakopanego, do cioci Czesi, i chodziłam po Tatrach sama. W zasadzie biegałam. Na Orlą Perć i z powrotem.

Reklama
Reklama

O! Najbardziej niebezpieczny szlak polskich Tatr.

Orla Perć nie jest tak straszna, jak czasem mówią. Wszystko jest kwestią ostrożności i wyboru odpowiedniego dnia, czyli dobrej pogody. I oczywiście wcześniejszej zaprawy. Ja powoli zdobywałam doświadczenie, byłam bardzo sprawna fizycznie. W zasadzie nie wyobrażałam sobie już życia bez gór.

Reklama
Reklama

A studia jakie sobie „wyobraziłaś”?

Psychologiczne. Ale za pierwszym razem nie zdałam. Rok po maturze mieszkałam więc w Zakopanem. Pracowałam fizycznie w hotelu, żeby zdobywać tzw. punkty dodatkowe, które w tamtych czasach pozwalały dostać się na studia. Jednocześnie się pilnie uczyłam. Połączenie nauki i zdobycie tzw. punktów za pochodzenie (taka specyfika PRL-owskich uczelni, która teoretycznie pomagała dostać się na uczelnie młodzieży z rodzin chłopskich i robotniczych) pozwoliło mi na rozpoczęcie studiów na Uniwersytecie Wrocławskim. Oczywiście wciąż chodziłam po górach, aż uległam poważnemu wypadkowi i musiałam, chcąc nie chcąc, zrobić sobie rok przerwy na leczenie nogi. Przeszłam dwie operacje. Na studia się w końcu dostałam, zamieszkałam we Wrocławiu.

Reklama

Mimo wypadku dalej się wspinałaś?

Oczywiście, gdy wyleczyłam nogę. Rozpoczął się najbardziej „górski” okres w moim życiu. Poznałam Wandę Rutkiewicz, która przyjęła mnie do Akademickiego Klubu Wysokogórskiego. Z okresu studiów mam na koncie liczne „wyczyny” typowo wspinaczkowe: droga Motyki na Zamarłej Turni, Kazalnica i oczywiście Mnich, który zdobywałam z kilku stron. Kiedy tylko mogłam, wyjeżdżałam w góry, by się wspinać. Po studiach również: wyprowadziłam się z Wrocławia i zamieszkałam w Jeleniej Górze, gdzie wstąpiłam do Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego. Wtedy wspinałam się dużo w Karkonoszach – zimą w Śnieżnych Kotłach, których mikroklimat w tamtych czasach był porównywany z himalajskim, a latem w Górach Sokolich. Z Jeleniej Góry jechało się pociągiem i wysiadało na stacji Trzcińsko. Na wyciągnięcie ręki był Sokolik Duży i Mały. Kiedy zaczęłam się wspinać w Górach Sokolich, Wanda była już w Warszawie. Po niej prezesem został Bogdan Jankowski – dusza człowiek.

Wspinacze to szczególny typ ludzi: oddani swojej pasji, każdą wolną chwilę poświęcający na wyprawy, na trening. W tym środowisku o niczym innym się nie rozmawiało, tylko jak ktoś nową drogę zrobił, wyprostował, czyli uprościł szlak, poprowadził swój wariant trasy. Wszyscy coś „łoili”, tzn. zdobywali, osiągali. Oczywiście byli też tacy, którzy chodzili „na żywca”, bez asekuracji. To był świat pasjonatów, cudownych wariatów, ludzi, którzy marzyli o wielkich ścianach, o zdobywaniu kolejnych szczytów. Ton nadawali tacy właśnie liderzy jak z Wrocławia: Wanda Rutkiewicz, Ewa Panejko, Marek Kęsicki, Bogdan Jankowski, a z Jeleniej Góry: Jolanta Brynda, Władzio Janowski, Kaziu Śmieszko czy Jurek Pietkiewicz i Jurek Woźnica.

Wśród takich ludzi pojęcie strachu czy niebezpieczeństwa w ogóle istnieje?

To rzeczywiście nieco inny gatunek człowieka (śmiech). Ale wspinaczka to nie jest sport ekstremalnie niebezpieczny. Wszystko zależy od grupy, od tego, kto prowadzi, szczególnie gdy trasa jest nowa. Nie wspinałam się sportowo jak moi koledzy Kazio Śmieszko czy Władzio Janowski, ale z nimi czułam się zawsze bezpiecznie. Jeśli idziesz w góry zdobywać kolejny szczyt, ważne, z kim jesteś związany liną. Ważne, by ufać tym, którzy idą przed tobą i za tobą. Ja do swoich przyjaciół miałam zaufanie. Choćby do Joli Bryndy z Klubu Jeleniogórskiego, z którą tworzyłyśmy zespół żeński. Wiadomo też, że drogi wspinaczkowe się planuje, poznaje.

Przechodzi się pewne stopnie wtajemniczenia?

Kolejne stopnie zaprawy, zdobywania umiejętności, trenowania wytrzymałości. Przecież nie od razu idzie się na Zamarłą Turnię czy Kazalnicę, gdzie akurat miałam szczęście być. Podczas drogi wspinaczkowej w ścianie asekurujemy się, więc jest bezpiecznie.

nature-1340811_1920

Odpadłaś kiedyś od ściany?

Nie raz. Jak już czułam, że grunt się usuwa spod nóg, że może być gorąco, wołałam: „Lecę!” i liczyłam na partnera. Na jego refleks i siłę, niezbędne, by mnie utrzymać.

Co się wtedy myśli?

Nie ma czasu na myślenie. To jest najtrudniejszy moment podczas wspinaczki – wisisz gdzieś tam, wysoko, majtasz nogami i musisz wrócić na drogę. Odnaleźć stopnie i te chwyty w skale, z których wcześniej wypadłeś.

To w sumie doświadczenie niemal… ewangeliczne: iść, pogubić się, odpaść, pozbierać się i wspinać dalej.

O tak… I jaka to wspaniała chwila, gdy człowiek odzyskuje poczucie bezpieczeństwa. (…)

tatry-770283_1920

Są granice w przekraczaniu własnych słabości w górach?

Dotknęłaś najtrudniejszych kwestii. Ludzie, którzy uprawiają profesjonalną wspinaczkę, znają ten sport. Znają zagrożenia, umieją sobie z nimi radzić, ale jednocześnie są przygotowani na najgorsze i liczą się ze wszystkim. Wanda Rutkiewicz i jej zaginięcie u szczytu Kanczendzongi jest przykładem tego, że góry są nieprzewidywalne, a pomimo przygotowywania wypraw, dużego doświadczenia może wydarzyć się wszystko. Himalaiści doskonale o tym wiedzą, zdają sobie sprawę z podejmowanego ryzyka. Mimo to idą. Podczas wyprawy na Kanczendzongę kolega próbował Wandę tuż przed szczytem zatrzymać, bo pogoda i pora dnia były nieodpowiednie. Jednak Wanda zdecydowała inaczej. Dlaczego? Tego nikt nigdy się nie dowie. Można powiedzieć, że przesadziła, bo przecież szło załamanie pogody, chciała iść sama, czuła się podobno źle. Wyszła i zaginęła. Nie miała co prawda męża ani dzieci, ale matka czekała na nią długie lata, wierząc, że Wanda żyje. To był ogromny dramat, ale to był też skutek faktu, że człowiek jest wolny. Robi, co chce. Wanda konsekwentnie przez całe życie przekraczała granice swojej słabości. Tamto podejście mogło się udać, bo była doświadczoną himalaistką, jednak się nie udało. Zapłaciła najwyższą cenę za życiowe wybory.

Duch hazardzisty?

Raczej zdobywcy. I ja to rozumiem. Za miłość do gór czasem płaci się najwyższym poświęceniem. Irracjonalne? Chore? Na tym także polega mistyka gór. (…)

Masz poczucie, że coś was łączy?

Myślę, że jesteśmy trochę podobne. Nie mówię tu o dokonaniach sportowych, bo porównywanie się z nią w tej materii byłoby po prostu śmieszne. Moje osiągnięcia przy jej wyczynach są malusie, w dodatku Wanda wspinała się zawodowo, a ja jedynie amatorsko. Tym, co nas łączyło, było podobieństwo duchowe. Właśnie takie zestawienie: delikatność kobieca, ale jednocześnie twardość, chęć osiągnięcia celu, gdy trzeba i gdy trwa  wspinaczka. Rzeczywiście, też mam. Jeśli się wspinać, to wysoko, odważnie, na sam szczyt.

Mówisz chyba nie tylko o górach?

Oczywiście. Mówię także o wspinaczce duchowej do samego nieba.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite